Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2026

O wakacyjnej lekturze i zarządzaniu społecznymi emocjami

W poszukiwaniu wakacyjnej lekkiej a wciągającej lektury trafiłam na horror polityczny duetu Urbi et Orbi (Jarosław Urbaniuk, Łukasz Orbitowski) pt Pies i klecha przeciwko wszystkim. A tam milicjant i ksiądz doktor habilitowany tropią niezwykłe zjawiska, byty i rytuały mające bezpośredni wpływ na naszą codzienność oraz rzeczywistość społeczną i polityczną. Akcja zaczyna się w schyłkowym PRLu, kończy u początku transformacji ustrojowej w 1989 r.

Oszołomieni bohaterowie odkrywają, że u początków PRL-u miał miejsce rytuał oddający nasz nieszczęśliwy kraj pod władzę ARYMANA. Dość mnie ta koncepcja zaskoczyła, bo Aryman (po persku Angra Majnu) jest złym przeciwnikiem dobrego boga Ormuzda (Ahura Mazdy) w Zoroastryzmie czyli religii powstałej gdzieś w okolicach V w. p.n.e. w Persji, a raczej Imperium Perskim rządzonym przez dynastię Achemenidów. Skąd ta postać w kontekście Chrześcijaństwa i walki z nim?

Aryman ma być demonem materializmu, wrogim rzeczywistości duchowej w przeciwieństwie do Lucyfera. Ten drugi ma sprzeciwiać się Duchowi Świętemu ofiarując iluzje zamiast Prawdy, a pierwszy zdaniem autorów jest wrogiem Chrystusa i stawia nienawiść przeciwko miłości.

Z lucyferyzmem spotykamy się w pogańskiej wsi, gdzie złożono w ofierze młodego wikarego, władzy Arymana i jego wyznawcom zawdzięczamy komunę. A co po jej oficjalnym upadku? Otóż przychodzi trzecia siła - nicość i wielka ciemność - Sorat sprzeciwiający się Bogu Ojcu jedynemu.

Ksiądz Andrzej Gil uświadamia to sobie, kiedy razem z byłym milicjantem skutecznie udaremnili próbę ponownego oddania Polski Arymanowi, przerywając staremu komuchowi Finderowi rytuał złożenia w ofierze człowieka. 

Tymczasem w innym pomieszczeniu gmachu sejmu odbywa się konkurencyjny rytuał, prawdopodobnie również połączony z krwawą ofiarą, otwierający na oścież drzwi nihilizmowi.

"Co myśmy najlepszego zrobili!" myśli udręczony ksiądz uświadomiwszy sobie sytuację. Właściwie na tym kończy się książka i z taką myślą czytelnik jest pozostawiony.

Myśl wcale nie jest taka niedorzeczna jakby się mogła wydawać. Skoro zarówno nazizm jak i komunizm mają okultystyczne korzenie, podobnie jak masoneria, której zawdzięczamy rewolucję francuską, tzw. "Oświecenie" i rozbiory Polski, to dlaczego nie New World Order czy jak to się tam nazywa.... Gołym okiem widać, że jest to kolejna odsłona walki z chrześcijaństwem i boskim/naturalnym porządkiem świata (Logosem), wymierzona w tzw. zwykłego człowieka.

Kiedyś wyobrażałam sobie, że ponieważ moje potrzeby materialne są dość skromne, a miejsce do mieszkania odziedziczyłam (więc nie muszę spłacać kredytu), regularny dochód w postaci emerytury (bez względu na jej wysokość) uszczęśliwi mnie dozgonnie. Nie przewidziałam, że w przeciągu ostatnich 4 lat wyrośnie nam pod bokiem równoległe społeczeństwo ukraińskie konkurujące z niezamożnymi Polakami o służbę zdrowia, mieszkania, miejskie parki, kąpieliska i miejsce w przestrzeni publicznej.

Nasi goście przyjęci z dużą życzliwością okazali się "gatunkiem inwazyjnym" usiłującym zdominować (albo wręcz wygryźć) naiwnych gospodarzy. Robią to między innymi przez wytwarzanie hałasu nieproporcjonalnego do ich liczby. Kto nie wierzy niech się przejdzie do Parku Wschodniego w pogodny weekend albo na kąpielisko na Oporowie lub Królewieckiej w upalny dzień! Kto mieszka w centrum, nie musi tego nawet robić, bo odgłosy życia ukraińskich sąsiadów są częścią jego codzienności.

Ludzie zamożni mogą zmienić miejsce zamieszkania, kupić nowe mieszkanie, dom pod miastem, chatę w górach, willę we Włoszech lub Hiszpanii. Nie są zdani w takim stopniu jak "zwykły człowiek" na efekty decyzji lub zaniechań kolejnych rządów. Jakie skutki społeczne przyniesie podpisanie paktu migracyjnego przez Tuska łatwo sobie wyobrazić. Będziemy tu mieli drugą Wielka Brytanię, jak onegdaj marzyliśmy.

Wszystko jest bardzo dziwne i dzieje się nadzwyczaj szybko. Kilka lat temu po śmierci czarnego recydywisty Floyda, który stawiał opór przy zatrzymaniu, podczas ucieczki z dużą ilością narkotyków, wszyscy klękali jakby ich ktoś zaczarował. Przy najlepszych chęciach nie dało się tego uzasadnić logicznie. Rzecz działa się w USA. Policjantów oskarżono. Premier Wielkiej Brytanii klękał publicznie. Po śmierci niewinnego białego chłopaka w swoim własnym kraju, zabitego przy udziale brytyjskiej policji nie tylko nie klęknął, ale nabrał wody w usta, aż nagranie z zatrzymania znalazło się w Internecie. Wtedy ograniczył się do oskarżenia Nigela Farrage o podżeganie do nienawiści.

W USA czarny 17-latek zadźgał nożem białego rówieśnika, bo ten kazał opuścić mu namiot nie swojej drużyny, w którym się miał znaleźć uciekając przed ulewą. Rzecz działa się podczas zawodów sportowych. Podobno nagle spadł ulewny deszcz czy też była to burza z piorunami i nieszczęsny Carmelo Anthony schronił się  do namiotu konkurencji. Został wyproszony, na co zareagował ciosem noża w serce. Dlaczego przyniósł nóź w plecaku na zawody sportowe? Tego nikt nie próbował nawet wyjaśniać. Po prostu skrzywdzono "dzieciaka" (kid) skazując go na dożywocie z perspektywą ubiegania się o skrócenie kary po 35 latach, a on tylko działał w obronie własnej, bo oponent wyglądał na silniejszego.

Jego "obrońcy" w zemście sikają na grób ofiary. Na myśl o uczuciach rodziców zamordowanego chłopca narażonych na takie demonstracje i brata bliźniaka, na którego rękach umierał jest mi po prostu gorzej. Totalne zbydlęcenie.

Nie opuszcza mnie jednak myśl o dziwnej synchronizacji tych zdarzeń z wojną USA z Iranem i narastającym dystansem międzynarodowej opinii publicznej w stosunku do państwa Izrael, które ją rozpętało.

Bardzo wiele konserwatywnych mediów związanych z republikanami i ruchem MAGA straciło popularność z powodu bezkrytycznego poparcia  dla Izraela. Nagranie z zatrzymania Henry Nowaka, uznanie za winnych prześladowców szkockiej dziewczynki z siekierą, próba dekapitacji białego mężczyzny przez Sudańskiego migranta w Belfaście i wyrok w sprawie Carmelo Anthony'ego pozwoliły im znowu nabrać wiatru w żagle.

Ktoś tym ewidentnie dyskretnie zarządza. "Teraz nie patrzcie w stronę Libanu, Gazy i zachodniego brzegu tylko poczujcie słuszny gniew po wyczynach migrantów w Europie i czarnych w USA!"

A skąd się wzięli ci migranci? Czy przypadkiem ich napływ nie ma związku z destabilizacją wszystkich państw na Bliskim Wschodzie, które mogłyby zagrozić Izraelowi? Czy to przypadkiem nie Stany Zjednoczone są za to odpowiedzialne? 




sobota, 14 lutego 2026

Ze wspomnień młodej modelki, przy okazji dnia św. Walentego...

O dniu św. Walentego dowiedziałam sie w późnej podstawówce dzięki lekturze książki Piękne Dziewczę z Perth sir Waltera Scotta. Tytuł książki to tytuł, który nadawano - chyba własnie w ów dzień - najpiękniejszej pannie w owym szkockim miasteczku.

Sama książka była mroczną opowieścią raczej nie skierowaną do 13-letniego odbiorcy i pozostała w mojej pamięci jako rozczarowanie, podobnie jak Narzeczona z Lammermoor tegoż autora, której nie zmogłam.

Tak czy siak, w mojej świadomości walentynki trafiły do przegródki z literaturą angielską, podobnie jak halloween. W tej przegródce mają swój urok jako egzotyczna ciekawostka, kiedy jednak usiłuje się je zaszczepić na rodzimym gruncie w celach komercyjnych lub w charakterze inżynierii społecznej, budzą mój gwałtowny sprzeciw. Mamy własne piękne tradycje i nie potrzebujemy implementować anglosaskich w ramach kolonizacji kulturowej.

W poprzednim wpisie wypowiedziałam się - w tonie negatywnym - o pragnieniu wielu młodych dziewcząt, by zostać modelką. Wyjaśniam więc, że mam o tym pewne pojęcie. Kiedy miałam lat 9 "zostałam zwerbowana" do prezentowania ubrań do na kiermaszu szkolnym odbywajacym sie co roku w sierpniu na placu Wolności we Wrocławiu. Moja mama była kierowniczką hurtowni papierniczej, więc była za organizację tegoż wydarzenia współodpowiedzialna. Pani "kierowniczka artystyczna", czy jak ją zwał, zmierzyła mnie krytycznie od stóp do głów i skinęła głową w geście aprobaty. "Nadaje się" orzekła krótko na użytek mojej mamy.

Zaczęłam więc moją karierę modelki - szybkie przebieranie sie w namiocie, a potem myk po schodkach na scenę, a ze sceny na wąski wybieg nad głowami ludzi. Szłam niepewnie, bo się bałam, że spadnę, a publiczność zachęcała mnie bezceremonialnie, bym sie obracała w tę czy tamtą stronę. Nie było to szczególnie przyjemne!

