środa, 7 października 2026

O odebraniu dzieci rodzicom na skutek interwencji RPD

Naprawdę nie chciałam nic wiedzieć o tej sprawie. Omijałam wzrokiem wszystkie nagłówki artykułów i ikony filmów o tym zdarzeniu. Dopiero kiedy doszły mnie słuchy, że dzieci są już w domu sprawdziłam o co chodziło.

Zdenerwowana matka podobno szarpnęła dziecko, które wybiegło, czy też chciało wybiec, na ulicę i dała wyraz swemu zdenerwowaniu w wypowiedzi przetykanej wyrazami na "k" w charakterze przecinka. Pani rzecznik, która była świadkiem zdarzenia interweniowała i usłyszała sławne hasło Marty Lempart ("wy....dalaj") skierowane do niej osobiście. Tak się poczuła dotknięta cytatem ze słynnej feministki, że użyła przemocy instytucjonalnej - znaczy policji i prokuratury - aby dwoje kilkuletnich dzieci odebrać rodzicom i umieścić w "pieczy zastępczej".

Sąd uznał podjęte środki za całkowicie nieproporcjonalne do zdarzenia, a panią rzecznik za nieodpowiednią osobę do piastowania urzędu, który ma służyć dobru dziecka i jego rodziny.

Moja ulga i satysfakcja po tym finale jest ograniczona, bo zdałam sobie sprawę, że owa pani Horna-Cieślak to nie jednostkowy przypadek niekompetentnej wariatki, tylko produkt pewnego sposobu myślenia, który po cichu stał się obowiązujący.

Uświadomiłam to sobie pod wpływem lektury książki Joanny Flis pt "Co jest ze mną nie tak?", która miała dotyczyć dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Tymczasem dowiedziałam się z niej, że cała nasza kultura i tradycja (przede wszystkim religijna) są dysfunkcyjne i właściwie wszystkie powojenne pokolenia do lat 90-włącznie kwalifikują się na kozetkę.

Nie myśl czytelniku, że z powodu patologii PRLu, jego wrogiego stosunku do rodziny i próby rozbijania jej. Nie, to wina tradycji wcześniejszej wynikającej po części z korzeni chrześcijańskich, a po części z warunków życia większości społeczeństwa.

Tak więc patologią jest pomoc rodzicom w domu/gospodarstwie. Wszyscy nasi chłopscy przodkowie w dzieciństwie pasali co najmniej gęsi, a nie rzadko i bydło ("pasała wołki na bukowinie, wzięła ze sobą skrzypki jedynie"), a PRL- owskie dzieci odbierały młodsze rodzeństwo z przedszkola/szkoły, robiły zakupy, sprzątały, a co najmniej obierały ziemniaki i wynosiły śmiecie. A to, panie, patologia jest, przemoc domowa! Podobnie jak nakłanianie dzieci do jedzenia, czy mleko z kożuchem organizowane w szkole.

Równie szkodliwe miało być trzymanie rączek na kołderce i zniechęcanie do masturbacji. A wszystko to w jednym worku z alkoholizmem, biedą w stopniu uniemożliwiającym zaspokojenie podstawowych potrzeb, głodem i znęcaniem się nad dziećmi przez rodzica/rodziców pod wpływem alkoholu, wykorzystywaniem seksualnym czy też porzuceniem stałym lub czasowym.

Pomyślałam sobie po kilku rozdziałach, że baba jest równo pierdzielnięta i szurnęłam książkę w kąt. Nie chce mi się do niej wracać, nawet żeby dokładnie sprawdzić dalsze rewelacje objawione pani autorce.

Pamiętam jeszcze niewyobrażalną krzywdę, którą nam zrobiono ucząc panowania na potrzebami fizjologicznymi i ignorowania - w pewnych okolicznościach - dyskomfortu.

Słowem pani autorka jest źródłem autorytetu wyższym niż święte księgi ludzkości i cała jej tradycja. Takie pańcie naprawdę myślą, że to one są mądrzejsze niż wszystko, co było przed nimi i dopiero dzięki nim świat zostanie zbawiony, znaczy naprawiony.

