Płynę sobie dzisiaj moją łódeczką w dół rzeki Odry z zamiarem dotarcia do ujścia Widawy. Okazało się bowiem, że to, do czego dotarłam tydzień temu to kanał spływający z pól irygacyjnych. Dlatego taki zarośnięty i brudny!
 |
| To nie jest ujście Widawy tylko kanału irygacyjnego! (W głębi Odra) |
Od niego jeszcze ponad pół godziny wiosłowania w stronę Brzegu Dolnego. Dopłynęłam, ale zdjęć nie zrobiłam. Moja komóra całkowicie nieprzydatna w słońcu - nic nie widzę.
 |
| To też nie, a małe żabki skaczą po liściach (nie widać) |
Co gorsza czuję ciśnienie na pęcherz, więc przepływam na druga stronę Odry i szukam miejsca, gdzie dałoby się wylądować. Są dwa - na jednym rozbite namioty, wędka, 3 osoby (Ukraińcy?) i pies, na drugim starszy facet łowi ryby. Grupa z namiotami dobrze nie rokuje, gdyż cieszy się, że ich pies mnie obszczekuje z brzegu.
 |
| Ten słup w głębi na lewym (od strony Wrocławia) brzegu Odry oznacza ujście Bystrzycy, które znajduje się prawie na przeciwko ujścia Widawy na prawym. (Nie widać na zdjęciu) |
Zaczepiam więc wędkarza i pytam uprzejmie czy mogłabym koło niego wylądować. Odpowiada bardzo opryskliwie i odmownie wskazując kamienie i chaszcze jako alternatywę. Bez przekonania mówię, że tam się nie da i wpływam do ujścia Bystrzycy w nadziei znalezienia czegoś lepszego. Nie znajduję, więc wracam i informując faceta, że po prosu muszę wyjść z łódki. Sądząc po objawach mogę się spodziewać ataku fizycznego, zagrodzenia drogi, popchnięcia lub nawet uderzenia. Nie zrażam się, więc facet poprzestaje na agresji słownej.
Oto co usłyszałam:
- nie znam przepisów prawnych, a według nich wolno mi pływać tylko 50 m od brzegu. (Nie wiem czy Odra ma tyle szerokości w tym miejscu, inne rzeki na pewno nie mają) Znaczy mam startować z powietrza i wzlecieć na środku rzeki, aby dostać się na ląd.
- zaraz wezwie na mnie policję, bo nie zachowuje odpowiedniej odległości od brzegu lądując
- gówno go to obchodzi, że nie mogę wylądować gdzie indziej, mam wracać skąd wystartowałam (znaczy płynąć 3 godziny pod prąd)
- zaraz mi - k....a - przypierdoli czy jakoś tam
- nie ruszy dupy, żebym mogła przejść i opuścić to miejsce, mam łazić po chaszczach
- baba (znaczy ja) powinna wziąć szmatę, a nie pływać pontonem
Uważam za osobisty sukces, że w takich warunkach udało mi się sprawnie wylądować i to jeszcze suchą nogą. Prawdopodobnie, kiedy wyprostowałam się oparta o wiosło dziad uświadomił sobie, że jestem większa i dużo młodsza, więc ewentualna potyczka raczej nie będzie zwycięska. Powtarzałam spokojnie, że muszę wyjść z łódki, zachęcałam do uspokojenia się, ewentualnie pytałam czemu zachowuje się tak irracjonalnie zamiast mnie po prostu przepuścić, po czym zająć się swoim wędkowaniem.
Zważywszy, że ani razu nie dotknęłam nawet wędek, ani żyłek nadpobudliwego osobnika, jego reakcja była skrajnie nieproporcjonalna. Fakt, że jestem kobietą, w potrzebie i odzywam się uprzejmie w najmniejszym stopniu nie łagodził jego wściekłości. Incydent przepuszczenia łódki trwałby przypuszczalnie 2-3 minuty i nie miałby żadnego wpływu na obfitość połowu, a tak wydłużył się niepotrzebnie o wybuch emocji negatywnych godny dwulatka.