Dlaczego się zgodziłam wziąć w tym udział? Dla kasy oczywiście! Zarobiłam całe 300PLN, które potem zjadła (w sensie dosłownym) moja Polijka. Musiała być wtedy szczeniaczkiem, stąd wnioskuje, że był to rok 1974! (Ewentualnie rok później, wtedy ja miałabym lat 10, a Polijka ponad rok i dlatego nie przewidziałam, że zeżre mi pieniądze)

Byłam więc modelką w latach 70-tych i mam jasność, że to zajęcie nie polegajace na byciu podziwianą z powodu swojej urody, tylko raczej służenie za ruchomy manekin dla rzeczy, które ktoś usiłuje sprzedać, traktowany dość bezceremonialnie!!!

Nawet kasę straciłam  trzymając w portmonetce w kształcie pieska na zbyt niskiej półce. Polijka uznała ją za maskotkę dobrze nadającą się ćwiczenia ostrych ząbków. Z pieska została tylko głowa. Wnętrze zostało rozprute, a trzy czerwone, 100-złotowe banknoty z Waryńskim gruntownie przeżute. Rodzice uznali, że to będzie dla mnie dobra lekcja. Czego? Że nie warto zarabiać, bo i tak wszystko psi zjedzą?

Polijka w czasie swego pierwszego roku życia zjadła, pogryzła, przeżuła i zniszczyła wielokrotność mojego pierwszego zarobku i to bynajmniej nie z powodu mojej lekkomyślności, jeżeli o to chodziło  rodzicom...

Polijka, mój zwierz!

Dziesięć lat później pracowałam - już jako studentka - na tymże samym kiermaszu sprzedając na stoisku sportowym. Z zarobionej kasy kupiłam gramofon stereo i radiomagnetofon. Nie dlatego, że u nas w domu nie było, tylko z myślą o wyjeździe do Lublina. Wniosek z tej historii jest taki, że pewniejszy jest zarobek ze sprzedawania towarów potrzebnych ludziom niż swojej urody!!!



niedziela, 21 grudnia 2025

Jeszcze o Magdzie Umer i produkcji komunistycznych elit

Dooglądałam film Magda z 1993 https://youtu.be/dmLfgiZGLZ4 do końca, a tam gdzieś przy końcu najciekawszy wątek - produkcja komunistycznych elit! 

Magda Umer opowiada, że chodziła do komunistycznego żlobka, komunistycznego przedszkola i komunistycznej szkoły (podstawowej i średniej w jednym?) i w związku z tym po raz pierwszy zetknęła się z jakimikolwiek odniesieniami do chrześcijaństwa dopiero na studiach polonistycznych!!! Nie miała na przyklad pojęcia o jaki krzak gorejący może chodzić!!!

Co to w praktyce oznacza?

  1. Musiały istnieć (i pewnie nadal istnieją) specjalne żłobki, przedszkola i szkoły (podstawowe i średnie) dla dzieci nomenklatury i SB-ków.
  2. Z programu tych szkół wycięto większość historii i literatury polskiej, a nauczano np historii komunizmu? Żydów? ZSSR?
  3. Komuniści ewidentnie zainspirowali się angielskimi szkołami publicznymi (tzn prywatnymi w naszym rozumieniu), których głównym zadaniem jest produkcja elit. Te elity miały być kulturowymi cudzoziemcami w kraju, poddanym ich władzy!

Najciekawsze, że Magda chodziła do klasy humanistycznej z łaciną. Jak w klasie humanistycznej można ominąć 90% literatury polskiej pozostaje dla mnie tajemnicą. Jakiej historii tam uczono?

Każdy uczeń liceum już w pierwszej klasie styka się z tekstem Bogurodzicy, Rozmowy Mistrza Polikarpa ze śmiercią, Legendy o św. Aleksym, Pieśni o Rolandzie itp. O poezji Kochanowskiego już nie wspominam. A co z Sienkiewiczem? Jak można czytać np Potop i się nie zauważyć odniesień do chrześcijaństwa? A wielcy romantycy? A Norwid? 

Nawet jeśli nie uczyli się o literaturze polskiej, to w każdej innej europejskiej - z rosyjską włącznie - jest dokładnie to samo! Czy przygotowano dla nich ocenzurowane wersje lektur? (Nowacka chce to teraz wprowadzić we wszystkich szkołach !)

Stanisław Krajski opowiada w jakimś filmie o swojej polonistce-komunistce z liceum, która nie rozumiała, co oznacza zdanie "niech się mury Jerycha porozwalają jak kłody" z wiersza Norwida i miała dziwne pomysły interpretacyjne (niestety, nie przytacza jakie). 

Sama pracowałam w Liceum Sióstr Urszulanek z polonistką, która nie miała żadnej wiedzy (albo śladową) na temat Pisma Świętego Nowego i Starego testamentu i nie rozumiała żadnych odniesień do postaci biblijnych (typu Tobiasz i Sara z Księgi Tobiasza). Nie czytała też Tolkiena, bo - jak wyjaśniła - jest "tradycjonalistką". Do jakiej "tradycji" się odwoływała?

Antoni Macierewicz przy jakiejś okazji opowiadał, że podczas weryfikacji WSI (chyba) zetknął się z bardzo inteligentnymi i wykształconymi ludźmi, których wiadomości z historii Polski ograniczały się do losów pojedynczych komunistów. Mieli zupełnie inaczej umeblowane mózgownice niż większość obywateli naszego kraju, gdyż zapewne byli produktami takich właśnie szkół, o jakich mówiła Magda Umer.

Ciekawe, że PRLowska literatura i filmy dla młodzieży pełne są postaci, których realia życiowe drastycznie odbiegają od sytuacji potencjalnego czytelnika czy widza. Mam na myśli różne Jeziora osobliwości, Szaleństwa Majki Skowron czy inne Jowity. Ten ostatni film nakręcony został na podstawie powieści Dygata (scenariusz Konwickiego), reżyserowany przez Morgensterna, główne role zagrali Daniel Olbrychski, Barbara Kwiatkowska i Kalina Jędrusik. Kultura PRLu w pigułce - sami swoi. Od dyżurnych literatów systemu poprzez reżysera właściwego pochodzenia (etnicznego) do piękności "poziomych" robiących karierę przez łóżko...

Tak mi się skojarzyło przy okazji opowieści Magdy Umer o jej paczce z liceum. Wspomniała na przykład, że kiedy pokłóciła się z chłopakiem i na studniówce tańczyła z kimś innym, wszyscy nauczyciele byli bardzo zmartwieni i usiłowali młodych pogodzić. 

Czy ktoś widział coś takiego w realnym życiu? To brzmi jak żywcem wyjęte z jakigoś PRLowskiego filmu dla mlodzieży typu Beata, albo ten, gdzie niunia zgubiła zegarek, czy też serial z Pacułą - pracującą w szpitalu - w roli głównej. Niestety, nie pamiętam tytułów tych wybitnych dzieł...

Morał z tej historii jest taki, że - przypuszczalnie - te szkoły nadal istnieją pod zmienionym szyldem i nadal hoduje się tam elity kompradorskie, potrzebne do zarządzania kolonią z nadania brukselskiej/berlińskiej metropolii. To jest odpowiedź, skąd się bierze owo wykazywane w sondażach ok. 16 % społeczeństwa, które nienawidzi polskości albo - co najmniej - się z nią nie identyfikuje. 

To jest odpowiedź, skąd się biorą politycy, którzy nie wiedzą ilu jest królów albo jednemu z nich nadają imię Belzebub. To wyjaśnia skąd się biorą posłanki tak słabo znające język polski, że potrafią krzyczeć hasło "dość dyktatury kobiet" mając na myśli coś wręcz przeciwnego... 

P.S.

Sprawdziłam liceum Magdy Umer, to XIV LO im. Staszica w Warszawie, które w latach 1953-1990 nosiło imię Klementa Gottwalda. W rankingu Perpektyw z 2024 pierwsza szkoła w Polsce i pierwsza w Warszawie! Wśród znanych absolwentów Jerzy Urban, Helena Łuczywo, tatuś Nowackiej (Jerzy), Jan Lityński, Wanda Rapaczyńska, Marek Borowski i Magda Umer. 

Jest oczywiście wielu zacnych absolwentów przedwojennych, gdyż szkoła powstała w 1906, a w czasie okupacji prowadziła tajne komplety. I tak szacowną instytucję z tradycjami komuchy zamieniły na wylęgarnie swoich elit, które kończąc klasę humanistyczną nie miały nigdy kontaktu z literaturą polską!!! Bo jak to inaczej rozumieć? Kiedyś byl inny program? Bez Kochanowskiego i Mickiewicza? Nie wierzę!!!

sobota, 20 grudnia 2025

Na marginesie śmierci Magdy Umer

Kilka dni temu umarła Magda Umer. Kiedyś nawet ją lubiłam, byłam w jakimś stopniu pod urokiem poetyckiego nastroju jej piosenek słyszanych w dzieciństwie i wczesnej młodości. Nie pamiętam czy najpierw dowiedziałam się, że jest córką Adama Humera - komunistycznego oprawcy, diabła z Rakowieckiej - czy posłuchalam jej piosenek jako osoba dojrzała. (Tak, wiem, że nie córką tylko bratanicą, ale cała reszta rodziny - ojciec Edward Umer, jego dwie siostry i dziadek Wincenty to komunistyczni działacze okresu stalinowskiego).

Uderzyło mnie, że ona zupełnie, ale to zupełnie nie ma głosu. Nie, że ma przeciętny, po prostu go nie ma. Przeciętny głos brzmi przy wydawanych przez nią dźwiękach jak dzwon ze spiżu. To co uprawia można przy dużej dozie dobrej woli określić jako melorecytację często przechodząca w szept. Słuchanie tego jest dla mnie niewymownie męczące. Sama artystka przyznała, że krytycy nazywali jej śpiew miałczeniem lub piszczeniem, moim zdaniem trafnie...

Nie będę się czepiać jej wyglądu, powiem tylko, że identyczna dziewczyna bez resortowego pochodzenia nie zostałaby nigdy zauważona. Nikt nie zachwycałby sie jej eterycznością, nie porównywal do elfa czy rusałki i nie twierdził, że "śpiewa duszą"...

