Słuchałam dzisiaj wykładów Anny Wasiukiewicz, psychologa i krytyka psychologii zarazem. Przypomniało mi to owe czasy, kiedy szukałam kogoś mądrego, kogoś, kto wie lepiej. Psychologia też była etapem mojej "podróży". Ile kretyńskich decyzji podjęłam pod wpływem bełkotu o samorealizacji, nieograniczonych możliwościach, pozytywnym myśleniu itp, to się w pale nie mieści. Dopiero teraz do mnie dociera jak rujnujący wpływ miała ta przygoda na moje życie.
Po pewnym czasie musiałam uznać jałowość tego przedsięwzięcia. zwróciłam się bardziej w stronę duchowości. W sposób nieunikniony musiałam zaliczyć modlitwy o uzdrowienie, o przecięcie niebożych więzi, a nawet spowiedź furtkową, tylko na uzdrowienie międzypokoleniowe nie udało mi się załapać, zanim zostało potępione. Według p. Wasiukiewicz to wszystko praktyki wywodzące się z bardzo nieraz szemranych terapii, które dostały się do Kościoła wraz z ruchem charyzmatycznym.
Z jednej strony odczułam ulgę (zawsze czułam, że to jednak coś dziwacznego) a z drugiej zadumałam się jak to łatwo można wdepnąć w g... nawet w Kościele i to pod wpływem spowiednika.
Anna Wasiukiewicz stawia tezę, że psychologia jest konkurencyjnym do Chrześcijaństwa systemem wierzeń, nie tylko niekompatybilnym, ale mającym wręcz za zadanie jego destrukcję. Przed soborem było to oczywiste - pisma Freuda były zakazane, a psychoanalizę traktowano jako grzech ciężki. Po soborze wszyscy dorośli wyszli (z Kościoła), a dzieci zostały same w domu i jak to głupie dzieci otworzyły drzwi obcym i wpuściły wrogów do środka. Najlepszym dowodem był eksperyment Karla Rogersa na zakonnicach. "Trening uwrażliwiający" zaplanowany na 2 lata musiał zostać przerwany, gdyż na skutek degrengolady moralnej sióstr zgromadzenie rozwiązano.
Pewien ksiądz z diecezji płockiej opuszczając kapłaństwo, opisał w obszernym liście do przełożonych powody swojej decyzji. W seminarium skierowano go na kurs 12 kroków jako współuzależnionego, gdyż miał ojca alkoholika (nie odczuwał jakichś szczególnych problemów z tego powodu). Potem nawiedzony opiekun roku skierował całą grupę kleryków na terapię ustawień rodzinnych Berta Hellingera, która miała na nich wpływ rujnujący. A przed święceniami (o ile dobrze pamiętam) wszyscy mieli obowiązek wziąć udział z rekolekcjach odnowy w Duchu Św. Po tych wszystkich figlach człowiek był załatwiony, zaczął nienawidzić ojca, nie mógł spać w nocy ze strachu, czuł ciągle jakąś obecność w pobliżu itp.
Przychodzi mi też do głowy przypadek o.Krzysztofowicza OP, który im bardziej był terapeutą, tym mniej chrześcijaninem, zakonnikiem i księdzem. Zakończył odejściem z wielkim przytupem, zamieszczając w internecie swoją wersje przypowieści o synu marnotrawnym, w której tytułowy bohater w obcej krainie, gdzie wchrzania strąki dla świń, poślubia córkę gospodarza, dorabia się majątku i do ojca już nie wraca. Dodatkową atrakcją tej historii, jest mroczny wątek "przyjaźni" z Marcinem Plichtą, sławnym słupem afery Amber Gold.
Myślę, że upowszechnienie się psychologii i psychoterapii w dużej mierze przyczyniło się do kryzysu kapłaństwa. Wiara wielu kleryków i księży została podcięta - przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Zyskali nowego Boga - własne pragnienia, także natury erotycznej. Dowiedzieli się, że życie seksualne jest warunkiem osiągnięcia któregoś tam stopnia ludzkiej dojrzałości, a bez tego zatrzymają się w rozwoju, że tłumienie popędu jest złe i prowadzi do nerwicy i temu podobne "prawdy objawione", które uznali za ważniejsze niż Ewangelia. Skutki znamy (przynajmniej częściowo).
Przypomniałam sobie jak niejaki o. Pilśniak OP miał dla osób samotnych jedną radę - zaadoptujcie niepełnosprawne dzieci! Bezdzietnym małżeństwom nigdy takiego rozwiązania nie proponował - wiadomo, w pojedynkę łatwiej podjąć taki ciężar. Wygłaszał swą zbawczą radę z dużą surowością i pewną domieszką zniecierpliwienia, a spełniwszy duszpasterski obowiązek wracał do klasztoru, gdzie bracia - w formie żartu - pozorują ruchy kopulacyjne, proponują sobie zrobienie loda, zakładają profile na gejowskich portalach, urządzają libacje połączone z homoseksualnym seksem i praktykują temu podobne umartwienia, a wszystko to z miłości oczywiście. Taki obraz wyłania się się w każdym razie z relacji o. Wyszyńskiego OP. Jeśli w jakimś stopniu odpowiada rzeczywistości, to kontrast z drogą proponowaną wiernym świeckim jest zachwycający.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 października 2018
sobota, 5 maja 2018
O "nudzie" i niespelnionych marzeniach
Zostałam ostatnio posądzona o to, że nudzę się w życiu i dlatego przeszkadza mi wiertara po 22, majsterkowanie w nocy i rowery przypięte przy poręczy schodów. Nie zamierzam jednak pisać o produktach bezstresowego wychowania w funkcji sąsiadów. To temat na zupełnie inne piśmiennictwo jak zawiadomienia do administracji, na policję itp.
Skupię się na owej domniemanej nudzie. Otóż ludzie podobno dzielą się na dwie kategorie: tych którzy zawsze dostają wszystko zanim tego zapragną, i ich problemem jest nuda, oraz tych, którzy pomimo intensywnego pragnienia i równie intensywnych wysiłków, nie są w stanie osiągnąć tego, czego pragną i ich problemem jest frustracja. Wbrew temu, co zarzucił mi mój nie uznający żadnych reguł sąsiad należę z cała pewnością do tej drugiej grupy.
Naszła mnie dzisiaj nieoczekiwana refleksja, że ktoś kto dostał od życia wszystko co chciał ma szansę bardzo szybko uwolnić się od rzeczy tego świata, przekonawszy się na wczesnym etapie, że nie są tym o co NAPRAWDĘ chodzi. Człowiek, który nie dostał tego, o co mu chodziło nie ma takiej szansy. Oczywiście brak także kieruje ku życiu duchowemu, ale rozstanie z tym, czego nie mamy (a zawsze chcieliśmy) jest bez porównania trudniejsze.
Całe moje życie cierpiałam na brak własnego miejsca. Marzyłam o własnym pokoju, o własnym mieszkaniu, o własnej pracowni itp. Za młodu rozwiązywałam ten problem coś wynajmując, pokój, kawalerkę itp. Własny pokój pozyskałam dopiero w wieku lat 50 po śmierci mamy, kiedy to odziedziczyłam połowę 2-pokojowego mieszkania rodziców. Pamiętam swój smutek, że spełnienie mojego skromnego pragnienia musiało być okupione tak nieproporcjonalną stratą.
Dlaczego więc Pan Bóg nie spełnia naszych pragnień? Wszyscy zwrócilibyśmy się ku niemu we wczesnej młodości. Zostalibyśmy wędrownymi kaznodziejami lub mnichami (mniszkami), ludźmi pozbawionymi złudzeń co do wszelkich darów tego świata. Wiedzielibyśmy z osobistego doświadczenia, że nie dają szczęścia, którego od nich oczekujemy.
A jednak Pan Bóg dopuszcza, że zafiksowujemy się na czymś stosunkowo mało ważnym. Jesteśmy jak starsza pani, która w głębi duszy marzy o lalce, której nie dostała w dzieciństwie. A gdyby jej marzenie spełniło się w wieku lat 98, dopiero wtedy mogłaby się od niego uwolnić.
Skupię się na owej domniemanej nudzie. Otóż ludzie podobno dzielą się na dwie kategorie: tych którzy zawsze dostają wszystko zanim tego zapragną, i ich problemem jest nuda, oraz tych, którzy pomimo intensywnego pragnienia i równie intensywnych wysiłków, nie są w stanie osiągnąć tego, czego pragną i ich problemem jest frustracja. Wbrew temu, co zarzucił mi mój nie uznający żadnych reguł sąsiad należę z cała pewnością do tej drugiej grupy.
Naszła mnie dzisiaj nieoczekiwana refleksja, że ktoś kto dostał od życia wszystko co chciał ma szansę bardzo szybko uwolnić się od rzeczy tego świata, przekonawszy się na wczesnym etapie, że nie są tym o co NAPRAWDĘ chodzi. Człowiek, który nie dostał tego, o co mu chodziło nie ma takiej szansy. Oczywiście brak także kieruje ku życiu duchowemu, ale rozstanie z tym, czego nie mamy (a zawsze chcieliśmy) jest bez porównania trudniejsze.
Całe moje życie cierpiałam na brak własnego miejsca. Marzyłam o własnym pokoju, o własnym mieszkaniu, o własnej pracowni itp. Za młodu rozwiązywałam ten problem coś wynajmując, pokój, kawalerkę itp. Własny pokój pozyskałam dopiero w wieku lat 50 po śmierci mamy, kiedy to odziedziczyłam połowę 2-pokojowego mieszkania rodziców. Pamiętam swój smutek, że spełnienie mojego skromnego pragnienia musiało być okupione tak nieproporcjonalną stratą.
Dlaczego więc Pan Bóg nie spełnia naszych pragnień? Wszyscy zwrócilibyśmy się ku niemu we wczesnej młodości. Zostalibyśmy wędrownymi kaznodziejami lub mnichami (mniszkami), ludźmi pozbawionymi złudzeń co do wszelkich darów tego świata. Wiedzielibyśmy z osobistego doświadczenia, że nie dają szczęścia, którego od nich oczekujemy.
A jednak Pan Bóg dopuszcza, że zafiksowujemy się na czymś stosunkowo mało ważnym. Jesteśmy jak starsza pani, która w głębi duszy marzy o lalce, której nie dostała w dzieciństwie. A gdyby jej marzenie spełniło się w wieku lat 98, dopiero wtedy mogłaby się od niego uwolnić.
sobota, 14 kwietnia 2018
O nawróceniu
Kiedy mówi się "nawróć się" (po lubelsku: "naaaaawrć się!") do konia w stajni, zwierzak przestawia zad w stronę ściany boksu robiąc miejsce człowiekowi, który np chce go wyczyścić. Kiedy ten skończy szczotkowanie jednego boku, powtarza to samo polecenie i koń przechodzi na przeciwną stronę boksu. W tak dosadny sposób krótki "epizod jeździecki" w moim życiu pokazał mi czym powinno być nawrócenie - zmianą dotychczasowej postawy na wręcz przeciwną na skutek działania łaski.
Słyszałam (a może czytałam) wypowiedź księdza działającego w Odnowie, że ludzie hałaśliwi i ekstrawertyczni pod wpływem działania Ducha św. wyciszają się i kierują do wewnątrz, natomiast wycofani introwertycy zaczynają nagle publicznie głośno się modlić i wielbić Boga. To oczywiście tylko zewnętrzne oznaki nawrócenia, ale wskazujące na jakąś głęboką przemianę, która w zaszła "wbrew ich naturze".
Z drugiej strony jeżeli zgodna, empatyczna i współczująca niewiasta, wykorzystywana przez wszystkich i nie umiejąca zadbać o siebie, mimo lat praktyk religijnych utwierdza się w takiej postawie i w wierze znajduje dla niej uzasadnienie, to raczej należy wątpić w szczerość jej nawrócenia. Podobnie rzecz ma się ze skłonnym do dominacji egoistą czy przebiegłą manipulatorką. Jeśli w Kościele znajdują nowe zagłębie jeleni gotowych do użycia w służbie swojego ego, nowe obszary do dominacji i manipulacji - mówienie o nawróceniu jest po prostu kupą śmiechu.
Na mszy św. w dzień powszedni ta pierwsza kategoria wiernych - spolegliwe niewiasty - jest znacząco nadreprezentowana. To nie tylko ich wina, że słyszą to, co chcą usłyszeć tzn należy pozwalać się wykorzystywać, "oddawać się za darmo", "żyć dla innych", "nie szukać swego" (co za ulga, nie trzeba się zmieniać!) Często nauka głoszona od ołtarza taka właśnie jest, gdyż skierowana jest do zatwardziałych egoistów i hedonistów - całkowicie nieobecnych w kościele - lub po prostu powstała z myślą o mężczyznach, którzy ze swej natury są znacznie mniej empatyczni, współczujący i zgodni, a bardziej agresywni, nastawieni na rywalizację, konfrontację i osobisty sukces.
