Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zazdrość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zazdrość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 września 2026

Jeszcze o piekle kobiet

Niedawno przy jakiejś okazji trafiłam na filmik mojej amerykańskiej rówieśniczki, zamieszczony na YouTube, w którym opowiada o swojej decyzji, aby zaprzestać farbowania włosów. Z ciekawości zajrzałam, a tam bardzo ładna, miła i sympatyczna kobieta o najpiękniejszych włosach, jakie można sobie wyobrazić. Choć w połowie już posiwiałe, są długie co najmniej do pasa, faliste i pięknie się układają. Muszą też być wyjątkowo gęste, bo nie zaszkodziło im tzw. cieniowanie tzn. cięcie warstwami.

Kobieta pokazuje zdjęcia z młodości. W dzieciństwie ktoś określił jej naturalny kolor jako "mousy brown", z czego wyciągnęła wniosek, że powinna go zmienić. Zaczęła już w podstawówce, o ile dobrze pamiętam. Na zdjęciu dziewczynka z blond grzywką i znacznie ciemniejszymi kucykami. Abstrahując od faktu, że widok dzieci z makijażem lub farbowanymi włosami zawsze mnie boli, w tym przypadku to po prostu świętokradztwo. Jak można mając włosy, jakie zdarzają się raz na milion, sprofanować je czymś tak ordynarnym i wulgarnym jak tani rozjaśniacz?! "Blondes have more fun" - uzasadniła swoją decyzję.

Dalej kolejne wersje znęcania się na swoją najpiękniejsza ozdobą, z krótką przerwą na urodzenie dzieci ok. 30-tki. Wtedy można podziwiać ciemne, długie i niesamowicie gęste loki. Potem zaczęła siwieć, więc powróciła do grzechów młodości. Decyzja, aby owe siwienie pokazać światu była bardzo trudna i bolesna.

Z boku wyświetlają mi się miniaturki filmów innych kobiet na ten sam temat oraz o zaprzestaniu malowania się czy ubierania w niewygodne ciuchy z przyczyn estetycznych. Nawet mi się nie chce tego oglądać. Nigdy nie farbowałam włosów i dalej nie muszę, gdyż moja siwizna jest jeszcze mało widoczna. Malowałam się bardzo rzadko, nigdy tego nie polubiłam, a częste reakcje alergiczne były dobrym pretekstem aby zarzucić rzecz całkowicie. Ciuchy umiem uszyć sobie wygodne i estetyczne zarazem, jeśli oczywiście mi się chce, co ostatnio coraz rzadziej się zdarza.

Uświadamiam sobie, że nigdy nie żyłam w świecie, z którego moje rówieśniczki z takim trudem wychodzą. Zostało mi to oszczędzone wraz z małżeństwem, rodziną i karierą zawodową. 

Przypominam sobie moją mamę śpiącą na walkach, a potem co rano tapirującą włosy spryskując je obficie lakierem. Cienkie nylonowe pończochy noszone nawet w mrozy i plastikowy pas do nich oraz równie plastikowy biustonosz z fiszbinami. Buty zawsze za małe i zawsze na obcasach. Patrzyłam na to wszystko ze zgrozą i niezrozumieniem. Byłam pewna, że istnieje alternatywa, że można mieć piękną fryzurę bez katowania swoich włosów, że ciuchy, bielizna i obuwie nie muszą być torturą, aby wyglądać super...

Oczywiście, taka alternatywa istnieje, ale być może nie wysyła odpowiednio wyraźnych sygnałów w stronę płci przeciwnej? Być może jest odczytywana jako nonkonformizm, a przez to dyskwalifikuje na rynku pracy i matrymonialnym jednocześnie? Być może jest jedną z przyczyn odrzucenia, a zarazem zazdrości? Być może moja mama usiłowała mi to wszystko powiedzieć, a ja nie rozumiałam i nie chciałam słuchać?

Nie wspomniałam jeszcze o filmach opowiadających jak ich autorki stały się niewidzialne (prawdopodobnie dla mężczyzn). Też nie mój problem. Po pierwsze zbyt duża "widzialność" doświadczana w dzieciństwie i młodości (z racji ekstrawaganckiego koloru włosów) bardzo źle mi się kojarzy. Po drugie dalej jestem widzialna dla:

  • kobiet w każdym wieku z powodu stylu ubierania
  • zniewieściałych mężczyzn z tego samego powodu
  • niektórych moich rówieśników, którzy wciąż na mnie reagują jak na kobietę
  • mężczyzn, którzy mi zazdroszczą i mnie nienawidzą, bo robię coś, czego oni się boją (np. pływam wpław, lub łódką)
  • kobiet, które mi zazdroszczą i mnie nienawidzą z różnych powodów
Nie wymieniłam wszystkich kategorii "osób wciąż mnie widzących", ale zasadniczo widzialność częściej naraża na doświadczenia przykre (w tym bardzo przykre) niż przyjemne. Takie jest moje doświadczenie. Fakt, że z racji mocnej budowy ciała i skłonności do tycia nigdy robiłam za "piękność właściwą", więc coś mogło mnie ominąć... 


piątek, 4 września 2026

Od zazdrości do nienawiści, czyli cała prawda o strasznych dziadulach tego świata.