Trafiłam w internecie na film i z 1993 pt Magda https://youtu.be/dmLfgiZGLZ4, w którym m.in. opowiada o swoim ojcu, który - jak się wyraziła - był pierwszą miłością jej życia. Bardzo przystojny i obdarzony pięknym, mocnym głosem, po pracy (w informacji wojskowej) grał na pianinie i śpiewał przedwojennne przeboje, w tym ckliwą balladę o małym Srulku i jego tatusiu. Finał byl taki, ze Srulek - kochany syneczek - kiedy się w końcu dorobił nie zaprosił nawet tatula na swój ślub. W tym miejscu mała Magda zawsze płakała, takie miała wrażliwe serduszko...

Gdybym nic nie wiedziala o tej kobiecie, jej rodzinie i mechanizmach "promocji talentów" w PRLu, uwierzyłabym jej i szczerze polubiła, ale nie mogę, gdyż przed laty obejrzałam inny film pt Humer i inni https://youtu.be/eMXh4JJP8KI z roku 1994. Kontrast między Magdą Umer opowiadającą o ukochanym ojcu i chorych młodszych braciszkach - z których jeden umarł w dzieciństwie, a drugi wymagał operacji serca - a zeznaniami ofiar Adama Humera jest bolesny.

Oczywiście nikt nie jest odpowiedzialny za czyny swoich rodziców i krewnych, ale jeśli właśnie im zawdzięcza karierę, to jednak powinien wiedzieć kiedy wypadałoby zamilknąć z szacunku dla ofiar. No chyba, że takiego szacunku nie ma i pani Magda nie uważa ich za ludzi, a porównywanie nieszczęścia chorych braciszków do osób torturowanych przez stryja wydaje sie jej absurdalne.

Swoją drogą podobieństwo rodzinne między artystką a diabłem z Rakowieckiej uderzające. Ten sam koloryt - jasna cera, gęste włosy w kolorze rudoblond (na starość przechodzącym w żółtawą siwiznę) jasne oczy - szare lub szaro-niebieskie - spoglądające melancholijnie zza szkieł okularów. Na zdjęciach z młodości twarz Humera też wydaje sie wrażliwa i inteligentna. Być może to zasługa okularów. Na starość usta zamieniły się w wąską podkowę, co nadaje twarzy karykaturalny wygląd. Głos wydaje się cichy i łagodny jak w niezapomnianych interpretacjach poezji w wykonaniu jego bratanicy...

Czy wrażliwy inteligentny człowiek może w perwersyjny sposób znęcać się nad kobietami doznając przy tym podniecenia seksualnego? A może to po prostu psychopata?

A firmowa "wrażliwość" Magdy Umer to jej cecha wrodzona czy wybór podyktowany absolutnym brakiem głosu? Nadużywanie szeptu jest jakimś sposobem na zatuszowanie tak istotnego dla piosenkarki deficytu. Jakoś historia wrażliwej mimozy robiącej karierę sceniczną w PRLu dzięki swojej zachwycającej subtelności nie wydaje mi się wiarygodna.

Janusz Wiśniewski (nie wiem kto to jest) stwierdza w wyżej wspomnianym filmie, że Magda Umer miala bardzo silną osobowość narzucającą innym swoją wolę ("królowała między dziewczętami") i nie pamięta, aby kiedykolwiek była zatrudniona np do robienia herbaty na jakiś spotkaniu. Raczej domagała się podania pierniczków, które miala w zasięgu ręki, a jednocześnie w swoich piosenkach zachwycała dziewczęcością i subtelnością...

Agnieszka Osiecka natomiast słysząc jej piosenki myślała o niej jako "pannie ćmie" lub rodzaju świerszcza, ale kiedyś na wakacjach nad morzem usłyszała, jak chlopaki się zwołują "chodźcie zobaczyć jak Umer opala sie nago na dzikiej plaży" i już nie wiedziała czy to zdrowy, opalony golas czy eteryczna istota spowita w szary tiul. Kiedy ją poznala osobiście, uznała, że pół na pół, "dorosły elf" jak to określiła. Miałam wręcz wrażenie, że chodziło raczej o elfa dla dorosłych...

Nie pamiętam gdzie (chyba tu http://magdaumer.pl/home/zyciorys/) sama Umer opowiada o czasach licealnych i swojej 6-osobowej paczce zlożonej z 3 par (w tym ona ze swoim chłopakiem). Zakończyła na "bardzo przyjemnej porażce" w beznadziejnej walce z hormonami. Dlaczego owa porażka byla bardzo przyjemna? Ano bo ani ona, ani jej luby "nie znali pojęcia grzechu", choć zachwycający tatulo mówił, że wprawdzie wydaje  mu się, że Boga nie ma, ale należy tak żyć, jakby był...

Cały ten wątek wygląda jak wzięty z  powieści dla młodzieży Krystyny Siesickiej lub jakiegoś PRLowskiego serialu. Nie twierdzę, że autorka zmyśla, tylko że po prostu nie widziałam czegoś takiego w naturze ani w swoich czasach licealnych, ani pracując w szkole średniej jako nauczycielka.

W filmie Magda pojawia się też Hanuszkiewicz, który usłyszał jak śpiewała "swoje śliczne piosenki" i uznał ją za rusalkę jakiej szuka (do Balladyny?). Oczywiscie nie wiedział, kto to jest, po prostu go zachwyciła... 

Nic na to nie poradzę, ale nie mam łaski wiary w takie cuda, zwłaszcza, że ostatnio widziałam jakieś nagranie (z komputerowym głosem) o nomenklaturowych lub resortowych dzieciach na scenie i ekranie za komuny (https://youtu.be/0njc6e9Qdok). Wymienione były tam następujace osoby: Hanuszkiewicz, Seweryn, Fronczewski, Janda, Zawadzka, Seniuk, Stuhr i Englert (Jan i Maciej).  Trzy z nich - Hanuszkiewicz, Fronczewski i Janda - występują w filmie Magda i wypowiadaja się w tonie pozytywnym o głównej bohaterce...


wtorek, 25 listopada 2025

Czyżby sztuczna inteligencja?

Wczoraj natknęłam sie przez przypadek na taki oto film https://youtu.be/RA6eoTM91E8 (Rysujesz? Chyba już nie masz szans z AI w konkursach), a tam o zwycięskich ilustracjach w konkursie Biedronki Piórko 2025, o których pisałam na tym blogu https://singletonreview.blogspot.com/2025/09/kilka-uwag-o-zwycieskich-pracach-w.html

Młoda ilustratorka analizuje owe obrazki i dochodzi do wniosku, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem (99 %) zostały wygenerowane przez sztuczną inteligencję i nieznacznie obrobione przez człowieka. Swoje wnioski zgłosiła w formie pisemnej jury i organizatorom, którzy ją olali. 

Dlaczego tak? Powody moga być zasadniczo trzy:

  1. Autor ilustracji jest znajomym członków jury, z którymi się umówił na podział nagrody (100 tys. PLN)
  2. Cały konkurs jest po prostu praniem brudnych pieniędzy, a zwycięzca słupem
  3. Członkowie jury, doświadczeni graficy z dorobkiem, mają tego rodzaju gusta, że preferują wytwory AI - czyli uśrednione pod względem stylu i kolorystyki ilustracje dostępne w internecie, natomiast oryginalne dzieła człowieka ich nie interesują. Coby to mówiło o szkolnictwie artystycznym?
Hipotezę 1 i 2 zdaje sie potwierdzać fakt, że laureat złamał regulamin jeszcze w jednym punkcie - jego ilustracje (być może także wygenerowane przez AI) już były publikowane, co powinno było skutkować automatycznym odrzuceniem zgłoszonych prac. Tak się jednak w przypadku tej konkretnej osoby nie stało i to jest dziwne...

Bardzo mnie ten filmik ucieszył, bo w końcu sytuacja się wyjaśniła. Konkursy artystyczne są picami, a zwycięzcy znani przed ich ogloszeniem. Jeśli taki "laureat" jest w stanie coś narysować - OK. Na wszelki wypadek nie pokazuje sie jego dzieł w zestawieniu z konkurencyjnymi. Jeśli natomiast nie jest - niech posłuży się AI. Regulamin i porady są dla naiwnych jeleni, którzy wyobrażają sobie, że ktoś obejrzy ich wypociny.Czuję wielką ulgę i w końcu rozumiem o co chodzi. 

Co za ironia, że w mrocznym PRLu każdy zestaw ilustracji książkowych był osobnym uniwersum -  wykreowanym przez technikę, kolorystykę a także styl, wrażliwość i temperament artysty. Niemożliwe byloby mechaniczne uśrednienie tych nigdzie ze sobą nie graniczących światów. (Tu podaje link do bloga, na którym można je wszystkie obejrzeć według autorów książek lub ilustracji https://jarmila09.wordpress.com/ )

W dzisiejszych czasach dzieła grafików są tak do siebie podobne, że nie sposób odróżnić indywidualnych wytworów od ich uśrednionej wersji serwowanej przez sztuczną inteligencję. Nie jest w stanie zrobić tego nawet jury zlożone z profesjonalistów!

Wygląda na to, że spokojnie mogłam wysłać obrazki robione w Paint 3D, gdzie zestawia się gotowe komponenty, stworzone przez kogoś innego, nieznacznie je modyfikując.


 

środa, 6 lipca 2022

Czy ekshibicjoniści zaliczają się do LGBT?

W czasach mojego dzieciństwa i młodości najbardziej popularnym wyrazem "alternatywnej seksualności" był ekshibicjonizm. Zawsze można było zobaczyć jakiegoś mętnego typa obnażającego się na klatce schodowej, kiedy wracało się ze szkoły, podczas spaceru z psem w parku, na basenie, na plaży, a nawet w pociągu. Zazwyczaj określani byli mianem "zboczeńców". Do tej kategorii zaliczało się również indywidua korzystające z tłoku w miejscach publicznych, np. komunikacji miejskiej, aby macać nieletnie dziewczęta między nogami.

Nie wiem czy wybór dziewczynek świadczył o pedofilskich zapędach owych zboczeńców, czy tez po prostu wybierali dzieci jako najbardziej bezbronne ofiary swoich seksualnych ataków. Faktem jest, że ilość obnażających się ekshibicjonistów zmniejszała się wraz z upływem lat, a ostatniego widziałam na krótko przed czterdziestką (wyglądałam znacznie młodziej niż można by podejrzewać na podstawie daty urodzenia). Obrzuciłam go kamieniami, przedostatniego też.

