środa, 7 października 2026

O odebraniu dzieci rodzicom na skutek interwencji RPD

Naprawdę nie chciałam nic wiedzieć o tej sprawie. Omijałam wzrokiem wszystkie nagłówki artykułów i ikony filmów o tym zdarzeniu. Dopiero kiedy doszły mnie słuchy, że dzieci są już w domu sprawdziłam o co chodziło.

Zdenerwowana matka podobno szarpnęła dziecko, które wybiegło, czy też chciało wybiec, na ulicę i dała wyraz swemu zdenerwowaniu w wypowiedzi przetykanej wyrazami na "k" w charakterze przecinka. Pani rzecznik, która była świadkiem zdarzenia interweniowała i usłyszała sławne hasło Marty Lempart ("wy....dalaj") skierowane do niej osobiście. Tak się poczuła dotknięta cytatem ze słynnej feministki, że użyła przemocy instytucjonalnej - znaczy policji i prokuratury - aby dwoje kilkuletnich dzieci odebrać rodzicom i umieścić w "pieczy zastępczej".

Sąd uznał podjęte środki za całkowicie nieproporcjonalne do zdarzenia, a panią rzecznik za nieodpowiednią osobę do piastowania urzędu, który ma służyć dobru dziecka i jego rodziny.

Moja ulga i satysfakcja po tym finale jest ograniczona, bo zdałam sobie sprawę, że owa pani Horna-Cieślak to nie jednostkowy przypadek niekompetentnej wariatki, tylko produkt pewnego sposobu myślenia, który po cichu stał się obowiązujący.

Uświadomiłam to sobie pod wpływem lektury książki Joanny Flis pt "Co jest ze mną nie tak?", która miała dotyczyć dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Tymczasem dowiedziałam się z niej, że cała nasza kultura i tradycja (przede wszystkim religijna) są dysfunkcyjne i właściwie wszystkie powojenne pokolenia do lat 90-włącznie kwalifikują się na kozetkę.

Nie myśl czytelniku, że z powodu patologii PRLu, jego wrogiego stosunku do rodziny i próby rozbijania jej. Nie, to wina tradycji wcześniejszej wynikającej po części z korzeni chrześcijańskich, a po części z warunków życia większości społeczeństwa.

Tak więc patologią jest pomoc rodzicom w domu/gospodarstwie. Wszyscy nasi chłopscy przodkowie w dzieciństwie pasali co najmniej gęsi, a nie rzadko i bydło ("pasała wołki na bukowinie, wzięła ze sobą skrzypki jedynie"), a PRL- owskie dzieci odbierały młodsze rodzeństwo z przedszkola/szkoły, robiły zakupy, sprzątały, a co najmniej obierały ziemniaki i wynosiły śmiecie. A to, panie, patologia jest, przemoc domowa! Podobnie jak nakłanianie dzieci do jedzenia, czy mleko z kożuchem organizowane w szkole.

Równie szkodliwe miało być trzymanie rączek na kołderce i zniechęcanie do masturbacji. A wszystko to w jednym worku z alkoholizmem, biedą w stopniu uniemożliwiającym zaspokojenie podstawowych potrzeb, głodem i znęcaniem się nad dziećmi przez rodzica/rodziców pod wpływem alkoholu, wykorzystywaniem seksualnym czy też porzuceniem stałym lub czasowym.

Pomyślałam sobie po kilku rozdziałach, że baba jest równo pierdzielnięta i szurnęłam książkę w kąt. Nie chce mi się do niej wracać, nawet żeby dokładnie sprawdzić dalsze rewelacje objawione pani autorce.

Pamiętam jeszcze niewyobrażalną krzywdę, którą nam zrobiono ucząc panowania na potrzebami fizjologicznymi i ignorowania - w pewnych okolicznościach - dyskomfortu.

Słowem pani autorka jest źródłem autorytetu wyższym niż święte księgi ludzkości i cała jej tradycja. Takie pańcie naprawdę myślą, że to one są mądrzejsze niż wszystko, co było przed nimi i dopiero dzięki nim świat zostanie zbawiony, znaczy naprawiony.

