Oglądam sobie taki oto filmik https://youtu.be/hJg_j9VwR30 (Israeli Comedy Show MOCKS JFK, Shows Prime Minister LYING About Nukes). Młody człowiek - Wally Rashid - prezentuje amerykańskiej publiczności fragment nieznanej jej starej izraelskiej komedii, w której prezydent Kennedy usiłuje dowiedzieć się od premiera Ben Guriona czy Izrael pracuje nad bronią nuklearną.
Czy rzeczony fragment jest śmieszny czy nie, każdy może ocenić. Autor filmu jest święcie oburzony, że drwi się tak bezceremonialnie z legendarnego prezydenta USA, który został zamordowany i że junior partner w sojuszu obśmiewa "wielkiego brata" któremu tak wiele zawdzięcza!
Nie pamiętam czy sam Wally Rashid czy też ktoś w komentarzach zauważa, że tego rodzaju komedie podsumowują wszystkich amerykańskich prezydentów i ich stosunki z Izraelem. Pod filmem kilkakrotnie pojawia się komentarz, że niewybredne z drwiny z Jezusa są w Izraelskiej telewizji na porządku dziennym...
Widzę, że amerykańskiej opinii publicznej zaczynają otwierać się oczy w kwestii:
- z kim mają do czynienia
- że zostali temu komuś sprzedani przez własnych polityków wybieranych w demokratycznych wyborach już przed 1963
- że ostatnim prezydentem który to widział i usiłował odwrócić był JFK i być może dlatego został zamordowany
Sam Ben Gurion chyba nie wytrzymał tej presji ze strony USA i zrezygnował ze stanowiska. Prezydent Kennedy pierwszym co zrobił po gratulacjach nowemu premierowi - Lewi Eszkelowi - kiedy ten objął urząd w czerwcu 1963, było ponowienie żądania informacji o izraelskim programie nuklearnym.
22.11. tegoż roku już nie żył, zastrzelony w zamachu. Izraelska prasa pisała, że gdyby nie śmierć JFK Izrael nie miałby dziś bomby atomowej. W momencie kiedy ją wyprodukował poczuł się na tyle pewnie, żeby zaatakować egipskie bazy lotnicze i tym samym rozpętać wojnę sześciodniową, podczas której ostrzelał "sojuszniczy" statek wywiadowczy USS Liberty. (Pisałam o tym na blogu
https://singletonreview.blogspot.com/2026/03/uss-liberty-czyli-od-narodu-wybranego.html)
Zastanawiam się czy coś się zmieni, kiedy Amerykanie przejrzą na oczy. Musieliby najpierw odciąć kongresmenów i senatorów od pieniędzy z AIPAC, a biorą je prawie wszyscy. Amerykański parlament, który co roku przyznaje ogromną kasę dla Izraela, jest w istocie w kieszeni jego rządu. Pół biedy, gdyby chodziło tylko o pieniądze, częściowo wracające do kieszeni parlamentarzystów. Zdecydowanie większym problemem jest skuteczne wymuszanie podporzadkowania polityce zagranicznej Izraela i konieczność prowadzenia w jego interesie wojen na bliskim wschodzie celem destabilizacji wszystkich państw sąsiednich.
Pytanie jest czy w USA można wygrać wybory bez poparcia lobby izraelskiego. A jeśli to byłoby możliwe, jak długo tak wybrany prezydent by pożył, gdyby chciał się wyłamać z bezwarunkowego wparcia dla podstępnego sojusznika?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz