środa, 12 czerwca 2024

Krajobraz po eurowyborach

 Jak tam po wyborach do PE?

Ja odnotuje tylko kilka szczegołów

  • Reprezentacja lewicy: państwo Biedroń-Śmiszek i wiceministra kultury Szajbus-Wielgi - która nie słyszała o dyrektywie budynkowej i dobrze jej z tym - mówi wszystko o wyborcach, skali poparcia i profitentach tego rodzaju ugrupowań
  • Gosiewska zamiast Saryusza-Wolskiego! Prezesie Kaczyński shame on you za układanie list!
  • Budka z największą ilością głosów, Pogłos Kierwiński, Joński, Scerba, Gasiuk-Pihowicz, Ślązakowiec-Nie-Polak Kohut oraz przemęczony Sienkiewicz - jest moc!
  • Oficer prowadzący Szymusia uciekł do Brukseli porzucajac swego podopiecznego na pastwę koalicjantożernego Tuska! Dzięki temu Róża von und zu, co strasznie imponuje mu, tym razem nie weszła!
  • Miałeś Kosiniaku-Kamyszu złoty róg, mialeś czapkę z piór, zostało ci się ino dwóch europosłów!!!
  • Ale że Sośnierz nie wejdzie! Szkoda! Bryłka robi dobre wrażenie - super merytoryczna kobieta, a Braun wiadomo! Może i tam zgasi wiadomo co!

Wszyscy się zastanawiali dlaczego onet odpalił njusa o skuciu żołnierzy na granicy przed wyborami i teraz jasne - konsumpcja przystawek! 

Kurwa-Szatan i Ochujska zlożyly kondolecje rodzinie zabitego (przez syryjskie brzemienne kobiety) żołnierza Mateusza Sitko. To jest klasa, te dwie zawsze umieją się zachować!

Nóż przyczepiony do drąga był wymazany fekaliami, żeby ugodzony nim dostał sepsy i umarł nawet przy lekkiej ranie!

Widziałam 2 filmy opublikowane przez obywateli RP (raczej FR). W końcu wiem jakiego rodzaju nagranie tak poruszyło wrażliwe serduszko Kurwy-Szatan. Kręcone jest z białoruskiej strony. Grupa muzułmańskich mężczyzn wepchnęla 2 kobiety i 2 dzieci przez dziurę w płocie z koncertiny na polską stronę granicy. Te wrzeszczą wnieboglosy, chociaż nikt nie robi im krzywdy. Żolnierze mocno zażenowani usiłują zawrócić drące się kobiety tą samą drogą na bialoruską stronę. Te wzmagają swoje wrzaski na potrzeby filmu. Dzieci są na tyle małe, że ich płacz (ze strachu) może być autentyczny. Mężczyźni filmują i komentują swobodnie. Trochę pokrzykują na kobiety (pewnie żeby bardziej się darły) a trochę sie śmieją miedzy sobą. Czasem pada nieśmiertelne "we are dying" albo "no humanity" powtarzane zgodnym chórem dla potrzeb europejskiego odbiorcy.

Bardzo marne aktorstwo, typowa bliskowschodnia mentalność - kobiety i dzieci w charakterze żywych tarcz - i jasny (propagandowy) cel całej produkcji. Widać wyraźnie, że sytuacja została zaaranżowana, żeby coś takiego nakręcić.

W końcu rozumiem o co chodzi z bagnami dzięki Gwiazdowskiemu debatującemu z Matczakiem na kanale zero. Otóż ci ludzie idą przez bagna do naszej granicy, a SG zawraca ich w tym samym miejscu, gdzie przez nią przeszli, czyli wracają po swoich śladach. Gwiazdowski przytomnie stwierdził, że skoro  przez te bagna raz przeszli, to pewnie uda im sie drugi raz. Matczak uważa, że do płotu za łatwo dojść, a jednocześnie zawracanie na bagna niehumanitarne. Rodzi się więc pytanie: jeśli tak łatwo dojść w jedną stronę, to dlaczego w drugą jest "skazaniem na śmierć"?