Wracając jeszcze do poprzedniego wpisu, uświadomiłam sobie właśnie, że straszny dziadulo obszczekujący mnie wczoraj przy ujściu Bystrzycy do Odry zupełnie nie jęczał, że rybek nie nałowi, a zadał sobie tyle trudu, żeby przytaszczyć krzesełko oraz wędki. (Nie wspomniał też o zakłóceniu spokoju, którego usilnie poszukiwał nad wodą). Na początku jęknął, że mu one wędki podepczę, ale potem - kiedy je ominęłam - temat zdechł i piszczał głównie o mojej rzekomej nieznajomości przepisów, a mimo to pływaniu łódką. 

Tu go bolało! Czysta zazdrość! Nie o "wtargnięcie na jego teren" mu chodziło, co jeszcze bym zrozumiała, gdyby był przestraszoną kobietą, a ja groźnym facetem, ale o mój zachwycający packraft i radość pływania nim. Tego mi żałował i z tego powodu mnie znienawidził widząc pierwszy raz w życiu na oczy.

Cóż, nieszczęsny dziadygo, nawet gdybym podarowała ci ten packraft ze szczodrości serduszka prawdopodobnie byś go nigdy nie użył ze strachu. Facet atakujący kobietę na 100% jest tchórzem, a gadka o przepisach miała owo tchórzostwo uzasadnić. Być może jeszcze bardziej zazdrościł mi "odwagi", tzn., że jest ona umieszczona w kobiecie, a nie w nim! Znaczy Pan Bóg się pomylił i świat jest niesprawiedliwy!

Pan Bóg tymczasem - w przeciwieństwie do ludzi - się najprawdopodobniej nie myli. Duch jego wieje tam, gdzie chce, a myśli jego nie są naszymi myślami. To samo dotyczy jego dróg.

O tych właśnie tajemniczych drogach chciałam dziś napisać, ale wczorajszy incydent nie dawał mi spokoju.

niedziela, 13 października 2024

O skaldzie Grimoaldzie

Grimoald pojawił sie w mojej wyobraźni mniej wiecej na studiach albo tuż po. Imię pochodzi z jakiejś powieści o Longobardach skandynawskiego autora, którego nazwiska nie pamiętam (tytułu powieści też nie). Wyglądał mniej wiecej tak:

Grimoald pojawił się w mojej wyobraźni w czymś co wygląda na stylizowany, póżnosredniowieczny strój burgundzki, stąd ta Burgundia zupełnie z innej epoki niż poźniejsza opowieść utrzymana we wczesnośredniowiecznych pólnocnych klimatach, pełna skandynawskich imion i zwyczajów inspirowanych powieściami Sigrid Undset.
Grimoald skald z północy (dość nieokreślonej) pojawił sie na dworze burgundzkim (nie pytajcie dlaczego) i tam poznał księżniczkę. Księżniczka, która potem zyskała imie Rowana w pierwszej swej wersji była niezależna i nie miała ochoty na małżeństwo z wybranym przez rodzinę mężczyzną i w ogóle miała awersję do pełnienia roli społecznej przypisanej do jej pozycji. Tak więc księżniczka "zakochuje się" w skaldzie, który śpiewa pieśń o morzu przebierając po strunach lutni długimi palcami. Potem oboje udają sie na tajemniczą wyspę na północy, skąd pochodzi Grimoald...
Jak to się zmienia z wiekiem. W mlodości pociagajacy jest ktoś, kto kojarzy sie z przygodą, w wieku dojrzałym ktoś, kto reprezentuje stabilizację...
W pierwszej wersji do ślubu z wybranym przez rodzinę kandydatem nie dochodzi więc można sobie wyobrazić jakiś happy end.

W drugiej wersji księżniczka Rowana jest żoną bezimiennego mężczyzny, kiedy poznaje Grimoalda i zostają kochankami. Narysowałam na ten temat cykl obrazków tuszem, ale je przy którejś kolejnej przeprowadzce wyrzuciłam. Pamiętam, że nie wiedziałam dokładnie dlaczego małżeństwo Rowany się nie układa i co było nie tak z jej mężem. Natomiast wymyśliłam jak wyglądał 
Grimoald po lewej i Rajnald po prawej

Miał jasne włosy i brodę,szare oczy, był wysoki i postawny i nosił strój z motywami heraldycznymi.

