Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liturgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liturgia. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2021

O ekspresowych mszach

 Nie wiem czy to "trynd" ogólnopolski, czy ograniczony wyłącznie do centrum Wrocławia, gdzie trudno - mimo mnogości kościołów - znaleźć taki, po wyjściu z którego (po mszy) człowiek nie jest zirytowany lub przygnębiony. Msza odprawiana w ekspresowym tempie, organista ścigający się sam ze sobą z wyraźną intencją zgubienia wiernych, przy czym zmieniający melodie, które wszyscy znają na takie, których nikt nie zna (łącznie z nim samym). Myślę, że to wyraźniej ukazuję istotę kryzysu Kościoła niż wszystkie skandale obyczajowe i finansowe razem wzięte. Naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że sami celebransi nie wierzą w sens tego, co robią. To trochę jak wizyta w kawiarni w PRLu - ty jesteś tam dla rozrywki, a obsługa w pracy, co bardzo wyraźnie okazuje. Ty przychodzisz na mszę niedzielną/ świąteczną/pasterkę z własnej woli, z potrzeby serca, w swoim czasie wolnym, a ksiądz i organista są w pracy, którą nie bardzo lubią i chcą skończyć jak najszybciej.

Dziś trafiłam do kościoła, który ma taką tradycję, że w Trzech Króli zamiast kazania śpiewa się kolędy. Organista zaczyna śpiewać w takim tempie, że nikt nie jest w stanie nadążyć, po czym milknie i tylko grzmoci energicznie w organy. Zdezorientowani wierni mruczą coś pod nosem każdy we własnym tempie. Zawzięłam się i śpiewałam głośno i wyraźnie, co mnie tak wyczerpało, że wciąż dzwoni mi w uszach z osłabienia.

Ktoś może powiedzieć, że powinnam skakać z radości, że mam dostęp do sakramentów kiedy tylko zapragnę i będzie miał rację. Nie mniej owo PRL-owskie podejście do sprawowania liturgii dobrze na przyszłość nie wróży...

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

O Wielkim Tygodniu w czasie zarazy

Wszystko zaczęło się od pierwszej soboty kwietnia, kiedy to po dłuższej niedyspozycji natury zatokowo-gardłowej wychynęłam na Boży świat pełen zapachu wiosny i skierowałam swe kroki do kościoła jezuitów. Wtedy miałam już pewność, że przy takiej ilości szczelin w systemie uda mi się uczestniczyć w całym Triduum Paschalnym, o obecności na mszy w niedziele i poniedziałek wielkanocny nie wspominając. Tak też się stało i jestem zaskoczona jak niewiele wysiłku musiałam w to włożyć. Wystarczyło przyjść ok. pół godziny wcześniej i byłam pierwsza. Niezależnie od tego, czy w danym dniu stosunek proboszcza do ilości wiernych był bardziej czy mniej elastyczny, mojej obecności nic nie zagrażało... Piszę to nasłuchawszy wielu opowieści o tym, jakich środków ludzie imali się, żeby na mszy jednak być... Nie wiem czy moje wychowane w PRL-u pokolenie tak ma, czy to tylko ja tak mam, ale wyjść z domu pół godziny wcześniej dla czegoś na czym mi naprawdę zależy nie wydaje mi się jakimś szczególnym poświęceniem... Wszak wychodziłam godzinę wcześniej do dominikanów, żeby zająć miejsce w prezbiterium... A tu stawka była o wiele wyższa - prawdziwie być albo nie być!



Nieskończenie wdzięczna za ten przywilej, nie będę pastwić się nad organistą i całą oprawą liturgiczną, choć chciało by się by dorównywała podniosłości i doniosłości wydarzenia oraz oszałamiającemu pięknu wnętrza....  To swoją drogą zaskakujące, że dominikanie przy całym swoim wyczuciu liturgii okazali się ludźmi niewierzącymi (w każdym razie ten, który zdecydował o zamknięciu kościoła objawił swój brak wiary), a proboszcz mojej parafii, za którego nikt by nie dał 5 groszy został bohaterem "podziemia", który umożliwił co bardziej zawziętym wiernym z bliska i z daleka uczestnictwo w liturgii Wielkiego Tygodnia jak pan Bóg przykazał.

Dziś przed mszą (przyszłam pół godziny wcześniej) modliłam się szczególnie szczerze i gorliwie, żeby ten przepiękny kościół doczekał co najmniej godnego siebie organisty... Chciałoby się, żeby tętniło tam życie duchowe, a w pięknych barokowych stallach siedziały osoby konsekrowane - mniszki lub mnisi - a wierni przychodzili jak do źródła wody żywej, a wychodzili pełni radości Zmartwychwstania... Chciałabym usłyszeć z chóru ten anielski, ciepły, raczej niski, dojrzały głos starszej siostry dominikanki, która niegdyś śpiewała u św. Wojciecha... Ona wiedziała o czym śpiewa i było to słychać...

