Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2024

Kim jest Isbjorn?

Zanim przejdę do historii Isbjorna, chciałam zwrócić uwagę na to, jak wymyślają się historie. "Same zmyślają sie historię sam się rozgryza orzech" (w moim magicznym domu, oczywiście). Mam wrażenie, że ja raczej "odkrywałam" postacie mojego komiksu niż je wymyślałam... Oczywiście lektury i w mniejszym stopniu filmy. Cały ten materiał ulega przetworzeniu i przechodzi przez osobę autora i jego wiedzę o życiu. Oglądając tę historię obrazkową po latach jestem nieco zażenowana ilością wątków romansowych. Z tego też powodu bardzo wiele obrazków nie nadaje sie do pokazania. Tytułem wyjaśnienia: większość z nich rysowałam jako późna trzydziestka, a to dla kobiety okres szczególnej aktywności hormonów... Bardziej jednak martwi mnie słaby poziom niektórych obrazków i błędy w tekście, których nie da się poprawić...

Wracając do Isbjorna spotykamy go jako bardzo dobrze zapowiadajacego się młodego dowódcę w służbie Rajnalda, który ufa mu do tego stopnia, że powierza mu ochronę własnej córki, na cześć której dybie niejaki jarl Magnus

Ten impulsywny młodzieniec praktycznie stracił szansę na zdobycie Christiany, gdyż zaczął się do niej dobierać zanim oficjalnie poprosił o jej ręke, a kiedy wreszcie to zrobił okazało się, że o swoich planach nie poinformował ojca i w związku z tym Rajnald nie mógł potraktować jego propozycji poważnie. Nie daje jednak za wygraną i próbuje wszelkimi metodami się  skontaktować z dobrze strzeżoną dziewczyną...

Christiana sprawia sporo klopotów i często dąsa sie na swojego strażnika, ale kiedy ma opuścić miejsce odosobnienia uświadamia sobie, że będzie brakować jej jego dyskretnej obecności...
Isbjorn i Christiana ewidentnie mają się k'sobie, jednak ich pozycja społeczna jest nierówna. 

Isbjorn pojawił się na dworze Rajnalda jako mlody chłopak lat 16. Jak wielu mieszkańców Wyspy Lodów zaciagnął się na slużbę w wojsku. Jego motywacja była jednak szczególna. Poprzysiął zemstę i chciał ten ślub wypełnić.
Przed wyjazdem rozmawia z Fror, która uroczyście zobowiązuje go do tego, aby dowiedział sie prawdy zanim cokolwiek zrobi i daje mu pierścień, który ma go strzec przed złem i głupotą.

Kiedy Isbjorn został juz najbardziej zaufanym z dowódców Rajnalda ten rozpoznał charakterystyczny pieścień na jego palcu...
W tym momencie Isbjorn zrozumiał tajemnice swego pochodzenia i ostatecznie zrezygnował z rojeń o zemście na Rajnaldzie. Pojawił się inny problem - kwestia pokrewienstwa z Christianą. 

Isbjorn postanawia udać sie na Wyspę Lodów, aby dowiedzieć się czegoś pewnego. Ma oczywiście swoje podejrzenia, ale chce by ktoś je potwierdził
Kiedy ma już pewność, że Christiana nie jest jego przyrodnią siostrą zamierza poprosić o jej rękę
Rajnald przychylnie odnosi sie do jego propozycji, ale oczekuje, że młody dowódca wykaże się w wojnie ze zdrajcą Haraldem i wzmocni swoja pozycję i stan posiadania...
Christiana jest niepocieszona, że znowu muszą sie rozstać
Tymczasem zdrajca Harald zastawia na Isbjorna pułapkę w postaci swej pieknej żony, Sunnivy...
Poniewaz Isbjorn nie daje się zaprosić na noc do zamku, ona sama przychodzi do jego namiotu
Isbjorn nie traci głowy i unieszkodliwia niedoszłą morderczynię, po czym oddaje ją pod straż młodemu Ulfowi. Harald ginie, Sunniva zostaje wdowa i zakładniczką, a Isbjorn może wreszcie poślubić Christianę
Nie jest to jednak idealny happy end, bo Sunniwa zostawiona pod opieką Isbjorna nie koniecznie cieszy się szczęściem młodych malżonków. Oni zaś postanawiają osiedlić sie na Wyspie Lodów i Isbjorn ma nieprzyjemny obowiązek powiadomienia o tym Rajnalda. Zamierza wyruszyc o świcie i wrócić wieczorem. Swoją młodą żonę zostawia pod opieka Ulfa, najbardziej zaufanego ze swoich ludzi.
Ten jednak pod wpływem Sunniwy traci glowę i zaniedbuje swoje obowiązki, co ułatwia Magnusowi, który wcale nie zrezygnował ze zdobycia Christiany, wdarcie sie do zamku i uprowadzenie jej siłą. W ostatnim momencie Ulf dogania Magnusa i odbija Christianę
Ona sama wolałaby, aby Isbjorn sie nie dowiedział o tym, ale Ulf musi zdać sprawę z całego zajścia.
Niestety oznacza to dla niego poważne kłopoty. Za uwiedzenie Sunniwy, ktora jest oficjalnie pod opieka Rajnalda, Ulf musi być przykładnie pociągnięty do odpowiedzialności, aby jej krewni nie mieli pretekstu do buntu...