Życia nabrał dopiero w trzeciej wersji opowieści, robionej na komputerze. Zyskał też imię - earl Rajnald z Northumbrii. Starał sie o Rowanę Burgundzką przez swojego człowieka na tamtejszym dworze, Gunnara Lisa. Najprawdopodobniej nie brano by Rajnalda pod uwagę jako przyszłego męża księżniczki, gdyby nie fakt, że miała za sobą romans z pewnym skaldem z północy, co mogło mieć wiadome konsekwencje Rajnald wie o tym (Gunnar Lis go oświecił), a jednak ciągle uważa związek z dynastią burgundzką za korzystny....
Scena na dworze burgundzkim. Ksiąze Roderyk (w czerwieni, po prawej) rozmawia z Gunnarem Lisem. Na pierwszym planie Rowana (po lewej) z Grimoaldem
Jak wyżej. Rudowłosa dziewczyna na pierwszym planie to Deidre, dwórka Rowany, która siedzi wyżej w różowym welonie, po prawej Gunnar Lis. W głębi Grimoald gra na lutni i śpiewa pieśń...

Rajnald bowiem ma złamane serce i romansowa strona tego przedsięwzięcia go nie interesuje.  Jako młodzieniec odwiedził strony rodzinne swojej matki - ową wyspe na połnocy, skąd pochodzi Grimoald i Gunnar Lis i poznał tam Fror - pogańską kaplankę świętego ognia i choć to nigdy nie powinno się zdarzyć, spędzili ze soba upojną noc...


Potem jednak Fror zapadła sie pod ziemię i po wielu latach poszukiwań Rajnald daje za wygraną i postanawia poważnie pomyśleć o następcy. Rowana tymczasem jest w ciązy, co wiąże się z dużym ryzykiem w przypadku, gdyby urodził sie syn. Dziewczynka natomiast nie stwarzałaby większych problemów.

Kiedy sie więc spotykają Rajnald daje do zrozumienia Rowanie, że wie o jej stanie i nie przeszkadza mu to i jeśli się zgodzi na jego propozycję, będzie traktowana z należytym szacunkiem...
Rowana sie zgadza i udaje do kraju swego swego szlachetnego małżonka, gdzie rodzi córkę Grimoalda Christianę.

Małżeństwo Rajnalda i Rowany układa się  w dobrze aż do momentu, kiedy księżniczka znowu spotyka Grimoalda. Nie jest jasne w jakich okolicznościach to się odbywa, niemniej finał jest taki, że wyjeżdżają razem na Wyspę Lodów na północy.

Rajnald nie próbuje odnaleźć swojej wiarołomnej żony. Jest poinformowany gdzie i z kim przebywa dzięki swemu nieocenionemu kuzynowi Gunnarowi Lisowi.

Rowana szybko zaczyna żałować swojej decyzji. 
Życie na wyspie Lodów u boku Grimoalda nie jest łatwe, warunki są o wiele bardziej prymitywne niż te, do ktorych przywykla, poza tym myśli o swojej córce Christianie, która dorasta bod bokiem mężczyzny, który nie jest jej ojcem...


Christiana też nie ma lekko. Nie rozumie, dlaczego matka ją opuściła, dowiaduje sie przypadkiem, że nie jest córką Rajnalda. Jej miłość do niego nabiera nowego wymiaru. Zaczyna być zazdrosna o każdą kobietę, której on okazuje względy...


Tymczasem sama staje sie obiektem zainteresowania mężczyzny, co o mało nie kończy się porwaniem. Sytuacja jest na tyle poważna, że Rajnald decyduje sie czasowo umieścić ją w wieży pod strażą. Zadanie dopilnowania dziewczyny powierza młodemu dowódczy Isbjornowi.
Christiana śpiewa renesansowa balladę Dowlanda - takie to jest pomieszanie epok...


Rowana tymczasem kontaktuje się z Gunnarem Lisem, aby wybadać, czy jest jakakolwiek szansa na pojednanie z męzem, po czym decyduje sie do niego powrócić.
Rajnald przebacza jej niewierność i przyjmuje ją znowu do swego domu.

Isbjorn, którego tożsamość wyszła międzyczasie na jaw dostaje rekę Christiany. Kiedy oboje wyjeżdżają, Rowana rodzi Rajnaldowi syna - następcę...

