Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą malarstwo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 września 2026

Na marginesie obchodów jubileuszu 70-lecia XII LO

Byłam dziś na jubileuszu 70-lecia XII LO, czyli szkoły, do której trafiłam po podstawówce i z której przeniosłam się po 5 semestrach. Miałam jakieś niejasne nadzieje związane z tą imprezą, ale wszystkie poszły się czochrać.

Gala polegała na bardzo hałaśliwych występach obecnych uczniów, które miały rzekomo przedstawiać historię szkoły, a w rzeczywistości były autopromocją "młodych talentów". 

Całkowicie ogłuszona i lekko zniesmaczona udałam się do sali, gdzie miał się znaleźć (między innymi) mój rocznik. Ani jednego znanego mi człowieka! Poszłam więc szukać dawnej wychowawczyni, w stosunku do której mam lekkie wyrzuty sumienia. Dowiedziałam się, że była zaproszona, ale się tu nigdy nie pojawia. Wcale się nie dziwię! 

Cała ta impreza upewniła mnie, że nigdy nie miałam "powołania" do bycia nauczycielką w szkole średniej (i najprawdopodobniej nikt nie ma) oraz, że mogę sobie odpuścić wszelkie myśli pod tytułem "co by było gdybym się nie przeniosła".

Ukraińcy z góry bardzo się wzmożyli, jak zwykle pod koniec miesiąca. Baba w sile wieku, w obuwiu sportowym, idąc po schodach brzmi jak oddział wojska. Potrafi tak tupać po mieszkaniu całą dobę. Przyszło mi właśnie do głowy, że być może do faceta, który tu stale przebywa, przyjeżdża rodzina lub znajomi wyłudzać nienależnie świadczenia od państwa polskiego. Muszę zbadać ten wątek. 

Na mediach społecznościowych rozpętałam burzę komentując w tonie nieprzychylnym dzieło kolegi artysty-który-odniósł-sukces. Pewnie jestem złym człowiekiem i kieruję się niskimi pobudkami, ale ile razy można oglądać damskie przyrodzenie, na tle którego umieszczony jest kieliszek wina, kwiatek albo kotek o wyszczerzonych zębach?!!! It would embarass a cat!

Co najdziwniejsze, niektóre koleżanki z roku uznają to za niezwykle subtelne. Zadałam proste pytanie czy ktoś miałby ochotę patrzeć na tak wykadrowanego faceta z jajami kurzymi  albo kiełbasą na wysokości bioder. Oburzenie było duże, a teraz zapadła cisza. Znowu przekroczyłam niepisaną zasadę i nie uszanowałam "porządku dziobania".

Co najlepsze kolega-artysta ma wkrótce wystawę we Wrocławiu i jestem zapewne jedyną z roku, która może pojawić się na wernisażu. Teraz nie wiem czy zostanę wpuszczona!

Wszystko na to wskazuje, że moja wrześniowa sielanka dobiegła końca!


poniedziałek, 8 grudnia 2025

Będąc młodą emerytką...

Święto Maryjne, wieczór, po ponownej lekturze decyzji o przyznaniu mi emerytury. Wygląda, że wszystko się zgadza, o ile jestem w stanie to ocenić. Mam już legitymację, a nawet kartę seniora! Teraz rozpocznę hulaszczy tryb życia w ramach moich skromnych środków!

Myślałam, że doświadczę wielkiej ulgi i radości, tymczasem uczucia miałam bardzo mieszane, co gorsza nieuchronnie dopadły mnie podsumowania mojej "drogi zawodowej", a przy okazji całego życia w tonie niekorzystnym. Jednak  na jakimś głębszym poziomie ulga jest znaczna, co widać po dziwnych zakupach, których już trochę zrobiłam...

Obejrzałam niedawno taki oto film na YouTube https://youtu.be/VnsZAFmtoJY ("Ewangelia a psychoterapia – co naprawdę pomaga?") Słuchało się przyjemnie, człowiek (znaczy terapeuta) robił dobre wrażenie, ale potem pojawiły się liczne wątpliwości...