Isbjorn także nie jest całkiem odporny na wdzieki Sunniwy, toteż z ulgą przyjmuję decyzję wysłania jej na dwór Rajnalda i wydania za mąż za Gunnara Lisa, co zaproponował jej stryj...
Christiana tymczasem zapada na dziwna chorobę... 

Wtedy ni to na jawie, ni to we śnie pojawia się Fror i uświadamia Isbjorna, że Christiana jest w ciąży i 
- jak wszystkie kobiety z jej rodu - bardzo źle ją znosi...
Niestety Isbjorn  usilnie proszony przez Ulfa będzie musial sie spotkać z Sunniwą i nie starczy mu siły aby się jej oprzeć
Ich rozmowa kończy sie w łóżku, co gorsza Gunnar Lis ich nakrywa i rezygnuje z ręki Sunnivy, więc propozycja Ulfa nieoczekiwanie jest wzięta pod uwagę... Sunniva go zwodzi, gdyż tak naprawdę zależy jej tylko na Isbjornie. Tym czasem Christiana coś przeczuwa i cierpi...
Po długich negocjacjach zainteresowane strony godzą sie na propozycje Ulfa. Sunniva nie wie co robić i wzywa Isbjorna na spotkanie
Ten radzi jej propozycję przyjąc i to jest koniec ich relacji.

Isbjorn i Christiana przenoszą sie na Wyspę Lodów, tam rodzą sie im kolejne dzieci. Dorasta nowe pokolenie i Isbjorn znowu staje sie obiektem uczuć. Tym razem zakochuje się w nim mlodziutka Ori, córka Grimoalda. Odtrącona, pragnie zostać kapłanką świętego ognia. Fror się nie zgadza i prosi Isbjorna o wzięcie jej pod opiekę dopóki nie zgłosi sie po nią ojciec.


To jest kolejna próba dla Isbjorna i Christiany.


Tym razem jednak Christiana ma okazję się odegrać na mężu, bo nieoczekiwanie w ich domu pojawia się  Jarl Magnus zaproszony przez ich syna, Rajnalda, któremu pomógł na morzu...
Młody brat Magnusa, Kaare, zainteresował się Ori i wszystko wydaje się być na dobrej drodze, a jednak Isbjorn ma złe przeczucie...
Christiana umawia się z Magnusem, a on sie nie pojawia. Na szczęście znajduje ją Isbjorn, bo przy takim mrozie ta przygoda mogłaby sie źle skończyć...
Na drugi dzień Magnus chce się z nią widzieć (przekonany, ze to ona zapomniała o umówionej schadzce), a ona stanowczo odmawia. Ten, niezrażony, przesyła list przez Ori. Christiana nakazuje dziewczynie oddać go nadawcy

Ori natyka się na Isbjorna, który przechwytuje list
Przy tej okazji na chwilę sie zapominają...

Tymczasem Magnus wyjeżdża i żegna się Christianą, kolejny raz proponując, że zabierze ją ze sobą. Christiana odmawia.

Grimoald w końcu przyjeżdża po swoją buntowniczą córkę, a Christiana uświadamia sobie, że to on jest jej biologicznym ojcem (a Ori siostrą przyrodnią)

Ori żegna się z Isbjornem, który tak bardzo sie pilnuje, że nawet na nią nie patrzy.

Małżonkowie odbywają szczerą rozmowę, co pozwala mieć nadzieję na poprawę atmosfery, zwłaszcza, że mimo upadków Isbjorna nigdy nie przestali sie kochać.

P.S.

