Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewangelia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewangelia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 sierpnia 2025

O demonach ukraińskich i straszeniu wiernych "egoizmem"

Pierwsza niedziela miesiąca i demony dostały pierdolca. W mieszkaniu do wynajęcia nade mną tłuką się od wczoraj wieczorem. Dziś apogeum. Siedzę w słuchawkach ochronnych do młota pneumatycznego czy innej wiertary. Drgań nie wygłuszają, więc dalej słyszę jak dziatwa ukraińska roznosi wśród dźwięków instrumentu muzycznego nieszczęsny lokal po sąsiedzie-alkoholiku.

W mieszkanku-premium, tuż za ścianą, życie towarzyskie młodzieży ukraińskiej dobrze sytuowanej. Pety wyrzucane prosto z balkonu do wypieszczonego ogródka sąsiadki z parteru. Ukraińcy z mieszkania na przeciwko palą pod bramą i najpierw zostawiali tam swoje niedopałki. Potem pojawił się słoik, który szybko się napełnił i nikt nie kwapił się go wynieść, choć do kosza na śmieci dosłownie kilka kroków. Obecnie wisi kartka, żeby po sobie sprzątać...

Kazanie ojca Dariusza OSPPE bardzo mnie wchrzaniło. Zamożny człowiek, któremu obrodziło pole i uznał, ze jest zabezpieczony do końca życia został przez paulina potępiony za "egoizm", bo nie pomyślał o "drugich"!!! Zamożni ludzie, proszę ojca, cały czas myślą o "drugich" - mianowicie jak ich użyć. Czy ojciec naprawdę myśli, że bohater ewangelicznej przypowieści nie karmiłby ze swego dostatku własnej rodziny i domowników? Kto by na niego pracował, kto by go bronił w razie napadu?!!! Kogo by chędożył, gdyby go naszła ochota?!!! 

Problem z nim polegał na tym, że chciał się uniezależnić od Boga, zabezpieczyć przed jego nieprzewidywalnością. Niestety, wszyscy mamy ten problem, choć nie każdemu pole tak obradza. Ubodzy umierają z lęku przed przyszłością, bo zdani są wyłącznie na Boga, który może wszystko dać i wszystko zabrać. Bogaci próbują sami zadbać o swoją przyszłość. W dzisiejszym czytaniu Bóg pokazuje jednemu z nich, kto tym interesem rządzi i ile warte są ludzkie zamysły niezgodne z jego wolą. W większości wypadków jednak bogaci kwitną, a ubogiemu zabierana jest nawet ta odrobinka, którą ma.

Nie chodzi o żaden "egoizm", tak bardzo umiłowany w kazaniach, tylko o zgodę człowieka na to, żeby to Bóg był Bogiem. O tym jest cały Stary Testament, a i nowy w większości. To jest najtrudniejsze, bo brak zaufania wzmacniają złe doświadczenia i liczne rozczarowania...

Straszenie "egoizmem" całkowicie immunizuje słuchaczy na przesłanie Ewangelii. To porównywalne z używaniem pałki "antysemityzmu", "rasizmu" i innych "fobii" w debacie publicznej. Nie znaczy dokładnie nic.














czwartek, 24 lipca 2025

O źle zaadresowanym liście kardynała Rysia

 

Kardynał Ryś przekracza granicę (po raz kolejny)

Czy kardynał może być debilem? Zdecydowanie nie powinien! A jeśli nie jest, dlaczego używa debilnych argumentów w swoim liście do wiernych diecezji łódzkiej? Może ich uważa za debili?

Cały jego wywód o prawie każdego człowieka do osiedlania się gdzie chce można obalić prostym spostrzeżeniem, że ludzie wpychani przez Niemców do Polski przez zachodnią granicę NIE CHCĄ SIĘ TU OSIEDLIĆ!!! ONI CHCĄ DO NIEMIEC!!! Wasza Eminencjo kardynale Rysiu, list jest źle zaadresowany, powinien trafić do: Bundeskanzler Merz. Jego proszę pouczać o tym fundamentalnym prawie człowieka, o którym nie słyszeli ojcowie Kościoła, ani ich następcy przez ostatnie 2000 lat.

Wszycy sie zgadzamy, że nieuzasadniona przemoc jest zła. Jak Wasza Eminencja nie zobaczyła piętrowej przemocy w działaniu niemieckiego rządu i jego służb, na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą!!! Najpierw ściągają - przy pomocy kłamstw - z upadłych krajów Afryki i Azji mężczyzn w wieku poborowym. Następnie wciskają tych ludzi - wbrew ich woli - do sąsiednich krajów wbrew woli ich mieszkańców!