Po jednej stronie mamy żołnierzy obrzucanych kamieniami, konarami, dźganych nożami na kijach  (jeden umarł, drugi ma złamaną podstawe czaszki i oczodół, trzeci pokiereszowaną "tulipanem" twarz i stracił oko) a po drugiej białoruskie propagandowe filmiki, którymi podniecają się celebrytki o małych rozumkach, a potem płaczą, że spotkał je "hejt" i nadętych bufonów pełnych moralnej wyższości. Bardzo to wszystko smutne i przewidywalne.

Jestem absolutnie pewna, że te wszystkie grupy granica i obywatele FR powinny być pod stałym nadzorem służb, jeśli takie jeszcze istnieją i są lojalne wobec RP.


czwartek, 30 maja 2024

Boże Ciało 2024

W tym roku procesja odbyła się bez prób jej zakłócenia. Nawet była ochrona policji. Wyszłam więc z poczuciem pewnej ulgi, nieco przedwczesnej, jak się okazało.

Wracam sobie czujac się odświętnie, kiedy na promenadzie staromiejskiej, na zatłoczonej alejce dla pieszych mijają mnie dwa rowery - mężczyzna i kobieta w średnim wieku. Na moje stwierdzenie, że to ścieżka dla pieszych, a rowerowa jest obok (calkiem pusta), baba odpowiada, że nie jest głucha, a facet, że co z tego. Wjeżdżają w tłum pieszych wracajacych z procesji. Na przejściu też nie zjeżdząją na przejazd dla rowerów (całkiem pusty). Jestem dość wku.wiona więc podchodzę do baby i informuje ja, że to przejście dla pieszych.

- Zaraz w panią wjadę, jak będzie się pani tak nadstawiać - grozi mi

- A ja pani przyładuję parasolką - ostrzegam.

- Dawaj pani - zachęca mnie babiszon pewny swej bezkarności. 

Niewiele myśląc zamachuję sie parasolką, aż przestraszona baba łapie mnie za rękę. Ludzie na światłach mają przedstawienie. Niektórzy głośno komentują (o mnie, że byłam przed chwilą w kościele)

Rowerzystka dalej się odszczekuje, ale straciła rezon. Nie może uciec, bo na przejściu tłok. Z trudem pokonuje ulicę. Po przeciwnej stronie znowu wjeżdża (ona i jej chłop) na ścieżkę dla pieszych.

Jakie jest racjonalne wytłumaczenie takiego zachowania, niech mi ktoś wytłumaczy!

Po obiedzie King-Kong z dołu zakłóca święto odgłosami remontu. Remont trwa od ponad roku i rok temu też zakłócał święto Bożego Ciała.

Wiadoma centrala dostała pierdolca. Jednak to święto i te procesje bardzo są dla niej denerwujące!

Co robi chrześcijanin w takich sytuacjach? Nie reaguje? Cierpliwie znosi? Czy też próbuje jakoś temu zaradzić? Ja na ogół próbuję - skutek raczej słaby. Jeżeli ktoś słyszał o rekolekcjach jak po chrześcijańsku skutecznie pacyfikować rowerzystów na chodnikach i uciążliwych sąsiadów, niech da znać.

Nie mam zdrowia komentować sytuacji w kraju pod rządami Tuska, bo szlag mnie trafia na samą myśl. Co istotniejsze informacje repostuje na swoim koncie twiterowym (Wilhelmina@Wilhelm22593612). Jednak zadźganie naszego żołnierza (jest w stanie ciężkim) przez bandytę na granicy polsko - białoruskiej mnie po prostu obaliło. Dlaczego nasi żołnieże nie robią użytku z broni, którą noszą? W obronie własnej chyba mają prawo?

Słucham iluś tam wypowiedzi Dobromira Sośnierza, który zadaje dokładnie to samo pytanie. To co słyszy od innych uczestników programu, bądź prowadzących przyprawia mnie o mdłości. Najbardziej wpieprzyła mnie posłanka Mucha, która uznała, że ktoś kto domaga się skutecznej obrony granic stawia sie poza granicami czegoś tam, podczas, gdy zadźgany żołnierz walczy w szpitalu o życie, a ratownicy medyczni, ktorzy udzielali mu pomocy zostali obrzuceni kamieniami.