Najbardziej zaskakujący był przekrój wiekowy i społeczny - od młodych i względnie przystojnych, przez ewidentnie zaburzone, mamroczące indywidua w nieokreślonym wieku, do szanowanych ojców rodzin i dziadków, którzy płynnie przechodzili od zajmowania się wnukami do pokazywania kutasa przechodzącym obok kobietom.

O homoseksualistach mówiło się pederaści. O ich istnieniu wiedziałam głównie z książek o kulturze antycznej. Dopiero na studiach jeden z kolegów wyznał, że zapuścił brodę tylko dlatego, żeby go stare pedały nie zaczepiały w toaletach publicznych.

Tak prezentowała się rodzima różnorodność seksualna za PRL-u i nieco później. To, co widzimy na tzw. paradach równości to głównie import ideologii, aktywistów i PR-u. Nikomu, kto zetknął się ze zboczeńcem za młodu - czy to dziewczynce uraczonej widokiem męskiego organu czy chłopakowi molestowanemu przez pedała w kiblu - nie skojarzyłoby się to doświadczenie z kolorami tęczy. Bardziej z wdepnięciem w gówno lub inną podobną substancję.

Nie wiem czy ekshibicjonistów już niema czy też mój wiek mnie przed nimi chroni, ale nurtuje mnie pytanie czy i oni mają swoją flagę na "paradzie równości". Czy obnażający się uczestnicy tego wydarzenia to właśnie oficjalne występy ekshibicjonistów? A może ukryli się pod etykietą transgender i na skutek wprowadzenia obłąkanego prawodawstwa mogą bezkarnie molestować kobiety w damskich toaletach i szatniach?

Z jakimż zaskoczeniem w dorosłym wieku przeczytałam w literaturze angielskiej, że po zetknięciu się z tzw. flasherem kobieta wzywała policję i miała prawo do opieki psychologa po tak strasznej traumie. Teraz zaś całe pochody ekshibicjonistów gwałcą przez oczy społeczeństwa Europy i wszyscy mają obowiązek się nimi zachwycać.

poniedziałek, 23 maja 2022

Co robi człowiek, który przytył na wiosnę, czyli o "ruchomej objętości" naszych ciał

Przede wszystkim taki człowiek powinien zapoznać się z wywiadami Yeonmi Park (czy tez Park Yeonmi zgodnie z kolejnościa koreańską). Jest to obrończyni praw człowieka z Korei Pn, z której uciekła w wieku 13 lat. Jej historia przeraża na bardzo wielu poziomach  - tzn. okoliczności życia w komunistycznej ojczyźnie  - ale najgorszy ze wszystkiego, odczłowieczający i znieczulający na wszystko wydaje się nieustanny głód. Nie wiem jakim cudem Yeonmi osiągnęła oszałamiający wzrost 158 cm, skoro większość mężczyzn w jej kraju nie dorasta nawet do 148 cm (powyżej tego progu brani są przymusowo do wojska).

Nie zamierzam streszczać jej opowieści, zainteresowanych odsyłam do wywiadu udzielonego Jordanowi Petersonowi dostępnego na Youtube (https://youtu.be/8yqa-SdJtT4; Tyranny, Slavery and Columbia U | Yeonmi Park | The Jordan B. Peterson Podcast - S4: E26). Niewiele się pomylę twierdząc, ze we wszystkich odbiorcach ten material wzbudza poczucie wdzięczności, za los który przypadł im w udziale i prowadzi do konstatacji, że tak naprawdę nie mieli w życiu poważnych problemów...

Myślę, że dla sporej części ludzkości widmo głodu jest bardzo realne, zwłaszcza teraz, w związku z wojną na Ukrainie. Człowiek, który przytył na wiosnę musiał doświadczyć obfitości pożywienia, którą można interpretować jako znak  bożego błogosławieństwa... Zarówno w dzisiejszej Korei Pn (która ma bardzo podobny do naszego klimat) jak i na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej - o Skandynawii nie wspominając - wiosna (przednówek) jest/była najtrudniejszą porą roku jeśli chodzi o żywność. Tradycyjnie najsłabsi w społeczeństwie wtedy właśnie umierają/ umierali. Z tej perspektywy przytycie w tym właśnie okresie może być postrzegane jako cud, znak szczególnej opieki. Nie robię sobie jaj z religii, żeby była jasność, tylko chcę podkreślić, że w naszym regionie  w przeważającej większości żyjemy w krainie obfitości. Co więcej w porównaniu z Koreą Pn PRL też można było zaliczyć do tej kategorii.

Tak naprawdę przytycie jest problemem tylko ze względu na ciuchy i to wyłącznie w przypadku osób, które nie wymieniają co sezon całej swojej garderoby. Jak większość ludzi rozsądnych do tej kategorii się nie zaliczam, więc zmuszona jestem radzić sobie z "ruchomą objętością/wagą". W ciągu roku - miedzy stanem najgrubszym na wiosnę a najszczuplejszym wczesną jesienią - to różnicą jednego rozmiaru (ok 4 cm obwodu).

Nasi przodkowie doświadczali tego samego zjawiska tylko odwrotnie - najszczuplejsi byli po zimie, kiedy kończyły się zapasy, a nic jeszcze nie wyrosło, najgrubsi jesienią kiedy spichlerze były pełne i można było jeść do syta. Ruchoma objętość naszych ciał w cyklu rocznym jest stara jak świat i ludzkość zawsze dobrze sobie z nią radziła wypracowując odpowiednie stroje.

Do cyklu rocznego dochodzą zmiany sylwetki o podłożu hormonalnymi jak np menopauza u kobiet. Tkanka tłuszczowa zaczyna odkładać się na tułowiu powyżej talii, a nie jak do tej pory na biodrach i udach. Ma to oczywiście dobre strony - nie trzeba na wiosnę poszerzać spodni - ale czy rekompensują one estetyczny aspekt zaniku talii to inna rzecz. Tak czy siak, nie jest to nic nowego i znowu patrząc na tradycyjne stroje kobiet minionych epok widać, ze i ten problem był w nich rozwiązany.

Poniżej przedstawiam 3 sposoby na "ruchomą objętość ciała" stosowane przez kobiety  w historii. Moje rysunki stanowią luźną ilustrację idei stojącej za danym strojem, a nie wierne odwzorowanie konkretnych przykładów.

1. Zestaw inspirowany strojami ludowymi naszej części Europy


Szeroka, fałdzista spódnica, biała, luźna, raglanowa bluzka i nieodzowny krótki serdak sznurowany z przodu. Spódnica zniesie każde sezonowe przybranie na wadze, jeśli oczywiście pasek ma regulowaną szerokość, bluzka zapewnia nieograniczoną swobodę ruchów niezależnie od stopnia przytycia, a serdak nadaje całości piękną formę, przy okazji pełniąc funkcję zewnętrznego gorsetu dopasowanego sznurowaniem. W dobie materiałów z domieszką elastyny może być wygodny jak druga skóra.

2. Suknia inspirowana modą antyczną i jej empirową wersją


Miękko układająca się, lekka materia wdzięcznie owiewa kobiecą postać niezależnie od tego czy jest pulchniejsza czy szczuplejsza o rozmiar. Wysoka empirowa talia podtrzymuje biust, krótkie kimonowe rękawki nie krępują ruchów. Cenne źródło inspiracji dla sukienek letnich, także ciążowych

3. Zestaw inspirowany moda średniowieczną


Zewnętrzna suknia lekko dopasowana do figury górą, szeroka dołem, założona na luźną spodnią koszulę z cienkiego płótna. Wdzięczna, kobieca i wygodna. Bez trudu znosi przytycie o rozmiar, lecz w przypadku wysokiej ciąży może być niewystarczająca. Może inspirować sukienki jesienno -zimowe (z wełny na podszewce) oraz letnie (bez spodniej koszuli).

Nie namawiam nikogo do dosłownego zastosowania tych pomysłów, zwłaszcza jeśli chodzi o długość. Chciałam tylko podsunąć źródła inspiracji i przekonać wszystkich przygnębionych "sezonowym przytyciem", że to zjawisko naturalne, a przy odpowiednio dobranej garderobie praktycznie niezauważalne.



środa, 6 stycznia 2021

O ekspresowych mszach

 Nie wiem czy to "trynd" ogólnopolski, czy ograniczony wyłącznie do centrum Wrocławia, gdzie trudno - mimo mnogości kościołów - znaleźć taki, po wyjściu z którego (po mszy) człowiek nie jest zirytowany lub przygnębiony. Msza odprawiana w ekspresowym tempie, organista ścigający się sam ze sobą z wyraźną intencją zgubienia wiernych, przy czym zmieniający melodie, które wszyscy znają na takie, których nikt nie zna (łącznie z nim samym). Myślę, że to wyraźniej ukazuję istotę kryzysu Kościoła niż wszystkie skandale obyczajowe i finansowe razem wzięte. Naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że sami celebransi nie wierzą w sens tego, co robią. To trochę jak wizyta w kawiarni w PRLu - ty jesteś tam dla rozrywki, a obsługa w pracy, co bardzo wyraźnie okazuje. Ty przychodzisz na mszę niedzielną/ świąteczną/pasterkę z własnej woli, z potrzeby serca, w swoim czasie wolnym, a ksiądz i organista są w pracy, którą nie bardzo lubią i chcą skończyć jak najszybciej.

Dziś trafiłam do kościoła, który ma taką tradycję, że w Trzech Króli zamiast kazania śpiewa się kolędy. Organista zaczyna śpiewać w takim tempie, że nikt nie jest w stanie nadążyć, po czym milknie i tylko grzmoci energicznie w organy. Zdezorientowani wierni mruczą coś pod nosem każdy we własnym tempie. Zawzięłam się i śpiewałam głośno i wyraźnie, co mnie tak wyczerpało, że wciąż dzwoni mi w uszach z osłabienia.

Ktoś może powiedzieć, że powinnam skakać z radości, że mam dostęp do sakramentów kiedy tylko zapragnę i będzie miał rację. Nie mniej owo PRL-owskie podejście do sprawowania liturgii dobrze na przyszłość nie wróży...