Moje czytelniczki i recenzentki w jednym nie mogły mi wybaczyć skoków na bok Isbjorna. Ja też byłam nimi zdziwiona, bo facet zapowiadał się na kogoś wolnego od tego rodzaju  przywar, zwlaszcza, że poślubił kobietę, która kochał. Niestety kiedy zobaczyłam jak on i Sunniva na siebie patrzą wiedziałam, ze TO niechybnie się stanie...





sobota, 8 maja 2021

O serialach kostiumowych i kobietach w literaturze.

Tak się ostatnio złożyło, że obejrzałam 3 pod rząd seriale kostiumowe: Flambards zrealizowany przez Yorkshire TV z 1979 i dwa PRL-owskie: Rodzinę Połanieckich i Lalkę. Wszystkie scenariusze pisane są na podstawie powieści, w przypadku polskich z epoki, o której opowiadają. Nie wiem jak rzecz ma się z angielskim Flambards, a chwilowo nie chce mi się sprawdzać. Faktem jest, że nazwisko autorki widziałam po raz pierwszy w życiu i nie zapamiętałam. 

W literaturze angielskiej pełno jest piszących kobiet - wybitnych i całkiem przeciętnych, a każda z nich ma do opowiedzenia interesującą historię pisaną ze specyficznego punktu widzenia. Jeżeli weźmiemy postacie sztandarowe jak Jane Austen czy siostry Bronte, to rzuca się w oczy, że stosunkowo niska pozycja społeczna i towarzyska - niezamężnej ubogiej krewnej lub guwernantki - predestynuje je do roli obserwatora i kronikarza ignorowanego przez obiekty swojego zainteresowania. Jeśli dodać do tego głębszą znajomość ludzkiej natury właściwą kobietom, intuicję i inteligencję, (w przypadku Jane Austen też dowcip i pewną dozę złośliwości) to efekt musi być interesujący i satysfakcjonujący dla czytelnika. Można obśmiać miałkość intryg ich utworów, ale portrety postaci, mechanizmy rządzące zachowaniem indywiduów i grup są oddane znakomicie. Oczywistą rzeczą są żywe i przekonywujące postacie kobiece, przedstawione w całym swoim bogactwie.

Jeżeli porównamy je z heroinami powieści pisanych przez mężczyzn, to widać wyraźną przepaść. Nie utkwiła mi w pamięci ani jedna bohaterka Dickensa, z Thackeraya jedynie Becky Sharp z Targowiska Próżności i to zapewne z racji wyroku potępienia wydanego na nią przez autora. W Kobiecie w bieli Wilkie Collinsa, główna bohaterka poza słabością i urodą nie ma żadnych właściwości, zdecydowanie ciekawszą postacią jest jej nieładna, ale inteligentna, odważna i energiczna kuzynka. W Ivanhoe Waltera Scotta wybranka tytułowego bohatera, lady Rowena, praktycznie nie istnieje, o wiele bardziej żywa jest żydówka Rebeka, której miłość z wiadomych względów sir Wifrid musi odrzucić. A u Tolkiena, poza wzgardzoną przez Aragorna Eowyn z Władcy Pierścieni postaci kobiecych praktycznie nie ma. 

Podobne zjawisko zachodzi w literaturze polskiej. Z kobiet Sienkiewicza można zapamiętać najwyżej Baśkę, no ewentualnie Oleńkę z racji wysokich wymagań moralnych jakie postawiła swemu narwanemu narzeczonemu (co mu zresztą wyszło na dobre). Helenę pamiętamy z powodu firanek rzęs i omdleń na podobieństwo podciętego kwiatu. Krzysia miała wąsik, Anusia kręciła fartuszkiem, czym pogrążała kolejnych kawalerów, a przez ciało Ligii przeświecało słońce, gdy Winicjusz zobaczył ją po raz pierwszy.

Zosię z Pana Tadeusza pamiętamy jedynie z powodu sukienki gotowej do założenia, w której zakochał się tytułowy bohater, zanim zobaczył właścicielkę.( Podobno nieszczęśliwa miłość Mickiewicza do Maryli Wereszczakówny miała podobny początek) Telimena, znacznie bardziej wyrazista, jest przez autora dość bezlitośnie obśmiana.

Wniosek z tego prosty - kobieta jako człowiek mężczyzn nie interesuje. W roli amantki ma się sprowadzać jedynie do urody i młodości. Nieco większym bogactwem mogą być obdarzone postacie kobiece, które bohater literacki odrzuca, lub które autor zamierza obśmiać, względnie potępić.

