środa, 9 września 2026

O mizoginii i skrzywionej percepcji rzeczywistości

Swoim zwyczajem udałam się wczoraj na "miejsce zbrodni" tzn. popłynęłam Odrą do ujścia Bystrzycy, do punktu, gdzie obszczekał mnie (i prawie pogryzł) straszny dziadulo-wędkarz. Nie jestem pewna czy nabrałam tego nawyku ucząc się jeździć konno (po upadku z konia należy natychmiast na niego znowu wsiąść) czy też jest to kwestia mojej wrodzonej zawziętości.

Tak czy siak dziadula nie było, a ja popłynęłam w górę Bystrzycy z czystej ciekawości, z nadzieją, że uda mi się wylądować w pobliżu jakiegoś przystanku autobusowego. Tak się nie stało, więc zawróciłam i zeszłam na ląd dokładnie w tym samym miejscu, co w zeszły czwartek. Wiosłowałam 5 godzin i czuję to do dziś.

Bystrzyca niedaleko od swojego ujścia do Odry

Dopłynęłam do mostu kolejowego nad Bystrzycą i kiedy się zastanawiałam co dalej, usłyszałam dźwięk przypominający szczekanie. Rozejrzałam się więc dookoła i zobaczyłam stojący na wysokim brzegu piękny okaz kozła (sarny). Przyglądał mi się przez chwilę, po czym oddalił pełen godności osobistej.

No cóż, wszyscy ostatnio na mnie szczekają, że baba w łódce, więc spróbuję wyjaśnić mizoginom jak skrajnie skrzywiona jest ich percepcja rzeczywistości. 

Swego czasu prof. Wielomski opublikował na twitterze zdjęcie kobiety, która niesie jakiś pakunek o dużych gabarytach, raczej ciężki z wyglądu i wyciągnął wniosek, że to feministka. Musiałam przeczytać jego komentarz kilkakrotnie, bo nie wierzyłam własnym oczom.

Dla każdego nieuprzedzonego człowieka była to sytuacja braku kogoś  do pomocy (faceta, najlepiej z samochodem) lub kasy, żeby zapłacić za transport. Normalną reakcją byłoby współczucie dla tej kobiety, że musi to sama taszczyć, ewentualnie chęć pomocy (gdyby był w pobliżu)!

Starożytni Grecy tymczasem mieli problem ze zrozumieniem zjawiska uzbrojonych kobiet na stepach czarnomorskich. Uznali, że to Amazonki, które nie lubią mężczyzn. Tymczasem były to niewiasty z plemion koczowniczych, które umiały posługiwać się bronią (głównie łukiem), aby w sytuacji nieobecności mężczyzn w obozie móc obronić siebie i swoje dzieci. Była to smutna konieczność, a nie jakieś "babskie widzimisię". W głowie mi się nie mieści, że można tego nie rozumieć! 

To samo dotyczy skandynawskich kobiet-wojowniczek z epoki wikingów. Sięgały po broń, jeśli w rodzie nie było już mężczyzny, który mógłby dopełnić obowiązku zemsty (jak Vigdis z debiutanckiej powieści Sigrid Undset czy Lagherta).

Kiedy jadę do OBI np. po wiertło do betonu, to nie jestem zazwyczaj uskrzydlona z radości. Mam ten problem z wiertarką, co większość ludzi w Polsce z pływaniem, umiem ją niby obsługiwać, ale z trudem przezwyciężam lęk, kiedy muszę jej użyć. Czy wolałabym, żeby jakiś kompetentny facet to zrobił? Oczywiście, że tak, ale nie mam nikogo takiego w swoim otoczeniu. Mogę kogoś wynająć tylko wtedy, kiedy pozwalają mi na to moje zasoby finansowe. 

Co do łódki sytuacja jest nieco bardziej złożona. Zilustruje to przykładem. Kiedyś płynęłam kajakiem po Odrze ze znajomą. Pogoda była taka sobie tzn. bardzo wiało, a ciemne chmury zwiastowały deszcz. Bawiłyśmy się znakomicie czując jak na morzu. Wkrótce wszystkie inne kajaki przezornie poznikały, zostałyśmy tylko my. 

Patrol policji przyglądał nam się bardzo uważnie czy aby wszystko w porządku. Uznał, że tak i zostawił w spokoju. Potem minęła nas motorówka z dwoma facetami bardzo dumnymi z siebie, że tak bohatersko płyną przy kiepskiej pogodzie. Na pokładzie mieli dwie laski utlenione na blond. One również były dumne z siebie, że oto mają facetów, którzy wożą je motorówką i nie muszą jak te dwie frajerki w kajaku (znaczy my) zapierdzielać na wiosłach.