Pan terapeuta ( z pierwszego wykształcenia astrofizyk) zapewniał raz po raz, że Bóg pragnie naszego szczęścia sam z siebie, nie musimy go o to usilnie prosić, bo kiedy modlimy się o coś, czego nam brak, on już tam jest (znaczy w przyszłości?) i coś robi w tej sprawie. Jest bowiem panem czasu, który go w żaden sposób nie ogranicza, jak to się dzieje w przypadku człowieka.

Zacytował słowa pewnego jezuity usłyszane w młodości, które brzmiały mniej więcej tak (cytuję z pamięci): Gdybyś wiedział, że swoją miłość spotkasz w wieku 53 lat, czy zająłbyś się oczekiwaniem i liczeniem dni? Przecież to byłby absurd. Bóg chce byś byl szczęśliwy w swoim życiu teraz, czy jakoś tak...

Wszystko to bardzo pięknie, ale skąd założenie, że "spotka swoją miłość" lub "Bóg mu da miłość/ukochaną kobietę" (nie pamiętam jakich użył słów)? Jest naturalne, że młody człowiek tęskni za miłością, ale oczekiwanie, że ta tęsknota jest gwarancją spełnienia pragnienia, jest nieco na wyrost, mówiąc bardzo oględnie.

Nie wiem co wspomniany jezuita rzeczywiscie miał na myśli, więc nie będę z tym dyskutować. Zgadzam się, że powinniśmy cieszyć się swoim życiem takim, jakie mamy i nie uzalezniać owej radości czy szczęścia od spelnienia pragnień. Ono może nigdy nie nastąpić, albo w tak zmienionej formie, że nawet go nie rozpoznamy lub z takim opóźnieniem, że nie będzie mialo żadnego znaczenia dla jakości naszego życia...

Też kiedyś uważałam, że nasze pragnienia są znakiem "woli bożej". Życie zweryfikowało ten pogląd negatywnie i  teraz raczej podejrzewam, że wszystkie one kierują nas bezpośrednio na Boga znaczy każde pragnienie jest w istocie pragnieniem Boga i mamy je w sercu nie po to, aby sie spełniło w tym życiu, tylko jako kierunkowskaz, za którym podążamy w wieczność...

Wielką przyjemnośc sprawiła mi lektura Jerychonki Rodziewiczówny. Chyba pierwszy raz w życiu zetknęłam się z tak sensownym opisem powołania artysty czy twórcy w ogóle i jak ma się ono do malżeństwa/milości. Bardzo prawdziwy wydał mi sie opis krótkiego "szczęśliwego" okresu w życiu małżeńskim bohaterki, której mąż nie mógł znieść, że "ciągle"(tzn kilka godzin dziennie) zajmuje się malowaniem, a nie nim, po czym poszedł w długą, czego czytelnik zresztą spodziewał się od chwili nieszczęsnej decyzji o ślubie...

Natomiast ojciec rekolekcjonista u paulinów adresował swoje nauki wyłącznie do małżeństw (choć nikt nie ostrzegl o tym "ogółu wiernych" narażając ich na stratę czasu i  przykre doświadczenie "wykluczenia rekolekcyjnego" na mszy niedzielnej). Zwrócił obecnym w kościele żonom i mężom uwagę, że przysięgę małżeńską składali dobrowolnie, podobnie jak on - w wolności - zdecydował się pojść za powołaniem zakonnym i do kaplaństwa. Z owej wolnej woli coś mialo wynikać, ale nie pamiętam co, bo w ktorymś momencie przestałam słuchać...

No cóż ojcze rekolekcjonisto, w życiu bardzo niewiele sobie wybieramy. Najbardziej typowy wybór, jaki mamy, to między buntem a akceptacją sytuacji od nas calkowicie niezależnej. Czy to czyni z nas niewolników? Nie wiem, ale nawet gdyby tak bylo, to co? I tak musimy żyć. Obudzić się rano, wstać z łóżka, ogarnąc się i spędzić kolejny dzień najlepiej jak umiemy i czerpać z niego tyle radości, ile się da...