Słuchałam ostatnio wykładu prof. Jordana Petersona o różnicach między mężczyznami i kobietami w dziedzinie osobowości. Podejrzewam, że mówił rzeczy powszechnie wiadome, z którymi każdy student psychologii musi się zapoznać. Stwierdził powołując się na konkretne badania, że w okresie pokwitania kobietom wzrasta "trait neuroticism" i pozostaje wyższy niż u mężczyzn do końca życia. Są one nadreprezentowane wśród pacjentów z depresją i "anxiety" (stanami lękowymi?), mężczyźni natomiast częściej są alkoholikami, narkomanami i mają "learning disorders" o ile dobrze pamiętam.
Uzasadnił to faktem, że dla kobiet świat jest po prostu bardziej niebezpieczny, gdyż grozi im nie tylko "zwykła" agresja (jako, że są słabsze fizycznie) lecz także seksualna. Cena jaka płacą za seks jest przy tym nieporównywalnie wyższa niż w przypadku mężczyzn. Co więcej, system nerwowy kobiety jest zaprojektowany z myślą o macierzyństwie, a bardziej precyzyjnie o relacji z niemowlęciem. Aby dobrze wywiązać się z tego zadania musi być "agreeable" - co pozwala unikać konfliktów mogących narazić jej dziecko na niebezpieczeństwo - empatyczna i współczująca, żeby reagować na potrzeby noworodka, których on nie umie jasno wyartykułować, nieskończenie cierpliwa wobec tej całkowicie bezbronnej istotki i pozwalająca się jej wykorzystywać ignorując własne potrzeby (co najmniej do wieku 9 miesięcy niemowlę ma zawsze rację). Te wszystkie zachwycające cechy kobiety umożliwiające przetrwanie gatunku, znacząco utrudniają jej odniesienie sukcesu w biznesie czy każdej innej dziedzinie życia, gdzie konkuruje z mężczyznami.
To naturalne środowisko ludzi, dla których świat nie jest zagrożeniem tylko okazją do podboju i dominacji, "disagreeable, taugh-minded, blunt, competitive and agressive", przy czym jest to "predatory agression" (a nie "defensive agresion"podyktowana lękiem typowa dla kobiet). Jakie szanse ma osoba zgodna, grzeczna, empatyczna i uległa w zestawieniu z kimś takim? Jest oczywiście wykorzystywanym do immentu jeleniem. Peterson stwierdził, że gdyby chciał zatrudnić pracowników, których można eksploatować bez ograniczeń wybrałby "middle-aged women, high in agreeableness and concienciousnesss". Takie osoby ciężko pracują, za nic nie przypisują sobie zasług i nigdy nie narzekają, nie umieją nawet poprosić o podwyżkę.
Oczywiście, mają świadomość że są wykorzystywane i wzbiera w nich gorycz i uraza do świata. Często potrzebują terapii, treningu asertywności, nauczenia się mówienia innym rzeczy przykrych i raniących (ale prawdziwych), negocjowania swoich warunków, "stawiania się". Jest to zadanie na granicy ich możliwości ludzkich. Czasem udaje się przy okazji autentycznego nawrócenia przy pomocy łaski.
Jest taka modlitwa "Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze na podobieństwo serca Twego", która mnie na przemian drażni i szokuje. Jezus wyłaniający się z kart Ewangelii zupełnie do takiego opisu nie pasuje. Przede wszystkim jest to charyzmatyczny (w każdym sensie tego słowa) przywódca, porywający tłumy swoją nauką, wskazujący na siebie jako źródło autorytetu wyższego niż wszystkie znane jego słuchaczom. Według terminologii Petersona jest "high in disagreeableness and compassion". Raz po raz widzimy go w sytuacji ostrego konfliktu z konkurentami do przywództwa duchowego nad narodem wybranym. Nie przebiera wtedy w słowach i mówi rzeczy niewiarygodnie brutalne jak "plemię żmijowe" czy "groby pobielane", posuwa się nawet do agresji fizycznej wyrzucając kupców ze świątyni. Nie ma żadnych oporów, żeby ranić czyjeś uczucia albo sprawiać ból, jeśli widzi w tym sens. Najbardziej szokująca jest rozmowa z Syrofenicjanką, kiedy to kobieta prosząca o pomoc dla udręczonej córki zostaje porównana do psa. Gdyby scena odbywała się we wnętrzu, siła ciosu rzuciłaby nieszczęsną istotę na przeciwległą ścianę. Rozmowa z Samarytanką przy studni też nie należy do szczególnie przyjemnych. Jezus dość bezceremonialnie namierza jej bolesne miejsce i wydobywa na światło dzienne jej hańbę. Świadomie ociąga się w przypadku córki Jaira, aż dziewczynka umiera. Podobnie postępuje w przypadku Łazarza, choć zapewnia się nas, że go miłował, jak również jego siostry Marię i Martę. Nie waha się wystawić tych bliskich sobie ludzi na ból ekstremalny, aby chwała Boża mogła się objawić.
Jezus ma wszystkie cechy urodzonego przywódcy siłę osobowości, wizję, odwagę, wielkoduszność wobec słabszych i bezwzględność wobec wywyższających się. Jest obiektem podziwu mężczyzn i miłości kobiet. Jego serce to serce lwa, a nie baranka. Tym bardziej szokujące jest dobrowolne przyjęcie męki i hańbiącej śmierci. Jezus przekracza w tym swoją naturę. Godzi się na upokorzenie, które w oczach większości unicestwia jego aspiracje do przywództwa raz na zawsze. Jednak nawet w godzinie tej strasznej próby zachowuje godność i wielkość, która onieśmiela oprawców. Uderzony w twarz bynajmniej nie nadstawia drugiego policzka, tylko żąda podania racji. Sanhedryn wygląda przy nim jak sfora psów obszczekujących olbrzyma, rzymski namiestnik jak przestraszony uczniak próbujący zepchnąć na kogokolwiek odpowiedzialność za jego śmierć, Herod jak żałosny kretyn.
Jezus z Ewangelii ma się tak do swojej zniewieściałej błękitnookiej karykatury o lśniący lokach i trefionej brodzie jak Chrześcijaństwo do utwierdzania się w chorych i niszczących postawach tylko dlatego, ze mają pozór pokory. Pokora nie oznacza bezwzględnego podporządkowania możnym tego świata i unikania konfliktu za każdą cenę, tylko otwartość na prawdę i posłuszeństwo wobec niej.
Słyszałam (a może czytałam) wypowiedź księdza działającego w Odnowie, że ludzie hałaśliwi i ekstrawertyczni pod wpływem działania Ducha św. wyciszają się i kierują do wewnątrz, natomiast wycofani introwertycy zaczynają nagle publicznie głośno się modlić i wielbić Boga. To oczywiście tylko zewnętrzne oznaki nawrócenia, ale wskazujące na jakąś głęboką przemianę, która w zaszła "wbrew ich naturze".
Z drugiej strony jeżeli zgodna, empatyczna i współczująca niewiasta, wykorzystywana przez wszystkich i nie umiejąca zadbać o siebie, mimo lat praktyk religijnych utwierdza się w takiej postawie i w wierze znajduje dla niej uzasadnienie, to raczej należy wątpić w szczerość jej nawrócenia. Podobnie rzecz ma się ze skłonnym do dominacji egoistą czy przebiegłą manipulatorką. Jeśli w Kościele znajdują nowe zagłębie jeleni gotowych do użycia w służbie swojego ego, nowe obszary do dominacji i manipulacji - mówienie o nawróceniu jest po prostu kupą śmiechu.
Na mszy św. w dzień powszedni ta pierwsza kategoria wiernych - spolegliwe niewiasty - jest znacząco nadreprezentowana. To nie tylko ich wina, że słyszą to, co chcą usłyszeć tzn należy pozwalać się wykorzystywać, "oddawać się za darmo", "żyć dla innych", "nie szukać swego" (co za ulga, nie trzeba się zmieniać!) Często nauka głoszona od ołtarza taka właśnie jest, gdyż skierowana jest do zatwardziałych egoistów i hedonistów - całkowicie nieobecnych w kościele - lub po prostu powstała z myślą o mężczyznach, którzy ze swej natury są znacznie mniej empatyczni, współczujący i zgodni, a bardziej agresywni, nastawieni na rywalizację, konfrontację i osobisty sukces.
Słuchałam ostatnio wykładu prof. Jordana Petersona o różnicach między mężczyznami i kobietami w dziedzinie osobowości. Podejrzewam, że mówił rzeczy powszechnie wiadome, z którymi każdy student psychologii musi się zapoznać. Stwierdził powołując się na konkretne badania, że w okresie pokwitania kobietom wzrasta "trait neuroticism" i pozostaje wyższy niż u mężczyzn do końca życia. Są one nadreprezentowane wśród pacjentów z depresją i "anxiety" (stanami lękowymi?), mężczyźni natomiast częściej są alkoholikami, narkomanami i mają "learning disorders" o ile dobrze pamiętam.
Uzasadnił to faktem, że dla kobiet świat jest po prostu bardziej niebezpieczny, gdyż grozi im nie tylko "zwykła" agresja (jako, że są słabsze fizycznie) lecz także seksualna. Cena jaka płacą za seks jest przy tym nieporównywalnie wyższa niż w przypadku mężczyzn. Co więcej, system nerwowy kobiety jest zaprojektowany z myślą o macierzyństwie, a bardziej precyzyjnie o relacji z niemowlęciem. Aby dobrze wywiązać się z tego zadania musi być "agreeable" - co pozwala unikać konfliktów mogących narazić jej dziecko na niebezpieczeństwo - empatyczna i współczująca, żeby reagować na potrzeby noworodka, których on nie umie jasno wyartykułować, nieskończenie cierpliwa wobec tej całkowicie bezbronnej istotki i pozwalająca się jej wykorzystywać ignorując własne potrzeby (co najmniej do wieku 9 miesięcy niemowlę ma zawsze rację). Te wszystkie zachwycające cechy kobiety umożliwiające przetrwanie gatunku, znacząco utrudniają jej odniesienie sukcesu w biznesie czy każdej innej dziedzinie życia, gdzie konkuruje z mężczyznami.
To naturalne środowisko ludzi, dla których świat nie jest zagrożeniem tylko okazją do podboju i dominacji, "disagreeable, taugh-minded, blunt, competitive and agressive", przy czym jest to "predatory agression" (a nie "defensive agresion"podyktowana lękiem typowa dla kobiet). Jakie szanse ma osoba zgodna, grzeczna, empatyczna i uległa w zestawieniu z kimś takim? Jest oczywiście wykorzystywanym do immentu jeleniem. Peterson stwierdził, że gdyby chciał zatrudnić pracowników, których można eksploatować bez ograniczeń wybrałby "middle-aged women, high in agreeableness and concienciousnesss". Takie osoby ciężko pracują, za nic nie przypisują sobie zasług i nigdy nie narzekają, nie umieją nawet poprosić o podwyżkę.
Oczywiście, mają świadomość że są wykorzystywane i wzbiera w nich gorycz i uraza do świata. Często potrzebują terapii, treningu asertywności, nauczenia się mówienia innym rzeczy przykrych i raniących (ale prawdziwych), negocjowania swoich warunków, "stawiania się". Jest to zadanie na granicy ich możliwości ludzkich. Czasem udaje się przy okazji autentycznego nawrócenia przy pomocy łaski.
Jest taka modlitwa "Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze na podobieństwo serca Twego", która mnie na przemian drażni i szokuje. Jezus wyłaniający się z kart Ewangelii zupełnie do takiego opisu nie pasuje. Przede wszystkim jest to charyzmatyczny (w każdym sensie tego słowa) przywódca, porywający tłumy swoją nauką, wskazujący na siebie jako źródło autorytetu wyższego niż wszystkie znane jego słuchaczom. Według terminologii Petersona jest "high in disagreeableness and compassion". Raz po raz widzimy go w sytuacji ostrego konfliktu z konkurentami do przywództwa duchowego nad narodem wybranym. Nie przebiera wtedy w słowach i mówi rzeczy niewiarygodnie brutalne jak "plemię żmijowe" czy "groby pobielane", posuwa się nawet do agresji fizycznej wyrzucając kupców ze świątyni. Nie ma żadnych oporów, żeby ranić czyjeś uczucia albo sprawiać ból, jeśli widzi w tym sens. Najbardziej szokująca jest rozmowa z Syrofenicjanką, kiedy to kobieta prosząca o pomoc dla udręczonej córki zostaje porównana do psa. Gdyby scena odbywała się we wnętrzu, siła ciosu rzuciłaby nieszczęsną istotę na przeciwległą ścianę. Rozmowa z Samarytanką przy studni też nie należy do szczególnie przyjemnych. Jezus dość bezceremonialnie namierza jej bolesne miejsce i wydobywa na światło dzienne jej hańbę. Świadomie ociąga się w przypadku córki Jaira, aż dziewczynka umiera. Podobnie postępuje w przypadku Łazarza, choć zapewnia się nas, że go miłował, jak również jego siostry Marię i Martę. Nie waha się wystawić tych bliskich sobie ludzi na ból ekstremalny, aby chwała Boża mogła się objawić.