Dzieci zabrane matce, bo ta rzuca "ku.wami" jak się zdenerwuje, w domu dziecka rozkwitną jak róże o poranku. Personel bowiem w skutek tajemniczych procesów został oczyszczony ze złych skłonności, podobnie jak inni pensjonariusze takich placówek. 

Pójdźcie tam wszyscy, którym brakuje miłości i akceptacji, a zostaniecie nasyceni! Przecież wszystkie badania pokazują, że dzieci z domu dziecka mają najlepszy start w życiu i naprawdę się dziwię dlaczego rodzice nie oddają tam swoich pociech dobrowolnie, najlepiej zaraz po urodzeniu! Na pewno z egoizmu, no bo jak inaczej?

P.S.

Dowiedziałam się właśnie, że na skutek  interwencji RPD, która wymogła na policji rewizję z psem tropiącym w domu tej rodziny (znaleziono 2 butelki piwa), wymówiono ludziom mieszkanie i matka z dziećmi mieszka obecnie w przytułku, a ojciec dochodzi od czas do czas...

wtorek, 6 października 2026

Sierioża na drzewo, czyli smakowita historia z sąsiedztwa

Ewidentnie Sierioża wywinął jakiś numer właścicielce sąsiedniego mieszkania, ale jaki jeszcze dokładnie nie wiadomo. Nie wiadomo nawet czy Sierioża to Sierioża, a może jednak Dania znaczy Daniło i który Sierioża to Dania!

Pierwszy Sierioża wprowadził się do mieszkania po panu J. gdzieś pod koniec maja zeszłego roku. Był to niewysoki, ciemnowłosy grzeczny młody człowiek lat dwudziestu paru, podobno informatyk pracujący z domu, o czym świadczył ogromny komputer zajmujący pół pokoju. Przemieszkiwał z nim blondynek w podobnym wieku, który zarabiał jako kurier rowerowy.

Obaj młodzieńcy lubili ukraińską muzykę i życie towarzyskie świetnie słyszalne przez ścianę. Blondynek w którymś momencie zniknął - podobno pojechał do Norwegii - aby pojawić mogła się Julia. Nie taka jak myślicie! Julia bowiem podawała się za matkę (a może babcię) pierwszego Sierioży czy też Dani.

Opowiedziała zawiłą historię o polskich korzeniach i nadmieniła, że Danio już tu nie pomieszka za długo, bo sobie kupuje mieszkanie (stać go, jak każdego dwudziestolatka, to przecież jasne). W sąsiednim lokalu odbyła się uczciwa awantura z trzaskaniem drzwiami, ewidentnie Danio dowiedział się, że ma się zmywać i zareagował wybuchem emocji negatywnych.

Julia zachowywała się dość dziwacznie, ale trzeba przyznać, że ukraińskiego rapu nie słuchała. Życie towarzyskie też lubiła i zdaje się za kołnierz nie wylewała...

Pewnego dnia na klatce schodowej zobaczyłam grupę specyficznych nastolatków - wysokiego młodzieńca i trzy drapieżne dziewoje. Wyznali, że siedzą tu bo mama kolegi sprząta mieszkanie. Oczywiście było to mieszkanie wynajmowane przez tzw. Julię. Tak rozpoczął się okres drugiego Sierioży, który twierdził, że jest Danią, choć gołym okiem widać było, że to zupełnie inny chłopak.

Przede wszystkim był młodszy o jakieś 7 lat, trądzik dopiero mu się pokazał na obliczu, aby pięknie rozkwitnąć w kolejnych miesiącach. Był też znacznie wyższy i bardziej wystrojony, a zestaw pazurzastych krasawic, które mu stale towarzyszyły wskazywał jasno na szkołę średnią. Gdyby tego było mało, w dzień zakończenia roku szkolnego całe towarzystwo pojawiło się ze świadectwami w garści, choć ich obecność na lekcjach musiała być raczej sporadyczna. Poranny kurier z pizzą pojawiał się ok. 11, co nie wyglądało na czas po skończonych zajęciach...