Rozumiem, że Wasza Eminecja ma gdzieś los miejscowej, mniej wartościowej ludności, zwłaszcza najsłabszych - kobiet i dzieci. OK. Żyję na tym świecie wystarczajaco długo, że to mnie nie dziwi. Jednak powoływanie się na Ewangelię jest w tym przypadku ryzykowne, gdyż zawiera ona zasadę ordo charitatis w interpretacji samego Jezusa "niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i dać go psom"

Przypominam, że słowa skierowane były do Syrofenicjanki, kobiety obcego plemienia, która prosiła o uwolnienie córki od dręczącego ją złego ducha.

sobota, 26 kwietnia 2025

Przy okazji pogrzebu papieża Franciszka o przesłaniu Ewangelii.

Obejrzałam kilka relacji z pogrzebu papieża Franciszka raczej pobieżnie. Trafiłam m.in. na rozmowę z ks. prof. Kobylińskim https://youtu.be/m2bbzQlb5uQ prowadzoną przez jakiegoś czowieka z Wirtualnej Polski. Nie będę jej tu streszczać (dla zainteresowanych link powyżej), skupię się na mantrze liberalno - lewicowych mediów o mniemanym konflikcie przeslania Ewangelii z konserwatywną, hierarchiczną wizją Kościoła, gdyż nieuchronnie i w tym materiale padła z ust prowadzącego.

Panie redaktorze brodaty, o przesłaniu Ewangelii nie masz bladego pojęcia, z tej prostej przyczyny, że jej nigdy  nie czytałeś, bo gdybyś czytał zwrócił byś uwagę jak Jezus zwraca się do ludzi spoza swojego plemienia. Syrofenicjankę proszącą o uleczenie córki dręczonej przez złego ducha porównuje do psa, Samarytance wypomina pięciu mężów, którzy w sumie nie byli jej mężami itp.

Na podstawie samej lektury Ewangelii nigdy nie odważyłabym się zwrócić z czymkolwiek do Jezusa w obawie, że albo zostane zignorowana albo usłyszę coś podobnego... O miłości Boga do człowieka, którego stworzył, wiem z nauki Kościoła rozwijanej przez 2 tys. lat, zawierajacej także doświadczenia mistyków obu płci i różnych narodów...

Bez sprawdzania w tekście przypominam sobie tylko jednego czlowieka, na którego Jezus spojrzal z milością. Był to bogaty młodzieniec, który przez całe życie zachowywal przykazania. Mistrz z Nazaretu spojrzał na niego z miłością, ale natychmiast ustawil mu wyżej poprzeczkę - "sprzedaj wszystko, co posiadasz i idź za mną". Tej próbie chłopak już nie sprostal i odszedł zasmucony...

Kobietę pochwyconą na cudzołóstwie Jezus ratuje przed ukamienowaniem, ale każe jej od tej pory już nie grzeszyć... Zacheusz sam się ofiaruje, że wszystkim, których skrzywdził wynagrodzi poczwórnie, zanim Jezus go do tego zobowiąże...

Jezus sam o sobie mówi, że został posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela, tym samym wykluczająć całą resztę ludzkości - nie tylko osoby transpłciowe, transgatunkowe i Bóg wie jeszcze jakie  - ale nas wszystkich: Europejczyków, Azjatów, Afrykańczyków, Indian, Austalijczyków, Maorysów i Eskimosow ("goyim" jak mówią Żydzi).Do głoszenia Ewangelii wszystkim narodom  zobowiązuję uczniów dopiero po Zmartwychwstaniu...

Wszystkie teksty jak to Jezus wszystkich akceptuje takich, jakimi są i nie stawia żadnych wymagań, na pewno nie sa wzięte z Ewangelii, tylko jej specyficznej interpretacji.

Zarówno język jakim Jezus zwraca się do uczonych w Piśmie (groby pobielane, plemię żmijowe) i jego akcje w stylu wyrzucenia kupców ze Świątyni nijak mają się do jego liberalno-lewicowej karykatury, za pomocą której zawstydza się katolików i oskarża o brak "chrześcijańskiej miłości"...

Jezus ewidentnie nie był miłym, bezkonfliktowym czlowiekiem. Sam zresztą mówi o sobie, że nie przyniósl pokoju, tylko miecz... Naraził się  możnym tego świata i zrobili mu pokazowy mord sądowy, zgodnie z tradycją swoich ojców, którzy zabijali proroków... Ich potomkowie zaś już sami nie wiedzą jakie kłamstwa propagować - podważać historyczność Jezusa, jego Zmartwychwstanie czy też zawstydzać wiernych przesłaniem  Ewangelii, które sami wymyślili nie czytając tekstu źródłowego...