Tymczasem porzucony Grimoald prosi Gunnara Lisa o rękę jego siostry Sigrid, która kochała sie w nim od dziecka...

Wygląda na całą serię happy endów. W rzeczywistości to nie koniec tej historii, która ma wiele wątków, tutaj pominiętych.

Nigdy nie udało mi się jej zapisać w formie opowiadania czy czegoś podobnego. Rozwijała sie poprzez kolejne obrazki opatrzone dialogami. Nie zamierzam tu wszystkich publikować, bo część nie nadaje się do pokazania. Pewna moja znajoma spytała kiedyś, dlaczego Rajnald zawsze rozmawia ze swoją żoną w łóżku. A skąd mam to wiedzieć? Moje postacie usamodzielniły sie na dość wczesnym etapie tej historii. Dopóki miałam odbiorców zachowywałam jakąś dyscyplinę, potem wszystko się rozlazło. Publikuję więc "pierwszy odcinek" na próbę, a nuż mnie to zmobilizuje.

P.S.
Licznych błędów w dialogach nie dało sie poprawić. Taki urok programu paint.

niedziela, 22 września 2024

O zazdrości i mediach społecznościowych

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zamieścić na grupie znajomych z roku zdjęcie Odry tuż przed falą kulminacyjną. Wszyscy sie przez chwilę zaniepokoili o moje bezpieczeństwo, ja ich uspokoiłam i temat sie skończył, bo nikt z nich nie jest bezpośrednio zagrożony. Jeden z kolegów jeszcze podczas trwania tego wątku wrzucił swój kolejny obraz z motywem wody i kobiecych ud, że to niby na temat. Nie wiem co mi sie stało, że uznałam za stosowne zareagować zamieszczeniem swoich prac:

Widok z wiezy katedry. Olej na dziadowskiej płycie

To samo w technice collage z tkanin

Odra jesienią. Olej na płótnie

I się zaczęło. Ludzie się ożywili i dawaj mnie chwalić na prześcigi, to ja dalej wrzucam kolejne z obszernym komentarzem, oni mi na to "są świetne, uwierz nam". Więc ja im na to, jaka to straszna klika we Wroclawiu i jak nie mogę się przebić. Tu pojawiły się inne głosy o lokalnych sitwach w instytucjach kultury i na wyższych uczelniach i w tym momencie kolega J. poczuł się dotknięty do żywego zachwytem kolegów nad moim "dorobkiem" i mówieniem o sitwach, do których trzeba należeć, aby odnieść sukces. 

Wdłuższym wywodzie zapewnił nas, że on do zadnej sitwy nie należy, a sukces odniósl dzięki talentowi i ogromnej pracowitości, a od tego kadzenia i "zalizywania się na śmierć" w ramach towarzystwa wzajemnej adoracji jest mu niedobrze. Iluś ludzi poczulo się dotkniętych, iluś próbowało załagodzić sytuację, ale sielanka sie skończyła i pewnie dobrze, bo media społecznościowe są bardziej uzależniajace niż substancje chemiczne czy hazard. Zawsze to czulam intuicyjnie i trzymałam sie od nich z daleka.

Historia ta jednak nie daje mi spokoju ze wzgledu na dwa aspekty. Pierwszy to zazdrość osób, które odniosły sukces wobec tych, którym się znacznie gorzej wiedzie. Brzmi dziwnie, ale zjawisko istnieje, czego dowodem reakcja kolegi J. na zainteresowanie moimi pracami.

Kolega J. tuz po studiach lub niedługo po został dyrektorem BWA w mieście Z. i jest nim do dnia dzisiejszego, a przy tym uznanym malarzem sprzedajacym swoje dzieła w jakimś domu aukcyjnym w "warszawce". Powstała o jego twórczości nawet praca magisterska na KULu, czym sie nie omieszkał pochwalić. Mimo tych licznych sukcesów nigdy nie ma dość atencji i zachwytów i nie może znieść, kiedy kto inny jest chwalony zamiast niego.

Drugi aspekt to uświadomienie sobie jakiejś głebokiej potrzeby wydobycia na światło dzienne wszystkiego tego, co jest zwiazane z moją twórczością - prac jako takich, ich historii oraz emocji i refleksji towarzyszących ich powstawaniu. Potrzebuję uwolnić sie nie tylko od goryczy odrzucenia, ale przede wszystkim od ciężaru tego tematu jako takiego. Mam ten talent czy go nie mam? A jesli tak to czy go zmarnowałam czy rozwinęlam itp. Jest to jakiś ciężar, który niosę, byc może fałszywy krzyż...

Dlatego drogi potencjalny czytelniku strzeż się, bo w najbliższych wpisach wyleje się to wszystko na Ciebie!