Upodobanie drugiego Sierioży do życia towarzyskiego i ukraińskiego rapu przekraczało wszystkich poprzednich najemców. Pewnego dnia podczas imprezy trwającej od rana jeden z gości wychylił się z balkonu i chwycił mnie za rękę. Uznałam to za naruszenie nietykalności osobistej i zadzwoniłam na policję informując dyżurnego, że nieletnia młodzież mieszka i bawi się sama.

Nie wiem co funkcjonariusze im powiedzieli, ale nastąpiło delikatne uspokojenie obyczajów. Serioża   wzięty na spytki wyznał, że jest pierwszym Danią, nie umiał określić swojego pokrewieństwa z tzw. Julią i nie znał jej pod tym imieniem. Zapytany o wiek policzył na palcach, że ma 22 lata.

Następnie on sam i krasawice byli słyszalni aż do końca września. W nocy z 30.09 na 1.10 tupot licznych nóg wielokrotnie dał się słyszeć na klatce schodowej. Do dziś dnia nie wiem czy była to nocna ewakuacja Sierioży czy też impreza powitalna w mieszkaniu studenckim.

Najbardziej ucieszył mnie w tym wszystkim widok właścicielki, a właściwie jej matki, która musiała zmieniać zamki, gdyż Serioża ewidentnie nie oddał jej klucza! No cóż kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada! 

Jestem pewna na 100%, że towarzystwo wynajmujące lokal na górze to też jakiś potężny szwindel. Ostatnio podejrzewam, że na stałe siedzi tam jeden i robi coś nielegalnego, a cała reszta pojawia się raz w miesiącu, żeby wyłudzać nienależne zasiłki od państwa polskiego. Być może właśnie po to robią tyle hałasu, aby utwierdzić sąsiadów w przekonaniu, że cała rodzina tu ciągle przebywa.

P.S.

O nowych właścicielach mieszkania obok wspominałam już na tym blogu https://singletonreview.blogspot.com/2025/01/ubeckie-zygowiny-przejely-mieszkanie-po.html

poniedziałek, 5 października 2026

Jeszcze o twórczości kolegi-który-odniósł-sukces


Pozostając w klimacie obrazów kolegi-który-odniósł-sukces prezentuję jego wiekopomne dzieło pt Kobieta winna, które ośmieliłam się skrytykować na grupie, co nie spotkało się ze zrozumieniem wielu koleżanek i kolegów, w tym samego autora. 

Moje uwagi dotyczyły sposobu kadrowania postaci ludzkiej i umieszczenia trójkątnego kieliszka z winem na wysokości jej przyrodzenia, co jest oczywistą aluzją do trójkąta włosów łonowych.

Ku mojemu szczeremu zdziwieniu niektóre koleżanki - co najmniej trzy- uznały obraz za pełen subtelności, czy też subtelnych podtekstów. Ja ich nie widzę, ale zastanawia mnie jak inteligentne absolwentki historii sztuki, a więc osoby ponadprzeciętnie dobrze przygotowane do odbioru malarstwa, mogły się czegoś w tym dopatrzeć. 

Ja widzę postać bez głowy o zadziwiających proporcjach, których nie może mieć żadna żywa kobieta, wykadrowaną tak, że punkt ciężkości kompozycji przypada na krocze. Ten przykry efekt wzmacnia umieszczenie tam kieliszka, którego kształt nawiązuje do trójkąta włosów łonowych.

Ktoś mi powie, że to przecież stylizacja. Zgadza się, ale jednak przedziwna, wygląda jak złożona z części należących do kilku osób. Długie cienkie ręce z kościstymi ramionami nie przypominają kończyn człowieka tylko lekko wygięte nogi od stołu lub krzesła z obowiązkowym połyskiem. Wydłużony tułów nie mógłby należeć do osoby o takich rękach, a szerokie, asymetryczne biodra do osoby o takim tułowiu. Pomijam fakt, że kobieta z rękami cieńszymi od kości nie mogłaby mieć biustu ani bioder.