Ta poważna słabość powieści pisanych przez mężczyzn jest jeszcze wyraźniej widoczna w ich ekranizacjach. Rodzina Połanieckich jest tego dowodem. Dialogi bohaterów często kręcą się wokół konkretnych pań lub kobiet w ogóle (jak bardzo są niezrozumiałe), jednak żadna z licznych bohaterek nie zapada widzowi w pamięć. A już szczytem wszystkiego jest romans głównego bohatera z żoną przyjaciela, która wypowiada przez cały serial jedno zdanie. Kiedy dziobaty Stach Połaniecki oświadcza "ja panią kocham" widz spada z krzesła z zaskoczenia. Bardzo dziwna jest miłość małej dziewczynki. Lidki, do głównego bohatera i przyjaźń łącząca go z jej matką, młodą wdową - uosobieniem anielskości. Bardzo to męczące przedstawienie. Widzimy aktorki obnoszące swoje starannie uszyte kostiumy i słyszymy sądy o nich wypowiadane przez aktorów starających się, żeby brzmiało to naturalnie. To się, niestety, na ogół nie udaje. Nawet dobrzy aktorzy jak Pawlik nie są w stanie zagrać przekonywująco swojej roli, tak papierowi i udziwnieni są bohaterowie.

Lalka jest o niebo lepszą powieścią i serialem, Pawlik jako subiekt Rzecki to mistrzostwo świata, a i Kamas jako Wokulski jest niezły. Nawet Braunek w roli Izabeli mi nie przeszkadza, no może z wyjątkiem ilości tuszu zlepiającego się w grudki na jej rzęsach. Ładnej Marcie Lipińskiej - nie wiadomo dlaczego - przyklejono sztuczne rzęsy drapiące przeciwległą ścianę, a nieładnej Barbarze Wrzesińskiej prawdopodobnie po to, żeby przekonać nas do jej "atrakcyjności". 

Postacie są na ogół żywe, dialogi naturalnie, tempo akcji dobre. Mnóstwo świetnych aktorów i zapadających w pamięć kreacji. Jednak wspomniana słabość - tzn. brak pogłębienia postaci kobiecych pozostaje. Tytułowa lalka jest przez bohatera ostatecznie odrzucona, czytelnik i widz ma mu w tym towarzyszyć. Jak mogła zlekceważyć TAKĄ miłość TAKIEGO człowieka. Tym czasem ten człowiek zlekceważył uczucia wszystkich kobiet na swej drodze, Izabeli Łęckiej pragnie jedynie jako symbolu statusu. Zakochał się w jej urodzie i pozycji społecznej, nigdy jej nie znał i nie był  ciekawy jakim jest człowiekiem. Wzdychał do własnej fantazji na jej temat. (Izabela książkowa nie jest tak odpychająca jak filmowa)

Tymczasem kochała się w nim (dla niego samego) niewinna dziewczyna, Kasia, córka pierwszego pracodawcy - nawet jej nie zauważył. Majętna wdowa, dużo starsza, wzięła go za męża - nie kochał jej ale się zgodził z przyczyn merkantylnych. Piękna pani Stawska, odpowiednia pod każdym względem, jest w nim zakochana i... nic. Podobnie Kazia Wąsowska, którą sam zaliczył do istot swojego gatunku i odbył kilka interesujących rozmów.

Wokulski mnie irytuje, nie mniej niż Izabela. Jest jasne, że z jego miłością coś jest nie tak. Wygląda jakby w wieku lat czterdziestu paru był na etapie rozwoju uczuciowego nastolatka. Fakt, że jego "ukochana" pozycją społeczną tak bardzo nad nim góruje, wskazuje raczej na to, że to owa pozycja jest obiektem jego prawdziwego pożądania... Kiedy utyskuje nad płytkością panien na wydaniu i ich manipulacyjnymi sztuczkami, Kazia Wąsowska przypomina mu jak mężczyźni postrzegają naiwne, prostoduszne dziewczęta, nie wprawione w sztuce kokieterii i że to oni sami produkują owe Izabele, których zdobywaniem mogą sobie urozmaicać czas wolny...

Stach Połaniecki natomiast opisując swój ideał żony stwierdza, że musiałaby być "ogromnie dobra i strasznie kochana". Dokładnie taka mu się trafia, a uczucie do niej znacząco się zmniejsza na skutek znudzenia jeszcze przed ślubem. Nic zatem dziwnego, że zdradza ją ochoczo, kiedy nieco straciła na urodzie w pierwszej ciąży...