środa, 2 grudnia 2020

Malwinka, czyli o dorastaniu w PRL-u

 


W 2005 roku straciłam pracę w pewnym liceum prowadzonym przez zakonnice. Miałam wtedy chlamydię pneumoniae, co powodowało ciągłe zapalenie gardła lub zatok połączone z przeraźliwym kaszlem. Często brałam zwolnienia i to zapewne przesądziło sprawę, nawet jeśli decyzja zapadła z zupełnie innych powodów. Faktem jest, że zatrudniały mnie przez 6 lat, co roku podpisując umowę do końca wakacji, co jest niezgodne z prawem o ile mi wiadomo. 

W tym też roku skończyłam 40-tkę i miałam niejasne przeczucie, że znalezienie kolejnej pracy nie będzie już tak proste jak niegdyś. Jednakowoż pełna byłam nadziei na zmianę na lepsze. Wtedy własnie uświadomiłam sobie, że chciałabym pisać, więc postanowiłam zacząć.

Postanowiłam zacząć od początku, czyli dzieciństwa w PRL-u i dedykować tę opowieść "dzieciom uciemiężonym". Próbowałam zainteresować kilka wydawnictw ze skutkiem łatwym do przewidzenia. Publikowałam kilka rozdziałów na tym blogu przy różnych okazjach, a teraz zamieszczam w całości  w kolejnych wpisach - ostatni z nich (tzn ten) jest pierwszy.

Przedszkole

 


 Wszystkie nieszczęścia Malwinki zaczęły się od pewnego jesiennego poranka, kiedy to mama zaprowadziła ją do tego strasznego miejsca zwanego przedszkolem. Malwinka szła ufnie przy boku mamy, nie przeczuwając, co ją czeka, Ciężkie okulary zjeżdżały z małego noska i dziewczynka musiała co chwilę je poprawiać. Grube szkła powiększały szarozielone oczy Malwinki do rozmiarów spodków, nadając jej twarzy wyraz ciągłego zdziwienia lub przerażenia. Lewe zasłonięte było plastrem i Malwinka musiała się zadowolić tym co widziało jej prawe oczko. Nie było to zbyt wyraźne, bo prawe oczko Malwinki nie chciało pracować, a co gorsza uciekało w stronę noska. „Wcale się nie dziwię” pomyślała Malwinka, kiedy zobaczyła przedszkole od środka „sama bym chętnie uciekła”.

Nigdy jeszcze nie widziała takiej ilości dzieci zgromadzonych w jednym miejscu. Pani była tylko jedna, toteż po przywitaniu Malwinki zostawiła ją samej sobie. Zdrętwiała z przerażenia dziewczynka przycupnęła w jakimś kątku wstrzymując oddech, pragnąc stać się niewidzialna. Udało jej się to w pewnym stopniu, gdyż dzieci w większości zignorowały ją. Te, które ją jednak zauważyły ograniczyły się do skomentowania jej okularów w tonie nieprzychylnym. Malwinka była zaszokowana – okulary wprawdzie utrudniały jej życie, ale nie mogła zrozumieć, dlaczego przeszkadzają innym dzieciom. Albo dlaczego kolor jej włosów budził taką dziwną reakcje. „Przecież nie zrobiłam im nic złego” myślała. „Dlaczego mi dokuczają?”

Wszystkie kolejne dni w przedszkolu były powtórzeniem pierwszego w nieco złagodzonej wersji. Malwinka nigdy nie poczuła się tam dobrze. Mimo wielkiej ilości dzieci nie zawsze miała się z kim bawić i większość czasu po prostu przeczekiwała. Podobały się jej tylko makabryczne piosenki  z nieoficjalnego obiegu dobrze oddające nastrój tej ponurej kazamaty  np. ta o fabrycznej dziewczynie. Życie fabrycznej dziewczyny nie było łatwe, gdyż „co dzień o szóstej rano ryk syren budził ją” – Malwinka czuła tą sprawę gdyż i ją o podobnej porze wyciągano z łóżeczka i wleczono do tego przedpiekla. Niewyspana fabryczna dziewczyna musiała przysnąć lub się zagapić, bo „nagle pędzące koła w tryby wkręciły ją, krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”. W efekcie „nad jej grobem chłopak stał, o śmieć Boga prosił”. Tu Malwinka mogła bezkarnie dać upust łzom żalu nad nieszczęsną fabryczną dziewczyną, swoja własną niedolą i chłopakiem, który nie mógł się doprosić śmierci. To musiał być naprawdę swój człowiek, myślała Malwinka nie tak jak Hendryk, bohater kolejnego hitu.

 Otóż pewien człowiek mający córkę przecudnej urody z niejasnych względów „wydał ci ją za Hendryka, największego rozbójnika”, który zabił jej brata i zabrał jego chustkę. Musiała być skrwawiona, gdyż Hendryk zażądał:

„Żono, żono wypierz mi ja i na słońcu wysusz mi ją

Żona prała i płakała, bo tą chustkę poznawała

To jest chustka brata mego, wczoraj w nocy zabitego”

Hendryk, gdy to usłyszał bardzo się na nią rozzłościł i:

„rano wywlókł ją na łączki, powyrywał białe rączki

Powyrywał białe rączki i wydłubał jasne oczy…”

Potworność tego czynu nie mogła się pomieścić w głowie, choć po namyśle Malwinka stwierdziła, że niektórzy chłopcy, jak np. Maciek Dzięcioł – jej główny prześladowca – mogli być zdolni do czegoś podobnego. Mówili brzydkie słowa jak na przykład pisiorek, albo nawet sisiorek i inne, których znaczenia nie rozumiała. Podczas ciszy poobiedniej, gdy tylko pani wyszła, wyskakiwali z pościeli i pokazywali wszystkim dzieciom gołe tyłki i inne przedziwne części ciała. Maciek Dzięcioł robił świecę na łóżku, po czym na przemian błyskawicznie  ściągał i nakładał majtki, wołając „iii – ooo, iii – ooo jedzie karetka pogotowia!”

Karetka pogotowia rzeczywiście przyjechała, kiedy Magda Szczypalska popchnęła małą Taśtę tak mocno, że ta upadła uderzając głową o kant ławki i rozcięła sobie łuk brwiowy. „Krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”, choć Taśta nie była fabryczna dziewczyną i Malwinka miała niepokojące przeczucie, że nad jej grobem nikt by o śmierć Boga nie prosił. Tymczasem żyła jeszcze, leżała na podłodze trzymając biedne małe rączki przy twarzy, a jej płacz nie miał już w sobie nic ludzkiego, przypominał skowyt rannego zwierzęcia. Malwinka nie widziała nigdy w życiu takiej ilości krwi – i to wszystko wypłynęło z drobnej, chudej Taśty

Rana wymagała szycia. Pani wezwała obie mamy – dręczycielki i jej ofiary. Mama Taśty – starsza, zmęczona, skromnie ubrana – wyglądała dziwnie obojętnie, bardziej skrępowana faktem wezwania jej do przedszkola niż przejęta losem swego dziecka. Mama Magdy Szczypalskiej – śliczna, młoda i elegancka, z pobladła twarzą i łzami napływającymi do oczu – była przerażona i roztrzęsiona. Malwinka współczuła jej z całego serca, że urodziła takiego potwora.

 Magda Szczypalska bowiem, choć formalnie należała do dworu królewny Żanety - przedszkolnej elity - i mogła bawić się najładniejszymi zabawkami, szybko się tym nudziła. Zdecydowanie wolała zabawę kosztem innych dzieci. Taśta była ofiarą idealną – zastraszona, drobna i słaba, sepleniła(mówiła „t” zamiast „k”) i często robiła „tuptę” w majtki. Płakała wtedy cichutko, bojąc się powiedzieć komukolwiek, gdyż pani, kiedy cos takiego odkryła, nie kryjąc zniecierpliwienia i obrzydzenia, zawstydzała ją przed innymi dziećmi.

- Zesrała się w gacie !!! – wołała Magda Szczypalska w uniesieniu, wybuchając przy tym śmiechem, o którym trudno powiedzieć czy był bardziej okrutny czy głupkowaty. Na jej widok Taśta bladła i drętwiała w bezruchu jak mały ptaszek pod wzrokiem jadowitego węża. Dręczycielka  próbowała jak daleko może się posunąć, a nie napotykając oporu posunęła się za daleko. Teraz nawet ona czuła się nieswojo. Przez kilka dni wszystkie dzieci unikały jej jak zadżumionej i Malwinka ze zdziwieniem odkryła na jej twarzy coś, co trochę przypominało ludzki wyraz smutku i zagubienia. Taśta do przedszkola już nie wróciła, a Magda Szczypalska po krótkim okresie niełaski zajęła swoje miejsce na dworze królewny Żanety, gdyż nikt, absolutnie nikt nie mógł się oprzeć pięknym drogim zabawkom i słodyczom, których nie skąpili jej zamożni rodzice.

Niedługi czas po tym zdarzeniu, kiedy Malwinka wciąż miała w oczach zakrwawioną Taśtę, a w uszach jej krzyk, wyglądając na przedszkolne podwórko zauważyła coś niezwykłego. Na nagich gałęziach drzewa oprócz wróbli, które zawsze tam były, siedział kanarek. ”Musiał uciec z klatki” pomyślała i uśmiechnęła się mimo woli Wyglądał jak promień słońca w tym ponurym otoczeniu. Tego dnia oczekiwanie na mamę nie dłużyło jej się tak bardzo.

Nazajutrz jesienne słońce nieśmiało przezierało się przez zasłonę chmur, więc pozwolono dzieciom wyjść na dwór. Malwinka rozglądała się bacznie w nadziei ujrzenia kanarka - dziś nie była całkiem pewna czy jej się nie przywidział. Straciła już nadzieję, gdy nagle wzrok padł na jaskrawożółty przedmiot leżący na ziemi – był to kanarek, martwy. Malwinka przykucnęła i podniosła go – był zimny i sztywny.

- Zadziobały go wróble – głos dochodził z góry, więc Malwinka podniosła wzrok. Na najniższej gałęzi drzewa siedział nieduży, ciemny ptak z żółtym dzióbkiem. Jego skrzydła połyskiwały wszystkimi kolorami tęczy.

- Dlaczego? – wyszeptała dziewczynka.

Szpak wzruszył skrzydłami.

 – Był inny i nie umiał się obronić. Każdy z tych powodów z osobna byłby wystarczający, a co dopiero oba naraz – ptak wydawał się znudzony wyjaśnianiem takiej oczywistości.

- Przecież chyba nie zrobił im nic złego? – Nie mogła zrozumieć Malwinka.