Znacznie więcej uwagi autor poświęcił asymetrycznej sukni we wzory, które odmalował bardzo rzetelnie i z upodobaniem. Postać ludzka rzuca cień - zupełnie nie odpowiadający jej kształtem - na ścianę w kolorze czerwonego brązu, który kontrastuje z jasną suknią. Kolor skóry rąk i dekoltu jest rozbieloną wersją tła i nie kojarzy się z kolorytem żywego człowieka.

Najdziwniejszy wydaje mi się zupełny brak zainteresowania ciałem kobiety w obrazie z ewidentnie erotycznym podtekstem. Zwłaszcza w kontekście sytuacji osobistej autora, którego rodzina składa się wyłącznie z kobiet - żony i córek (z których jedna zmarła młodo). 

Kobieta winna nie ma więc nie tylko twarzy, ale i ciała kobiety. Kieliszek sugeruje, że przyrodzenie niewieście powinna jednak posiadać, ale i tego nie byłabym pewna. Cały koncept to gra słów oparta na dwóch znaczenia przymiotnika winna - ta, która zawiniła lub mająca smak(i inne właściwości) wina.

Czy to jest malarstwo czy raczej coś w rodzaju rebusa, albo satyrycznej ilustracji oceńcie sami.

niedziela, 4 października 2026

O obrazach kolegi-który-odniósł-sukces

 Poszłam wczoraj na wernisaż wystawy kolegi- artysty-który-odniósł-sukces. Sami zobaczcie:







Wernisaż był o 15 w sobotę, więc ludzi raczej niewielu. Pan kurator - lub pełniący obowiązki - niespecjalnie przygotowany, a przemowa autora nieco pretensjonalna. Dobra, ktoś powie, że się czepiam. Nie, nie czepiam się tylko odnotowuje z kronikarskiego obowiązku.

Prace są efektowne, a nawet efekciarskie, zwracają uwagę, bo przedstawiają coś dającego się zidentyfikować zestawionego z czymś nieoczekiwanym. Ludziom się to podoba, doszukują się ukrytych znaczeń i super.

Ja natomiast się nimi nie zachwycam z prostego powodu - sposobu malowania. Duże przestrzenie kompozycji są po prostu zamalowane - tak jak maluje się ścianę - jednym, całkowicie nie zróżnicowanym kolorem np. czernią, a odcienie jednej barwy, np. czerwieni, uzyskiwane głównie (albo jedynie) przez rozbielanie. Tak malowany obraz trudno uznać za malarstwo, niestety.

Uczono mnie onegdaj, że każdy fragment kompozycji jest równie ważny i ma się na nim coś interesującego dziać, w sensie malarskim oczywiście. Plama ma być uzyskiwana z wielu kolorów. Najłatwiej uzyskać taki efekt malując z natury, po prostu obserwując. Niektórzy potrafią robić to z wyobraźni.

Największym zaskoczeniem była dla mnie rodzina kolegi, a zwłaszcza jego żona - ładna pulchna kobieta o zielonych oczach. Nie pamiętam ani jednego jej portretu w twórczości męża, którą z takim zapałem prezentuje na grupie. Wszelkie postacie kobiece pojawiające się na jego płótnach przypominają patyczaki i są tak wykadrowane, że w centrum kompozycji znajduje się krocze...

Wszyscy znani mi artyści ścigają ludzi w najbliższym otoczeniu, aby ich skłonić do pozowania. Dopiero, kiedy się to nie udaje wynajmują modelki płatne... 

Natomiast postacie malowane z wyobraźni zazwyczaj noszą ślad podobieństwa do autora/autorki. Wynika to z faktu ćwiczenia przez malowanie autoportretów. Proporcje własnej twarzy i sylwetki, jako najbardziej znane, nakładane są - najczęściej nieświadomie - na osoby wymyślone... 