Wszystko to przygnębiłoby mnie, gdybym była młodą osobą marzącą o "prawdziwej miłości" i opartym na niej małżeństwie "bratnich dusz". To bardzo przyjemna fantazja, ale z życiem nie ma związku. Na szczęście od dawna ten temat mnie nie dotyczy. Patrząc z perspektywy czasu na swoje młodzieńcze oczekiwania względem życia widzę jasno, że nie mogły być spełnione... Miłość, o jakiej marzyłam po prostu nie istnieje.







wtorek, 16 marca 2021

Bóg jest inny!

Jadę sobie wczoraj prawie pustym autobusem na grób mojej matki. Niedawno minęła kolejna rocznica jej śmierci . Podróż dość długa, więc tak siedząc i gapiąc się przez okno na dość przygnębiające okolice obsuwam się w czarne myśli. W pewnym momencie jednak przychodzi refleksja, że to co uważam, za skrajnie przygnębiające jest w istocie dowodem na istnienie i autonomię Boga oraz jego ostateczną kontrolę nad światem. 

Oto jakieś katolickie młode małżeństwo chce mieć dzieci.  Mają dom, nieźle zarabiają, są świetnymi, pełnymi miłości ludźmi - sytuacja z punktu widzenia "dobrostanu" potencjalnego potomka idealna. Jednak ich wieloletnie starania nie przynoszą skutku. Dlaczego?!! - pytają w swoich serduszkach. Dlaczego?!!! - krzyczą bezgłośnie podczas każdej modlitwy w domu i każdej mszy w kościele. A upragnione przez nich dziecko rodzi się tymczasem jakiejś uzależnionej od narkotyków, pozbawionej środków do życia małej kurewce, poczęte nie wiadomo z kim, w stanie całkowitego zaćpania...

Ukochana żona, matka pięciorga dzieci umiera na raka zostawiając zdruzgotanego małżonka z gromadką dziateczek w wieku od 1 do 9 lat. Dlaczego mi to robisz?!! - woła nieszczęsny człowiek do Boga. "Jak sobie poradzą?" - dręczy się nieszczęsna kobieta aż do godziny śmierci. Tymczasem jakiś kompletny przegrany, bez rodziny, domu, pracy i środków do życia, odrzucony przez wszystkich po kolei, bez żadnych szans i perspektyw na przyszłość żyje i ma się dobrze (zważywszy okoliczności), bo nie człowiek decyduje kto ma żyć tylko Bóg. 

To on decyduje kto ma się urodzić i kto ma umrzeć. Jego decyzje w żaden sposób nie pokrywają z ludzką logiką czy oczekiwaniami. Ludzka miłość, ani nawet obiektywna potrzeba nie jest w stanie przedłużyć czyjego "cennego" istnienia, ale też nienawiść i odrzucenie przez ludzi nie ma żadnego wpływu na podtrzymywanie "bezwartościowego" życia kogoś innego. Bóg jest inny. Myśli jego nie są naszymi myślami i drogi jego nie są naszymi drogami... NA SZCZĘŚCIE, bo to oznacza, że nie mogliśmy go wymyślić, żeby się poczuć lepiej lub bezpieczniej. 


sobota, 13 marca 2021

O miłości (nie)rozlewającej się coraz szerzej

Znowu posłużę się cytatem ze znanego wrocławskiego kaznodziei  o. Pawła: "po co daleko szukać weźmy na przykład mnie". Otóż w dzieciństwie zainfekowana byłam przez mamę lękiem przed psami. Kiedy miałam okazję poznać bliżej te zwierzątka za sprawą przedstawicielki gatunku mieszkającej z nami przez 10 lat, nie tylko znikł lęk, ale i chęć posiadania. Lubię psy w ogóle (i inne zwierzęta też), ale nie mam potrzeby mieć żadnego na własność.

Ten wysoce nieodpowiedni przykład miał zilustrować rozlewanie się, czy też dojrzewanie do miłości - od zaborczego uczucia do konkretnej osoby: kobiety, mężczyzny, dziecka, która stopniowo wzrastając obejmuje bezinteresowną  życzliwością coraz szerszy krąg ludzi. Doświadczenie miłości do kobiety powinno teoretycznie pomóc docenić "najdzikszemu" nawet mężczyźnie kobiety w ogóle i nauczyć go porozumiewać się z nimi. Związek z mężczyzną powinien pomóc kobiecie przezwyciężyć lęk i pomóc zrozumieć jak funkcjonuje płeć przeciwna, a doświadczenie macierzyństwa/ojcostwa powinno przynajmniej część czułości żywionej do własnego potomstwa przenieść na inne dzieci, zwłaszcza te najbardziej potrzebujące. Czy tak rzeczywiście się dzieje?  Nie wiem. Niech każdy sobie odpowie w swoim serduszku.

