Z docierających do opinii publicznej odgłosów skandalu u dominikanów z końca ubiegłego wieku wyłania się kilka interesujących dla mnie wątków:
- jak "ekscesy duszpasterskie" o. Pawła M. były możliwe w klasztorze, w którym oprócz braci mieszkały w tym czasie także siostry dominikanki
- wmawianie chłopakom owych poszkodowanych dziewcząt powołania do dominikanów
- formatowanie o. Pawła M. jako religijnego maniaka, czego dowodem mają być jego słowa o realności istnienia diabła
Jeszcze raz pragnę podkreślić z pozycji świadka jego kaznodziejskiej działalności we Wrocławiu, że była to postać w moim odbiorze przede wszystkim zabawna ze swoim przerostem ego, a chwilami żałosna w swoim infantylizmie. Podtrzymuje moje wcześniejsze stwierdzenie, że bardzo mało wiarygodne są dla mnie oskarżenia o gwałt i przemoc, z powodu wątłej postury oskarżonego. Trudno doprawdy wyobrazić sobie takiego cherlawego kurdupla jako zagrożenie fizyczne dla kogokolwiek poza małym dzieckiem lub kruchą staruszką. Raczej chodziło o manipulację, uwiedzenie i wykorzystanie. Jakiś rodzaj zgody poszkodowanych osób był niezbędny, żeby do sytuacji opisywanych w mediach mogło dojść.
Jedna z nich wspomina, że praktycznie mieszkała w duszpasterstwie, bo rano szła na zajęcia, po południe do pracy, a wieczorem na spotkania grupy modlitewnej, które ciągnęły się długo w noc, więc nie opłacało jej się już wracać do domu. To jedno stwierdzenie daje nam cenny wgląd w życie wrocławskiej wspólnoty dominikańskiej. Co do k...wy nędzy robią młode studentki w środku nocy na terenie męskiego klasztoru?!!! Nikogo to nie zastanawiało?!!! Ojciec przeor Konopka ogłuchł i oślepł?
A co z współbraćmi? Też nic nie wiedzieli i nie słyszeli? Zarzuty dotyczą przecież gwałtów i pobić, których ślady były długo widoczne!
Cała ta sytuacja pokazuje patologię tzw. duszpasterstw akademickich, które są w swej istocie towarzystwami wzajemnej adoracji lub adoracji jakiejś niedowarzonej primadonny zakonnej w rodzaju o. Pawła M. Tenże popularny duszpasterz utworzył jeszcze wewnętrzny krąg, creme de la creme, do obsługi potrzeb własnej osoby, złożony głównie z podatnych na manipulację studentek. Jeśli miały chłopaków, byli oni przekonywani (skutecznie) o swoim rzekomym powołaniu do dominikanów...
Wielu dominikanów pracujących we Wrocławiu także "odkryło" swoje powołanie w duszpasterstwie akademickim prowadzonym przez ten zakon... Czy to powód do powątpiewania o ich autentyczności?
Według mnie - tak.
W jednym z tekstów o tej sprawie widać było wyraźny wysiłek powiązania "dosłownej wiary" o. Pawła w byty duchowe z jego dziwacznymi praktykami. Jest to manipulacja czystej wody. Na dowód przytoczę jeden z jego popisów kaznodziejskich. O. Paweł referował (szokującą dla siebie) porażkę swoich rekolekcji w Skierniewicach (lub Pabianicach). Po pierwszym dniu nie mógł pojąć wyraźnego braku zainteresowania parafian dla pozytywnych treści, które głosił (miłość, miłości, miłością, o miłości). Dopiero później odkrył powód. Otóż rok wcześniej rekolekcjonista urządził prawdziwy horror. W ciemnym kościele uczestnicy słyszeli najpierw tylko podzwanianie łańcuchów, aż wreszcie jakiś przeraźliwy głos obwieścił: "Diabeł idzie na Pabianice (czy tez Skierniewice)!" Tak przygotowani duchowo parafianie otworzyli czem prędzej swoje serduszka na głoszoną naukę... Nic więc dziwnego, że w porównaniu z takimi efektami popisy o. Pawła wypadły blado!!!
To także pokazuje, że jego wdzięk działał wyłącznie na określone osoby, najczęściej młode, bezkrytyczne, egzaltowane z silną potrzebą kultu jakiegoś "mistrza" czy tez "bohatera". O. Paweł się na kogoś takiego kreował podobnie jak wielu innych dominikańskich duszpasterzy akademickich. Taki typ osoby jest ewidentnie preferowany, nagradzany i popierany w zakonie. "Przyciąganie tłumów" stanowi najważniejsze kryterium skuteczności działalności duszpasterskiej.
O. Paweł w poszukiwaniu tłumów do przyciągania chciał nawet uszczęśliwić swoją osobą - w charakterze misjonarza - dalekie Chiny, ale sprawa się rypła. Pamiętam owo słynne kazanie relacjonujące wyprawę naszego charyzmatycznego duszpasterza z kręgiem najbliższych wielbicielek do Kraju Środka. Jedna z nich dostała w pociągu "daru łez" i chińscy współpasażerowie jęli ją pocieszać na wyścigi oferując chusteczki, a nawet jedzenie (myśleli, że płacze z głodu).
Na koniec owej fascynującej opowieści. o. Paweł obwieścił swój zamiar udania się na misje do Chin i zadał zebranym dramatyczne pytanie "Puścicie mnie?" w oczekiwaniu na głośne protesty, które - rzecz jasna - nastąpiły. Nie muszę nikomu tłumaczyć jak żenujące było to widowisko dla osób odpornych na wdzięki infantylnych narcyzów.