Podobieństwo można "zapożyczać" także od najczęściej malowanej osoby np. żony lub męża i obdzielać nim wyobrażonych przedstawicieli płci przeciwnej.

Kolega-artysta jest odporny na takie procesy, gdyż - jak mi się wydaje - nie natura jest źródłem jego inspiracji tylko fotografia. Charakterystyczne dla jego twórczości surrealistyczne zestawienia kojarzą mi się przede wszystkim z fotomontażem popularnym w reklamie.

Na grupie krytykować jego prace niedobra jest, więc niniejszym wypowiedziałam się swobodnie na blogu!



sobota, 26 września 2026

Na marginesie obchodów jubileuszu 70-lecia XII LO

Byłam dziś na jubileuszu 70-lecia XII LO, czyli szkoły, do której trafiłam po podstawówce i z której przeniosłam się po 5 semestrach. Miałam jakieś niejasne nadzieje związane z tą imprezą, ale wszystkie poszły się czochrać.

Gala polegała na bardzo hałaśliwych występach obecnych uczniów, które miały rzekomo przedstawiać historię szkoły, a w rzeczywistości były autopromocją "młodych talentów". 

Całkowicie ogłuszona i lekko zniesmaczona udałam się do sali, gdzie miał się znaleźć (między innymi) mój rocznik. Ani jednego znanego mi człowieka! Poszłam więc szukać dawnej wychowawczyni, w stosunku do której mam lekkie wyrzuty sumienia. Dowiedziałam się, że była zaproszona, ale się tu nigdy nie pojawia. Wcale się nie dziwię! 

Cała ta impreza upewniła mnie, że nigdy nie miałam "powołania" do bycia nauczycielką w szkole średniej (i najprawdopodobniej nikt nie ma) oraz, że mogę sobie odpuścić wszelkie myśli pod tytułem "co by było gdybym się nie przeniosła".

Ukraińcy z góry bardzo się wzmożyli, jak zwykle pod koniec miesiąca. Baba w sile wieku, w obuwiu sportowym, idąc po schodach brzmi jak oddział wojska. Potrafi tak tupać po mieszkaniu całą dobę. Przyszło mi właśnie do głowy, że być może do faceta, który tu stale przebywa, przyjeżdża rodzina lub znajomi wyłudzać nienależnie świadczenia od państwa polskiego. Muszę zbadać ten wątek. 

Na mediach społecznościowych rozpętałam burzę komentując w tonie nieprzychylnym dzieło kolegi artysty-który-odniósł-sukces. Pewnie jestem złym człowiekiem i kieruję się niskimi pobudkami, ale ile razy można oglądać damskie przyrodzenie, na tle którego umieszczony jest kieliszek wina, kwiatek albo kotek o wyszczerzonych zębach?!!! It would embarass a cat!

Co najdziwniejsze, niektóre koleżanki z roku uznają to za niezwykle subtelne. Zadałam proste pytanie czy ktoś miałby ochotę patrzeć na tak wykadrowanego faceta z jajami kurzymi  albo kiełbasą na wysokości bioder. Oburzenie było duże, a teraz zapadła cisza. Znowu przekroczyłam niepisaną zasadę i nie uszanowałam "porządku dziobania".

Co najlepsze kolega-artysta ma wkrótce wystawę we Wrocławiu i jestem zapewne jedyną z roku, która może pojawić się na wernisażu. Teraz nie wiem czy zostanę wpuszczona!

Wszystko na to wskazuje, że moja wrześniowa sielanka dobiegła końca!


środa, 9 września 2026

O mizoginii i skrzywionej percepcji rzeczywistości

Swoim zwyczajem udałam się wczoraj na "miejsce zbrodni" tzn. popłynęłam Odrą do ujścia Bystrzycy, do punktu, gdzie obszczekał mnie (i prawie pogryzł) straszny dziadulo-wędkarz. Nie jestem pewna czy nabrałam tego nawyku ucząc się jeździć konno (po upadku z konia należy natychmiast na niego znowu wsiąść) czy też jest to kwestia mojej wrodzonej zawziętości.