Dzieci zabrane matce, bo ta rzuca "ku.wami" jak się zdenerwuje, w domu dziecka rozkwitną jak róże o poranku. Personel bowiem w skutek tajemniczych procesów został oczyszczony ze złych skłonności, podobnie jak inni pensjonariusze takich placówek. 

Pójdźcie tam wszyscy, którym brakuje miłości i akceptacji, a zostaniecie nasyceni! Przecież wszystkie badania pokazują, że dzieci z domu dziecka mają najlepszy start w życiu i naprawdę się dziwię dlaczego rodzice nie oddają tam swoich pociech dobrowolnie, najlepiej zaraz po urodzeniu! Na pewno z egoizmu, no bo jak inaczej?

P.S.

Dowiedziałam się właśnie, że na skutek  interwencji RPD, która wymogła na policji rewizję z psem tropiącym w domu tej rodziny (znaleziono 2 butelki piwa), wymówiono ludziom mieszkanie i matka z dziećmi mieszka obecnie w przytułku, a ojciec dochodzi od czas do czas...

wtorek, 6 października 2026

Sierioża na drzewo, czyli smakowita historia z sąsiedztwa

Ewidentnie Sierioża wywinął jakiś numer właścicielce sąsiedniego mieszkania, ale jaki jeszcze dokładnie nie wiadomo. Nie wiadomo nawet czy Sierioża to Sierioża, a może jednak Dania znaczy Daniło i który Sierioża to Dania!

Pierwszy Sierioża wprowadził się do mieszkania po panu J. gdzieś pod koniec maja zeszłego roku. Był to niewysoki, ciemnowłosy grzeczny młody człowiek lat dwudziestu paru, podobno informatyk pracujący z domu, o czym świadczył ogromny komputer zajmujący pół pokoju. Przemieszkiwał z nim blondynek w podobnym wieku, który zarabiał jako kurier rowerowy.

Obaj młodzieńcy lubili ukraińską muzykę i życie towarzyskie świetnie słyszalne przez ścianę. Blondynek w którymś momencie zniknął - podobno pojechał do Norwegii - aby pojawić mogła się Julia. Nie taka jak myślicie! Julia bowiem podawała się za matkę (a może babcię) pierwszego Sierioży czy też Dani.

Opowiedziała zawiłą historię o polskich korzeniach i nadmieniła, że Danio już tu nie pomieszka za długo, bo sobie kupuje mieszkanie (stać go, jak każdego dwudziestolatka, to przecież jasne). W sąsiednim lokalu odbyła się uczciwa awantura z trzaskaniem drzwiami, ewidentnie Danio dowiedział się, że ma się zmywać i zareagował wybuchem emocji negatywnych.

Julia zachowywała się dość dziwacznie, ale trzeba przyznać, że ukraińskiego rapu nie słuchała. Życie towarzyskie też lubiła i zdaje się za kołnierz nie wylewała...

Pewnego dnia na klatce schodowej zobaczyłam grupę specyficznych nastolatków - wysokiego młodzieńca i trzy drapieżne dziewoje. Wyznali, że siedzą tu bo mama kolegi sprząta mieszkanie. Oczywiście było to mieszkanie wynajmowane przez tzw. Julię. Tak rozpoczął się okres drugiego Sierioży, który twierdził, że jest Danią, choć gołym okiem widać było, że to zupełnie inny chłopak.

Przede wszystkim był młodszy o jakieś 7 lat, trądzik dopiero mu się pokazał na obliczu, aby pięknie rozkwitnąć w kolejnych miesiącach. Był też znacznie wyższy i bardziej wystrojony, a zestaw pazurzastych krasawic, które mu stale towarzyszyły wskazywał jasno na szkołę średnią. Gdyby tego było mało, w dzień zakończenia roku szkolnego całe towarzystwo pojawiło się ze świadectwami w garści, choć ich obecność na lekcjach musiała być raczej sporadyczna. Poranny kurier z pizzą pojawiał się ok. 11, co nie wyglądało na czas po skończonych zajęciach...