Jezus ma wszystkie cechy urodzonego przywódcy siłę osobowości, wizję, odwagę, wielkoduszność wobec słabszych i bezwzględność wobec wywyższających się. Jest obiektem podziwu mężczyzn i miłości kobiet. Jego serce to serce lwa, a nie baranka. Tym bardziej szokujące jest dobrowolne przyjęcie męki i hańbiącej śmierci. Jezus przekracza w tym swoją naturę. Godzi się na upokorzenie, które w oczach większości unicestwia jego aspiracje do przywództwa raz na zawsze. Jednak nawet w godzinie tej strasznej próby zachowuje godność i wielkość, która onieśmiela oprawców. Uderzony w twarz bynajmniej nie nadstawia drugiego policzka, tylko żąda podania racji. Sanhedryn wygląda przy nim jak sfora psów obszczekujących olbrzyma, rzymski namiestnik jak przestraszony uczniak próbujący zepchnąć na kogokolwiek odpowiedzialność za jego śmierć, Herod jak żałosny kretyn.
Jezus z Ewangelii ma się tak do swojej zniewieściałej błękitnookiej karykatury o lśniący lokach i trefionej brodzie jak Chrześcijaństwo do utwierdzania się w chorych i niszczących postawach tylko dlatego, ze mają pozór pokory. Pokora nie oznacza bezwzględnego podporządkowania możnym tego świata i unikania konfliktu za każdą cenę, tylko otwartość na prawdę i posłuszeństwo wobec niej.
niedziela, 1 lutego 2015
O niebezpiecznej pokusie szczerości
Jest to pokusa, której zdecydowanie zbyt często ulegam. Pokusa wtajemniczania innych w swoje myśli, wątpliwości i lęki. Zawsze mam złudzenie, że ktoś patrząc z dystansu zobaczy coś, czego sama nie widzę, albo że samo wypowiedzenie tego w obecności życzliwej (jak sobie wyobrażam) osoby coś mi da.Cóż, teoretycznie tak mogłoby się stać, zwłaszcza w przypadku zwrócenia się do osób powołanych do tego i w jakiejś mierze kompetentnych. Dlaczego jednak tak się nie dzieje?
Ludzie nawet powołani do wysłuchiwania różnych rzeczy nie często spotykają się ze szczerością?
Jakieś tabu chroni dobrze przystosowane jednostki przed nią, a ten kto ten niepisany zakaz przekracza sam sobie winien? Może samo pragnienie szczerego podzielenia się swoimi myślami i wątpliwościami jest perwersyjne? Infantylne? Autodestrukcyjne?
Moje doświadczenie jest takie, że osoba wysłuchująca czegoś takiego nabiera przekonania, że ma do czynienia z kimś gorszym (ma jakieś wątpliwości? normalni ludzie nie mają! nie może sobie z czymś poradzić? niedorajda! coś mu nie wyszło? leń jeden darmozjad!). Co się robi z kimś gorszym? Trzeba go obrugać, zawstydzić, zignorować... lista możliwych reakcji jest długa i oczywiście można poczuć się znacznie lepszym od nieudacznika jednego.
Może osób, którzy nie odczuwają skrępowania, zażenowania, paniki w zetknięciu z czyjąś szczerością i umieją się na tym poziomie komunikować jest tak niewiele, że prawdopodobieństwo trafienia na jedną z nich jest praktycznie równe zero? Przypuszczalnie tak - ergo nie należy pod żadnym pozorem ulegać tej niebezpiecznej pokusie.
Amen.
Ludzie nawet powołani do wysłuchiwania różnych rzeczy nie często spotykają się ze szczerością?
Jakieś tabu chroni dobrze przystosowane jednostki przed nią, a ten kto ten niepisany zakaz przekracza sam sobie winien? Może samo pragnienie szczerego podzielenia się swoimi myślami i wątpliwościami jest perwersyjne? Infantylne? Autodestrukcyjne?
Moje doświadczenie jest takie, że osoba wysłuchująca czegoś takiego nabiera przekonania, że ma do czynienia z kimś gorszym (ma jakieś wątpliwości? normalni ludzie nie mają! nie może sobie z czymś poradzić? niedorajda! coś mu nie wyszło? leń jeden darmozjad!). Co się robi z kimś gorszym? Trzeba go obrugać, zawstydzić, zignorować... lista możliwych reakcji jest długa i oczywiście można poczuć się znacznie lepszym od nieudacznika jednego.
Może osób, którzy nie odczuwają skrępowania, zażenowania, paniki w zetknięciu z czyjąś szczerością i umieją się na tym poziomie komunikować jest tak niewiele, że prawdopodobieństwo trafienia na jedną z nich jest praktycznie równe zero? Przypuszczalnie tak - ergo nie należy pod żadnym pozorem ulegać tej niebezpiecznej pokusie.
Amen.
niedziela, 11 stycznia 2015
O miłości i instynkcie stadnym
Miłość w swoim zamyśle szczerze mnie zachwyca. Wśród populacji ludzkiej istnieją osoby płci przeciwnej kompatybilne ze sobą. Ich związek gwarantuje optymalne potomstwo. Natura wyposażyła je w system sygnałów wzrokowych, słuchowych, węchowych i każdych innych, aby mogli się rozpoznać. Można widzieć w tym coś w rodzaju powołania, jeśli do kogoś takie pojęcie przemawia, projekt Boga, aby ci właśnie się spotkali. "Stworzeni dla siebie" jest wprawdzie lekko irytującą i nadużywaną frazą, ale nieźle oddaje istotę rzeczy.
Zakochanie, a później dojrzała miłość ułatwia im podjęcie trudu wychowania potomstwa itp. Mistycy widzą w takiej miłości obraz Boga i zapewne mają rację.
Nie jest dla mnie jasne czy istnieje dla każdego człowieka taka kompatybilna osoba płci przeciwnej, To było trudne do wykonania w populacji, gdzie nie zabija się dziewczynek, ponieważ jest ich zwykle więcej niż chłopców. A może istnieje ileś możliwych względnie dobrych zestawień dla każdej osoby i nawet owdowiali małżonkowie za kolejnym razem mogą spotkać tzw. szczęście w miłości. Czy istnieje zestaw genów bardziej uniwersalny, który ma duże możliwości łączenia się wieloma innymi, (coś jak typowy numer buta, albo ubrania) i mniej typowy, kompatybilny z niewielką ilością specyficznych zestawów?
A może cały ten biologiczny aspekt miłości jest nieistotny i miłość jest darem Boga danym niezależnie od naszej genetycznej kompatybilności lub jej braku? Może ważniejszy jest aspekt psychiczny - kompatybilne traumy i kompleksy?
Zarówno w ujęciu "biologicznym" jak i "psychologicznym" miłość powinna zawsze być wzajemna, a nie jest!
Nie wiem czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania, ja na pewno nie.
Wiem natomiast na pewno, że idea miłości, tęsknota za miłością jest niezwykle płodna w literaturze i sztuce i te literackie przykłady pozwalają nam często zrozumieć czego naprawdę szukamy pod postacią miłości.
Oczywistym jest, że tęsknota za miłością jest w istocie tęsknotą za Bogiem - tak bywała interpretowana poezja trubadurów. Myślę, ze rzecz jest dość oczywista i przynosi nam zaszczyt.
Mniej zaszczytna, choć zrozumiała, jest natomiast tęsknota za wysokim statusem społecznym w przebraniu miłości.
Kopciuszek chce pójść na bal i zobaczyć księcia, a nie na zabawę ludową, żeby spotkać chłopca z sąsiedniej ulicy grzmoconego regularnie przez złego ojczyma. Waniusza Duraczok poślubia carównę czy wręcz córkę księżyca, która nawet nie jest w jego typie ( "w pasie cienka na trzy cale i rumieńców nie ma wcale") a nie jakąś pulchną i rumianą dziewoję z sąsiedniej wsi, najmłodszą z rodzeństwa jak on sam.
Oczywiste jest, że te bajkowe nierówne małżeństwa są po prostu wyrazem tęsknoty za lepszym życiem, zrozumiałej u osób traktowanych przez otoczenie jako gorsze, upokarzanych i wykorzystywanych.
Moi koledzy z podstawówki wszyscy kochali się w klasowej królewnie czy w statusie i zamożności jej rodziców, która zapewniała jej wysoką pozycje w klasie? Założę się o każde pieniądze, że ten drugi wariant.
Z punktu widzenia biologii nie jest możliwe, że wszyscy byli z nią kompatybilni genetycznie, albo że psychicznie do niej pasowali.
Był jednak jeden wyjątek, który przywrócił mi wiarę w człowieka. Oświadczył, że on kochał się w Kleosi - chyba najbardziej obśmianej osobie wszechczasów z powodu niebywałej pretensjonalności i nadopiekuńczej matki, non stop ciągającej się za nią po szkole. Mam jednak podejrzenie, że czynnikiem decydującym w tym przypadku było wspólne resortowe pochodzenie i wynikająca z tego pozycja i poziom życia.
Jak widać miłość wśród ludzi tknięta jest rozdwojeniem jaźni - biologia wskazuje na możliwość dobrania wielu udanych związków dla większości (jeśli nie całej) populacji, socjologia precyzuje jeden mroczny przedmiot pożądania dla całego stada - samicę/ samca alfa.
Wyznam, że o ile nie mam żadnych problemów z zaakceptowaniem w pełni biologicznego wymiaru naszego człowieczeństwa, to uważam się, że aspekt stadny sytuuje nas po prostu wśród zwierząt i to niekoniecznie tych sympatycznych.
Przez całe lata nie rozumiałam sytuacji, w których stawiało mnie życie np. dlaczego ludzie, którym nic złego nie zrobiłam atakują mnie z niewytłumaczalną agresją albo dlaczego zainteresowanie mężczyzn może wyrażać się w tak niezrozumiałych lub wręcz paskudnych zachowaniach, że nie wspomnę o młodzieży w szkole. Od momentu kiedy uświadomiłam sobie, że dla większości ludzi (i dla wszystkich grup) jedyną istotną informacją o nas jest nasza pozycja w stadzie i jesteśmy traktowani odpowiednio do niej, wszystko stało się dla mnie jasne.
Najsmutniejsze jest, że ten ponury stadny wymiar ma wpływ na nasze życie prywatne. Znam przynajmniej kilka przykładów, kiedy młody człowiek wyraźnie zainteresowany konkretną dziewczyną zaniedbywał ją uganiając się za niuniami, które wydały mu się bliżej pozycji alfa. Był później nadzwyczajnie zdziwiony, że kiedy jej się z zaskoczenia oświadczył uznała to za wygłup i nie chciała z nim rozmawiać. Swój taniec godowy odtańczył przecież przed kimś innym.
Zakochanie, a później dojrzała miłość ułatwia im podjęcie trudu wychowania potomstwa itp. Mistycy widzą w takiej miłości obraz Boga i zapewne mają rację.
Nie jest dla mnie jasne czy istnieje dla każdego człowieka taka kompatybilna osoba płci przeciwnej, To było trudne do wykonania w populacji, gdzie nie zabija się dziewczynek, ponieważ jest ich zwykle więcej niż chłopców. A może istnieje ileś możliwych względnie dobrych zestawień dla każdej osoby i nawet owdowiali małżonkowie za kolejnym razem mogą spotkać tzw. szczęście w miłości. Czy istnieje zestaw genów bardziej uniwersalny, który ma duże możliwości łączenia się wieloma innymi, (coś jak typowy numer buta, albo ubrania) i mniej typowy, kompatybilny z niewielką ilością specyficznych zestawów?
A może cały ten biologiczny aspekt miłości jest nieistotny i miłość jest darem Boga danym niezależnie od naszej genetycznej kompatybilności lub jej braku? Może ważniejszy jest aspekt psychiczny - kompatybilne traumy i kompleksy?
Zarówno w ujęciu "biologicznym" jak i "psychologicznym" miłość powinna zawsze być wzajemna, a nie jest!
Nie wiem czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania, ja na pewno nie.
Wiem natomiast na pewno, że idea miłości, tęsknota za miłością jest niezwykle płodna w literaturze i sztuce i te literackie przykłady pozwalają nam często zrozumieć czego naprawdę szukamy pod postacią miłości.