Tak czy siak dziadula nie było, a ja popłynęłam w górę Bystrzycy z czystej ciekawości, z nadzieją, że uda mi się wylądować w pobliżu jakiegoś przystanku autobusowego. Tak się nie stało, więc zawróciłam i zeszłam na ląd dokładnie w tym samym miejscu, co w zeszły czwartek. Wiosłowałam 5 godzin i czuję to do dziś.

Bystrzyca niedaleko od swojego ujścia do Odry

Dopłynęłam do mostu kolejowego nad Bystrzycą i kiedy się zastanawiałam co dalej, usłyszałam dźwięk przypominający szczekanie. Rozejrzałam się więc dookoła i zobaczyłam stojący na wysokim brzegu piękny okaz kozła (sarny). Przyglądał mi się przez chwilę, po czym oddalił pełen godności osobistej.

No cóż, wszyscy ostatnio na mnie szczekają, że baba w łódce, więc spróbuję wyjaśnić mizoginom jak skrajnie skrzywiona jest ich percepcja rzeczywistości. 

Swego czasu prof. Wielomski opublikował na twitterze zdjęcie kobiety, która niesie jakiś pakunek o dużych gabarytach, raczej ciężki z wyglądu i wyciągnął wniosek, że to feministka. Musiałam przeczytać jego komentarz kilkakrotnie, bo nie wierzyłam własnym oczom.

Dla każdego nieuprzedzonego człowieka była to sytuacja braku kogoś  do pomocy (faceta, najlepiej z samochodem) lub kasy, żeby zapłacić za transport. Normalną reakcją byłoby współczucie dla tej kobiety, że musi to sama taszczyć, ewentualnie chęć pomocy (gdyby był w pobliżu)!

Starożytni Grecy tymczasem mieli problem ze zrozumieniem zjawiska uzbrojonych kobiet na stepach czarnomorskich. Uznali, że to Amazonki, które nie lubią mężczyzn. Tymczasem były to niewiasty z plemion koczowniczych, które umiały posługiwać się bronią (głównie łukiem), aby w sytuacji nieobecności mężczyzn w obozie móc obronić siebie i swoje dzieci. Była to smutna konieczność, a nie jakieś "babskie widzimisię". W głowie mi się nie mieści, że można tego nie rozumieć! 

To samo dotyczy skandynawskich kobiet-wojowniczek z epoki wikingów. Sięgały po broń, jeśli w rodzie nie było już mężczyzny, który mógłby dopełnić obowiązku zemsty (jak Vigdis z debiutanckiej powieści Sigrid Undset czy Lagherta).

Kiedy jadę do OBI np. po wiertło do betonu, to nie jestem zazwyczaj uskrzydlona z radości. Mam ten problem z wiertarką, co większość ludzi w Polsce z pływaniem, umiem ją niby obsługiwać, ale z trudem przezwyciężam lęk, kiedy muszę jej użyć. Czy wolałabym, żeby jakiś kompetentny facet to zrobił? Oczywiście, że tak, ale nie mam nikogo takiego w swoim otoczeniu. Mogę kogoś wynająć tylko wtedy, kiedy pozwalają mi na to moje zasoby finansowe. 

Co do łódki sytuacja jest nieco bardziej złożona. Zilustruje to przykładem. Kiedyś płynęłam kajakiem po Odrze ze znajomą. Pogoda była taka sobie tzn. bardzo wiało, a ciemne chmury zwiastowały deszcz. Bawiłyśmy się znakomicie czując jak na morzu. Wkrótce wszystkie inne kajaki przezornie poznikały, zostałyśmy tylko my. 

Patrol policji przyglądał nam się bardzo uważnie czy aby wszystko w porządku. Uznał, że tak i zostawił w spokoju. Potem minęła nas motorówka z dwoma facetami bardzo dumnymi z siebie, że tak bohatersko płyną przy kiepskiej pogodzie. Na pokładzie mieli dwie laski utlenione na blond. One również były dumne z siebie, że oto mają facetów, którzy wożą je motorówką i nie muszą jak te dwie frajerki w kajaku (znaczy my) zapierdzielać na wiosłach.