Taka refleksja ogarnęła mnie podczas oglądania ekranizacji Wichrowych Wzgórz z 2009 r., a następnie porównywania jej ze starą tzn. z 1978, pokazywaną w telewizji za PRLu.  Dzieło Emily Bronte było jedną z ulubionych lektur mojej młodości. Zapewne zapoznanie się z biografią autorki, nieco zmieniło mój stosunek do opisywanych postaci i zdarzeń. Mimo większego dystansu jednak zawsze pozostawałam pod wrażeniem dziwnej miłości Heatcliffa do Cathy. Tym razem jednak oglądaniu całkiem niezłej adaptacji towarzyszyła irytacja i chęć nakopania wszystkim romantycznym kochankom w zad.

Po raz pierwszy zobaczyłam wyraźnie, że jedyną dorosłą osobą,  jedynym człowiekiem w pełnym sensie tego słowa jest Nelly (Ellen Dean), służąca najpierw w domu Earnshawów, a potem Lintonów. Myślę, jest ona nie tylko narratorką, lecz także alter ego autorki. W  tej konkretnej adaptacji wybrano do roli aktorkę, która w moim odczuciu przewyższała naturalną urodą wszystkie romantyczne heroiny miotające się po ekranie (o godności, dojrzałości i szlachetności nie wspominając). 

Przedwcześnie dojrzała Emily Bronte najwyraźniej widziała  w miłości romantycznej rodzaj obsesji, a nawet opętania, które raczej potęguje niedojrzałość i egoizm, niż od niego uwalnia. Na podstawie własnych obserwacji muszę się z takim poglądem zgodzić...

To stwierdzenie prowadzi nas nieuchronnie do rozważań czy osoby samotne mają lepszą czy gorszą szansę na ludzką dojrzałość, lub jak to ujmuję język kościelny "wzrastanie w miłości", niż te żyjące w  rodzinach i związkach nieformalnych. Innymi słowy: czy celibat ma sens czy nie? Moim zdaniem ma. Powiem więcej: samotność nie wybrana, tylko zadana, może mieć jeszcze większy. 



niedziela, 1 kwietnia 2018

O tym, co nazywamy miłością

Strasznie nie lubię nadużywania słowa miłość i miłosierdzie. Na sam dźwięk włącza mi się w mózgu czerwona lampka z napisem "uwaga, próba manipulacji". Dokładnie ten sam sygnał ostrzegawczy wyzwala we mnie słowo egoizm.  Dwa końce tego samego kija, albo raczej kij i marchewka do warunkowania naiwnych jeleni.

Miłość jest właściwością Boga, stwarza wszechświat z niczego, podtrzymuje nasze istnienie - to niepodważalne. Wciela się w człowieka, aby go odkupić, cierpi, umiera i zmartwychwstaje - to tajemnicze i niepojęte (dla mnie, w każdym razie).

"Jak śmierć potężna jest miłość" - ten piękny i inspirujący cytat z Pieśni nad pieśniami czytany na  ślubach brzmi zupełnie niewspółmiernie, coś jakby ktoś nazwał swoją poranną kawę eliksirem życia.  Przyznam, że nigdy nie widziałam młodożeńców, do opisu relacji których można użyć tak górnolotnych słów. Małżeństwo to raczej coś jak wspólny biznes, trzeba rozsądnie wybrać partnera ufać mu choćby w stopniu podstawowym i zgadzać się co do kierunku rozwoju przedsięwzięcia. Ze względu na jego specyfikę (współżycie seksualne) należy wziąć pod uwagę także atrakcyjność fizyczną ewentualnego współmałżonka.

Między 19-tym a 25-rokiem życia znałam co najmniej 2 mężczyzn jakoś mną zainteresowanych. O jednym z nich wspólni znajomi twierdzili, że jest we mnie zakochany. Jeśli to prawda, to nie była to ewidentnie "miłość potężna jak śmierć", gdyż rzeczony młodzieniec nie zdobył się nawet na wyartykułowanie swojej propozycji małżeńskiej inaczej niż  w formie żartu, z którego łatwo się wycofać. Ryzyko jasnego zadeklarowania się wyraźnie go przerosło, albo po prostu uznał, że gra nie warta świeczki. Drugi natomiast wybrał z dostępnych opcji tę, która dysponowała zasobami umożliwiającymi mu szybki awans społeczny. Obaj po prostu kalkulowali zyski i straty, a ja nigdy nie byłam "napalona na chłopa" i małżeństwo. Tęskniłam za miłością nie wiedząc co to jest.