Oczywistym jest, że tęsknota za miłością jest w istocie tęsknotą za Bogiem - tak bywała interpretowana poezja trubadurów. Myślę, ze rzecz jest dość oczywista i przynosi nam zaszczyt.
Mniej zaszczytna, choć zrozumiała, jest natomiast tęsknota za wysokim statusem społecznym w przebraniu miłości.
Kopciuszek chce pójść na bal i zobaczyć księcia, a nie na zabawę ludową, żeby spotkać chłopca z sąsiedniej ulicy grzmoconego regularnie przez złego ojczyma. Waniusza Duraczok poślubia carównę czy wręcz córkę księżyca, która nawet nie jest w jego typie ( "w pasie cienka na trzy cale i rumieńców nie ma wcale") a nie jakąś pulchną i rumianą dziewoję z sąsiedniej wsi, najmłodszą z rodzeństwa jak on sam.
Oczywiste jest, że te bajkowe nierówne małżeństwa są po prostu wyrazem tęsknoty za lepszym życiem, zrozumiałej u osób traktowanych przez otoczenie jako gorsze, upokarzanych i wykorzystywanych.
Moi koledzy z podstawówki wszyscy kochali się w klasowej królewnie czy w statusie i zamożności jej rodziców, która zapewniała jej wysoką pozycje w klasie? Założę się o każde pieniądze, że ten drugi wariant.
Z punktu widzenia biologii nie jest możliwe, że wszyscy byli z nią kompatybilni genetycznie, albo że psychicznie do niej pasowali.
Był jednak jeden wyjątek, który przywrócił mi wiarę w człowieka. Oświadczył, że on kochał się w Kleosi - chyba najbardziej obśmianej osobie wszechczasów z powodu niebywałej pretensjonalności i nadopiekuńczej matki, non stop ciągającej się za nią po szkole. Mam jednak podejrzenie, że czynnikiem decydującym w tym przypadku było wspólne resortowe pochodzenie i wynikająca z tego pozycja i poziom życia.
Jak widać miłość wśród ludzi tknięta jest rozdwojeniem jaźni - biologia wskazuje na możliwość dobrania wielu udanych związków dla większości (jeśli nie całej) populacji, socjologia precyzuje jeden mroczny przedmiot pożądania dla całego stada - samicę/ samca alfa.
Wyznam, że o ile nie mam żadnych problemów z zaakceptowaniem w pełni biologicznego wymiaru naszego człowieczeństwa, to uważam się, że aspekt stadny sytuuje nas po prostu wśród zwierząt i to niekoniecznie tych sympatycznych.
Przez całe lata nie rozumiałam sytuacji, w których stawiało mnie życie np. dlaczego ludzie, którym nic złego nie zrobiłam atakują mnie z niewytłumaczalną agresją albo dlaczego zainteresowanie mężczyzn może wyrażać się w tak niezrozumiałych lub wręcz paskudnych zachowaniach, że nie wspomnę o młodzieży w szkole. Od momentu kiedy uświadomiłam sobie, że dla większości ludzi (i dla wszystkich grup) jedyną istotną informacją o nas jest nasza pozycja w stadzie i jesteśmy traktowani odpowiednio do niej, wszystko stało się dla mnie jasne.
Najsmutniejsze jest, że ten ponury stadny wymiar ma wpływ na nasze życie prywatne. Znam przynajmniej kilka przykładów, kiedy młody człowiek wyraźnie zainteresowany konkretną dziewczyną zaniedbywał ją uganiając się za niuniami, które wydały mu się bliżej pozycji alfa. Był później nadzwyczajnie zdziwiony, że kiedy jej się z zaskoczenia oświadczył uznała to za wygłup i nie chciała z nim rozmawiać. Swój taniec godowy odtańczył przecież przed kimś innym.
czwartek, 6 listopada 2014
O instynkcie stadnym 1
Była w PRL- u taka seria kawałów o tym jak przychodzi ktoś do lekarza i mówi np "Wszyscy mnie pomijają", a lekarz na to "następny proszę". Nie specjalnie mnie te dowcipy bawiły, nie sądziłam jednak wtedy, że trafiają w samo sedno, dokładnie opisują jak zdecydowana większość ludzi odbiera świat - w sposób zapośredniczony, unikając jak ognia własnego osądu, z lęku że różniłby się od ogólnie przyjętego. Lekarz z dowcipu nie musi sie wysilać, bo pacjent sam dostarcza mu informacji jak powinien być traktowany.
wtorek, 17 czerwca 2014
O manipulujących k....wach (MP)
Tym wulgarnym określeniem nazywam ludzi obu płci niezdolnych do wyższych uczuć, ale za to nadzwyczajnie biegłych w kokietowaniu, uwodzeniu i ogólnie manipulowaniu, Zarzekałam się, że nie poświęcę tym zakałom rodu ludzkiego ani pół słowa, ale po namyśle stwierdziłam, że istnieje zjawisko, więc jego opis także powinien być dostępny.
Z pewną dopuszczalną dozą manipulacji mamy do czynienia w wychowywaniu dzieci, panowaniu nad grupą w zawodach , które tego wymagają i w pewnych sytuacjach, kiedy jawne okazanie swoich intencji byłoby niebezpieczne. Wyobrażam sobie sytuację kiedy ktoś słabszy jest zagrożony przez silniejszego i nie może mu się przeciwstawić wprost, więc ucieka się do pewnego rodzaju podstępu. Mogę to łatwo zrozumieć i usprawiedliwić.
Podobnie z sytuacją, kiedy kobiecie podoba się określony mężczyzna, a kulturowo jest nie do przyjęcia, żeby to ona pierwsza jawnie okazała zainteresowanie, więc chcąc nie chcąc musi zastosować bardziej subtelne środki. (Od razu mówię, że sama słabo się w tej materii rozeznaje, gdyż nie ćwiczyłam się za młodu, wychowana w błędnym przekonaniu, że to mężczyźni pełni są inicjatywy.) Oczywiście mam na myśli przypadek, kiedy chodzi o rzeczywistą relację, a nie zaliczanie kolejnych obiektów w stylu Anusi Borzobohatej kręcącej fartuszkiem i strzygącej oczami obwieszczając raz po raz, że kolejny nieszczęśnik "pogrążon". Sienkiewicz sam miał ochotę ukatrupić tę niepoprawną kokietkę, co też zrobił - jak sobie wyobrażam - z pewną satysfakcją.
Z drugiej strony pewna moja znajoma z Ukrainy zaprawiona w kokieterii od młodego wieku twierdzi, że bez niej żadna relacja damsko-męska po prostu nie powstanie. Być może tak jest, z perspektywy mojego doświadczenia brzmi bardzo prawdopodobnie. Nie będę więc drążyć tematu zjawiska kokieterii, tylko jej niewłaściwego użycia.
Wszystkie kobiety biegłe w tej materii, które miałam nieszczęście znać, używały swoich manipulacyjnych sztuczek nie tylko aby pozyskać mężczyznę, na którym im zależało, ale wobec wszystkiego co się rusza aby stać się środkiem mikrokosmosu w którym jakiś złośliwy demon je postawił. Jak wygląda rodzina w której matka jest kimś takim szkoda się wypowiadać. Drogi potencjalny czytelniku użyj wyobraźni. Rozmawiałam niedawno ze swoją klientką 60-letnią kobietą sukcesu - piękną, wykształconą spełniona zawodowo, kochaną zoną, matka 2 udanych, już usamodzielnionych dzieci. Kiedy opowiadała o swojej matce i układach w domu cały jej staranny makijaż popłynął, a ja siedziałam ze szczęką na bruku bo słyszałam swoja historię tylko - odwrotnie niż w moim przypadku - zakończoną happy endem.
Manipulująca k...wa, kiedy udaje przyjaciółkę, bardzo szybko zaczyna traktować swoją ofiarę jak starającego się o nią pośledniejszego absztyfikanta. Ciągle czegoś się domaga jako rzeczy jej należnej (pieniędzy, czasu, pomocy) w najmniejszym stopniu nie czując się zobowiązana do zrewanżowania się tym samym. Przypuszczam, że wyobraża sobie, ze znajomość z nią jest zaszczytem, za który jej ofiara nie wypłaci się do końca życia.
Jest to coś niewymownie ohydnego, o czym nawet nie mam ochoty pisać, ale istnieje coś jeszcze gorszego a mianowicie męska odmiana tego paskudztwa. Taki osobnik kokietuje kobiety dokładnie tak jak Anusia Borzobohata mężczyzn, pogrąża kolejne naiwne, które wyobrażają sobie, że właśnie są na drodze do zbudowania trwałej relacji i tzw. "urządzenia sobie życia". Męska manipulująca k...wa nie dąży do skonsumowania swoich podbojów, gdyż satysfakcję większą od seksualnej czerpie z udanego emocjonalnego oszustwa. Być może także dlatego, że w gruncie rzeczy nie jest mężczyzną i nie tylko brak jej uczuć, ale nawet popędów zwykle mu przypisywanych.
Mimo głębokiego obrzydzenia, którym napełniają mnie MK obu płci dopuszczam wyjaśnienie, że cierpią na rodzaj nerwicy, przymus sprawiania, by wszyscy się w nich zakochiwali jako formę kontroli nad innymi ludźmi, a pośrednio nad swoim życiem.
Mam nawet pomysł na wyleczenie ich - zesłanie na bezludną wyspę, gdzie będą jak pasożyt bez żywiciela. Zdechną albo się przestawią.
P.S.
Gwoli ostrzeżenia, jeśli słyszymy lub widzimy, że ktoś jest kochany i podziwiany przez wszystkich w swoim otoczeniu miejmy się na baczności, a najlepiej wiejmy stamtąd z wrzaskiem zanim wyciągnie po nas swoje lepkie macki.
Z pewną dopuszczalną dozą manipulacji mamy do czynienia w wychowywaniu dzieci, panowaniu nad grupą w zawodach , które tego wymagają i w pewnych sytuacjach, kiedy jawne okazanie swoich intencji byłoby niebezpieczne. Wyobrażam sobie sytuację kiedy ktoś słabszy jest zagrożony przez silniejszego i nie może mu się przeciwstawić wprost, więc ucieka się do pewnego rodzaju podstępu. Mogę to łatwo zrozumieć i usprawiedliwić.
Podobnie z sytuacją, kiedy kobiecie podoba się określony mężczyzna, a kulturowo jest nie do przyjęcia, żeby to ona pierwsza jawnie okazała zainteresowanie, więc chcąc nie chcąc musi zastosować bardziej subtelne środki. (Od razu mówię, że sama słabo się w tej materii rozeznaje, gdyż nie ćwiczyłam się za młodu, wychowana w błędnym przekonaniu, że to mężczyźni pełni są inicjatywy.) Oczywiście mam na myśli przypadek, kiedy chodzi o rzeczywistą relację, a nie zaliczanie kolejnych obiektów w stylu Anusi Borzobohatej kręcącej fartuszkiem i strzygącej oczami obwieszczając raz po raz, że kolejny nieszczęśnik "pogrążon". Sienkiewicz sam miał ochotę ukatrupić tę niepoprawną kokietkę, co też zrobił - jak sobie wyobrażam - z pewną satysfakcją.
Z drugiej strony pewna moja znajoma z Ukrainy zaprawiona w kokieterii od młodego wieku twierdzi, że bez niej żadna relacja damsko-męska po prostu nie powstanie. Być może tak jest, z perspektywy mojego doświadczenia brzmi bardzo prawdopodobnie. Nie będę więc drążyć tematu zjawiska kokieterii, tylko jej niewłaściwego użycia.
Wszystkie kobiety biegłe w tej materii, które miałam nieszczęście znać, używały swoich manipulacyjnych sztuczek nie tylko aby pozyskać mężczyznę, na którym im zależało, ale wobec wszystkiego co się rusza aby stać się środkiem mikrokosmosu w którym jakiś złośliwy demon je postawił. Jak wygląda rodzina w której matka jest kimś takim szkoda się wypowiadać. Drogi potencjalny czytelniku użyj wyobraźni. Rozmawiałam niedawno ze swoją klientką 60-letnią kobietą sukcesu - piękną, wykształconą spełniona zawodowo, kochaną zoną, matka 2 udanych, już usamodzielnionych dzieci. Kiedy opowiadała o swojej matce i układach w domu cały jej staranny makijaż popłynął, a ja siedziałam ze szczęką na bruku bo słyszałam swoja historię tylko - odwrotnie niż w moim przypadku - zakończoną happy endem.
Manipulująca k...wa, kiedy udaje przyjaciółkę, bardzo szybko zaczyna traktować swoją ofiarę jak starającego się o nią pośledniejszego absztyfikanta. Ciągle czegoś się domaga jako rzeczy jej należnej (pieniędzy, czasu, pomocy) w najmniejszym stopniu nie czując się zobowiązana do zrewanżowania się tym samym. Przypuszczam, że wyobraża sobie, ze znajomość z nią jest zaszczytem, za który jej ofiara nie wypłaci się do końca życia.