Chyba jestem bardzo złym człowiekiem, ale kopała bym tą Muchę po ryju, aż by została z niej kałuża, a na granicy postawiła jej synów. Kiedy by ich zadźgano, albo utłuczono kamieniami zaprosiłabym ją do studia i kazała opowiadać o granicach czlowieczeństwa. Albo zmusiłabym ją do zamieszkania pod jednym dachem z mordercami jej dzieci i transmitowała tę sielankę przez 24 h na dobę.

Siedzę i sama się w sobie nie mieszczę nie tylko patrząc na swoje życie - jak śpiewał Kaczmarski - lecz także na tę zgraję imbecyli wynajętych przez Berlin (via Bruksela) do administrowania naszym krajem. Skąd oni biorą takich kretynów i takie kretynki. Chyba zorganizowali casting.

Boże miej nas w swojej opiece!!!




sobota, 27 kwietnia 2024

Cud jako "social embarrassment"

Nie wiem dlaczego, ale przypomniało mi się pewne zdarzenie z przed ponad 20 lat, którego byłam świadkiem w kościele św. Wojciecha we Wrocławiu. Musiały to być święta Bożęgo Narodzenia albo Wielkanocy, bo w kościele było sporo ludzi, których się tam zwykle nie widywało. Niektórzy prawdopodobnie  przychodzili kilka razy do roku, a inni zapewne przyjechali w gości do rodziny i wspólnie z gospodarzami wybrali się na mszę.

Siedziałam jak zwykle po lewej stronie prezbiterium stosunkowo blisko ołtarza w czwartej ławce albo nawet bliżej. W pewnym momencie moją uwagę zwrocił glośny szloch i jakieś poruszenie w sąsiedniej ławce. Mocno starszy pan płakał, a towarzysząca mu kobieta (też starsza) dość zażenowana dopywała się co mu się stało. Przypuszczalnie chciala go uspokoić, bo czuła, że zwracają na siebie uwagę. Mężczyzna jednak nie dawał się spacyfikować, gdyż najwyraźnie doświadczył czegoś niezwykłego, więc wszelkie konwenanse miał chwilowo gdzieś.

Kiedy podszedł do komunii i ukląkł przy balaskach (wtedy jeszcze ich nie usunięto!) powiedział do zbliżajacego się z najświętszym sakramentem zakonnika "Ojcze ja widzę!". Ten chyba nie zrozumiał i wziąłszy go za nieszkodliwego wariata, zrobił mu krzyżyk na czole w geście błogosławieństwa.

Dalszą część tej historii znam z relacji owego sceptycznego zakonnika, którego imienia nie podam, bo nie wiem czy by sobie tego życzył. Otóż starszy pan udał się po mszy do zakrystii, aby opowiedzieć, że - ni mniej ni więcej - tylko właśnie odzyskał, utracony przed laty, wzrok (na skutek choroby, o ile dobrze pamiętam)!!!

Słowa o koniecznośći przebaczania, które usłyszał na kazaniu uświadomiły mu, że ciągle nie wybaczyl jakiejś dawnej krzywdy. Niestety nie pamiętam co to było. Poruszony do głębi postanowił odpuscić swemu krzywdzicielowi i dokładnie w tym momencie przejrzał. (Nie jestem pewna, czy bł. Czesław, którego trumna znajduje w bocznej kaplicy, nie odegral w tym jakiejś roli).

Nie pamiętam tego kazania, ale kaznodzieja sam przyznał, że nie miał czasu się przygotować, bo przyjechali do niego znajomi i oprowadzal ich po Wrocławiu. Powiedział więc to, co mial najbardziej przemyślanie i co najbardziej czuł. Jego słowa trafiły do serca człowieka, który być może przypadkiem trafił na tą mszę i stał się najprawdziwszy cud! Taki cud cud, o jakich czytamy w ewangeliach. Tylko w przeciwieństwie do świadków cudów Jezusa, którzy albo wielbili Boga albo padał na nich blady strach, w tym przypadku wierni obecni na mszy po prostu taktownie zignorowali dziwne zachowanie starszego Pana i zupełnie nie byli ciekawi, co mu się przydarzyło, a człowiek ewidentnie chciał się tym podzielić!