Natknąwszy się jednego z obiecujących wikarych nie powstrzymałam się od delikatnej sugestii, żeby organista zwolnił nieco tempo i nie dezorientował swoimi udziwnieniami wiernych, którzy nie mają pojęcia, co i na jaką melodię odpowiadać księdzu. Młody człowiek nieco spłoszony taką zuchwałością zapewnił mnie pospiesznie, że przekaże komu trzeba. Nie wiem więc czy mogę się tam bezpiecznie pojawić w następną niedzielę...

Wciąż nie mogę się otrząsnąć z szoku wywołanego postawą dominikanów. Przy zachowaniu proporcji czuję się jakby zdradził mnie ktoś szczególnie ważny, kogo uważałam za przyjaciela... Wyrwa jak po śmierci kogoś, kto był częścią życia. W końcu chodziłam tam ponad 30 lat... Pod komunikatem o zamknięciu kościoła napisałam czerwonym długopisem WSTYD! Kiedy tamtędy wczoraj przechodziłam zobaczyłam dwa nowe wpisy: "gdyby matka Teresa tak myślała nigdy nie zostałaby świętą" i  "moglibyście chociaż spowiadać".




Spowiadałam się w tym Wielkim Poście w warunkach szczególnie komfortowych w pewnym klasztorze.  Po prostu dzwoniło się na furtę i czekało ok. 2 minuty na ojca, który prowadził do osobnego pomieszczenia, gdzie klęcznik z kratką stał ponad 2 metry od spowiednika... Żadnych kilometrowych kolejek i wielogodzinnego stania, jak to zwykle miało miejsce w Wielkim Tygodniu...

A wszystko to już po pacyfikacji klasztoru, kiedy to dwóch ojców, którzy nie wymieniali podczas mszy imienia papieża Franciszka zostało zawieszonych w czynnościach, a proboszcz i przeor w jednym, który na to pozwolił odwołany w trybie pilnym na dwa miesiące przed końcem swojej kadencji... Jego zarządzenie o dwóch dodatkowych mszach zostało odwołane, a udział wiernych w eucharystii zabroniony...

Miałam wiele lat temu sny, w których całkowicie zdesakralizowany kościół św. Wojciecha był salą koncertową lub czymś podobnym. Starałam się o tym nie myśleć... Teraz przeczuwam, co to może znaczyć... Kościół po pandemii będzie inny. Po ogłoszeniu wszem i wobec, że nie ma żadnych kanałów łaski w postaci sakramentów i udział w nich nie ma w gruncie rzeczy żadnego znaczenia po prostu nie ma powrotu...

W Bochni w domu opieki społecznej cały personel zarażony koronawirusem. Na apel, żeby ktoś się zgłosił na zastępstwo odpowiedziały siostry dominikanki i... dominikanie z Krakowa. Jaki piękny gest, nieprawdaż? Tylko dlaczego coś pobrzmiewa fałszem? Boimy się zarazić od wiernych więc nie sprawujemy sakramentów, ale nie boimy się zarazić od pensjonariuszy domu opieki? A może tu chodzi o PR? Zamknięcie ust wszelkim neopelagiańskim malkontentom? Muszę być bardzo złym człowiekiem, bo tego rodzaju virtue signalling, podobnie jak medialne gesty papieża Franciszka (w rodzaju całowania oszustów po rękach i muzułmańskich więźniarek po nogach) budzą we mnie odruch wymiotny.


niedziela, 22 marca 2020

O organistach - gwiazdorach i zbytecznych wiernych

Piękna, leniwa niedziela czasu pandemii. Ani pieczenie ciasta, ani obiad, ani nawet popołudniowa herbata z ciepłym jeszcze biszkoptem z jabłkami nie zdołała mnie rozgrzać po porannej eskapadzie do kościoła parafialnego. Zimny wiatr wiał mi prosto w zatoki  nosowe, a nawet wdzierał się pod przewiązaną paskiem puchową kurtkę. Z wyraźną ulgą schowałam się przed nim w przepięknym wnętrzu gotyckiej świątyni. Zawsze wchodzę tam ze wzruszeniem po części wywołanym zapierającym dech w piersiach barokowym wystrojem, po części wspomnieniami z dzieciństwa.

Urok trwa dopóki nie rozlegną się dźwięki organów i głos organisty-rekordzisty, który przez całą mszę ściga się sam ze sobą, przy okazji gubiąc nielicznych  wiernych, którzy bez przekonania próbują brać udział w mszy. Dzisiejszy zestaw -  w porywie do 10 starszych osób + jedna siostra zakonna w krótkim habicie - nawet nie próbował. Nie tylko nie podejmowano pieśni w niemożliwym dla normalnego człowieka tempie, lecz także zawzięte milczenie trwało w miejscach przeznaczonych na odpowiedzi wiernych w czasie liturgii. W pewnym momencie zaniepokoiłam się, że to jakaś nowa formuła mszy, której nie znam.