Później co najmniej dwóch rozwodników sondowało mnie na okoliczność jakiejś "relacji" Moja powściągliwa reakcja ich zniechęciła. Nigdy nie byłam zainteresowana funkcją zapchajdziury w czyimś życiu intymnym. Tęskniłam za miłością...

Inna kobieta, zainteresowana "urządzeniem się", mogłaby coś ugrać w takich okolicznościach. "Wejść w relację", doprowadzić do małżeństwa, urodzić dzieci, a nawet wytworzyć silną więź emocjonalną z którymś z tych mężczyzn. Nazwałaby to słowem miłość z braku lepszego, a papież Franciszek i biskupi niemieccy uznaliby, że komunia należy się jej jak psu zupa.

Przyznam, że nie ogarniam. Tych propozycji nawet nie można było uznać za pokusę ze względu na ich zerową atrakcyjność. Odrzucenie (czy też nie dość entuzjastyczne wyjście naprzeciw) nie wymagało żadnego wysiłku z mojej strony . To raczej brnięcie w tego rodzaju związek byłoby czynem heroicznym i może to właśnie Kościół pragnie nagradzać? Desperacką próbę urządzenia się w życiu z cudzym mężem, wbrew rozsądkowi, szacunkowi dla siebie i przekonaniom?

Fakt, jestem specyficzną jednostką "bardziej wrażliwą, gorzej przystosowaną". Nigdy nie ćwiczyłam się w kokieterii uznając ją górnolotnie za rodzaj manipulacji (którą z zasady się brzydzę). Nie dysponuję zasobami umożliwiającymi awans społeczny potencjalnemu partnerowi, o pozycji w stadzie nie wspominając, więc moje doświadczenie jest pozbawione waloru uniwersalności.

Patrzę z ciekawością na znajome i nieznajome pary. Widzę heroiczny wysiłek ze strony kobiet -szpilki, "sexy" przykuse kreacje, farbowane, nastroszone włosięta, ciężkie tapety - sztywność mężczyzn usiłujących imponować towarzyszkom swymi żałosnymi przewagami, silących się na dowcip (którego Bozia ewidentnie poskąpiła), niezręczność obojga, zero przyjemności czy radości. Czuję wielką ulgę, że mnie to już nie dotyczy.

Heroizm tych młodych ludzi można podziwiać, jeśli służy założeniu rodziny i zachowaniu gatunku. W przypadku rozwodników rzecz nie jest oczywista. Ani jedni ani drudzy nie są powodowani miłością, tylko chęcią urządzenia się w życiu. Chęć całkowicie zrozumiała, ale naginanie dla niej nauki Kościoła niezmiennej w kwestii małżeństwa od 2 tys. lat jest pomysłem bardzo ryzykownym.

Rozumiem, że pomysłodawcy nie wierzą w realność grzechu ani potępienia, ani w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, ale ich praca polega na przechowaniu depozytu wiary i przekazaniu ich przyszłym pokoleniom.





niedziela, 11 stycznia 2015

O miłości i instynkcie stadnym

Miłość w swoim zamyśle szczerze mnie zachwyca. Wśród populacji ludzkiej istnieją osoby płci przeciwnej kompatybilne ze sobą. Ich związek gwarantuje optymalne potomstwo. Natura wyposażyła je w system sygnałów wzrokowych, słuchowych, węchowych i każdych innych, aby mogli się rozpoznać. Można widzieć w tym coś w rodzaju powołania, jeśli do kogoś takie pojęcie przemawia, projekt Boga, aby ci właśnie się spotkali. "Stworzeni dla siebie" jest wprawdzie lekko irytującą i nadużywaną frazą, ale nieźle oddaje istotę rzeczy.



Zakochanie, a później dojrzała miłość ułatwia im podjęcie trudu wychowania potomstwa itp. Mistycy widzą w takiej miłości obraz Boga i zapewne mają rację.

Nie jest dla mnie jasne czy istnieje dla każdego człowieka taka kompatybilna osoba płci przeciwnej, To było trudne do wykonania w populacji, gdzie nie zabija się dziewczynek, ponieważ jest ich zwykle więcej niż chłopców. A może istnieje ileś możliwych względnie dobrych zestawień dla każdej osoby i nawet owdowiali małżonkowie za kolejnym razem mogą spotkać tzw. szczęście w miłości. Czy istnieje zestaw genów bardziej uniwersalny, który ma duże możliwości łączenia się wieloma innymi, (coś jak typowy numer buta, albo ubrania) i mniej typowy, kompatybilny z niewielką ilością specyficznych  zestawów?