Wyobraźcie sobie kogoś chodzącego po wodzie albo wskrzeszającego umarłych. W najlepszym wypadku wszyscy udawaliby, że tego nie widzą, a w najgorszym zostałby zwinięty przez policję jako zagrożenie dla porządku publicznego. 

Przypomina mi się kawał o psie myśliwskim, który umiał chodzić po wodzie. Jego właściciel nie wiedział, co o tym myśleć, więc zaprosił znajomego na polowanie. Pies biega po wodzie aportując ustrzelone kaczki w tę i wewtę, a kolega nic. W końcu własciciel pyta, czy nie zauważył czegoś dziwnego w zachowaniu jego psa. "Owszem, to bydle nie umie pływać..." odpowiedział z niesmakiem.

Zważywszy ten rodzaj nastawienia, którym nasiąkamy od kolebki - że cuda sie nie zdarzają, a te, o których czytamy w starożytnych tekstach należy rozumieć metaforycznie - po prostu nie zarejestrowalibyśmy cudu, nawet, gdyby zdarzył się nam pod nosem. Nie chcielibyśmy go widzieć! Zdecydowalibyśmy nie przyjąć do wiadomości...

P.S.

Pewien mój kolega z pierwszej pracy, który został protestantem (obawiam się, że z niewłaściwych przyczyn) opowiedział mi taki oto dowcip: Jezus idzie po wodzie, więc apostołowie za nim, bo też by chcieli i oczywiście zaczynają tonąć (choć jako rybacy zapewne umieli dobrze pływać). Jezus odwraca się więc i pukając się w czoło mówi "po palach, idioci, po palach"

Nie wiem z jaką intencją ów człowiek opowiedział ten dowcip. Chciał mnie zgorszyć czy zaprezentować "protestancki punkt widzenia" na cuda? Obawiam się, że Kościól Katolicki także zmierza w tę stronę...

Papieżu Franciszku, hierarchowie i postępowi teologowie nie idźcie tą drogą! Cuda się zdarzają! Sama widziałam!

piątek, 19 kwietnia 2024

O malowaniu

Ostatnio trochę maluje farbami olejnymi, gdyż terpentyna, którą przy okazji wdycham bardzo dobrze działa na moje zatoki. Nie mam porządnych podobrazi, więc używam starych płócien, jak ta martwa natura z rzeźbą i gitarą. Bardzo mnie denerwowała ta gitara i obie draperie w tle, a i sposób malowania rzeźby też pozostawiał wiele do życzenia.


Więc umieściłam w tle "obraz w obrazie", a rzeźbę - poprawioną - na tle korkowej ściany. Pierwszy plan z granatowym czajniczkiem zostawiłam, bo sie udał. Efekt jak widać


Obraz w obrazie jest w istocie tkaniną wykonana na podstawie szkicu malowanego na początku studiów, do ktorego pozowała mi koleżanka z roku, z którą dzieliłam pokój. 





Widzę, że z każdą kolejną interpretacją proporcje Anki się zmieniaja na coraz bardziej dziecięce, zwłaszcza głowa coraz bardziej okrągła i coraz większa w stosunku do ciała. 

Poza przemalowywaniem starych płócien kontynuuje temat zwierzątek, które namiętnie fotografuję w naturze. Zdjęcia same w sobie nie są jakieś szczególne, ale pomagają mi "przyjrzeć się z bliska" rzeczonym stworzeniom. Dopiero na zdjęciu widać, ze czapla ma zółte oczy i dwukolorowy dziób. 
Moja interpretacja malarska ma się na czym oprzeć:


Generalnie zawsze wolę malować z natury, ale w przypadku dzikich zwierząt to niestety niemożliwe...

Efekty nie specjalnie mnie zachwycają, ale cóż robić:


Liskowi nie zmieścil sie ogon na płótnie!



Nie wiem czemu kolory kaczek-dziwaczek takie bez życia, czyżby to "zasługa" płyty pilśniowej w charakterze podobrazia? 