Właśnie uświadomiłam sobie pisząc te słowa, że dzisiejsza ewangelia była o powołaniu Piotra i synów Zebedeusza po wyjątkowo obfitym połowie ryb, takim, że łodzie się zanurzały. Poza tym jest pierwszy czwartek miesiąca i wiadoma centrala dostaje pierdolca i pewnie stąd ta przygoda. Teraz znaczy o 21 ukraińscy sąsiedzi walą młotem w ramach swojej chałupniczej produkcji...
Niezależnie od tego przypomniały mi się moje PRL-owskie doświadczenia z tego rodzaju typami. znacznie gorsze, bo byłam dziewczynką, albo młodą dziewczyną w najmniejszym stopniu nie gotową na tak irracjonalną wrogość ze strony starych mężczyzn.
Dziś więcej rozumiem, ale i tak poziom chamstwa i agresji mnie nieodmiennie zadziwia. Wyżej wspomniany dziad najpierw nie chciał przesunąć się ze swoim krzesłem z jedynej dróżki prowadzącej na wał, po czym wykrzykiwał, że może ma jeszcze mnie wnieść na górę. Rzecz o tyle absurdalna, że to ja niosłam łódkę i wiosło, a on miał się po prostu ruszyć o 50 cm. Po czym wystąpił z kwestią o szmacie, znaczy, że jest bardziej odpowiednia dla mnie niż ponton...
Tym się zdradził ze swoimi kompleksami. Rzecz ciekawa, bo przecież pływanie łódką nie jest związane z płcią chyba w żadnej kulturze... Pamiętam bardzo dobrze, że w bajce o koniku Garbusku Cud-dziewica, córka księżyca, pojawiła się płynąc łodzią i pięknie przy tym grając.
 |
| Nie wydaje mi się, by pływanie łodzią ujmowało Cud-dziewicy kobiecości, albo mogło zostać odczytane jako wtargnięcie na obszar zarezerwowany dla mężczyzn... |
Na kultowej ilustracji Szancera proporcje dziewczyny do łodzi żaglowej są takie jak moje do packrafta, tylko, że muszę w nim siedzieć ze względu na cienkie na kilka milimetrów, miękkie dno. Oczywiście jestem ubrana w stylu nieco bardziej sportowym, no i muszę mieć kamizelkę ratunkową, bo na drogach wodnych - takich jak Odra - policja sprawdza to skrupulatnie.
Patrol policji minął mnie dwukrotnie, a nie dopatrzył się w moim zachowaniu naruszenia jakichkolwiek przepisów. Poruszam się po prawej stronie, nie wypływam na środek, żeby nie narażać się na kolizję z jednostkami o większej wyporności i napędzie motorowym... Całe to pieprzenie strasznego dziadula o przepisach było oczywiście wzięte z dupy....
Myślę, że niektórych ludzi, zwłaszcza mężczyzn, bardzo denerwuje fakt, że kobieta coś robi dużo lepiej od nich, nawet jeśli nie jest to czynność tradycyjnie męska. Pływanie wpław, ani łódką nie jest przypisane do żadnej płci. Niektórzy ludzie po prostu boją się wody, a inni nie. W Polsce przytłaczająca większość należy do tej pierwszej kategorii. Dlatego też ktoś taki jak ja, kto boi się wszystkiego z wyjątkiem wody jest na kursie kolizyjnym z zakompleksionymi dziadami szukającymi okazji, żeby odegrać się za swoje nieudacznictwo na kobiecie (albo jeszcze lepiej dziewczynce).
To jest prawdziwe piekło kobiet, którym feministki z jakichś powodów się zupełnie nie interesują. Temat zamierzam rozwinąć w kolejnym wpisie, bo trochę mi się uzbierało (refleksji)...