Jest to coś niewymownie ohydnego, o czym nawet nie mam ochoty pisać, ale istnieje coś jeszcze gorszego a mianowicie męska odmiana tego paskudztwa. Taki osobnik kokietuje kobiety dokładnie tak jak Anusia Borzobohata mężczyzn, pogrąża kolejne naiwne, które wyobrażają sobie, że właśnie są na drodze do zbudowania trwałej relacji i tzw. "urządzenia sobie życia". Męska manipulująca k...wa nie dąży do skonsumowania swoich podbojów, gdyż satysfakcję większą od seksualnej czerpie z udanego emocjonalnego oszustwa. Być może także dlatego, że w gruncie rzeczy nie jest mężczyzną i nie tylko brak jej uczuć, ale nawet popędów zwykle mu przypisywanych.
Mimo głębokiego obrzydzenia, którym napełniają mnie MK obu płci dopuszczam wyjaśnienie, że cierpią na rodzaj nerwicy, przymus sprawiania, by wszyscy się w nich zakochiwali jako formę kontroli nad innymi ludźmi, a pośrednio nad swoim życiem.
Mam nawet pomysł na wyleczenie ich - zesłanie na bezludną wyspę, gdzie będą jak pasożyt bez żywiciela. Zdechną albo się przestawią.
P.S.
Gwoli ostrzeżenia, jeśli słyszymy lub widzimy, że ktoś jest kochany i podziwiany przez wszystkich w swoim otoczeniu miejmy się na baczności, a najlepiej wiejmy stamtąd z wrzaskiem zanim wyciągnie po nas swoje lepkie macki.
niedziela, 15 czerwca 2014
Jeszcze o miłości nieodwzajemnionej
Jest taki wiersz ks. Twardowskiego:
Nie sądź miłości nie oskarżaj żadnej
Nie wybrzydzaj zbyt wielka więc się nie nadaje
Tak czysta, że ją tylko ocala rozstanie
Miej litość dla niewzajemnej biednej,
Co wydała się tobie jak but niepotrzebny
Uszanuj półidiotkę dokładnie od rzeczy
Taką która umarła i jeszcze się leczy
Sto lat temu pisała moja babka w listach
Wiersz ładny, pogodnie pogodzony jak - przypuszczam - sam jego autor, który szczęścia w miłości nie miał. Dziewczyny, w których się zakochiwał traktowały go jako ucho zawsze gotowe do wysłuchiwania zwierzeń na temat innych chłopaków.
Jest coś kojącego w "uszanowaniu" wszystkich swoich uczuć nawet jeśli patrząc z perspektywy czasu wydają się głupie, a nawet destrukcyjne. Oczywiście przeszłości nie da się zmienić, ale warto zapamiętać jakie skutki uboczne mają źle ulokowane uczucia, albo raczej zupełny brak dystansu wobec nich, traktowanie zbyt poważnie, dramatyzowanie itp.
Mnie dwukrotnie taka sytuacja kosztowała utratę pracy - po raz pierwszy sama zrezygnowałam nie chcąc przebywać 8 godzin dziennie z człowiekiem, którego uczucia do mnie w stosunku do moich wobec niego pozostawały w bardzo rażącej dysproporcji. Myśląc o tym jestem wściekła na siebie, że z powodu jednego bałwana zrezygnowałam z bezpieczeństwa finansowego i socjalnego, którego dzisiaj tak bardzo mi brak. Kiedy spotkałam go po 15 latach nie mogłam uwierzyć, że ktoś taki mógł mieć jakikolwiek wpływ na moje decyzje.
Po raz drugi nadałam nadmierne znaczenie relacji z kimś, kto zajął się mną by tak rzec profesjonalnie. Kiedy zdałam sobie sprawę, że ze wszystkiego, co mu powiedziałam w zaufaniu on zrozumiał tylko tyle, że jestem kimś gorszym i tak należy mnie traktować - pomijać w sytuacjach towarzyskich, wykluczać z życia grupy itp.- odchorowałam to w sensie jak najbardziej dosłownym, a wszelkie dobro, które pojawiło się w moim życiu przy jego wsparciu znikło, przestało istnieć. Straciłam pracę (3 miejsca), nie stać mnie było na wynajmowanie dłużej mieszkania (musiałam wrócić do toksycznego gniazda), wobec braku miejsca skończyła się moja twórczość plastyczna...
Tak więc drogi potencjalny czytelniku dobrze się zastanów zanim pofolgujesz wyobraźni...
Koszty są nieproporcjonalnie wysokie.
Nie sądź miłości nie oskarżaj żadnej
Nie wybrzydzaj zbyt wielka więc się nie nadaje
Tak czysta, że ją tylko ocala rozstanie
Miej litość dla niewzajemnej biednej,
Co wydała się tobie jak but niepotrzebny
Uszanuj półidiotkę dokładnie od rzeczy
Taką która umarła i jeszcze się leczy
Sto lat temu pisała moja babka w listach
Wiersz ładny, pogodnie pogodzony jak - przypuszczam - sam jego autor, który szczęścia w miłości nie miał. Dziewczyny, w których się zakochiwał traktowały go jako ucho zawsze gotowe do wysłuchiwania zwierzeń na temat innych chłopaków.
Jest coś kojącego w "uszanowaniu" wszystkich swoich uczuć nawet jeśli patrząc z perspektywy czasu wydają się głupie, a nawet destrukcyjne. Oczywiście przeszłości nie da się zmienić, ale warto zapamiętać jakie skutki uboczne mają źle ulokowane uczucia, albo raczej zupełny brak dystansu wobec nich, traktowanie zbyt poważnie, dramatyzowanie itp.
Mnie dwukrotnie taka sytuacja kosztowała utratę pracy - po raz pierwszy sama zrezygnowałam nie chcąc przebywać 8 godzin dziennie z człowiekiem, którego uczucia do mnie w stosunku do moich wobec niego pozostawały w bardzo rażącej dysproporcji. Myśląc o tym jestem wściekła na siebie, że z powodu jednego bałwana zrezygnowałam z bezpieczeństwa finansowego i socjalnego, którego dzisiaj tak bardzo mi brak. Kiedy spotkałam go po 15 latach nie mogłam uwierzyć, że ktoś taki mógł mieć jakikolwiek wpływ na moje decyzje.
Po raz drugi nadałam nadmierne znaczenie relacji z kimś, kto zajął się mną by tak rzec profesjonalnie. Kiedy zdałam sobie sprawę, że ze wszystkiego, co mu powiedziałam w zaufaniu on zrozumiał tylko tyle, że jestem kimś gorszym i tak należy mnie traktować - pomijać w sytuacjach towarzyskich, wykluczać z życia grupy itp.- odchorowałam to w sensie jak najbardziej dosłownym, a wszelkie dobro, które pojawiło się w moim życiu przy jego wsparciu znikło, przestało istnieć. Straciłam pracę (3 miejsca), nie stać mnie było na wynajmowanie dłużej mieszkania (musiałam wrócić do toksycznego gniazda), wobec braku miejsca skończyła się moja twórczość plastyczna...
Tak więc drogi potencjalny czytelniku dobrze się zastanów zanim pofolgujesz wyobraźni...
Koszty są nieproporcjonalnie wysokie.
piątek, 5 lipca 2013
Co widzą ludzie, kiedy na nas patrzą?
Razu pewnego, w pewnej pracowni rzeźbiarskiej, pewnej uczelni artystycznej, robiłam akt stojący w glinie, a pozowała pewna modelko-striptizerko-tancerka go-go racząc mnie przy tym opowieściami z życia sfer dość szemranych. Na tę sielankę wkroczył profesor M. ze swoim asystentem a widząc nas obie - gołą panienkę stojąca na podium i mnie z nożem w garści przy kawalecie formujacą glinę - wykrzyknął zachwycony: "Mamy DWIE nowe modelki!!!" Po czym zaczął MI udzielać porad praktycznych przydatnych przy pozowaniu jak na przykład, gdzie można pozwolić się dotykać, a gdzie już nie.
Innym znowu razem na seminariun odnowy w Duchu Św. pewna bogobojna niewiasta polecała mi gorąco książki O. Gabriele Amortha. Na moje stwierdzenie, że je znam pomilczała chwilę, po czym oświadczyła z mocą "Myślę, że Pani nie ich nie czytała"
Kiedy indziej znowu, na warsztatach dla nauczycieli języków obcych, panienka, której wyraźnie, kilkakrotnie powtórzyłam, że uczę młodzież w wieku 16-19 lat skierowała mnie do grupy zajmujących się edukacją wczesnoszkolną.
A już najbardziej tragikomiczny incydent przytrafił mi sie w okolicach pl. Legionów, kiedy wracałam od rodziny po obfitym niedzielnym obiadku, który miał mi starczyć na dłużej, gdyż był to okres wyjątkowo chudy w moim życiu. Było już ciemno i z tej ciemności wyskoczył nie znany mi pijak wygrażając mi pięścią i wrzeszcząc: "ty kapitalisto jedna!"
Przykłady możnaby mnożyć. Wszystkie świadczą dowodnie, że obraz naszej osoby, jaki mają inni ludzie jest całkowicie autnomiczny względem nas, innymi słowy nie ma z nami dokładnie żadnego związku, Jest wypadkową historii życia, fobii i fantazji tych osób, a nasza osoba jedynie uruchamia luźny ciąg skojarzeń.
To do pewnego stopnia tłumaczy owe ohydne, a całkowicie absurdalne sytuacje, kiedy ktoś zupełnie obcy i nieznany atakuje nas bez żadnego, zrozumiałego powodu z wściekłoscią i nienawiścią.
Inną interpretację tego fenomenu podsunąl mi pewien zakonnik - nie miał żadnej wątpliwosci, że to ataki diabła i dodał, że gdyby zapytać owego agresora, dlaczego się tak ohydnie zachowuje nie umiałby wyjaśnić. Moje doświadczenie potwierdza to w całej rozciągłości.
W przypadku kobiet najwięcej paskudnych zachowań powoduje zazdrość. To zupełnie niebywałe jak niewiasty, które mają dokladnie wszystko - dobrego męża, udane dzieci, piękny dom i dobrobyt - wyraźnie zielenieją na obliczu na widok jakiegoś ciucha uszytego 10 lat temu z prześcieradła albo innej zasłonki. Większość z nich tego nie kontroluje, a przecież teoretycznie mogłyby zaproponować, aby im odpłatnie coś fajnego, dopasowanego do figury, typu urody i kolorytu uszyć i tym samym dać zarobić gorzej urządzonym w życiu siostrom. Ale nie, nie ma nic racjonalnego w zachowaniu człowieka. Nawet zakonnice nie są wolne od tej brzydkiej przywary i nie zauważyłam, żeby starały sie z nią walczyć.
poniedziałek, 1 lipca 2013
Niełatwo być łabędziem
Lubię duże białe zwięrzeta jak niedźwiedzie polarne czy konie Lipitzanery poruszające się z niezwykłym wdziękiem i duże białe ptaki, zwłaszcza wodne, zwłaszcza łabędzie. Jeśli któryś z tych stworów pojawia sie w moich snach to na ogół reprezentuje mnie samą.
Pewnej nocy przed obudzeniem widziałam taki mniej wiecej obraz:
łabędzia w upierzeniu godowym kaczora.
Dało mi to do myślenia, a wnioski były raczej niepokojące. W mojej książeczce dla dzieci uciemiężonych (która nie zalazła uznania wśród wydawców) rozwinełam ten wątek w ostatnim rozdziale.
Łabędź
Samotny łabędź pływający wśród kaczek po fosie zawsze pobudzał wyobraźnię Malwinki. Patrząc na niego nie mogła nie myśleć o „Brzydkim kaczątku” Andersena. Tytuł bajki wydawał jej się absurdalny. Mały łabędź nigdy nie był brzydki – wyglądał dokładnie tak jak powinien na każdym etapie rozwoju. Jego problem polegał na tym, że zawsze otoczony był przez obcych, którzy mieli mu za złe jego inność. Dopiero spotkanie istot swojego gatunku uwalnia go od poczucia, że jest kimś gorszym. Jego wspaniała uroda nic by mu nie pomogła, gdyby nadal żył w wyłącznie kaczym towarzystwie. Nadal postrzegany byłby jako brzydki, bo taki wielki, ciężki, biały z tą niedorzecznie długą szyją, niemy i niezrozumiały. Byłby odmieńcem i wyrzutkiem. „Czy tak właśnie się czujesz łabędziu?” myślała współczująco Malwinka ilekroć tamtędy przechodziła.