Tak czy siak moje środki są ograniczone, więc będę malować nad tym, co mam. Czasem to ból, bo coś fajnego "namaluje się" na jakiejś dziadowskiej płycie i nie da sie tego porządnie wyeksponować jak ten widok z wiezy katedry:


Zdęcie nie ostre, ale nawet na nim widać, że fragmenty są dobrze malowane. Też musiałam posłużyć się kilkoma zdjęciami, bo malowanie na wieży było niemożliwe.

Nie zawsze ma się szczęście fajnych widoków z własnego balkonu, na którym można ustawić sztalugę i spokojnie malować, jak mi się zdarzyło, kiedy mieszkałam na Jedności (Narodowej).


Uwieczniłam dawny Browar Piastowski (wśród bujnej, wiosennej zieleni drzew). Teraz podobno są tam lofty. Jeszcze nie widziałam, gdyż od wyprowadzki nie zapuszczam się w te okolice.

Ktoś może zapytać, po co właściwie to robię (znaczy maluję), skoro nic z tego nie mam. No cóż, niektórzy ludzie tak mają, ze muszą tworzyć. To im nie daje spokoju. Idealnie byłoby móc z tego żyć, ale to wymaga zupelnie innego talentu...


wtorek, 2 kwietnia 2024

O powrocie młodszego brata

Weźmy na przykład amerykańskich protestantów i to takich gorliwych, którzy chcą zostać albo zostają pastorami i dalej się rozwijają - kończą studia, piszą doktoraty, szukają na własna rękę i znajdują ojców Kościoła i to tak wczesnych jak Ireneusz z Lyonu albo Polikarp, uczeń św. Jana Apostoła. Wtedy dopiero odkrywają historię Kościoła i są w szoku. Nie chcą się nawrócić, bo antykatolicyzm jest częścią ich tożsamości, nawet jesli nie zdają sobie z tego sprawy.... Nie chcą, ale nie daje im to spokoju. Wtedy zwykle trafiają po raz pierwszy w życiu na mszę świętą i tam dopiero czad!

Jeden siedzi w ostatniej ławce wpatrzony w dziwne pudełko obok ołtarza (tabernakulum) i płacze, bo w jakis niepojęty sposób wie, że Jezus jest tam realnie obecny... Drugi ze zdziwieniem spostrzega, że wszyscy zebrani zamiast patrzeć na ołtarz odwracają się do drzwi jakby się coś stało -  ktoś umarł albo coś. Sam więc też się w końcu odwraca i na widok kapłana w asyście zaczyna ronić łzy, bo uświadamia sobie sukcesję apostolską ... Inna osoba nie wie dlaczego, ale placze cały czas odkąd weszła na mszę i nie może przestać... Dar łaski - niewątpliwie - dla tych wyjątkowych dusz, ktore nie ustają w poszukiwaniu prawdy, choć pójście za nią będzie ich wyjątkowo drogo kosztować...

Uwielbiam słuchać ich świadectw nawrócenia. Ja także często płakalam po kościołach, ale za zwyczaj nad własnym losem, który jawił mi się jako trudny do uniesienia. Teraz moje oczy są suche i nie potrafię plakać, choćbym chciała, a moje serce twarde jak kamień. Nie doceniam tego co jest mi dane. Przywykłam do bycia katoliczką od zawsze. Irytuje mnie ksiądz albo organista. Irytuje mnie wszystko. Jestem jak ten starszy brat, który był zawsze w pobliżu ojca (co najmniej fizycznie, nawet jeśli nie sercem) a nie potrafił się nigdy tym zachwycić i ucieszyć. Patrzy z fascynacją na tego młodszego, który przybywa z daleka roniąc łzy wzruszenia na widok zabudowań ojcowskiego domu... Patrzy jak ciele na malowane wrota i zachwyca sie wszystkim, czego starszy - na skutek przyzwyczajenia lub uodpornienia - nie zauważa...

Myślę, że te liczne nawrócenia najlepszych, najodważniejszych i najuczciwszych intelektualnie protestantów są wielkim darem dla Kościoła, gdyż Ci ludzie pomagają nam wierzyć, że naprawde jesteśmy dziedzicami Królestwa...