- Co to ma do rzeczy? – Ptak był wyraźnie zniecierpliwiony.

- Bo moja mama mówi, że jak ktoś jest dobry dla innych to i inni są dobrzy dla niego i że nie wolno odpłacać złem, nawet jeżeli ktoś jest dla nas zły, a co dopiero atakować kogoś, kto nic nam nie zawinił – wyjaśniła Malwinka cierpliwie.

- Nigdy czegoś podobnego nie słyszałem – prychnął ptak pogardliwie. – I nie widziałem nigdy ludzi stosujących się do takiej nauki – dodał po chwili namysłu.

Malwinka milczała. Musiała w duchu przyznać mu rację. Spojrzała na mieniące się kolorowo piórka na skrzydłach ptaka

 I cos ja zastanowiło.

- Przecież ty także jesteś kolorowy, dlaczego nikt nie zadziobał ciebie? – zapytała olśniona.

 - Wszystkie szpaki takie są – odrzekł ptak z godnością. – A poza tym jak możesz porównywać niewypowiedzianie elegancki połysk moich piórek z wściekłym kolorem tego tu nieszczęśnika – dodał urażony.

- Mi się podoba, jest jak słońce.

- Lepiej by było dla niego, żeby nie był, albo żeby poszukał sobie towarzystwa innych nieprzyzwoicie żółtych kanarków – odparował szpak i już go nie było.

Malwinka zakopała małego trupka i zamyślona wróciła do przedszkola.

      Tego dnia przy obiedzie Maciek Dzięcioł wymyślił sobie nową rozrywkę – chlapanie zupą na Malwinkę. Z chwilą gdy tłuste krople zlądowały na okularach  dziewczynki i ładnej, uszytej przez mamę sukience, coś się w niej odmieniło. „Nie chcę być zadziobanym kanarkiem, niech dorośli, jeśli są tacy mądrzy, decydują, czym należy odpłacać za coś takiego” pomyślała gwałtownie wstając od stołu i kierując się prosto w stronę pani przedszkolanki. Skutek tej interwencji przerósł najśmielsze oczekiwania Malwinki – Maciek Dzięcioł musiał skończyć swój obiad na środku stołówki, siedząc na ziemi przy krzesełku. „Ponieważ je jak świnka” wyjaśniła pani. Wyglądał przez chwilę jak bardzo nieszczęśliwy zawstydzony chłopczyk do momentu, kiedy jego wzrok jego padł na Malwinkę.

- Sssskarżypyta – wysyczał złowieszczo.

- Sam się o to prosiłeś – odpowiedziała z bezpiecznej odległości.

Całe to zajście wstrząsnęło przedszkolną opinią publiczną. Nie przyczyniło się do wzrostu popularności Malwinki na dworze królewny Żanety, z którym Maciek był związany, ale inne dzieci były usatysfakcjonowane widokiem jego upokorzenia – praktycznie każdemu dał się kiedyś we znaki. Malwinka miała niewygodne poczucie, ze złamała reguły jakiejś gry, w której mimowolnie brała udział, że wykroczyła poza rolę, którą jej wyznaczono. Nikt nie ośmielił się już dokuczać jej, otoczył ją niewidzialny mur i tylko wysyczane szeptem słowo „skarżypyta” dobiegało czasem jej uszu.

Wkrótce potem przyszło upragnione wyzwolenie i to za sprawą niesfornego, uciekającego prawego oczka – Malwinka musiała iść na operację do szpitala. Była to perspektywa sama w sobie mrożąca krew w żyłach, ale oznaczała koniec przedszkola, czyli to, czego Malwinka pragnęła najgoręcej.

Szpital

 

Szpital był poniemieckim budynkiem z czerwonej cegły wielkim, obcym i przerażającym. I znowu Malwinka posłusznie dreptała u boku mamy, tym razem nie tak ufnie jak kiedyś. Jej nóżki były całkiem miękkie ze strachu, przełykała z trudem, z powodu rosnącej guli w gardle. Jej wzrok czepiał się rozpaczliwie opadłych liści o doskonale symetrycznym żyłkowaniu, nastroszonych wróbli, ich przemyślnie ułożonych piórek i szarego nieba, jakby widziała to wszystko po raz pierwszy i nigdy już nie miała zobaczyć. Kiedy drzwi szpitala zamknęły się za nimi Malwinka pomyślała, że oto znalazła się w grobowcu i kiedy mama pójdzie do pracy zostanie tu całkiem sama. Grobowiec nie był jednak pusty, oprócz kolejnych pań pielęgniarek, które ku zdziwieniu Malwinki zapewniały ją zgodnie, że jest dzielną dziewczynką, pełen był dzieci w różnym wieku. Wszystkie ubrane były w paskudne szpitalne pidżamki i szlafroczki, a co ważniejsze nosiły na nosie okulary, najczęściej z zaklejonym szkłem. Nieliczne wyjątki miały opatrunek bezpośrednio na jednym oku. Malwinka nie była pewna czy ten ogrom ludzkiej niedoli przygnębił ją jeszcze bardziej czy też podniósł na duchu. Dzieci były zupełnie inne niż w przedszkolu. Zjednoczone wspólnym nieszczęściem bawiły się zgodnie, nawet starsze z młodszymi. Żadna klika nie monopolizowała najlepszych zabawek w szpitalnej świetlicy. Jeśli ktoś nie brał udziału w zabawie, to głównie dlatego, że zajmował się właśnie płakaniem z tęsknoty za domem – widok wcale nierzadki. Wtedy zwykle któraś z pań pielęgniarek przemawiała do niego ciepło, stawiając za przykład dzieci, które w tej chwili akurat nie płakały. Wybór padał często na Malwinkę, jako jedną z najmłodszych, która płakała wyłącznie w nocy, kiedy nikt nie widział, żeby nie zepsuć sobie reputacji dzielnej dziewczynki.

Jej dzielność wystawiana była na ciężką próbę za przyczyną opowieści Renatki zajmującej sąsiednie łóżko. Nieco starsza wiekiem Renatka znacznie dłużej przebywała w szpitalu toteż wiedziała i widziała niejedno i bardzo lubiła się tym dzielić. Pochodziła z Legnicy, które to miasto, jeśli wierzyć jej świadectwu szczególnie narażone było na przestępczą działalność czarnej Wołgi. Ucierpiała zwłaszcza rodzina Renatki. Liczni dalecy wujkowie i kuzyni, przyszywane ciocie i cioteczne babcie znajdowane były o świcie jako blade, wyssane z krwi zwłoki na chodnikach i trawnikach piastowskiej Legnicy z nie pozostawiającymi żadnych wątpliwości śladami nakłuć.

- Ale po czym można poznać, że to właśnie ta czarna Wołga – dopytywała niespokojnie Malwinka

- Jest trochę szersza niż inne Wołgi i ma czerwoną małą kropeczkę z tyłu, ale po ciemku i tak nie zobaczysz. – wyjaśniała cierpliwie Renatka.

 Czarna Wołga jak wieść niesie przyjeżdża ze Związku Radzieckiego po polską krew. Grasuje wyłącznie po zmroku, żeby nikt nie mógł dostrzec zdradzieckiej, czerwonej plamki. Upatruje sobie samotnie idącą ofiarę, jedzie za nią kawałek, oślepia reflektorami i wciąga do wnętrza. O brzasku dnia pierwsze patrole milicji obywatelskiej znajdują porzuconego bezkrwistego trupa. Tysiące przypadków według tego samego scenariusza, z czego znaczny procent w rodzinie Renatki.

Równie złowieszcza jest ręka z tarką mieszkającą na cmentarzu gdzieś w pobliżu domu jej babci. Pewna dziewczyna, nie wiedzieć czemu, wracała przez ten cmentarz po ciemku. Musiała to być daleka kuzynka lub  koleżanka, w każdym razie ktoś dobrze znany Renatce.  Straszliwa ręka, być może należąca do jakiegoś nieboszczyka, pochwyciła ją i  natarła tarką jej plecy.

- „Tylko nie mów mamie, bo gdy się o tym dowiem  zginiesz” powiedziała (ta ręka oczywiście)

Malwinka wstrzymała oddech

- Kiedy dziewczyna przyszła do domu, mama kazała jej wykąpać się - ciągnęła Renatka.

„Wymyje ci plecy” zaproponowała.  „Nie, nie trzeba” zarzekała się dziewczyna, ale matka nalegała zaniepokojona jej dziwnym zachowaniem. W końcu postawiła na swoim i zobaczyła straszne rany po tarce na plecach córki. „Kto ci to zrobił” wykrzyknęła wstrząśnięta Dziewczyna z oczywistych względów nie chciała powiedzieć, ale w końcu matka wyciągnęła z niej prawdę o straszliwej ręce i jej groźbie. „Nic się nie bój” uspokajała przerażoną córkę „po prostu nigdy więcej tam nie chodź”. Córka poszła w końcu spać. Okno jej sypialni było otwarte i przez te okno właśnie ręka  z tarką weszła jeszcze tej nocy i zabiła nieszczęsną.

Zostawianie otwartego okna jest rzeczywiście bardzo niebezpieczne, zwłaszcza podczas burzy. Jeden pan z Legnicy zapomniał o tym i poszedł do pracy. Piorun, a był to piorun kulisty, wleciał do mieszkania, a nie zastawszy właściciela schował się i poczekał na jego powrót. Tak ów niefrasobliwy jegomość padł rażony gromem na progu własnego domu. „Jak to dobrze, że pioruny kuliste we Wrocławiu praktycznie się nie występują” myślała Malwinka

Wszystkie te historie, choć przerażające, były niczym w porównaniu z opowieściami szpitalnymi.

- Tą dziewczynkę co tu spała przed tobą operowali na żywo – oznajmiała Renatka tonem konwersacyjnym.

Żaden dźwięk nie mógł wydobyć się z posiniałych warg Malwinki

- Wyjęli jej oczy z głowy i włożyli spowrotem, tylko, że tym razem dobrze – ciągnęła z zapałem

- Skąd wiesz? – Wyksztusiła Malwinka z trudem.

- Sama mi opowiadała, mówię ci przecież, że operowali ją na żywo i wszystko widziała – Renatka czasem niecierpliwiła się niepojętnością młodszej koleżanki.

- Ale jak mogła widzieć, skoro wyjęli jej oczy z głowy? – Dziwiła się Malwinka.