Ciekawe, że w całym tym (zbytecznym) gadaniu o powołaniach nikt nie bierze pod uwagę sytuacji odrzucenia. Jakie niby "powołanie" ma ktoś odrzucony, dla którego "świat" ani Kościół nie znajduje zastosowania i nie chce mieć z nim nic do czynienia? Przecież taka sytuacja jest udziałem wielu i to nie tylko stoczonych alkoholików czy innych ćpunów...

Jakoś tak jest, że na naprawdę ważne pytania nikt nie zna odpowiedzi, więc słyszymy wyłącznie nauki o rzeczach dla nas całkowicie nieprzydatnych lub zgoła niezgodnych z rzeczywistością i naszym doswiadczeniem...


środa, 10 września 2025

Moje ilustracje na konkurs Biedronki Piórko 2025

Zwycięzca w konkursie Biedronki Piórko 2025 wyłoniony, więc mogę spokojnie opublikować moje ilustracje. Znowu postawiłam na akwarele, tym razem bez piórka i tuszu. Miałam nowe farby i nowy zestaw pędzli - efekty można ocenić poniżej:
Pierwszy projekt okładki - ze smokiem wyglądajacym z wieży - utrzymany w chłodnej kolorystyce sugerującej noc 
Drugi projekt okładki - z królewną Klarą - w czerwieniach i fioletach przywodzących na myśl zachód słońca
Królewna klara wyglądajaca z okna
Strażnik drzemiący na stojąco z głową opartą o halabardę (drzewce)
Królewna Klara wchodzi do komnaty, gdzie uwięziony jest smok
Królewna zdaje sobie sprawę kogo właśnie uwolniła
Smok czyści okulary
Klara częstuje smoka sokiem malinowym
Królewna tłumaczy ojcu i jego baronom, co mówi smok
Klara w oknie swojej wieży

Zwycięskie ilustracje nie budzą we mnie takiego sprzeciwu jak w zeszłym roku. Są sprawnie zrobione w estetyce, ktora mnie nie zachwyca, ale zapewne ma mnóstwo zwolenników, o czym świadczy werdykt jury. Podoba mi się - jako dorosłej osobie - poczucie humoru autora, choć nie jestem pewna czy doceniłabym je jako dziecko. Tu można obejrzeć https://piorko.biedronka.pl/

Dobrze sie bawiłam prawie cały czerwiec, ale widzę jasno, że szans w tym konkursie nie mam żadnych, więc pozostaje mi żywić pewną nadzieję, że w przyszłym roku nie ulegnę pokusie, żeby znowu wziąć udział... Trzeba przyznać, że organizator bardzo ujmująco motywował w tym roku uczestników przysyłając co tydzień słowa zachęty i dobre rady każdemu, calkiem sensowne zresztą.

niedziela, 8 grudnia 2024

O widzeniu wśród zwierząt i ludzi

Podobno zwierzęta nie widzą obrazów na płaskiej powierzchni, w tym swojego odbicia w lustrze, a jednak na YouTube ileś tam filmików z psami, lwami i innymi gorylami, które na swoje odbicie w lustrze wyraźnie reagują jak na obcego osobnika własnego gatunku. Znaczy widzą nie tylko ruch, lecz także kształt...

Psy obszczekują człowieka niosącego parasolkę, gitarę lub dużą teczkę, bo nie rozróżniają części składowych zjawiska. W ich oku parasolka jest częścią integralną tej dziwnej istoty. Węch wcale im nie pomaga. To samo dotyczy reakcji osobę w dużym, sztucznym futrze, albo dlugim płaszczu - niby zapach czlowieka, a tu idzie jakieś dziwne wielkie, kosmate stworzenie...

Wiewiórki potrafią przez dłuższą chwilę przyglądać się mi z odległości dwóch metrów, bo dopóki się nie poruszę mogę być równie dobrze drzewem...

Podobno ludzie z plemion o słabym kontakcie z cywilizacją nie są w stanie "odczytać" fotografii. Na pokazane im zdjęcie lwa reagują stwierdzeniem "nie znam tego człowieka".