Jest też sporo katolików przechodzących do protestantów, ale dla nich magnesem jest zwykle czynnik ludzki - wspólnota. Do pewnego stopnia to rozumiem i nie powiedziałabym im złego słowa, gdyby to uczciwie przyznali, a nie zaczynali nagle oburzać się kultem maryjnym albo obrazami świętych...

Ruch odbywa się dwukierunkowo do Kościoła w poszukiwaniu Boga i rzeczy boskich i od Kościoła w poszukiwaniu wspólnoty i rzeczy ludzkich... Zastanawiam się jak to połączyć i czy to w ogóle możliwe...

Może tak musi być. Może musimy być znudzeni i poirytowani, bo na poziomie ludzkim nic nie widzimy, a oczy wiary zbyt słabe?  Szczerze mówiąc nie wiem. Kiedyś bardzo pragnęłam doświadczyć wspólnoty w Kościele, ale tak się nie stało. Może ta wspólnota istnieje na jakimś glębszym poziomie niedostępnym naszym zmyslom? Nie wiem tego.

Wiem natomiast, że błędem jest posoborowe "protestantyzowanie" Kościoła, bo wstydząc się rzeczy nadprzyrodzonych odrzucamy to, co najcenniejsze, a nie zyskujemy nic, dokładnie nic.

Piszę to także pod wpływem kazania proboszcza mojej parafii, który podczas wigilii paschalnej nie miał nic do powiedzenia o Zmartwychwstaniu, natomiast sporo o Janie Pawle II i zagrożeniach dla rodzin we współczesnym świecie.

Żeby byla jasność uważam Jana Pawła II za świętego człowieka i wiem, że zagrożenia (duchowe) zarówno dla rodzin jak i ludzi samotnych są ogromne, to jednak świętowaliśmy ZMARTWYCHWSTANIE i tylko o tym należało mówić lub zamilknąć i poprzestać na pięknej liturgii.

Mam wrażenie, ze kryzys wiary w Kościele dotyczy w pierwszym rzędzie osób duchownych, niestety...




poniedziałek, 18 marca 2024

Kasa z Brukseli oraz pan członek - i to niejeden - ponad podziałami...

Donald, Donald to nadzieja cała nasza, 

powracając zło zwyciężył,

sukces nam ogłasza!

On w Brukseli zdobyl kasę

do trójkąta doszlusował

Macronowi i Scholzowi tyłek pocalował!




Wielką uczyniłeś radość w naszym domu
drogi Donaldzie Tusku nie mówiąc nikomu
Na światowe salony wkroczyłeś z kopyta
podczas gdy twoi kumple moszczą się u koryta
Unia nagle z nami liczyć się zaczęła
I hojne dofinansowanie na amunicję sypnęła...

Pan Czlonek byl chory, lecz nie leżał w lóżeczku
i przyszedl pan doktor "Jak się masz członeczku"
"Źle bardzo" powiada "ciśnienie skoczyło, puls przyspieszony i serce zabiło"
"Za dużo ekscytacji" doktor mu odpowie
"Od niezdrowych emocji ważniejsze jest zdrowie"
"Cóż począć" wzdycha nieszczęśnik czerwony
"wszak to Kaczyński miał być dziś upokorzony"
"Niedobrze" rzecze doktor "gdy ktoś rozumu miernego, 
w swej arogancji postponuje człowieka starszego, 
bo ten jego kosztem nieźle się zabawi
i gębę PANA CZŁONKA na wieki przyprawi"




A jednak jest w Polsce takie środowisko, które potrafi dogadać sie ponad podziałami i zgodnie oraz dyskretnie pracować przy wspólnych projektach. Miłość łączy, nienawiść dzieli, czyż nie?


sobota, 16 marca 2024

Przypadek Tammy Peterson, czyli o mocy obśmianych praktyk...

Jakiś czas temu Tammy Peterson, żona Jordana Petersona, została uzdrowiona z bardzo rzadkiego rodzaju raka nerek. Statystyki są takie, że dotąd nikt tego nie przeżył. Po diagnozie dano jej góra 10 miesięcy życia. Ponieważ w jej rodzinie wiele osób umierało stosunkowo wcześnie na różne choroby, uznała, że widocznie ma takie geny i zaakceptowała perspektywę śmierci, jako nieuchronną. (W końcu będąc po sześćdziesiątce i mając czworo wnucząt mogła uznać, że już zrobiła co do niej należało.) Dopiero kiedy powiedziała o tym swojemu synowi i zobaczyła w jego oczach wielki smutek uświadomila sobie, jak wielkim ciosem będzie jej śmierć dla bliskich...