Na to pytanie Renatka nie znajdowała odpowiedzi, więc zaczynała opowiadać o kimś innym, kogo również operowali na żywo i tak strasznie się szarpał, że procedura wyjmowania oczu z głowy i wkładania ich na powrót miała bardzo utrudniony przebieg. Jaki był wynik operacji – czy chirurg z oczami w garści, a chłopak z pustymi oczodołami, czy coś równie koszmarnego – Malwinka wolała nie pamiętać.

Kiedy nadszedł ów pamiętny dzień, kiedy obcięto jej rzęsy i zamiast śniadania dano dwie tabletki, a na obiad kolejne dwie, Malwinka miała w głowie tylko jedno – zasnąć przed operacją, żeby nie widzieć swoich oczu wyciąganych z głowy, ani się nie szarpać. Przekonana, że to tabletki nasenne była dobrej myśli. Zaniepokoiła się dopiero, kiedy wieziono ją na salę operacyjna, a ona ciągle nie spała. Sala była wielka i ciemna. Gdzieś w odległym kręgu światła lampy postacie w maskach pochylały się nad swoją ofiarą. Malwinka szybko zamknęła oczy „Muszę natychmiast zasnąć” myślała w panice „jeden baranek, drugi baranek, trzeci baranek…” Przy którymś wczesnym baranku siódmym lub ósmym przyszli po nią.

- Jeszcze nie zasnęłam - zaprotestowała słabo – Jeszcze nie zasnęłam – powtórzyła głośniej. – Jeszcze nie zasnęłam, proszę mnie zostawić - starała się mówić wyraźnie i spokojnie.

Wszystko to na nic. Malwinka znalazła się pod lampą i ludzie w maskach pochylali się teraz nad nią.

- Ale ja jeszcze nie zasnę…- smrodliwa maska nałożona na jej twarz stłumiła dalsze protesty.

Malwinka obudziła się następnej nocy. Leżała na swoim łóżku i miała zabandażowane oczy. „Operacja się nie udała i teraz jestem ślepa” pomyślała. Na szczęście myliła się. Trzy dni z zawiązanymi oczami, kilka szklanek z wodą i talerzy z obiadem zrzuconych po omacku z szafki nocnej na sąsiednie łóżeczko były normą po takim zabiegu.

W końcu opatrunek zdjęto, potem zdjęto także szwy, coś przebąkiwano, ze należałoby poprawić, ale w końcu wypisano ją ze szpitala nakazawszy rodzicom wykonanie narzędzia tortur zwanego krzyżakiem i dręczenie nim Malwinki.

W domu czekał na nią prezent  – koń na biegunach. Miał on dotrzymywać towarzystwa rekonwalescentce podczas długiego poszpitalnego zwolnienia, gdyż żadne z jej pracujących rodziców nie mogło (a może nie dość chciało) z nią zostać. Rano, przed wyjściem do pracy mama zostawiała jej na kuchennym stole kanapki przykryte folią i herbatę w termosie. Malwinka spędzała czas na rysowaniu i baniu się, gdyż mieszkanie pozbawione mieszkańców zaczyna ujawniać swoje tajemnicze, ukryte, niezależne od ludzi życie. Pewnego razu, kiedy Malwinka weszła do kuchni, żeby zjeść śniadanie usłyszała dziwny odgłos dochodzący z kaloryfera.

- Fiii- piszczało coś przejmująco – juuuuu.

- Co to? – Malwinka znieruchomiała ze zgrozy – Kto to?

- Fiiiii – juuuuu – odpowiedział kaloryfer.

- Coś piszczy w kaloryferze – powiedziała do siebie, żeby dodać sobie odwagi dźwiękiem swego głosu.

„Czyżby to była…? Chyba to nie jest…. Ależ tak to musi być bieda! Bieda aż piszczy” wszystko się zgadzało, ale  nie napawało otuchą. „Co taka piszcząca bieda może ode mnie chcieć?”-  myśli Malwinki zaczynały się mącić ze strachu.

- Fiii – juuuu – pisk z kaloryfera brzmiał jak groźba.

Malwinka nie czekając aż rozdrażniona bieda zaatakuje, uciekła do pokoju rodziców, zatrzasnęła za sobą drzwi, wskoczyła do rozłożonego łóżka i skuliła się naciągając pierzynę na głowę.

Tego dnia mama Malwinki również najadła się strachu, kiedy po powrocie z pracy zobaczyła nietknięte śniadanie i nigdzie ani śladu swego dziecka. Po dłuższych, dramatycznych poszukiwaniach odkryła w swoim łóżku podduszone, mokre stworzenie śpiące z twarzą wtuloną w poduszkę, przykryte czym tylko się dało.

Szkoła

 

Szkoła przez porównanie z koszmarem przedszkola zdała się  Malwince, zwłaszcza na początku, istnym rajem na ziemi. Nauka sprawiała jej radość, gdyż jako bystra młoda osoba chwytała wszystko znacznie szybciej niż większość dzieci i Pani chwaliła ją średnio pięć razy na godzinę lekcyjną. Kiedy wygłaszała owo sakramentalne „Odpowie nam….” albo „przeczyta nam…” tu zawieszała głos i z ciepłym uśmiechem w oczach kończyła „Malwinka” dziewczynka promieniała szczęściem i wdzięcznością. Nigdy jeszcze w swoim krótkim życiu nie czuła się tak dowartościowana. Nie mogła sobie przypomnieć, żeby pani w przedszkolu kiedykolwiek z nią rozmawiała, poza interwencją w sprawie Maćka Dzięcioła oczywiście. Mamę, która nie widziała zastosowania dla pochwał w procesie wychowawczym, codzienne doniesienia o sukcesach szkolnych Malwinki dość szybko znudziły. Zdziwienie córki, że nie podziela jej entuzjazmu skwitowała zwięzłym „Uczysz się dla siebie”. „Co prawda to prawda” pomyślała dziewczynka „a jednak…”

    Szczodre pochwały ukochanej pani Steni nie tylko wynagradzały to rozczarowanie, ale pomagały znieść obecność Magdy Szczypalskiej, Maćka Dzięcioła, królewny Żanety i resztek jej dworu w tej samej klasie. Zresztą oni wszyscy przeniesieni do rzeczywistości szkolnej znacznie stracili na znaczeniu. Przez jakiś czas usiłowali odgrywać rolę elity, ale z czasem ulegli rozproszeniu. Dwóch narzeczonych Żanety wyprowadziło się z Wrocławia, Maciek Dzięcioł został błaznem klasowym, a Magdę Szczypalską dopadła sprawiedliwość dziejowa. Pewien dość nerwowy, młody człowiek, o niemożliwie przygarbionej postaci zwany Pawłem Gołębiem, który zwykle wpadał do klasy z okrzykiem „iiii – ha ha” na ustach, wymyślił dla niej wdzięczne przezwisko - „Sragda”  (Mała Taśto jesteś pomszczona” pomyślała Malwinka „ty i twoje liczne tupty”). Potraktowana nim Magda Szczypalska pochmurniała, traciła cały animusz i nie wiedziała jak reagować, gdyż nie miała żadnej wprawy w odpieraniu ataków cudzej złośliwości. Inaczej Malwinka - ostry język Pawła Gołębia nie oszczędził i jej. Kiedy dzieci miały czytać na rolę bajkę o zwierzętach, nie pytany o zdanie, zawołał:

- A ty, Malwina, najbardziej nadajesz się na lisa!

- A ty na wielbłąda! – Odparowała Malwinka błyskawicznie. Salwa śmiechu powitała tę ripostę, a sam Paweł Gołąb zaczerwienił się i nie wiedział, co odpowiedzieć. Zamiast tego zrobił pierwszy w życiu wysiłek, żeby się wyprostować. Stłumione chichoty chodziły po klasie do dzwonka, a niefortunny złośliwiec od tego momentu zastanawiał się długo zanim zaczepił Malwinkę.

Niestety, nie wszystkich udawało się tak sprawnie spacyfikować toteż Malwince wciąż zdarzało się słyszeć „ruda kitka” albo „okularnik” na szkolnym korytarzu podczas przerw.

Ruda Kitka

 


Pewnego razu, kiedy Malwinka wracała ze szkoły przez park, zobaczyła wiewiórkę siedzącą na oparciu ławki. Zwierzątko trzymało coś w przednich łapkach i jadło czujnie rozglądając się na boki. Zafascynowana dziewczynka zatrzymała się.

- Jaka jesteś śliczna – powiedziała mimowolnie.

Wiewiórka spojrzała na nią życzliwie.

- Ty też jesteś śliczna – odrzekła łaskawie – Kim jesteś?

- Jestem Malwinka to znaczy tak się nazywam, a jestem dziewczynką to znaczy ludzkim dzieckiem.

- Hmm – zadumała się wiewiórka – ludzkim dzieckiem powiadasz. Ludzkie dzieci rzadko bywają ładne. Ich włosom brak koloru. Dopiero kiedy dorastają… – tu wskazała ruchem łebka na dwie kobiety na pobliskiej ławce. Starsza miała włosy pofarbowane na pomarańczowo z siwymi odrostami, młodsza na wiśniowo z ciemnymi –…zaczynają się wybarwiać, ale nierówno.

- Bo widzisz kiedy się jest dzieckiem niebezpiecznie być innym, bo można zostać zadziobanym, jak kanarek. Za to dorośli chcą się czymś wyróżniać. – Tłumaczyła przejęta Malwinka nieporadnie ubierając w słowa doświadczenie swego życia.

- Jak mogą się wyróżniać, skoro wszyscy wybarwiają się na czerwono? – Zdziwiła się wiewiórka.

- Bo ich pomysły jak się wyróżnić niczym się nie wyróżniają.

- Ludzie są dziwni – Orzekła wiewiórka po chwili namysłu – Przyjemnie z tobą rozmawiać, ale muszę już iść – Dodała otrzepując łapki z okruszków.

- Będziesz tu jutro? – Zapytała Malwinka z nadzieją w głosie.

- Nie obiecuję. Moja pamięć - rozumiesz - nie jest najlepsza.

- Nie powiedziałaś mi nawet jak się nazywasz. – Malwinka nie ukrywała rozczarowania.

- Przyjaciele wołają na mnie Ruda Kitka – rzuciła wiewiórka na odchodnym i już jej nie było.