Spotkałam się z przypadkami osób, które nie są w stanie odczytać uproszczonego obrazu np ponniższej martwej natury albo krajobrazu:


Być może ma to związek z daltonizmem, albo inna wadą wzroku, która powoduje, że kawałki mozaiki nie łączą się w oku patrzącego w jakąś sensowną całość. Kolorystyka też może być myląca. Mogę łatwo zrozumieć, że czerwień utrudnia zobaczenie w drugim obrazku pustyni. Pewien mój znajomy myślał, że to akt kobiecy (wzgórze wziął za pierś). 

Co wiecej niektórzy nie są w stanie stwierdzić, że coś jest obrazem, jeśli nie ma ramy, nawet jeśli  jest realistycznie malowane farbami olejnymi na płótnie naciągniętym na blejtram. 

Pewnego razu suszyłam swoje prace na strychu, a nowy, ekspansywny sąsiad usunął je stamtąd twierdząc, ze nie wiedział,"że to jest czyjeś". Chodziło o te obrazki:


Nie tylko wzrok nie przekonał gościa, że jest to dzielo człowieka, a nie zdechły szczur, zasuszony liść czy pajęczyna, ale nawet nie naprowadził go zapach świeżej farby olejnej, przy dotyku brudzącej ręce... Widocznie myślał, że na pustych strychach tego rodzaju obiekty wyrastają samoistnie z betonowych ścian lub posadzek...

Miałam niezlą zagwozdkę jak mam sprawić, żeby zaczął odróżniać obrazy od narosłego latami kurzu. Wzięlam więc wszystkie moje mozaiki z tkanin oprawione w ramy (za szkłem) po wystawie i zataszczylam na strych, a na drzwiach nasmarowałam kredą (poświęconą) napis "Prosze nie dotykać cudzej wlasności!"

Obstawiłam tak wszystkie cztery ściany spornego pomieszczenia, które młodzieniec chciał zamienić na prywatną siłownię. Natychmiast zrozumiał. Nie tylko, że to nie są gołębie odchody z czasów PRLu, ale że należą do kogoś. Natychmiast przyleciał i zaczął dość pokornie negocjować, żebym może ograniczyła się do dwóch ścian!!!

Tak więc widzenie nie zależy wyłącznie od odpowiedniej ilości światła dochodzacego do źrenic, lecz także od bardzo wielu innych czynników...

poniedziałek, 7 października 2024

Reszta jest milczeniem

Kończąc wątek moich "dokonań artystycznych" zaprezentuje kilka prac wykonanych technikami tradycyjnymi z ostatnich lat, przy czym "ostatnie lata" obejmują okres mniej wiecej od 2000 do dziś

Zacznę od zachowanych autoportretów. Wszystkie są dziwne i świadczą o narastajacych problemach ze wzrokiem. Im gorzej widzę, tym większy format wybieram, a im wiekszy format wybieram tym bardziej zniekształcona jest moja twarz, gdyż stoję za blisko wielkiej kartki lub podobrazia i nie mam się gdzie cofnąć, żeby to zobaczyć...

In my prime...
Osoba o takich proporcjach musiałaby mierzyć co najmniej 2 m. 

Zawzięta przekupa, którą - mam nadzieję - nigdy nie byłam
Się namachałam tymi ołówkami! Czy to możliwe, że miałam kiedyś taką szczupłą twarz (i to po 40-tce)!!!
Format 100x70, ostatni autoportret, który zaczęłam malować bez okularów. Z powodów finansowo-mieszkaniowych spędził wiele lat w magazynie na tym etapie... Twarz jest zniekształcona nie dla podobieństwa do portretów Modiglianiego, tylko z powodu za małego dystansu
Wyciągnęłam go dobrze po pięćdziesiątce i skończyłam. Nieźle się nagimnastykowałam, żeby pracując w okularach namalować oczy bez nich. Twarz znowu jest zniekształcona, ale inaczej. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby namalować to stylizowane listowie w tle...