Wtedy zadałam sobie w swoim czarnym serduszku pytanie kto ma większą frajdę i zasadniczo nie miałam wątpliwości, że my. Lubimy pływać, a spore fale dodają adrenaliny do czynności już ekscytującej, natomiast blond niunie są po prostu dodatkiem do facetów i spędzają czas według ich gustów. Pocieszają się zapewne, że są sexy albo trendy albo że wrzucą zdjęcia na media społecznościowe, ale same z siebie tak by nie wybrały. Może poszłyby na zakupy albo zostały w domu...,

Czasem, kiedy mięśnie bolą mnie od wiosłowania, zwłaszcza pod wiatr, myślę sobie, że coś większego, z silnikiem nie byłoby tak całkiem od rzeczy, ale jeśli woziłby mnie tym facet i mną komenderował, to chyba jednak wolę mój packraft i poczucie wolności, który mi daje.

Natomiast jeśli chodzi o zazdrość mężczyzn wobec kobiet umiejących pływać, rozwiązanie jest proste - osobne kąpieliska dla każdej z płci. Widziałam to w Londynie w Hampstead Heath tzn. korzystałam tam z kąpieliska dla kobiet. Był to średniej wielkości staw głęboki na jakieś 2m. Na wodzie umieszczono kilka opon na wypadek, gdyby ktoś potrzebował odpocząć. Napis głosił, że wstęp dla kobiet i dziewcząt od lat 8, tylko doświadczonych pływaczek (experienced swimmers only), a dwie ratowniczki czuwały nad wszystkim z wieży nad samą wodą.

Czułam się tam naprawdę bezpiecznie bez popisujących się młodzieńców (głównie niecenzuralnym słownictwem) oraz facetów płynących stylem chlapanym z głową pod wodą (przez co chwile na kogoś wpadają) i robiących fale jak motorówka...

Swoją drogą zawsze tak było - kobiety i mężczyźni kąpali się osobno. Tak wiem, miało to związek z nagością, gdyż kostiumy kąpielowe nie były znane. Wydaje mi się jednak, że ta tradycja warta jest kontynuowania...

Tak więc drodzy panowie tropiący toksyczny feminizm tam, gdzie go nie ma, użyjcie raczej inteligencji niż uprzedzeń w ocenie konkretnych sytuacji. Podział na role męskie i kobiece ma głęboki sens w sytuacji pary, ale do osób samotnych najczęściej nie da się zastosować. Czy ktoś ma za złe samotnemu facetowi, że sam sobie gotuje jedzenie albo pierze gacie? Bardzo dziwne byłoby, gdyby tego nie robił!


niedziela, 6 września 2026

Jeszcze o piekle kobiet

Niedawno przy jakiejś okazji trafiłam na filmik mojej amerykańskiej rówieśniczki, zamieszczony na YouTube, w którym opowiada o swojej decyzji, aby zaprzestać farbowania włosów. Z ciekawości zajrzałam, a tam bardzo ładna, miła i sympatyczna kobieta o najpiękniejszych włosach, jakie można sobie wyobrazić. Choć w połowie już posiwiałe, są długie co najmniej do pasa, faliste i pięknie się układają. Muszą też być wyjątkowo gęste, bo nie zaszkodziło im tzw. cieniowanie tzn. cięcie warstwami.

Kobieta pokazuje zdjęcia z młodości. W dzieciństwie ktoś określił jej naturalny kolor jako "mousy brown", z czego wyciągnęła wniosek, że powinna go zmienić. Zaczęła już w podstawówce, o ile dobrze pamiętam. Na zdjęciu dziewczynka z blond grzywką i znacznie ciemniejszymi kucykami. Abstrahując od faktu, że widok dzieci z makijażem lub farbowanymi włosami zawsze mnie boli, w tym przypadku to po prostu świętokradztwo. Jak można mając włosy, jakie zdarzają się raz na milion, sprofanować je czymś tak ordynarnym i wulgarnym jak tani rozjaśniacz?! "Blondes have more fun" - uzasadniła swoją decyzję.

Dalej kolejne wersje znęcania się na swoją najpiękniejsza ozdobą, z krótką przerwą na urodzenie dzieci ok. 30-tki. Wtedy można podziwiać ciemne, długie i niesamowicie gęste loki. Potem zaczęła siwieć, więc powróciła do grzechów młodości. Decyzja, aby owe siwienie pokazać światu była bardzo trudna i bolesna.