Upodobanie drugiego Sierioży do życia towarzyskiego i ukraińskiego rapu przekraczało wszystkich poprzednich najemców. Pewnego dnia podczas imprezy trwającej od rana jeden z gości wychylił się z balkonu i chwycił mnie za rękę. Uznałam to za naruszenie nietykalności osobistej i zadzwoniłam na policję informując dyżurnego, że nieletnia młodzież mieszka i bawi się sama.

Nie wiem co funkcjonariusze im powiedzieli, ale nastąpiło delikatne uspokojenie obyczajów. Serioża   wzięty na spytki wyznał, że jest pierwszym Danią, nie umiał określić swojego pokrewieństwa z tzw. Julią i nie znał jej pod tym imieniem. Zapytany o wiek policzył na palcach, że ma 22 lata.

Następnie on sam i krasawice byli słyszalni aż do końca września. W nocy z 30.09 na 1.10 tupot licznych nóg wielokrotnie dał się słyszeć na klatce schodowej. Do dziś dnia nie wiem czy była to nocna ewakuacja Sierioży czy też impreza powitalna w mieszkaniu studenckim.

Najbardziej ucieszył mnie w tym wszystkim widok właścicielki, a właściwie jej matki, która musiała zmieniać zamki, gdyż Serioża ewidentnie nie oddał jej klucza! No cóż kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada! 

Jestem pewna na 100%, że towarzystwo wynajmujące lokal na górze to też jakiś potężny szwindel. Ostatnio podejrzewam, że na stałe siedzi tam jeden i robi coś nielegalnego, a cała reszta pojawia się raz w miesiącu, żeby wyłudzać nienależne zasiłki od państwa polskiego. Być może właśnie po to robią tyle hałasu, aby utwierdzić sąsiadów w przekonaniu, że cała rodzina tu ciągle przebywa.

P.S.

O nowych właścicielach mieszkania obok wspominałam już na tym blogu https://singletonreview.blogspot.com/2025/01/ubeckie-zygowiny-przejely-mieszkanie-po.html

poniedziałek, 5 października 2026

Jeszcze o twórczości kolegi-który-odniósł-sukces


Pozostając w klimacie obrazów kolegi-który-odniósł-sukces prezentuję jego wiekopomne dzieło pt Kobieta winna, które ośmieliłam się skrytykować na grupie, co nie spotkało się ze zrozumieniem wielu koleżanek i kolegów, w tym samego autora. 

Moje uwagi dotyczyły sposobu kadrowania postaci ludzkiej i umieszczenia trójkątnego kieliszka z winem na wysokości jej przyrodzenia, co jest oczywistą aluzją do trójkąta włosów łonowych.

Ku mojemu szczeremu zdziwieniu niektóre koleżanki - co najmniej trzy- uznały obraz za pełen subtelności, czy też subtelnych podtekstów. Ja ich nie widzę, ale zastanawia mnie jak inteligentne absolwentki historii sztuki, a więc osoby ponadprzeciętnie dobrze przygotowane do odbioru malarstwa, mogły się czegoś w tym dopatrzeć. 

Ja widzę postać bez głowy o zadziwiających proporcjach, których nie może mieć żadna żywa kobieta, wykadrowaną tak, że punkt ciężkości kompozycji przypada na krocze. Ten przykry efekt wzmacnia umieszczenie tam kieliszka, którego kształt nawiązuje do trójkąta włosów łonowych.

Ktoś mi powie, że to przecież stylizacja. Zgadza się, ale jednak przedziwna, wygląda jak złożona z części należących do kilku osób. Długie cienkie ręce z kościstymi ramionami nie przypominają kończyn człowieka tylko lekko wygięte nogi od stołu lub krzesła z obowiązkowym połyskiem. Wydłużony tułów nie mógłby należeć do osoby o takich rękach, a szerokie, asymetryczne biodra do osoby o takim tułowiu. Pomijam fakt, że kobieta z rękami cieńszymi od kości nie mogłaby mieć biustu ani bioder.

Znacznie więcej uwagi autor poświęcił asymetrycznej sukni we wzory, które odmalował bardzo rzetelnie i z upodobaniem. Postać ludzka rzuca cień - zupełnie nie odpowiadający jej kształtem - na ścianę w kolorze czerwonego brązu, który kontrastuje z jasną suknią. Kolor skóry rąk i dekoltu jest rozbieloną wersją tła i nie kojarzy się z kolorytem żywego człowieka.