Kiedy jeszcze mieszkałam w wynajętej kawalerce namalowałam  kilka dużych płócien do celów czysto dekoracyjnych:
Most Warszawski na wielkim płótnie 100x150 mimo swoich ewidentnych słabości wprowadza do wnętrza arkadyjski spokój (może to kwestia kolorystki?)
Browar Piastowski malowany z okna
Niebieska martwa natura (obecnie przemalowana)

"Neonowa" martwa natura, którą właśnie zamierzam przemalować
Wspominałam o cyklu "zwierzęcym" który mi chodził po głowie. Zaczęłam go realizować farbami olejnymi z różnym skutkiem. Największą słabością jest konieczność malowania ze zdjęć. Też podobrazia są na ogól dziadowskie i to wpływa na nasycenie barw
Kaczki dziwaczki
Chodzi lisek koło drogi
Wiewiórka wygraża na mi łapką i macha ogonem
Te ostatnie trzy prace ładnie się ze sobą komponują i być może coś jeszcze do nich dorobię...

P.S.
Z braku płócien (cena!!!) przemalowuje stare obrazy. Efekty są czasem interesujące:

Obraz w obrazie, przemalowana niebieska martwa natura

czwartek, 26 września 2024

"Sztuki plastyczne w architekturze"

Tak oficjalnie nazywało sie studium podyplomowe na wrocłwskiej ASP organizowane - o ile dobrze pamiętam - przez wydział architekury wnętrz, a może wzornictwa przemysłowego (albo jednego i drugiego). Kiedy usłyszałam o jego otwarciu pierwsza poleciam się zapisać - na indeksie mam numer1! To bylo jak odpowiedź opaczności na moje - wypowiedziane i niewypowiedziane - modlitwy.  Dwuletnie, weekendowe, a więc łatwo dające sie pogodzić z moją ówczesną pracą w szkole...

Było nas ok 12 osób: 7 absolwentów architektury, dwie panie uczące plastycznego bez formalnego wykształcenia w tym kierunku, jedna dziewczyna po iberystyce, polsko-niemiecki biznesmen i ja. Całe towarzystwo w wieku miedzy 25 a ok. 40 lat. 

Teoretycznie studium powstało głównie z myślą o absolwentach architektury, ale z różnych wypowiedzi można było odnieść wrażenie, że chodzi o sprzedanie snobistycznym jeleniom namiastki przynależnośći do "środowiska artystycznego". Wielokrotnie słyszeliśmy o tzw "piątym wydziale" czyli kawiarni, gdzie ma się rzekomo odbywać zasadnicza część edukacji artystycznej... 

Słuchałam tego zniesmaczona i zażenowana. Miałam w rodzinie dwoje profesjonalnych artystów i nie byli to ludzie kojarzący sie z siedzeniem godzinami po kawiarniach, a raczej z wielką wewnętrzną dyscypliną, organizacją, pracowitością i porannym wstawaniem. Do uprawiania malarstwa bowiem niezbędne jest światło dzienne i ten jeden prosty fakt wyklucza nocny tryb życia... Jakiś specjalny image też nie jest prawdziwemu artyście do niczego potrzebny, natomiast niezbędny jest tym, którzy za artystów chcą uchodzić bez żadnego obiektywnego uzasadnienia swoich pretensji...

Nie byłam odosobniona w tym odczuciu, gdyż wielu z nas chcialo sie jak najwięcej nauczyć i jak najwięcej skorzystać z możliwości, jakie daje uczelnia artystyczna tzn głównie dostepność pracowni i modela, a takze - oczywiście - profesjonalnej korekty. Tutaj szczęście nam dopisało, bo w osobie profesora Mickosia zyskaliśmy bardzo rzetelnego nauczyciela malarstwa i rysunku. Pierwszy raz w życiu mogłam studiować akty z natury! Zachowałam 23, z których kilka prezentuję:

Ten był pierwszy. Rysowany ołówkiem na kartonie formatu 100 x 70. Mam problem ze zmieszczeniem postaci w kadrze

Ten rysowany jest kredką (ołówek mnie męczy jako zbyt twardy) znowu na małym formacie (100 x70). Stopy się nie zmieściły, czasu (2 godziny) na porządne opracowanie ciała nie starczyło. W człowieku najbardziej interesuje mnie jego twarz i glowa!