Z boku wyświetlają mi się miniaturki filmów innych kobiet na ten sam temat oraz o zaprzestaniu malowania się czy ubierania w niewygodne ciuchy z przyczyn estetycznych. Nawet mi się nie chce tego oglądać. Nigdy nie farbowałam włosów i dalej nie muszę, gdyż moja siwizna jest jeszcze mało widoczna. Malowałam się bardzo rzadko, nigdy tego nie polubiłam, a częste reakcje alergiczne były dobrym pretekstem aby zarzucić rzecz całkowicie. Ciuchy umiem uszyć sobie wygodne i estetyczne zarazem, jeśli oczywiście mi się chce, co ostatnio coraz rzadziej się zdarza.

Uświadamiam sobie, że nigdy nie żyłam w świecie, z którego moje rówieśniczki z takim trudem wychodzą. Zostało mi to oszczędzone wraz z małżeństwem, rodziną i karierą zawodową. 

Przypominam sobie moją mamę śpiącą na walkach, a potem co rano tapirującą włosy spryskując je obficie lakierem. Cienkie nylonowe pończochy noszone nawet w mrozy i plastikowy pas do nich oraz równie plastikowy biustonosz z fiszbinami. Buty zawsze za małe i zawsze na obcasach. Patrzyłam na to wszystko ze zgrozą i niezrozumieniem. Byłam pewna, że istnieje alternatywa, że można mieć piękną fryzurę bez katowania swoich włosów, że ciuchy, bielizna i obuwie nie muszą być torturą, aby wyglądać super...

Oczywiście, taka alternatywa istnieje, ale być może nie wysyła odpowiednio wyraźnych sygnałów w stronę płci przeciwnej? Być może jest odczytywana jako nonkonformizm, a przez to dyskwalifikuje na rynku pracy i matrymonialnym jednocześnie? Być może jest jedną z przyczyn odrzucenia, a zarazem zazdrości? Być może moja mama usiłowała mi to wszystko powiedzieć, a ja nie rozumiałam i nie chciałam słuchać?

Nie wspomniałam jeszcze o filmach opowiadających jak ich autorki stały się niewidzialne (prawdopodobnie dla mężczyzn). Też nie mój problem. Po pierwsze zbyt duża "widzialność" doświadczana w dzieciństwie i młodości (z racji ekstrawaganckiego koloru włosów) bardzo źle mi się kojarzy. Po drugie dalej jestem widzialna dla:

  • kobiet w każdym wieku z powodu stylu ubierania
  • zniewieściałych mężczyzn z tego samego powodu
  • niektórych moich rówieśników, którzy wciąż na mnie reagują jak na kobietę
  • mężczyzn, którzy mi zazdroszczą i mnie nienawidzą, bo robię coś, czego oni się boją (np. pływam wpław, lub łódką)
  • kobiet, które mi zazdroszczą i mnie nienawidzą z różnych powodów
Nie wymieniłam wszystkich kategorii "osób wciąż mnie widzących", ale zasadniczo widzialność częściej naraża na doświadczenia przykre (w tym bardzo przykre) niż przyjemne. Takie jest moje doświadczenie. Fakt, że z racji mocnej budowy ciała i skłonności do tycia nigdy robiłam za "piękność właściwą", więc coś mogło mnie ominąć... 


piątek, 4 września 2026

Od zazdrości do nienawiści, czyli cała prawda o strasznych dziadulach tego świata.

Wracając jeszcze do poprzedniego wpisu, uświadomiłam sobie właśnie, że straszny dziadulo obszczekujący mnie wczoraj przy ujściu Bystrzycy do Odry zupełnie nie jęczał, że rybek nie nałowi, a zadał sobie tyle trudu, żeby przytaszczyć krzesełko oraz wędki. (Nie wspomniał też o zakłóceniu spokoju, którego usilnie poszukiwał nad wodą). Na początku jęknął, że mu one wędki podepczę, ale potem - kiedy je ominęłam - temat zdechł i piszczał głównie o mojej rzekomej nieznajomości przepisów, a mimo to pływaniu łódką. 

Tu go bolało! Czysta zazdrość! Nie o "wtargnięcie na jego teren" mu chodziło, co jeszcze bym zrozumiała, gdyby był przestraszoną kobietą, a ja groźnym facetem, ale o mój zachwycający packraft i radość pływania nim. Tego mi żałował i z tego powodu mnie znienawidził widząc pierwszy raz w życiu na oczy.