Najdziwniejszy wydaje mi się zupełny brak zainteresowania ciałem kobiety w obrazie z ewidentnie erotycznym podtekstem. Zwłaszcza w kontekście sytuacji osobistej autora, którego rodzina składa się wyłącznie z kobiet - żony i córek (z których jedna zmarła młodo). 

Kobieta winna nie ma więc nie tylko twarzy, ale i ciała kobiety. Kieliszek sugeruje, że przyrodzenie niewieście powinna jednak posiadać, ale i tego nie byłabym pewna. Cały koncept to gra słów oparta na dwóch znaczenia przymiotnika winna - ta, która zawiniła lub mająca smak(i inne właściwości) wina.

Czy to jest malarstwo czy raczej coś w rodzaju rebusa, albo satyrycznej ilustracji oceńcie sami.

niedziela, 4 października 2026

O obrazach kolegi-który-odniósł-sukces

 Poszłam wczoraj na wernisaż wystawy kolegi- artysty-który-odniósł-sukces. Sami zobaczcie:







Wernisaż był o 15 w sobotę, więc ludzi raczej niewielu. Pan kurator - lub pełniący obowiązki - niespecjalnie przygotowany, a przemowa autora nieco pretensjonalna. Dobra, ktoś powie, że się czepiam. Nie, nie czepiam się tylko odnotowuje z kronikarskiego obowiązku.

Prace są efektowne, a nawet efekciarskie, zwracają uwagę, bo przedstawiają coś dającego się zidentyfikować zestawionego z czymś nieoczekiwanym. Ludziom się to podoba, doszukują się ukrytych znaczeń i super.

Ja natomiast się nimi nie zachwycam z prostego powodu - sposobu malowania. Duże przestrzenie kompozycji są po prostu zamalowane - tak jak maluje się ścianę - jednym, całkowicie nie zróżnicowanym kolorem np. czernią, a odcienie jednej barwy, np. czerwieni, uzyskiwane głównie (albo jedynie) przez rozbielanie. Tak malowany obraz trudno uznać za malarstwo, niestety.

Uczono mnie onegdaj, że każdy fragment kompozycji jest równie ważny i ma się na nim coś interesującego dziać, w sensie malarskim oczywiście. Plama ma być uzyskiwana z wielu kolorów. Najłatwiej uzyskać taki efekt malując z natury, po prostu obserwując. Niektórzy potrafią robić to z wyobraźni.

Największym zaskoczeniem była dla mnie rodzina kolegi, a zwłaszcza jego żona - ładna pulchna kobieta o zielonych oczach. Nie pamiętam ani jednego jej portretu w twórczości męża, którą z takim zapałem prezentuje na grupie. Wszelkie postacie kobiece pojawiające się na jego płótnach przypominają patyczaki i są tak wykadrowane, że w centrum kompozycji znajduje się krocze...

Wszyscy znani mi artyści ścigają ludzi w najbliższym otoczeniu, aby ich skłonić do pozowania. Dopiero, kiedy się to nie udaje wynajmują modelki płatne... 

Natomiast postacie malowane z wyobraźni zazwyczaj noszą ślad podobieństwa do autora/autorki. Wynika to z faktu ćwiczenia przez malowanie autoportretów. Proporcje własnej twarzy i sylwetki, jako najbardziej znane, nakładane są - najczęściej nieświadomie - na osoby wymyślone... 

Podobieństwo można "zapożyczać" także od najczęściej malowanej osoby np. żony lub męża i obdzielać nim wyobrażonych przedstawicieli płci przeciwnej.

Kolega-artysta jest odporny na takie procesy, gdyż - jak mi się wydaje - nie natura jest źródłem jego inspiracji tylko fotografia. Charakterystyczne dla jego twórczości surrealistyczne zestawienia kojarzą mi się przede wszystkim z fotomontażem popularnym w reklamie.

Na grupie krytykować jego prace niedobra jest, więc niniejszym wypowiedziałam się swobodnie na blogu!