Pewnego dnia nie dostrzegła go jednak. „Może odleciał w poszukiwaniu swoich?” przemknęło jej przez myśl. To była przyjemna wizja, ale z jakichś powodów Malwinka nie bardzo mogła w nią uwierzyć – zbyt piękna, żeby mogła być prawdziwa. Podeszła bliżej fosy, tknięta niedobrym przeczuciem zeszła po schodkach nad samą wodę.
– Nie, ja chyba śnię! – wykrzyknęła wstrząśnięta. Łabędź nie zniknął, tylko się zmienił. Gdzie podziała się śnieżna białość jego piór? Głowa i szyja do połowy była zielona z niebieskawym połyskiem, poniżej jasna obręcz, pierś brązowawa, skrzydła i grzbiet szare z podłużnymi czarnymi pasami, łapki pomarańczowe, a dziób żółty – słowem nieszczęśnik przebarwił się w kaczora w szacie godowej. Nie zmieniło się tylko jego zachowanie i pozycja w kaczym stadzie – dalej pływał na uboczu, ignorowany przez resztę.
- Łabędziu – powiedziała cicho Malwinka – mój biedny łabędziu.
Ptak na dźwięk jej słów podpłynął bliżej. Jego oczy były pełne łez.
- A więc ktoś mnie jednak rozpoznał – wyszeptał ze ściśniętym gardłem. – Kim jesteś istoto o dziwnych oczach, które widzą?
- Jestem Malwinka, noszę okulary, bo mam wadę wzroku, ale mogę je ściągnąć.
- Czy nadal widzisz, że jestem łabędziem?
- Oczywiście, ale powiedz, co ci się stało?
- To smutna historia, Malwinko. Jestem… a właściwie byłem – bo teraz nie wiem już kim jestem – jedynym łabędziem w tej okolicy. Jedzenia jest dość, woda ciepła, nawet zimą nie zamarza… Kłopot w tym, że czułem się tak potwornie samotny między tymi wszystkimi kaczkami… zwłaszcza w okresie godowym, kiedy dobierają się w pary. Myślałem sobie „Być łabędziem piękna rzecz, ale oddałbym wszystko, żeby móc być teraz jednym z nich, bo nie zniosę dłużej tej strasznej samotności.” Wypowiedziałem moje pragnienie w złą godzinę i spełniło się jak widzisz. Przestałem być łabędziem, a nie stałem się kaczką. One dalej traktują mnie jak przedtem – istotę innego gatunku, z która nie maja nic wspólnego. – Łabędź zwiesił smutno swoja małą kształtną główkę. – Nie to jest jednak najgorsze…- przełknął boleśnie – Dziś rano widziałem moich braci. Zatrzymali się tu na popas w podróży. Nie rozpoznali mnie, kiedy podpłynąłem się przywitać. Zignorowali kompletnie, tylko jeden zauważył, że te kaczki rosną coraz większe w dzisiejszych czasach, a nawet uczą się obcych języków… - Łabędź zapłakał gorzko.
- Ale przecież twoje pióra kiedyś odrosną i nikt nie będzie miał wątpliwości…
- To moja jedyna nadzieja, ale będzie to trwało długo i nawet, kiedy będę całkiem biały, trudno będzie moim braciom zobaczyć łabędzia w kimś, kogo wcześniej uznali za kaczkę…
Malwinka nie wiedziała jak go pocieszyć. „Może nie chce być pocieszony?” pomyślała.
- Malwinko – ptak spojrzał jej prosto w oczy – Obiecaj mi jedno - powiedział z mocą – Obiecaj mi, że nigdy tego nie zrobisz, a uznam, ze nie cierpię nadaremno.
- Czego?
- Że nigdy nie wyrzekniesz się tego kim jesteś, aby stać się kimś, kim nie jesteś.
- Nie, nie zrobię tego – w głosie Malwinki brzmiało przekonanie
- Choćby nie wiem ile cię to miało kosztować – odrzucenie, prześladowanie, samotność…
Malwinka skuliła się nieco na taką perspektywę – samotność jak samotność, ale odrzucenia, a zwłaszcza prześladowania zdecydowanie nie lubiła.
- Widzisz wydawało mi się, że jestem nieszczęśliwy z powodu samotności, ale w porównaniu z tym, co teraz czuję to była drobna niedogodność. Oddałbym wszystko żeby stać się znowu prawdziwym łabędziem - ledwo wypowiedział te słowa jego pióra stały się na powrót lśniąco białe, dziób czerwony, a duże błoniaste łapki czarne.
- Popatrz! Popatrz na swoje odbicie! – wykrzyknęła rozradowana Malwinka.
Łabędź znieruchomiał wpatrując się w wodę. Po czym rozłożył wielkie skrzydła, trzepocząc nimi rozpędzał się przez całą długość fosy aż w końcu wzbił się w powietrze. Zatoczył krąg nad głową dziewczynki. Nie była pewna, czy usłyszała ciche „pamiętaj” czy to tylko odgłos łabędzich skrzydeł w locie ją omamił. Szczęśliwa biegła do domu. „Nie zapomnę, Łabędziu. Nigdy nie zapomnę!” powtarzała w duchu.
sobota, 15 czerwca 2013
O edukacji i ludzkiej naturze słów kilka
W czasach kiedy pracowałam w liceum i przeżywałam wszystkie idiotyzmy, jakie zafundował nam MEN III RP (albo niedługo po tym) napisałam artykuł, który pozostał aktualny w swojej zasadniczej warstwie, choć nazwisko wspomnianego tam ministra edukcji dziś zdecydowanie inaczej się kojarzy...
Pochwała zdrowego rozsądku
Sądząc po wrzawie w mediach, jaka wybuchła po objęciu stanowiska ministra edukacji przez Romana Giertycha, można było dojść do przekonania, że głównym problemem szkoły polskiej jest zagrożenie „ideologizacją” oraz szerzeniem nietolerancji wobec „mniejszości seksualnych”. Trzeba było dopiero gdańskiej tragedii, żeby prawdziwe problemy, z jakimi boryka się nasze szkolnictwo wyszły na jaw i stały się przedmiotem bardziej rzeczowej debaty. Symptomatyczne, że Gazeta Wyborcza, która tak entuzjazmowała się „uczniowskimi” protestami przeciw Giertychowi teraz sama dostarcza argumentów na poparcie jego projektu.
Bardzo podobał mi się reportaż Marcina Markowskiego i Tomasza Patora „Kosze na głowie nie przejdą” w DF z 13.11. br. Jest to rozmowa Z Ewą Ćwikłą dyrektorką gimnazjum z łódzkiego Bronxu na temat metod radzenia sobie z trudną, zaniedbaną wychowawczo młodzieżą, stosowanych w jej szkole. Testy na narkotyki i alkohol, ścisłe współdziałanie z policją w przypadkach agresji wobec nauczycieli są po prostu koniecznością. Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak nieco ryzykowne kary za palenie – wypicie dawki oleju z pierwszego tłoczenia zaakceptowanej przez lekarza pediatrę i za przeklinanie – przełknięcie łyżeczki soli z pieprzem. Wielka musi być siła osobowości pani dyrektor skoro delikwent godzi się na to bez szemrania, bo przecież, gdyby odmówił nie byłoby sposobu, żeby go zmusić. Podobnie z dyżurnym sweterkiem i spódniczką z lumpeksu, w które muszą przebrać się zbyt wyzywająco wystrojone dziewczyny.
Przyciśnięta do muru pani Ewa Ćwikła wypowiedziała się pozytywnie o prawie wszystkich pomysłach ministra oświaty, co więcej większość z nich - jak np. zakaz używania komórek na lekcjach czy pokrywanie przez rodziców kosztów sprzętu szkolnego zniszczonego przez ich dzieci - już od dawna wprowadziła w życie. Miała jedynie zastrzeżenie do nazwy programu „Zero tolerancji” gdyż jak wyjaśniła cały system wychowawczy jej szkoły promuje tolerancję kibiców Widzewa wobec fanów ŁKS-u oraz zgodne współistnienie dzieci z Grabowej i Poznańskiej.
Jeśli metody stosowane w łódzkim gimnazjum wydały się komuś zbyt restrykcyjne i niezgodne z wymaganiami „nowoczesnej pedagogiki” to już na następnej stronie tego samego DF może przeczytać, jakie są oczekiwania samych uczniów wobec szkoły. Artykuł Wojciecha Staszewskiego „Chcemy szkoły z kratą” jest podsumowaniem ankiety przeprowadzonej przez autora w dwóch gimnazjach na Mazowszu. Wynika z niej dość jasno, że młodzież nie czuje się bezpiecznie w szkole, w której władza nauczyciela została zastąpiona terrorem młodocianych psychopatów. Zdecydowana większość domagała się zaostrzenia dyscypliny i to w stopniu zaskakującym dla samych dorosłych. Wielokrotnie powtarzały się postulaty wprowadzenia monitoringu w całej szkole, także w toaletach, oraz podsłuchu w klasach, żeby dyrektor był zorientowany, co się dzieje na lekcjach. Konieczność skutecznego wyeliminowania palenia, picia i używania narkotyków powracała prawie w każdej wypowiedzi, tak samo jak problem przemocy. Oprócz tego zdaniem młodych respondentów w szkole należało by zabronić używania wulgarnych słów, telefonów komórkowych, zwłaszcza z kamerami, noszenia petard, zapałek, zapalniczek, scyzoryków, wyżywającego stroju, przytulania i całowania się na przerwach oraz… znieważania nauczycieli. Bezradność tych ostatnich wydaje się młodzieży niepojęta. Można łatwo zrozumieć oburzenie uczniów, że nauczyciel ignoruje akty przemocy, których jest świadkiem, albo ogranicza się do powiedzenia „przestańcie”. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie ma on prawa interweniować czynnie tzn. np. rozdzielić walczących, co więcej, nie ma prawa się bronić, gdyby został zaatakowany. Pamiętając o tym nie dziwi postawa pedagogów, którzy nie chcą narażać się na śmieszność strasząc młodych chuliganów uwagą w dzienniku lub na agresję z ich strony. Bezkarność takich osobników również nie podoba się młodzieży. Proponowane kary to sprzątanie łazienki, czyszczenie klozetu (i to podczas przerwy, żeby musieli się wstydzić) oraz usunięcie ze szkoły. Równie ostrych kar jak np. wezwanie policji domagała się większość dziewcząt wobec chłopców zaczepiających je w wulgarny sposób. Co ciekawe spory procent młodzieży widział sens noszenia mundurków – zarówno jako sposobu niwelowania różnic w sytuacji finansowej jak i zapobiegania prowokowaniu strojem.
Szkoła idealna, zdaniem uczniów to taka, w której mogą czuć się bezpieczni, gdzie dzięki opiece dorosłych nie muszą stykać się przed czasem z najbardziej brutalnymi stronami życia. „Żadnego palenia, picia. Uczennice z warkoczykami, chłopcy nie naruszający ich prywatności” jak to wyraziła jedna z ankietowanych.
Czytając to wszystko nie mogę oprzeć się zdziwieniu jak w stosunkowo krótkim czasie na oczach wszystkich – władz oświatowych, nauczycieli i rodziców – szkoła polska zmieniła się na obóz dla biezprizornych kontrolowany przez nieletnie monstra. Liceum, do którego chodziłam w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, z cała pewnością nie było miejscem idealnym, ale mimo wielu przemilczeń i przekłamań w programie nauczania, można było uzyskać solidne przygotowanie do studiów wyższych i nie zetknąć się z większością wspomnianych wyżej zjawisk, a w każdym razie nie w tym nasileniu.
Pamiętam swój szok, kiedy podczas pobytu w Anglii na początku lat dziewięćdziesiątych oglądałam w telewizji państwowej program dla nauczycieli. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom patrząc na znerwicowanego trzydziestolatka w okularach bezradnie miotającego się po klasie, zaszczutego przez trójkę dziesięcioletnich łobuzów przewodzących grupie. Moi angielscy znajomi wyjaśnili lakonicznie, że tak właśnie wyglądają brytyjskie szkoły państwowe. Jak wyglądają postępowe, liberalne prywatne szkoły z internatem dowiedziałam się nieco później czytając wydaną w 1991 świetnie napisaną książkę Amandy Craig „A Private Place”.
Program wychowawczy opisanej przez autorkę placówki oparty był na nadzwyczaj wzniosłych zasadach jako to umożliwienie indywidualnego rozwoju każdej jednostce, popieranie samokształcenia, samodyscypliny i wewnętrznej motywacji. Szkoła stawiała sobie za zadanie zniesienie sztucznych barier miedzy nauczycielami i uczniami – wszyscy zwracali się do siebie po imieniu, między uczniami w różnym wieku – w internacie umieszczano w pokojach starszych z młodszymi oraz miedzy płciami – pełna koedukacja. Wszelkie sporty oparte na zasadzie rywalizacji były zabronione, działania sprzyjające nawiązywaniu kontaktów towarzyskich jak na przykład dyskoteki gorąco popierane. Wobec tych pięknych i słusznych założeń napis nad bramą - „Et In Arkadia Ego” – wydawał się w pełni uzasadniony.