W szpitalu odwiedzala ją przyjaciółka, młoda, ładna kobieta o rysach lekko azjatyckich. Jako praktykująca katoliczka nauczyła ją modlić się na różańcu i codziennie towarzyszyła jej w tej modlitwie. To pomoglo chorej i bardzo cierpiącej Tammy skupić się na czymś innym niż ból. Nie modliła się o uzdrowienie, po prostu kontemplowała kolejne tajemnice pod kierunkiem przyjaciółki. Efekt był taki, że została uzdrowiona i na Wielanoc ma zostać przyjęta do Kościoła Katolickiego.

Bardzo mnie ta historia poruszyła, zwłaszcza przyjaciółka, która codziennie odwiedzała starszą kobietę i modliła się z nią ponad godzinę. Abstrahując od jej bezinteresowności, to jest to dla mnie przykład osoby w sposób właściwy czerpiącej ze skarbów, jakie w swoim posiadaniu ma Kościół Katolicki. Nie dość, że sama je znajduje, praktykuje w swoim życiu (ewidentnie z dobrym skutkiem), to jest w stanie dzielić się z tymi, którzy potrzebują, a wcześniej trafnie rozpoznać.

Z jednej stony mamy coś tak pięknego - modlitwę praktykowaną z właściwym nastawieniem w obliczu śmierci, przyjaźń, miłość syna i męża... A z drugiej nieustanny wysilek "tego świata", żeby wiarę w Boga (ze szczególnym uwzględnieniem chrześcijaństwa) obśmiać i obrzucić gównem. Można się tak bawić, kiedy wszystko się układa (o ile to możliwe), ale kiedy pojawia sie cierpienie, nie zostaje nic i wtedy "ten świat" podpowiada wyłącznie samobójstwo. Właśnie po tym można poznać ponad wszelką wątpliwość, że mówi przez niego nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego...

Jest jeszcze trzecia strona tej układanki - niewierzący hierarchowie, którzy zamierzają utwierdzać ludzi praktykujących grzech wołający o pomstę do nieba w ich zlym wyborze za pomoca błogosławieństwa. Nie mając wiary, często sami obarczeni wiadomą skłonnością, której bez oporów folgują, nie są wstanie rozpoznać, że słowa takie jak grzech, błogosławieństwo, modlitwa opisują RZECZYWISTOŚĆ. To nie są tylko puste dźwięki, którymi można się bawić i mamić skołowanych katolików.

Można być Kościołem znudzonym, zniecierpliwionym, a nawet na niego wpieprzonym. Bożna być zniechęconym swoją własną modlitwą, która wydaje sie nic nie poruszać. Wszystko to rozumiem. Mniej mam zrozumienia dla lęku przed obciachem, bo mój instynkt stadny jest raczej słaby, ale widziałam takie przypadki zwłaszcza wśród młodych ludzi. Duchowieństwo nie pomaga, bo samo mierzy się w własnym brakiem wiary, a co za tym idzie pytaniem o sens swego powołania...

Historia Tammy Peterson pokazuje jednak, że najbardziej obśmiana praktyka świata może mieć moc, o jakiej nam się śniło. Być może jest tak, że gdybyśmy odważyli uwierzyć naprawdę, sami doświadczalibyśmy podobnych cudów w naszym życiu. Może tym przychodzącym z zewnątrz jest łatwiej, bo robią to po raz pierwszy bez obciążeń, bez pamięci tych wszystkich godzin niewysłuchanych modlitw i zawiedzionych nadziei... Nie wiem, ale piszę z głębokim przekonaniem, że odwieczna nauka Kościoła trafnie opisuje rzeczywistość duchową, nawet jeśli sami katolicy (ze szczególnym uwzględnieniem hierarchów) w to nie wierzą...