Cóż, nieszczęsny dziadygo, nawet gdybym podarowała ci ten packraft ze szczodrości serduszka prawdopodobnie byś go nigdy nie użył ze strachu. Facet atakujący kobietę na 100% jest tchórzem, a gadka o przepisach miała owo tchórzostwo uzasadnić. Być może jeszcze bardziej zazdrościł mi "odwagi", tzn., że jest ona umieszczona w kobiecie, a nie w nim! Znaczy Pan Bóg się pomylił i świat jest niesprawiedliwy!

Pan Bóg tymczasem - w przeciwieństwie do ludzi - się najprawdopodobniej nie myli. Duch jego wieje tam, gdzie chce, a myśli jego nie są naszymi myślami. To samo dotyczy jego dróg.

O tych właśnie tajemniczych drogach chciałam dziś napisać, ale wczorajszy incydent nie dawał mi spokoju.

czwartek, 3 września 2026

O piekle kobiet i miejscowej kanalii

Płynę sobie dzisiaj moją łódeczką w dół rzeki Odry z zamiarem dotarcia do ujścia Widawy. Okazało się bowiem, że to, do czego dotarłam tydzień temu to kanał spływający z pól irygacyjnych. Dlatego taki zarośnięty i brudny!

To nie jest ujście Widawy tylko kanału irygacyjnego! (W głębi Odra)

Od niego jeszcze ponad pół godziny wiosłowania w stronę Brzegu Dolnego. Dopłynęłam, ale zdjęć nie zrobiłam. Moja komóra całkowicie nieprzydatna w słońcu - nic nie widzę. 

To też nie, a małe żabki skaczą po liściach (nie widać)

Co gorsza czuję ciśnienie na pęcherz, więc przepływam na druga stronę Odry i szukam miejsca, gdzie dałoby się wylądować. Są dwa - na jednym rozbite namioty, wędka, 3 osoby (Ukraińcy?) i pies, na drugim starszy facet łowi ryby. Grupa z namiotami dobrze nie rokuje, gdyż cieszy się, że ich pies mnie obszczekuje z brzegu.

Ten słup w głębi na lewym (od strony Wrocławia) brzegu Odry oznacza ujście Bystrzycy, które znajduje się prawie na przeciwko ujścia Widawy na prawym. (Nie widać na zdjęciu)

Zaczepiam więc wędkarza i pytam uprzejmie czy mogłabym koło niego wylądować. Odpowiada bardzo opryskliwie i odmownie wskazując kamienie i chaszcze jako alternatywę. Bez przekonania mówię, że tam się nie da i wpływam do ujścia Bystrzycy w nadziei znalezienia czegoś lepszego.  Nie znajduję, więc wracam i informując faceta, że po prosu muszę wyjść z łódki. Sądząc po objawach mogę się spodziewać ataku fizycznego, zagrodzenia drogi, popchnięcia lub nawet uderzenia. Nie zrażam się, więc facet poprzestaje na agresji słownej. 

Oto co usłyszałam:

  • nie znam przepisów prawnych, a według nich wolno mi pływać tylko 50 m od brzegu. (Nie wiem czy Odra ma tyle szerokości w tym miejscu, inne rzeki na pewno nie mają) Znaczy mam  startować z powietrza i wzlecieć na środku rzeki, aby dostać się na ląd.
  • zaraz wezwie na mnie policję, bo nie zachowuje odpowiedniej odległości od brzegu lądując
  • gówno go to obchodzi, że nie mogę wylądować gdzie indziej, mam wracać skąd wystartowałam (znaczy płynąć 3 godziny pod prąd)
  • zaraz mi - k....a - przypierdoli czy jakoś tam
  • nie ruszy dupy, żebym mogła przejść i opuścić to miejsce, mam łazić po chaszczach
  • baba (znaczy ja) powinna  wziąć szmatę, a nie pływać pontonem
Uważam za osobisty sukces, że w takich warunkach udało mi się sprawnie wylądować i to jeszcze suchą nogą. Prawdopodobnie, kiedy wyprostowałam się oparta o wiosło dziad uświadomił sobie, że jestem większa i dużo młodsza, więc ewentualna potyczka raczej nie będzie zwycięska. Powtarzałam spokojnie, że muszę wyjść z łódki, zachęcałam do uspokojenia się, ewentualnie pytałam czemu zachowuje się tak irracjonalnie zamiast mnie po prostu przepuścić, po czym zająć się swoim wędkowaniem.