Rzeczywistość jednak zdecydowanie odbiegała od programowej idylli. Uczniowie spontanicznie wytworzyli bardzo sztywną, praktycznie nie przekraczalną hierarchię. Zarówno chłopcy i dziewczyny dzielili się na pięć analogicznych warstw – elitę, wyższa i niższą klasę średnią, częściowo odrzuconych i odrzuconych. O przynależności decydowały często czynniki niedostrzegalne gołym okiem dla dorosłych jak na przykład brak odpowiedniego stylu, niewłaściwa etykietka na ubraniu, mała – zdaniem rówieśników - atrakcyjność fizyczna, nie rozwiedzeni rodzice, aspiracje intelektualne czy nie uleganie presji grupy w takich sprawach jak np. pokątny seks. Społeczność uczniowska miała swój własny kodeks moralny, który w pełni aprobował pastwienie się zarówno nad odrzuconymi jak nad nowymi uczniami. Starsi chłopcy spuszczali młodszych kolegów ze schodów w koszach na brudną bieliznę albo zawiązawszy im uprzednio oczy, okręcali dookoła, a następnie stawiali na parapecie otwartego okna na trzecim piętrze. Nie rzadkie było zmuszanie do praktyk homoseksualnych, często o charakterze sadystycznym. Kiedy zdarzały się ofiary śmiertelne zarówno nauczyciele jak i uczniowie zachowywali zgodne milczenie. Automatycznie orzekano samobójstwo, nie próbując nawet dociec prawdy. Unikanie skandalu za wszelką cenę było najwyższa normą. Dziewczęta nie skarżyły się na zaczepki i propozycje natury seksualnej. Bycie sexy wspomagało awans towarzyski, a konsekwencją odmowy, uważanej za złamanie jednego z ważniejszych niepisanych praw, było wykluczenie ze społeczności. Nauczyciele zdawali się tego nie dostrzegać, co więcej, celem zniesienia jakże sztucznych barier dostosowali się do poziomu uczniów i ich świeżych zainteresowań. Łacinnik np. wierszy Catullusa używał jedynie jako punktu wyjścia do zwierzeń ile razy w ciągu nocy doprowadza swoją żonę do orgazmu. Inni, żeby być bardziej cool zwracali się do odrzuconych przez grupę uczniów używając przezwisk autorstwa ich dręczycieli. Nikt np. nie pamiętał imienia ani nazwiska dziewczynki z wyjątkowo silnym trądzikiem znanej wyłącznie jako „craterface”. Nic dziwnego, że przestała mówić, inna również z klasy odrzuconych pariasów mogła posługiwać się tylko szeptem.
Wszyscy, nawet najbardziej uciemiężeni, zatajali prawdę przed rodzicami, którzy żyli w błogim poczuciu, że dzięki pieniądzom (czesne należało do najwyższych w kraju) ich dzieci przebywają w edukacyjnym raju. Zresztą skonfrontowani z rzeczywistością, nie byliby w stanie jej przyjąć, gdyż jak większość dorosłych, skutecznie wyparli swoje własne traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Wydaje mi się, że tylko taką zbiorową amnezją można wytłumaczyć niezwykłą popularność założenia, ze człowiek jest z natury dobry i nie potrzebuje żadnego wychowania tylko maksimum swobody, żeby się fantastycznie rozwinąć. Na szczęście autorka książki - Amanda Craig – jest wolna od tej przypadłości i dobrze zapamiętała swoje doświadczenia i obserwacje z lat siedemdziesiątych, kiedy to sama była uczennicą takiej właśnie liberalnej, postępowej szkoły.
Natura ludzka nie zależy od szerokości geograficznej i wszędzie na świecie jej ciemne strony najwyraźniej manifestują się u jednostek niedojrzałych, a potęgują się w grupach, silnie zhierarchizowanych, potencjalnie autodestrukcyjnych, równających w dół do poziomu najprymitywniejszego osobnika.
Nietrudno przewidzieć jak muszą zakończyć się eksperymenty ignorujące tę prostą prawdę, znaną każdemu człowiekowi z doświadczenia. Tym bardziej dziwi fakt, że wbrew zdrowemu rozsądkowi w naszym szkolnictwie zaczęto wprowadzać rozwiązania, które w krajach Europy zachodniej już dawno okazały się katastrofalne. Polska szkoła zaczęła się powoli przekształcać w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to jedną obłąkaną ideologię zamieniliśmy na jej bardziej niebezpieczną mutację. Przełykamy ją bezboleśnie, gdyż nierzadko stroi się w pseudo chrześcijańskie szatki. Pięknie brzmi, kiedy kurator młodego recydywisty apeluje do uskarżającej się nauczycielki o więcej ciepła i miłości dla tego biednego dziecka. Znacznie gorzej, kiedy to biedne dziecko gwałci koleżankę i tnie ją żyletką. Nie należy mylić chrześcijaństwa z naiwnością i głupotą. Nie ma miłości bez prawdy, a prawda o naturze ludzkiej głoszona przez Kościół i zbieżna z doświadczeniem każdego człowieka, raczej uwalnia nas od złudzeń w tej materii. Źle wychodzimy na imporcie ideologii, niezależnie od kierunku, z którego płyną. Potrzeba nam kontaktu z rzeczywistością i zwykłego zdrowego rozsądku i to nie tylko w szkolnictwie.
czwartek, 27 stycznia 2011
Dziś będzie o snach, prekognicji i intuicji
Większość snów jest obrabianiem tego, co przytrafia nam się na jawie. To zwykle mało przyjemne, ale czasem zyskujemy wgląd w istotę zjawisk, prawdziwą naturę napotykanych ludzi, ich stosunek do nas itp.
Są rownież sny zapowiadajace przyszłość choć ich znaczenie w pełni objawia sie dopiero, kiedy zapowiedziane zdarzenie następuje. Pamiętam doskonale obraz polskiej flagi z kirem i tłumy pogrążone w smutku widziane we śnie na długo przed śmiercią Jana Pawła II. Pamiętam podejrzanych ludzi w turbanach kryjących sie wzdłuż jakiejś swojskiej drogi - przed atakiem na World Trade Center.
Czasem, kiedy czekam na wynik pisemnego egzaminu albo rozpatrzenie podania w ważnej sprawie, śni mi się jakieś gremium pozornie zupełnie nie związane z tematem, podejmujące decyzje w sprawie zupełnie innej niż moja, ale tak się dziwnie dzieje, że jest ona całkowicie zbieżna z tą, o której wkrótce dowiaduje sie oficjalnie. To właściwie nie jest prekognicja tylko jakaś forma telepatii - ktoś coś postanawia w mojej sprawie, a ja jakoś to odbieram, zanim sam mi zakomunikuje.
Najdziwniejsze są sny,w których doświadczamy czegoś dobrego, z czym na jawie nigdy sie nie zetknęliśmy jak na przykład miłość, czułość i ta przedziwna słodycz. Skąd się biorą i po co? Nie można wyjaśnić ich doświadczeniem, prekognicją, telepatią czy intuicją. Moja teoria głosi, że to Bóg pociesza nas w ciężkich chwilach.
Są rownież sny zapowiadajace przyszłość choć ich znaczenie w pełni objawia sie dopiero, kiedy zapowiedziane zdarzenie następuje. Pamiętam doskonale obraz polskiej flagi z kirem i tłumy pogrążone w smutku widziane we śnie na długo przed śmiercią Jana Pawła II. Pamiętam podejrzanych ludzi w turbanach kryjących sie wzdłuż jakiejś swojskiej drogi - przed atakiem na World Trade Center.
Czasem jakiś głos coś obwieszcza lub tłumaczy. Wyraźnie pamiętam, jak ktoś powiedział mi, że moja babcia nie żyje. Po obudzeniu pomyslałam z ulgą, że to nieprawda, ale tego samego dnia przyszedł telegram zawiadamiajacy o jej śmierci. Pamiętam też dobrze sen, w którym stałam boso na rynku i wołałam do Boga. Moje modlitwy zamieniały sie w ptaki lecące prosto w niebo, a jakiś głos wyjaśniał mi, że one wszystkie tam trafiają.
Na ogól każdy ma swój własny repertuar symboli, które coś zapowiadają. Dla mnie najlepsze są: pies - życzliwi ludzie, jazda konna lub buty - fucha lub praca, ekskrementy - pieniądze, latanie - coś, co udaje się znacznie lepiej niż oczekiwałam.
Czasem, kiedy czekam na wynik pisemnego egzaminu albo rozpatrzenie podania w ważnej sprawie, śni mi się jakieś gremium pozornie zupełnie nie związane z tematem, podejmujące decyzje w sprawie zupełnie innej niż moja, ale tak się dziwnie dzieje, że jest ona całkowicie zbieżna z tą, o której wkrótce dowiaduje sie oficjalnie. To właściwie nie jest prekognicja tylko jakaś forma telepatii - ktoś coś postanawia w mojej sprawie, a ja jakoś to odbieram, zanim sam mi zakomunikuje.
Najdziwniejsze są sny,w których doświadczamy czegoś dobrego, z czym na jawie nigdy sie nie zetknęliśmy jak na przykład miłość, czułość i ta przedziwna słodycz. Skąd się biorą i po co? Nie można wyjaśnić ich doświadczeniem, prekognicją, telepatią czy intuicją. Moja teoria głosi, że to Bóg pociesza nas w ciężkich chwilach.
środa, 10 listopada 2010
Jeszcze o teorii gór lodowych
W poprzednim poscie umieściłam napisany onegdaj artykuł o torturowaaniu kobiet idiotycznym ideałem urody. Pozornie nie ma wiele wspólnego z teorią gór lodowych, a jednak...
Na zdrowy rozum, człowiek nie powinien kwestionować kształtu i rozmiaru swego ciała, zwłaszcza jesli jest zdrowe i dobrze mu służy. Skąd ta autodestrukcyjna niezgoda na własny wygląd? Nikt nie wpadłby na coś takiego, gdyby nie inni, którzy podsunęli mu chorą ideę: Powinieneś wyglądać nie tak jak wyglądasz tylko zupełnie inaczej. Przyznanie im racji (nawet częściowe) to rozpoczęcie beznadziejnej walki przeciw naturze, w której człowiek zawsze jest przegrany niezależnie od tego czy osiągnie swój absurdalny cel czy nie.
Pewnej analogii dostarcza nauka Kościoła o powołaniach, a ścislej ten jej fragment, który głosi, że zasadniczo są dwa: małżeństwo i kapłaństwo/życie konsekrowane. Jeśli ktoś nie łapie na jedną z tych opcji to znaczy, że coś jest z nim nie tak. I znowu zaczyna się beznadziejna walka, aby dopasować rzeczywistość do przyjętych z góry założeń.
Podobne zjawiska można zaobserwować w życiu publicznym - vide Gazeta Wyborcza pouczająca tubylczy naród jak bardzo jego tradycja jest głupia, anachroniczna i szkodliwa oraz dostarczająca "postępowych" idei, które nosi się na "europejskich" salonach.
Przyklady możnaby mnożyć.
Być może jest tak, że szarpiemy się z jakąś niemożnością tylko dlatego, że nie potrafimy zaakceptować rzeczywistości takiej jaka jest? Nie wiem. Gdzie przebiega granica miedzy tym, co możemy zmienić, a tym, co powinniśmy zaakceptować?
Nie ośmieliłabym się powiedzieć komuś bezdomnemu, albo wlaśnie wyrzucanemu na bruk, bo nie ma z czego zapłacić czynszu, "zaakceptuj to". Nie sądzę, że taki argument trafiłby do samobójcy, który nie ma pracy ani mieszkania ani żadnej nadziei na zmianę tego stanu rzeczy.
Na zdrowy rozum, człowiek nie powinien kwestionować kształtu i rozmiaru swego ciała, zwłaszcza jesli jest zdrowe i dobrze mu służy. Skąd ta autodestrukcyjna niezgoda na własny wygląd? Nikt nie wpadłby na coś takiego, gdyby nie inni, którzy podsunęli mu chorą ideę: Powinieneś wyglądać nie tak jak wyglądasz tylko zupełnie inaczej. Przyznanie im racji (nawet częściowe) to rozpoczęcie beznadziejnej walki przeciw naturze, w której człowiek zawsze jest przegrany niezależnie od tego czy osiągnie swój absurdalny cel czy nie.
Pewnej analogii dostarcza nauka Kościoła o powołaniach, a ścislej ten jej fragment, który głosi, że zasadniczo są dwa: małżeństwo i kapłaństwo/życie konsekrowane. Jeśli ktoś nie łapie na jedną z tych opcji to znaczy, że coś jest z nim nie tak. I znowu zaczyna się beznadziejna walka, aby dopasować rzeczywistość do przyjętych z góry założeń.