A może cały ten biologiczny aspekt miłości jest nieistotny i miłość jest darem Boga danym niezależnie od naszej genetycznej kompatybilności lub jej braku? Może ważniejszy jest aspekt psychiczny - kompatybilne traumy i kompleksy?
Zarówno w ujęciu "biologicznym" jak i "psychologicznym" miłość powinna zawsze być wzajemna, a nie jest!

Nie wiem czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania, ja na pewno nie.



Wiem natomiast na pewno, że idea miłości, tęsknota za miłością jest niezwykle płodna w literaturze i sztuce i te literackie przykłady pozwalają nam często zrozumieć czego naprawdę szukamy pod postacią miłości.
Oczywistym jest, że tęsknota za miłością jest w istocie tęsknotą za Bogiem - tak bywała interpretowana poezja trubadurów. Myślę, ze rzecz jest dość oczywista i przynosi nam zaszczyt.
Mniej zaszczytna, choć zrozumiała, jest natomiast tęsknota za wysokim statusem społecznym w przebraniu miłości.
Kopciuszek chce pójść na bal i zobaczyć księcia, a nie  na zabawę ludową, żeby spotkać chłopca z sąsiedniej ulicy grzmoconego regularnie przez złego ojczyma. Waniusza Duraczok poślubia carównę czy wręcz córkę księżyca, która nawet nie jest w jego typie ( "w pasie cienka na trzy cale i rumieńców nie ma wcale") a nie jakąś pulchną i rumianą dziewoję z sąsiedniej wsi, najmłodszą z rodzeństwa jak on sam.
Oczywiste jest, że te bajkowe nierówne małżeństwa są po prostu wyrazem tęsknoty za lepszym życiem, zrozumiałej u osób traktowanych przez otoczenie jako gorsze, upokarzanych i wykorzystywanych.

Moi koledzy z podstawówki wszyscy kochali się w klasowej królewnie czy w statusie i zamożności jej rodziców, która zapewniała jej wysoką pozycje w klasie? Założę się o każde pieniądze, że ten drugi wariant.
Z punktu widzenia biologii nie jest możliwe, że wszyscy byli z nią kompatybilni genetycznie, albo że psychicznie do niej pasowali.
Był jednak jeden wyjątek, który przywrócił mi wiarę w człowieka. Oświadczył, że on kochał się w Kleosi - chyba najbardziej obśmianej osobie wszechczasów z powodu niebywałej pretensjonalności i nadopiekuńczej matki, non stop ciągającej się za nią po szkole. Mam jednak podejrzenie, że czynnikiem decydującym w tym przypadku było wspólne resortowe pochodzenie i wynikająca z tego pozycja i poziom życia.

Jak widać miłość wśród ludzi tknięta jest rozdwojeniem jaźni - biologia wskazuje na możliwość dobrania wielu udanych związków dla większości (jeśli nie całej) populacji, socjologia precyzuje jeden mroczny przedmiot pożądania dla  całego stada - samicę/ samca alfa.

Wyznam, że o ile nie mam żadnych problemów z zaakceptowaniem w pełni biologicznego wymiaru naszego człowieczeństwa, to uważam się, że aspekt stadny sytuuje nas po prostu wśród zwierząt i to niekoniecznie tych sympatycznych.

Przez całe lata nie rozumiałam sytuacji, w których stawiało mnie życie np. dlaczego ludzie, którym nic złego nie zrobiłam atakują mnie z niewytłumaczalną agresją albo dlaczego zainteresowanie mężczyzn może wyrażać się w tak niezrozumiałych lub wręcz paskudnych zachowaniach, że nie wspomnę o młodzieży w szkole. Od momentu kiedy uświadomiłam sobie, że dla większości ludzi (i dla wszystkich grup) jedyną istotną informacją o nas jest nasza pozycja w stadzie i  jesteśmy traktowani odpowiednio do niej, wszystko stało się dla mnie jasne.

Najsmutniejsze jest, że ten ponury stadny wymiar ma wpływ na nasze życie prywatne. Znam przynajmniej kilka przykładów, kiedy młody człowiek wyraźnie zainteresowany konkretną dziewczyną zaniedbywał ją uganiając się za niuniami, które wydały mu się bliżej pozycji alfa. Był później nadzwyczajnie zdziwiony, że kiedy jej się z zaskoczenia oświadczył uznała to za wygłup i nie chciała z nim rozmawiać. Swój taniec godowy odtańczył przecież przed kimś innym.