Na takie figle zaczynam sobie pozwalać na drugim roku (lub semestrze). Kredka czarna i biała na ciemnym kartonie formatu 100 X 70. Profesor to toleruje, ale nie popiera, gdyż uważa za płytkie efekciarstwo. Raczej ma rację

W któryms momencie zaczynam sklejać dwa arkusze kartonu, jeśli nie ma w sprzedaży formatu 140 x 100, na jakim rysują studenci dzienni. Podczas 4-godzinnej sesji na ogół udaje mi się skończyć rysunek

Mam zakazane - a wkażdym razie miałam na początku - używanie węgla, ze wzgledu na efekt "watowatości", ale jednak czasem to robię. Karton formatu 140 x 100

Osobiście ustawiłam modelkę w kontraposcie, bo profesor - wyjątkowo - się spóźnił. Kredka, format 140 x100

Czyżby ołówek? Aż mi się wierzyc nie chce! Format jak wyżej

Tu  na pewno kredka na dużym formacie. Jedno z moich najlepszych studiów aktu

Węgiel jak nic! Format duży

Kredka na dużym formacie

A tu wegiel. Dobrze widać o co chodziło profesorowi z tą "watą". Węgiel się po prostu rozmazuje i nie widać, które plamy są zamierzone, a które nie. Mało precyzji, a jakiś efekt jest. Można przemknąć się nad kłopotliwymi szczegółami jak dłonie i stopy

Pierwsze studium aktu w kolorze - tempera na papierze 100 x70. "Proszę nie czarować, proszę to po prostu namalować" (chodziło o stosowanie laserunków, że nie należy)

Więc nie czaruję tylko maluję bardzo kryjąco, bez laserunków, temperą na papierze formatu 100 x70

Tu zrobiłam po swojemu: karton formatu 140 x 100 zagruntowałam i malowałam na nim farbami olejnymi. 4 godziny to o wiele za mało na takie studium, więc wyszedł szybki  barwny szkic, calkiem udany zresztą

Rysunek 3 pastelami na dużym formacie - bardzo malarski - nie znalazł zrozumienia u profesora

Znowu to efekciarstwo! Tym razem na dużym formacie

Zdecydowanie moje najlepsze studium aktu. Profesor doszukał się w opracowaniu rzeźby analogii do kreski Szukalskiego...

Kończę powyższe studium aktu jako jedna z ostatnich (jedyna w grupie pracuje na formacie 140 x 100). Przychodzi asystentka profesora i następna grupa. Stoją mi za plecami wpatrując sie w rysunek. "Pani się tu nauczyła tak dobrze rysować, czy umiała to pani wcześniej" - pytają. Uśmiecham się niezdecydowanie. "Wcześniej" - odpowiadają sobie sami - "nie dało by się tak od zera".

Ile sie nauczyłam możecie sami ocenić porównując pierwszy akt z najbardziej udanymi z poźniejszych. Faktem jest, że wnioslam swoje zdolności i 100% - owe zaangazowanie. Bez pracy nie byłoby tego efektu, ale bez wkladu wlasnego tym bardziej nie...  

Inna rzecz, że nikt z prowadzących nie spodziewa sie po nas żadnego talentu. Bylby sporym dysonansem poznawczym, bo przecież talenty to tylko na studiach dziennych, u dzieci znajomych członków komisji, którzy do platnego kursu przygotowawczego (lub płatnych lekcji u któregoś z profesorów) nic nigdy nie stworzyli, poza zdjęciem znalezionych nad morzem kamyków. Takich można "własciwie" uksztaltować i dać im dyplom  licencjonowanego artysty, który otworzy przed nimi drzwi galerii sztuki itp...

My mamy bulić kasę i cieszyć się, że dostąpiliśmy zaszczytu stąpania po szacownym gmachu ASP, a gdyby tego było mało, możemy posiedzieć na "piątym wydziale" i poudawać artystów...