Zważywszy, że ani razu nie dotknęłam nawet wędek, ani żyłek nadpobudliwego osobnika, jego reakcja była skrajnie nieproporcjonalna. Fakt, że jestem kobietą, w potrzebie i odzywam się uprzejmie w najmniejszym stopniu nie łagodził jego wściekłości. Incydent przepuszczenia łódki trwałby przypuszczalnie 2-3 minuty i nie miałby żadnego wpływu na obfitość połowu, a tak wydłużył się niepotrzebnie o wybuch emocji negatywnych godny dwulatka.

Właśnie uświadomiłam sobie pisząc te słowa, że dzisiejsza ewangelia była o powołaniu Piotra i synów Zebedeusza po wyjątkowo obfitym połowie ryb, takim, że łodzie się zanurzały. Poza tym jest pierwszy czwartek miesiąca i wiadoma centrala dostaje pierdolca i pewnie stąd ta przygoda. Teraz znaczy o 21 ukraińscy sąsiedzi walą młotem w ramach swojej chałupniczej produkcji...

Niezależnie od tego przypomniały mi się moje PRL-owskie doświadczenia z tego rodzaju typami. znacznie gorsze, bo byłam dziewczynką, albo młodą dziewczyną w najmniejszym stopniu nie gotową na tak irracjonalną wrogość ze strony starych mężczyzn.

Dziś więcej rozumiem, ale i tak poziom chamstwa i agresji mnie nieodmiennie zadziwia. Wyżej wspomniany dziad najpierw nie chciał przesunąć się ze swoim krzesłem z jedynej dróżki prowadzącej na wał, po czym wykrzykiwał, że może ma jeszcze mnie wnieść na górę. Rzecz o tyle absurdalna, że to ja niosłam łódkę i wiosło, a on miał się po prostu ruszyć o 50 cm. Po czym wystąpił z kwestią o szmacie, znaczy, że jest bardziej odpowiednia dla mnie niż ponton...

Tym się zdradził ze swoimi kompleksami. Rzecz ciekawa, bo przecież pływanie łódką nie jest związane z płcią chyba w żadnej kulturze... Pamiętam bardzo dobrze, że w bajce o koniku Garbusku Cud-dziewica, córka księżyca, pojawiła się płynąc łodzią i pięknie przy tym grając.

Nie wydaje mi się, by pływanie łodzią ujmowało Cud-dziewicy kobiecości, albo mogło zostać odczytane jako wtargnięcie na obszar zarezerwowany dla mężczyzn...

Na kultowej ilustracji Szancera proporcje dziewczyny do łodzi żaglowej są takie jak moje do packrafta, tylko, że muszę w nim siedzieć ze względu na cienkie na kilka milimetrów, miękkie dno. Oczywiście jestem ubrana w stylu nieco bardziej sportowym, no i muszę mieć kamizelkę ratunkową, bo na drogach wodnych - takich jak Odra - policja sprawdza to skrupulatnie.

Patrol policji minął mnie dwukrotnie, a nie dopatrzył się w moim zachowaniu naruszenia jakichkolwiek przepisów. Poruszam się po prawej stronie, nie wypływam na środek, żeby nie narażać się na kolizję z jednostkami o większej wyporności i napędzie motorowym... Całe to pieprzenie strasznego dziadula o przepisach było oczywiście wzięte z dupy....

Myślę, że niektórych ludzi, zwłaszcza mężczyzn, bardzo denerwuje fakt, że kobieta coś robi dużo lepiej od nich, nawet jeśli nie jest to czynność tradycyjnie męska. Pływanie wpław, ani łódką nie jest przypisane do żadnej płci. Niektórzy ludzie po prostu boją się wody, a inni nie. W Polsce przytłaczająca większość należy do tej pierwszej kategorii. Dlatego też ktoś taki jak ja, kto boi się wszystkiego z wyjątkiem wody jest na kursie kolizyjnym z zakompleksionymi dziadami szukającymi okazji, żeby odegrać się za swoje nieudacznictwo na kobiecie (albo jeszcze lepiej dziewczynce).

To jest prawdziwe piekło kobiet, którym feministki z jakichś powodów się zupełnie nie interesują. Temat zamierzam rozwinąć w kolejnym wpisie, bo trochę mi się uzbierało (refleksji)...