Podobne zjawiska można zaobserwować w życiu publicznym - vide Gazeta Wyborcza pouczająca tubylczy naród jak bardzo jego tradycja jest głupia, anachroniczna i szkodliwa oraz dostarczająca "postępowych" idei, które nosi się na "europejskich" salonach.
Przyklady możnaby mnożyć.
Być może jest tak, że szarpiemy się z jakąś niemożnością tylko dlatego, że nie potrafimy zaakceptować rzeczywistości takiej jaka jest? Nie wiem. Gdzie przebiega granica miedzy tym, co możemy zmienić, a tym, co powinniśmy zaakceptować?
Nie ośmieliłabym się powiedzieć komuś bezdomnemu, albo wlaśnie wyrzucanemu na bruk, bo nie ma z czego zapłacić czynszu, "zaakceptuj to". Nie sądzę, że taki argument trafiłby do samobójcy, który nie ma pracy ani mieszkania ani żadnej nadziei na zmianę tego stanu rzeczy.
sobota, 6 listopada 2010
Śmierć i dziewczyna
W naszych czasach natomiast wyrazistość metafory zaciera się, gdyż dla wielu piękność dziewczyny jest wielce wątpliwa a jej zachwyt nad sobą nieuzasadniony. To raczej androgyniczne, wysmukłe kształty śmierci, jak również modnie zbrązowiały kolor szczątków jej ciała znalazłyby uznanie w świecie mody i show biznesu. Jedynie twarz, a raczej to, co z niej pozostało, mogłaby razić nadmiarem ekspresji, a resztki włosów pewną nieregularnością. Gdyby jednak wyposażyć śmierć w głowę o nieco bardziej konwencjonalnej urodzie miałaby, bez wątpienia, przed sobą karierę top modelki.
Takie właśnie niepokojące połączenie wizerunku śmierci i dziewczyny dokonało się pod koniec ubiegłego wieku i stało się obowiązującym ideałem urody kobiecej reprezentowanym przez skrajnie wychudzone wysokie młode osoby biegające po wszystkich wybiegach świata. Ilekroć na nie patrzę nieodmiennie przychodzi mi do głowy opowiadanie Borowskiego „U nas w Auschwitzu” i mam ochotę dorzucić do listy atrakcji tego niezwykłego miejsca „A u nas w Auschwitzu to nawet pokazy mody dają!” To, że modelki przełykają bez mrugnięcia powieką wymagania w tak oczywisty sposób urągające estetyce i niebezpieczne dla zdrowia, można ewentualnie zrozumieć – pieniądze, jakie mają szansę zarobić w tym zawodzie są niebagatelne. Najdziwniejsze jednak jest, że rzesze kobiet niezwiązanych z branżą głodzą się i torturują swoje ciała w imię zbliżenia się do tego absurdalnego wzorca. Nie da się tego fenomenu wyjaśnić przesłankami natury estetycznej – widok wychudzonego do ostatecznych granic ciała ludzkiego przez skojarzenie ze śmiercią zawsze budzi odrazę i lęk. Najlepszym przykładem jest reakcja pewnego młodego robotnika, który brał udział w odkopywaniu zasypanych podziemi przemyskiej twierdzy po pierwszej wojnie światowej. On pierwszy natknął się na rosyjskiego oficera, który przebywał tam od niewiarygodnie długiego czasu bez jedzenia. Na skutek szoku wywołanego widokiem żywego kościotrupa, młody człowiek znalazł się w szpitalu psychiatrycznym.
Uzasadnienie filozoficzno – socjologiczne, że śmierć tak konsekwentnie pomijana milczeniem w naszej kulturze, przypomina o sobie w show biznesie poprzez podobne do szkieletów modelki i filmy pełne bezprzykładnego okrucieństwa, wydaje mi się nieco naciągane. Znacznie bardziej przekonywujące jest wyjaśnienie natury obyczajowej – moda dla kobiet tworzona jest przez homoseksualnych projektantów. Trudno się dziwić, że odmienność kobiecego ciała nie inspiruje tych panów - ich ideałem urody jest chłopiec w wieku pokwitania.
Istnieje jeszcze aspekt ekonomiczny zjawiska – przymus ciągłego odchudzania to żyła złota. Zważywszy, ze żadna kobieta nie wygląda jak młody chłopiec, wszystkie są potencjalnymi klientkami. Na myśl ile zarabiają na tej zbiorowej histerii producenci pigułek i kremów odchudzających, właściciele fitness klubów, autorzy diet–cud, wytwórcy magicznych pałeczek do ćwiczeń i wkładek do obuwia kręci mi się w głowie. Co więcej panie, którym udaje się osiągnąć stopień wychudzenia bliski ideału więdną przedwcześnie i znowu można na nich zarobić oferując im kremy liftujace i zabiegi chirurgiczne. Osobiście jestem przekonana, ze pieniądze są kluczem do problemu. Popadające w anoreksję nastolatki a nawet ofiary śmiertelne tego zbiorowego szaleństwa nikogo nie wzruszają – w biznesie nie ma sentymentów.
Tym bardziej cieszą nieliczne głosy rozsądku usiłujące się przebić przez tę kampanię nienawiści do własnego ciała. Niektóre brzmią wręcz humorystycznie lękliwie próbując uzasadnić rzeczy oczywiste. Nie zapomnę artykułu, który onegdaj ukazał się w pewnym piśmie kobiecym. Prezentował trzy bardzo zgrabne i urodziwe panie noszące rozmiary 40,42 i 44. Autorka dość niepewnie przekonywała, że one TEŻ mogą ładnie wyglądać i podobać się. Owo tragikomiczne TEŻ ubawiło mnie serdecznie. Dlaczego ładne, proporcjonalnie zbudowane kobiety miałyby się nie podobać normalnym mężczyznom? A poza tym jaki inny rozmiar można nosić przy wysokim wzroście? Chyba tylko większy!
Kobiety nie przypominające szkieletów znalazły się w sytuacji Calypso z opowiadania Karen Blixen ”Potop w Norderney”. Ta młoda piękna dziewczyna wychowywała się na zamku swego wuja hrabiego Serafina, któremu sama myśl o kobiecości sprawiała przykrość i budziła zwątpienie. Był zdania, że żadna kobieta nie może nigdy dostać się do nieba, pełnego - w jego przekonaniu - nadobnych młodzieńców odzianych w przezroczyste szaty przechadzających się parami i recytujących jego wiersze do jego własnej muzyki. Wyobrażał sobie, że jest opatem wytwornego zakonu, do którego mieli dostęp tylko młodzi wysoce utalentowani, urodziwi zakonnicy szlachetnej krwi i dobrych manier. Hrabia tolerował siostrzenicę dopóki była dzieckiem, miał nawet nadzieję przerobić ją na chłopca. Kiedy mu się to nie udało odwrócił się od niej ze wstrętem i unicestwił swoja pogardą. Także żaden z młodych faworytów nie śmiał spojrzeć w jej stronę w obawie, ze zostanie uznany za nieokrzesanego prostaka i bezguście znajdując upodobanie w czymś tak odrażającym jak kobieta. Zdesperowana Calypso postanowiła obciąć swoje piękne długie włosy i odrąbać młode, krągłe piersi, aby przystosować się do otoczenia. Przed wykonaniem owego koszmarnego zamysłu uratowało ja odkrycie schowanego na strychu obrazu. Była to scena mitologiczna pełna silnych, zdrowych, nagich ciał – fauny i satyry uganiały się za nimfami pod okiem Dionizosa. Widok istot zbudowanych tak jak ona, podziwianych i adorowanych pomógł jej zaakceptować własną kobiecość, a nawet zachwycić się nią.
Przez kontrast szczupła, późnogotycka Ewa Tilmana Riemenschneidera o spadzistych, wąskich ramionach i drobnych piersiach wygląda jak zamorek, choć i ona ma zdecydowanie kobiece kształty i wychudzona nie jest.
Nie wszyscy współcześni flamandzkiego mistrza podzielali jego upodobania. Wenus z lustrem Diego Velazqueza reprezentuje zupełnie inny typ urody.
Wielki Hiszpan nie sięga ani do antyku ani do gustów epoki. Po prostu maluje swoją modelkę – niezwykle zgrabną kobietę o szczupłej talii i szerokich biodrach – wiernie i przekonywująco.
Ten krótki przegląd kończę przepięknym aktem Amadeo Modigliani’ego. Bujność kształtów modelki z całą pewnością nie szkodzi jej wspaniałej urodzie.
Nie wdając się w szczegółowe rozważania na temat ideału urody kobiecej w poszczególnych epokach, chciałabym zwrócić jedynie uwagę, że żadne mody czy preferencje w przeszłości nie dzieliły tak drastycznie kobiet na kategorie jak obecnie. Szczupła Wenus z lustrem Velazqueza była równie uprawniona jak bujne piękności Rubensa czy nieco zmęczona Hendrickje Stoffels pozująca Rembrandtowi do Betsabe. Modelkami Modigliani’ego bywały panie o bardzo różnych rozmiarach i zapewne ani on sam ani nikt z jego współczesnych nie uzależniał ich atrakcyjności od wagi.
W naszych czasach natomiast linia podziału jest ostra i jasna, określona co do centymetra i kilograma. Po jednej stronie tzn. do rozmiaru 38 (10 według numeracji angielskiej) są panie szczupłe tzn. atrakcyjne po drugiej „puszyste” .cokolwiek to miałoby oznaczać (puszyste mogą być włosy, sierść, ciasto albo śnieg, nigdy człowiek). Język polski dysponuje całym bogactwem nie obraźliwych przymiotników na określenie osoby korpulentnej jak na przykład pulchna (wywodzące się od łacińskiego pulchra – piękna) czy tęga (o równie pozytywnych konotacjach np. tęga głowa, tęga mina, tęgie zdrowie). Poza tym kobiety noszące rozmiary 40, 42 czy 44 – zwłaszcza przy wysokim wzroście – mają najzupełniej normalne proporcje i nikt przy zdrowych zmysłach nie zaliczyłby ich do tęgich.
Chciałam również zauważyć, że określenie „zgrabna” nie oznacza chudości tylko proporcjonalną budowę i może dotyczyć osób o sporej tuszy o ile jest harmonijnie rozłożona. Wdzięk i powab natomiast charakteryzuje każdego, kto dobrze czuje się we własnym ciele, czego najlepszym przykładem są bardzo nieraz okrągłe kobiety afrykańskie poruszające się z niezrównaną gracją. Podobnie jak modelkom dawnych mistrzów nigdy nie przyszło im do głowy kwestionować kształtu swego ciała. Ich problemem jest przeżycie - zdobycie pożywienia, urodzenie zdrowych dzieci i wykarmienie ich. Taka perspektywa ustawia wszystko inne we właściwych proporcjach.
Bolączką naszej cywilizacji jest poszukiwanie jakiegoś abstrakcyjnego szczęścia w oderwaniu od codzienności. Z niepojętych przyczyn wierzymy, że owo nieuchwytne szczęście jest bardziej dostępne chudym. Głodzimy się więc niemiłosiernie coraz bardziej nieszczęśliwe, bo pastwiąc się nad własnym ciałem czy odcinając od niego pozbawiamy się zdolności odczuwania prostych przyjemności jak np. smaczny posiłek. Ciało w naszej kulturze stało się wrogiem, z którym się walczy, źródłem nieustannej frustracji lub towarem eksploatowanym w filmach porno lub magazynach dla panów.
Warto sobie uświadomić, że natychmiastowe skojarzenie nagości z pornografią jest smutnym skrzywieniem naszych czasów. W starożytności nago przedstawiano przede wszystkim bogów i herosów. W sztuce chrześcijańskiej nagość pierwszych rodziców w raju i nowo narodzonych dzieci oznaczała niewinność. Miała również swój aspekt eschatologiczny – w licznych przedstawieniach sądu ostatecznego prawdę o zmartwychwstaniu ciała obrazują nagie ludzkie postacie powstające z grobów. Michał Anioł nie wahał się umieścić tłumu nagich, atletycznych ciał na ścianie ołtarzowej Kaplicy Sykstyńskiej. Draperie zasłaniające ich łona i co bardziej wypięte pośladki dodano po jego śmierci.
Wypada pozazdrościć tak pozytywnego i naturalnego stosunku do własnej cielesności. Można się do niego nieco zbliżyć uświadamiając sobie, że dążenie do absurdalnego ideału lansowanego przez pop kulturę nie przyniesie nam szczęścia ani nie doda atrakcyjności – wręcz przeciwnie! Nie dajmy się zwariować!
Subskrybuj:
Posty (Atom)