Wtedy zadałam sobie w swoim czarnym serduszku pytanie kto ma większą frajdę i zasadniczo nie miałam wątpliwości, że my. Lubimy pływać, a spore fale dodają adrenaliny do czynności już ekscytującej, natomiast blond niunie są po prostu dodatkiem do facetów i spędzają czas według ich gustów. Pocieszają się zapewne, że są sexy albo trendy albo że wrzucą zdjęcia na media społecznościowe, ale same z siebie tak by nie wybrały. Może poszłyby na zakupy albo zostały w domu...,

Czasem, kiedy mięśnie bolą mnie od wiosłowania, zwłaszcza pod wiatr, myślę sobie, że coś większego, z silnikiem nie byłoby tak całkiem od rzeczy, ale jeśli woziłby mnie tym facet i mną komenderował, to chyba jednak wolę mój packraft i poczucie wolności, który mi daje.

Natomiast jeśli chodzi o zazdrość mężczyzn wobec kobiet umiejących pływać, rozwiązanie jest proste - osobne kąpieliska dla każdej z płci. Widziałam to w Londynie w Hampstead Heath tzn. korzystałam tam z kąpieliska dla kobiet. Był to średniej wielkości staw głęboki na jakieś 2m. Na wodzie umieszczono kilka opon na wypadek, gdyby ktoś potrzebował odpocząć. Napis głosił, że wstęp dla kobiet i dziewcząt od lat 8, tylko doświadczonych pływaczek (experienced swimmers only), a dwie ratowniczki czuwały nad wszystkim z wieży nad samą wodą.

Czułam się tam naprawdę bezpiecznie bez popisujących się młodzieńców (głównie niecenzuralnym słownictwem) oraz facetów płynących stylem chlapanym z głową pod wodą (przez co chwile na kogoś wpadają) i robiących fale jak motorówka...

Swoją drogą zawsze tak było - kobiety i mężczyźni kąpali się osobno. Tak wiem, miało to związek z nagością, gdyż kostiumy kąpielowe nie były znane. Wydaje mi się jednak, że ta tradycja warta jest kontynuowania...

Tak więc drodzy panowie tropiący toksyczny feminizm tam, gdzie go nie ma, użyjcie raczej inteligencji niż uprzedzeń w ocenie konkretnych sytuacji. Podział na role męskie i kobiece ma głęboki sens w sytuacji pary, ale do osób samotnych najczęściej nie da się zastosować. Czy ktoś ma za złe samotnemu facetowi, że sam sobie gotuje jedzenie albo pierze gacie? Bardzo dziwne byłoby, gdyby tego nie robił!


niedziela, 6 września 2026

Jeszcze o piekle kobiet

Niedawno przy jakiejś okazji trafiłam na filmik mojej amerykańskiej rówieśniczki, zamieszczony na YouTube, w którym opowiada o swojej decyzji, aby zaprzestać farbowania włosów. Z ciekawości zajrzałam, a tam bardzo ładna, miła i sympatyczna kobieta o najpiękniejszych włosach, jakie można sobie wyobrazić. Choć w połowie już posiwiałe, są długie co najmniej do pasa, faliste i pięknie się układają. Muszą też być wyjątkowo gęste, bo nie zaszkodziło im tzw. cieniowanie tzn. cięcie warstwami.

Kobieta pokazuje zdjęcia z młodości. W dzieciństwie ktoś określił jej naturalny kolor jako "mousy brown", z czego wyciągnęła wniosek, że powinna go zmienić. Zaczęła już w podstawówce, o ile dobrze pamiętam. Na zdjęciu dziewczynka z blond grzywką i znacznie ciemniejszymi kucykami. Abstrahując od faktu, że widok dzieci z makijażem lub farbowanymi włosami zawsze mnie boli, w tym przypadku to po prostu świętokradztwo. Jak można mając włosy, jakie zdarzają się raz na milion, sprofanować je czymś tak ordynarnym i wulgarnym jak tani rozjaśniacz?! "Blondes have more fun" - uzasadniła swoją decyzję.