Przed rozpoczęciem usiłowałam śpiewać godzinki - tekst na wyświetlaczu sugerował przewidziany udział wiernych. Kiedy zaczynałam pierwszą linijkę tekstu, organista już kończył drugą. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy może moje tempo rzeczywiście jest zbyt wolne, ale zważywszy, że uczyłam się godzinek na pielgrzymce pieszej, śpiewanych w rytm maszerującej kolumny, raczej wątpię. Miałam wtedy jakieś 16 lat i wysoki poziom energii życiowej, który w jakiejś części dopisuje mi do dziś.

Po nierównej walce z organistą dostałam ataku kaszlu i bałam się, że wyprowadzą mnie z kościoła jako podejrzaną o koronawirusa. Gdy nadludzkim wysiłkiem woli usiłowałam się opanować, a oczy wychodziły mi z orbit, śpiew organisty ścigał się z grzmoconym energicznie akompaniamentem wśród zawziętego milczenia wiernych. Melodie wszystkich znanych pieśni były zmienione, ich aktualną linię trudno było ustalić. Pod koniec mszy milczałam i ja, ze łzami bezsilnej wściekłości w oczach.

Sporo słyszę w kręgach "katolików tradycyjnych" o wyższości mszy trydenckiej na sprotantyzowaną  liturgią novus ordo. Jako osoba urodzona po soborze watykańskim II nie mam porównania. O ile dobrze rozumiem, nowa msza zakłada większe zaangażowanie wiernych, ich udział w liturgii poprzez otwieranie od czas do czas paszczy i wydobywanie z siebie głosu. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Nie wiem czy to lepiej czy gorzej od kontemplowania łacińskiej liturgii i odmawiania podczas niej różańca.  Jednak jeśli kapłan nie decyduje się na powrót do mszy łacińskiej, jaki sens ma zniechęcanie wiernych do udziału w obowiązującym rycie?

Co rok słyszę podczas kolędy o groźbie rozwiązania parafii z powodu wymierania wiernych. Myślę wtedy w głębi swego serduszka, że ze względu na piękno wnętrza ludzie walili by drzwiami i oknami gdyby ich nie zniechęcać, jak to obecnie się dzieje. Nigdy i nigdzie nie widziałam tak wytresowanej do nie brania udziału we mszy kongregacji. Zastanawiam się dlaczego proboszcz coś takiego toleruje przez dekady. Nie może zatrudnić jakiejś siostry zakonnej (tuż obok jest szkoła prowadzona przez jakieś żeńskie zgromadzenie)? Zakonnice bywają bardzo różne, ale nigdy nie widziałam żadnej z przerośniętym ego. Siostra, zwłaszcza pracująca w szkole, grałaby i śpiewałaby ad maiorem dei gloriam, ale uwzględniając wiernych, zachęcając do włączenia się, a nie z wyraźną intencją zgubienia ich i popisywania się solo.

Moim niedościgłym ideałem jest nieznana mi z imienia dominikanka śpiewająca onegdaj w św. Wojciechu. Miała głos jak anioł, ale nie onieśmielał on wiernych, przeciwnie, zachęcał do włączenia się. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłam kiedyś schodzącą niepewnie z chóru wyraźnie starszą, okrągłą niewiastę. Za przeora Ciesielskiego siostry dominikanki wyniosły się z klasztoru, rozpisano konkurs na organistę i zatrudniono jakiegoś pana, który w tygodniu też usiłuje zdezorientować i zgubić wiernych, ale w niedziele trochę się hamuje ze względu na scholę, która też musi się popisać.

Co jest z tymi "muzykami", że uważają się za tak nieskończenie lepszych od innych ludzi? Piszę to jako słuchowiec z wieloletnim doświadczeniem nauczania innych ludzi języka obcego. Ja sama jestem w stanie powtórzyć ze słuchu bezbłędnie charakterystyczne dla danego języka dźwięki łącznie z właściwą intonacją, ale wielu z moich uczniów nie. Nie zdarzyło mi się jednak powiedzieć komuś takiemu, żeby się zamknął i nie ranił moich uszu. Ludzie mają pułap, do którego mogą dojść i każdy normalny człowiek to rozumie.

Być może owi organiści-gwiazdorzy mają gwiazdorskie kontrakty i wyeliminowanie zbytecznych głosów wiernych jest częścią umowy. Może nie jest to nigdzie zapisane, ale dogadane albo wręcz zrozumiałe samo przez się. Gwiazdor duszpasterz, gwiazdor organista i gwiazdorska schola, żadni wierni nie są potrzebni i Pan Bóg też nie, gdyż jak pokazała pandemia (prawdziwa lub wykreowana przez media) duchowieństwo w niego nie wierzy. To jednak boli, ciągle boli. Tyle lat człowiek słuchał ich uważnie, a nawet brał pod uwagę to, co usłyszał, "a to byli przebierańcy" jak swego czasu śpiewał Młynarski.