- To dziwne – powiedziała Malwinka do siebie – na mnie wołają tak ci, którzy chcą mi dokuczyć.

Zboczeniec


 

Następnego dnia Malwinka nie widziała ani Rudej Kitki ani brudnobiałego psa. Usiadła na tej samej ławce. „Może ktoś się jednak pojawi” westchnęła w duchu. Nagle jakiś szelest dobiegł jej uszu. Odwróciła się i zobaczyła stojącego za krzakiem mężczyznę. Coś było z nim nie tak, ale minęło trochę czasu zanim ustaliła co. Jego spodnie spuszczone były do kolan z powodów całkowicie niezrozumiałych, a w dłoniach miętosił coś, co wydawało się z niego wyrastać na wysokości bioder. Malwinka nie rozumiejąc zupełnie dlaczego, rzuciła się do ucieczki. Pewnie pobiła tego dnia rekord świata w biegach przełajowych z tornistrem na plecach. Wpadła do bramy, w pośpiechu zapominając sprawdzić czy żaden zboczeniec na nią nie czyha. Wbiegła na górę po dwa schodki. Serce waliło jej jak młotem. Kiedy udało jej się wreszcie uporać z kluczem i zamkiem, zziajana oparła się plecami o drzwi zastawiając je sobą od wewnątrz. Upewniwszy się, że nikt jej nie ściga, ani się nie dobija weszła do swojego pokoju, rzuciła na łóżko i przykryła kocem z głową. Najdziwniejsze było, że nie rozumiała zupełnie nic z tego, co jej się przytrafiło. Kim był ten człowiek?

Dlaczego obnażał te wstrętną narośl? Wszelka logika, a nawet zwykłe poczucie wstydu nakazywałoby raczej szczelnie ukryć cos tak paskudnego! Jakaś obrzydliwość biła od niego i Malwinka czuła się jakby wpadła w błoto, albo coś znacznie gorszego. Nawet gdyby teraz wyprała i wygotowała wszystkie rzeczy, które miała na sobie, to jeszcze wzrok i pamięć domagałyby się oczyszczenia. Chciałaby móc komuś powiedzieć – ale komu? Mama po powrocie z pracy wciąż jeszcze przeżywała wydarzenia dnia i opowiadała o nich tacie w sposób wykluczający włączenie się dzieci do rozmowy. Nieszczególnie była zainteresowana słuchaniem kogokolwiek. Zresztą Malwinka prawdopodobnie nie byłaby w stanie z nią o tym mówić „Izka” przyszło jej na myśl „Izka Wójcik z podwórka Ani Kluski. Ona mogłaby coś na ten temat wiedzieć”

 Bloki komunalne, do których należał blok Ani Kluski, Izki Wójcik i co dziwniejsze Królewny Żanety oddzielała od bloków Spółdzielni Cichy Kącik ulica swego czasu przemianowana ze Słonecznej na Pawłowa. „Pewnie od dużej ilości Pawłów, którzy tu zamieszkali, aż dziw, że nie znam żadnego” myślała Malwinka. Mieszkania komunalne należały się uboższym obywatelom. „Czy te wszystkie samochody zaparkowane po drugiej stronie ulicy też są komunalne?” zastanawiała się. Pod blokiem spółdzielczym stał tylko jeden – wysłużona syrenka inżyniera Dudka. Na podwórku od frontu bawiły się w piaskownicy zupełnie małe dzieci pod mniej lub bardziej czujnym okiem mam plotkujących na ławkach. Za blokiem na górce zbierali się starsi chłopcy, których Malwinka zdecydowanie wolała omijać. Od śmietnika do śmietnika przeciągał osobnik zwany Wackiem Lewatywką, który jak wieść gminna niosła podczas wojny dostał odłamkiem w głowę i rozum mu się pomieszał. Pchał swój wózek  mamrocząc niezrozumiale, zapadnięty w siebie, ale na widok każdej młodej osoby ożywiał się nadzwyczajnie.

- Lewatywa! Dupa lewatywa! – Wołał radośnie, obnażając w obleśnym uśmiechu bezzębne dziąsła.

Z tych wszystkich względów, Malwinka wolała pokonywać ulicę „Pawłową” w poszukiwaniu bardziej odpowiedniego towarzystwa. Ania Kluska i Malwinka chodziły do tej samej klasy, a nawet zostały posadzone razem w pierwszej ławce jedna - ze względu na niski wzrost, druga - z powodu wady wzroku. Ania nie była zbyt pojętna toteż Malwinka często pomagała jej w lekcjach. Mama nie była zachwycona ani tą znajomością Malwinki ani jej częstym przebywaniem na sąsiednim podwórku, a już zupełnie nie tolerowała Izki. Dlaczego – Malwinka nie mogła zrozumieć. Izka wiedziała o tylu zdumiewających rzeczach, może dlatego, że jej mama miała więcej mężów (którzy nie do końca byli jej mężami) niż inne mamy. Opowiadała nie zupełnie jasne kawały, w których nieodmiennie ktoś na koniec wołał psa o wdzięcznym imieniu „mocniej” albo „jeszcze”, a kiedy Malwinka nie wiedziała z czego się śmiać dodawała równie mętne wyjaśnienia.

W sprawie mężczyzny o spuszczonych spodniach pogląd Izki był jasny.

- To zboczeniec. - Orzekła bez wahania.

Malwinkę zatkało. Przecież to właśnie przed zboczeńcami napadającymi małe dziewczynki w bramach kryła się w parku. Wiadomości mamy były najwyraźniej niesprawdzone, a w każdym razie nie wytrzymywały konfrontacji z rzeczywistością. Na pytanie o potworną narośl eksponowaną tak rozpaczliwie przez zboczeńca Izka uśmiała się serdecznie.

- Przecież to pisiorek, nie mów, że nigdy nie widziałaś.

Malwinka musiała przyznać, ze owszem, na ciszy poobiedniej w przedszkolu. Wniosek, który się nasuwał był wstrząsający – a więc ten człowiek był w istocie kimś w rodzaju wyrośniętego Maćka Dzięcioła. Pokazywanie pisiorka  tak weszło mu w krew, że musiał to robić nawet, kiedy już dawno wyrósł z wieku przedszkolnego. Pozbawiony idealnej widowni - dzieci pozorujących sen w swoich łóżeczkach  - uciekał się do występów w parku przed przypadkowymi widzami.

Dalsze roztrząsanie tematu przerwało pojawienie się w oddali Ani Kluski wymachującej tryumfalnie nad głową długim kablem. Izka ochoczo zeskoczyła z trzepaka, na którym siedziały. Wobec perspektywy gry w kręconego nawet rozmowa o zboczeńcach traciła urok. Kwestię kto kręci a kto skacze nieodmienne rozstrzygała wyliczanka.

- „Nie ma masła, nie ma serka

Wyrzucamy pana Gierka…”

Ania i Malwinka z napięciem obserwowały palec Izki. Było powszechnie wiadome, że oszukuje absolutnie zawsze.

– „…Raz, dwa, trzy

 sekretarzem bę – dziesz TY!”

Tu palec Izki wskazał na Malwinkę – musiała pomylić się w oszukiwaniu. Tym razem zniosła to dobrze i razem z Anią zaczęły kręcić kablem skandując:

- „Opa, opa

Ameryka, Europa,

Azja stój

Malwinka wska – kuj !”

Na ten błogi dźwięk kto żyw nadbiegał, żeby przyłączyć się do zabawy. Przyzwoitość nakazywała zacząć od kręcenia – Ania i Izka skwapliwie wręczyły końce kabla nowo przybyłym. Póki zmiany między kręcącymi a skaczącymi następowały szybko po sobie wszyscy bawili się zgodnie, ale wystarczyło, aby Izka uznała, ze kręci już zbyt długo konflikt był nieunikniony.

- Skułaś! – Zawołała podając koniec kabla Grażynie Podeszwie.

- Wcale, że nie! – Grażyna schowała ręce za siebie nie przyjmując go – Wcale, że nie skułam tylko ty poderwałaś oszustko jedna!

- Sama jesteś tą oszustką!

Przejście od słów do rękoczynów było płynne i naturalne.

- Ała, wariatko! Zobacz co zrobiłaś szczypawico jedna – Krzyczała Grażyna podtykając Izce pod nos lekkie zaczerwienie na skórze przedramienia. – Od tego można dostać raka i umrzeć!

- To sobie umieraj! – Izka była zniecierpliwiona.

Grażyna zamilkła z oburzenia na tak straszny cynizm i natarła z tym większą siła. Nie mogąc pokonać Izki w walce sięgnęła po ostateczny argument.

- Wynoś się stąd przybłędo jedna to nie twoje podwórko!

- Ani nie twoje tylko państwowe. Tu każdy może przyjść, nawet Murzyn z Afryki i nasrać!!! – Argumentacja Izki była bez zarzutu. Malwinka nie mogła jej nie podziwiać. Kiedy jednak strony konfliktu przeszły do obrzucania obelgami bliższych i dalszych krewnych do trzeciego pokolenia włącznie, Malwinka uznała, że ma dość wrażeń na dziś.

W domu przy dużym stole w ich pokoju, obłożona podręcznikami i zeszytami, siedziała Marzenka, jej starsza siostra i pozorowała odrabianie lekcji. Rozkładała tą dekorację zaraz po obiedzie na wyraźną sugestię mamy. Nie dość uważny obserwator mógłby przeoczyć do połowy przykrytą piórnikiem książkę z biblioteki. Czytanie było właściwym zajęciem Marzenki.  Cokolwiek miała zrobić, nie robiła tego, bo zajmowała się lekturą gdzieś sprytnie ukrytej książki. Malwinka podziwiała jej mocne nerwy i spokój, z jakim znosiła ponaglenia rodziców, słowa pełne wyrzutów, zachęty lub niepokoju. Wytrzymywała to wszystko cały czas robiąc wrażenie bardzo grzecznej i uległej dziewczynki, nie mając najmniejszej intencji zastosowania się do ich poleceń. Książki były jej schronieniem, magicznym przejściem do innego świata, w którym czuła się bezpieczna, nic więc dziwnego, że nie chciała z niego wracać.

Rzeczywistość – musiała przyznać Malwinka – jest brutalna i w gruncie rzeczy mało pociągająca, pełna zboczeńców obnażających się po parkach i długich pustych godzin między końcem lekcji a powrotem domowników, kiedy nie ma nikogo na podwórku