Dalej kolejne wersje znęcania się na swoją najpiękniejsza ozdobą, z krótką przerwą na urodzenie dzieci ok. 30-tki. Wtedy można podziwiać ciemne, długie i niesamowicie gęste loki. Potem zaczęła siwieć, więc powróciła do grzechów młodości. Decyzja, aby owe siwienie pokazać światu była bardzo trudna i bolesna.

Z boku wyświetlają mi się miniaturki filmów innych kobiet na ten sam temat oraz o zaprzestaniu malowania się czy ubierania w niewygodne ciuchy z przyczyn estetycznych. Nawet mi się nie chce tego oglądać. Nigdy nie farbowałam włosów i dalej nie muszę, gdyż moja siwizna jest jeszcze mało widoczna. Malowałam się bardzo rzadko, nigdy tego nie polubiłam, a częste reakcje alergiczne były dobrym pretekstem aby zarzucić rzecz całkowicie. Ciuchy umiem uszyć sobie wygodne i estetyczne zarazem, jeśli oczywiście mi się chce, co ostatnio coraz rzadziej się zdarza.

Uświadamiam sobie, że nigdy nie żyłam w świecie, z którego moje rówieśniczki z takim trudem wychodzą. Zostało mi to oszczędzone wraz z małżeństwem, rodziną i karierą zawodową. 

Przypominam sobie moją mamę śpiącą na walkach, a potem co rano tapirującą włosy spryskując je obficie lakierem. Cienkie nylonowe pończochy noszone nawet w mrozy i plastikowy pas do nich oraz równie plastikowy biustonosz z fiszbinami. Buty zawsze za małe i zawsze na obcasach. Patrzyłam na to wszystko ze zgrozą i niezrozumieniem. Byłam pewna, że istnieje alternatywa, że można mieć piękną fryzurę bez katowania swoich włosów, że ciuchy, bielizna i obuwie nie muszą być torturą, aby wyglądać super...

Oczywiście, taka alternatywa istnieje, ale być może nie wysyła odpowiednio wyraźnych sygnałów w stronę płci przeciwnej? Być może jest odczytywana jako nonkonformizm, a przez to dyskwalifikuje na rynku pracy i matrymonialnym jednocześnie? Być może jest jedną z przyczyn odrzucenia, a zarazem zazdrości? Być może moja mama usiłowała mi to wszystko powiedzieć, a ja nie rozumiałam i nie chciałam słuchać?

Nie wspomniałam jeszcze o filmach opowiadających jak ich autorki stały się niewidzialne (prawdopodobnie dla mężczyzn). Też nie mój problem. Po pierwsze zbyt duża "widzialność" doświadczana w dzieciństwie i młodości (z racji ekstrawaganckiego koloru włosów) bardzo źle mi się kojarzy. Po drugie dalej jestem widzialna dla:

  • kobiet w każdym wieku z powodu stylu ubierania
  • zniewieściałych mężczyzn z tego samego powodu
  • niektórych moich rówieśników, którzy wciąż na mnie reagują jak na kobietę
  • mężczyzn, którzy mi zazdroszczą i mnie nienawidzą, bo robię coś, czego oni się boją (np. pływam wpław, lub łódką)
  • kobiet, które mi zazdroszczą i mnie nienawidzą z różnych powodów
Nie wymieniłam wszystkich kategorii "osób wciąż mnie widzących", ale zasadniczo widzialność częściej naraża na doświadczenia przykre (w tym bardzo przykre) niż przyjemne. Takie jest moje doświadczenie. Fakt, że z racji mocnej budowy ciała i skłonności do tycia nigdy robiłam za "piękność właściwą", więc coś mogło mnie ominąć...