 

sobota, 5 października 2024

Odkrywam grafikę komputerową

Do 2000 roku miałam nadzieję, że cale to szaleństwo komputerowe skończy sie równie szybko, jak się zaczęło i odpłynie w niebyt. Ponieważ tak sie nie stało, nauczyłam się komputer obsługiwać i pod koniec 2001 kupiłam. Najbardziej ucieszył mnie w nim program Paint. Tworzenie rysunku jeżdżąc myszką po biurku (zamiast ołówkiem, piórkiem czy pędzlem po kartce papieru) było na początku wyzwaniem. Nie miałam pojęcia, że można mieszać kolory czy zmieniać grubość kreski. Na pierwszych grafikach to widać:

Weronika z chustą
Żona Piłata "Nie miej nic do czynienia z tym sprawiedliwym..."
Piłat nie wie co myśleć
Stopniowo się uczyłam możliwości programu

Maria i wyraźnie zdenerwowana Marta
"Łazarzu wyjdź z grobu"
Maria Magdalena i mężowie w bieli
Syrofenicjanka
Patrząc na krzyż

Najbardziej zaskakująca była tematyka tych pierwszych grafik: Ewangelia, Księga Rodzaju i moje własne przemyślenia o życiu, miłości i śmierci, które zresztą opublikowałam na tym blogu.

Po pewnym czasie wróciłam do "tradycyjnych" cyklów rysunkowych, które trzaskałam całe życie. Jakaś postać zainspirowana literaturą bądź filmem nabierała życia i stawała się początkiem dłuższej sagi. Jej bohaterowie tajemniczo "usamodzielniali" się i zaczynali zachowywać w nieoczekiwany sposób, podobnie wątki - główne schodziły na plan dalszy, a poboczne nadzwyczajnie się rozwijały.

Grafika komputerowa nadaje sie do tego rewelacyjnie. Konieczność kadrowania,  przez to ograniczania się do tego, co najważniejsze. Łatwość sensownego zakomponowania kadru, nieskończona możliwość poprawek, a także uzupełniania obrazu tekstem. To był kolejny nowy kontynent w mojej podróży palcem po mapie:
Wystarczy kawałek konia...
Nawet całe głowy nie muszą się zmieścić...
Tak łatwo dodać odpowiednie tlo...
Niestety tekst w programie Paint bardzo trudno poprawić, toteż pełno w nim błędów...
Niektórych obrazków nie zapisałam bez tekstu...

Próbowałam też rysować z natury - autoportret z filtrem i bez:

Program Fresh Paint Samsunga (na laptopie kupionym w 2013) daje możliwości imitowania akwareli, pasteli i farb olejnych i może własnie dlatego nie stał się tak silnym twórczym impulsem jak poczciwy Paint, który nie udaje, że jest czymś innym niż jest. Wszystkie techniki tradycyjne można uprawiać tradycyjnie bez psucia oczu, toteż w programie Fresh Paint właściwie tylko obrabiałam "półprodukty"
Miś i foczka jako "obraz olejny"
"Pastel"

Akwarele poprawiałam tez w programie Paint:
Skan "surowej" akwareli
poprawiony w programie Paint
poprawiony w programie Fresh Paint "na olejno"

Windows 10 i 11 proponują użytkownikom grafikę 3D, ale tam nie można tworzyć nowych postaci, tylko posługiwać sie gotowymi, toteż nie wciągnęło mnie to:








sobota, 27 kwietnia 2024

Cud jako "social embarrassment"

Nie wiem dlaczego, ale przypomniało mi się pewne zdarzenie z przed ponad 20 lat, którego byłam świadkiem w kościele św. Wojciecha we Wrocławiu. Musiały to być święta Bożęgo Narodzenia albo Wielkanocy, bo w kościele było sporo ludzi, których się tam zwykle nie widywało. Niektórzy prawdopodobnie  przychodzili kilka razy do roku, a inni zapewne przyjechali w gości do rodziny i wspólnie z gospodarzami wybrali się na mszę.

Siedziałam jak zwykle po lewej stronie prezbiterium stosunkowo blisko ołtarza w czwartej ławce albo nawet bliżej. W pewnym momencie moją uwagę zwrocił glośny szloch i jakieś poruszenie w sąsiedniej ławce. Mocno starszy pan płakał, a towarzysząca mu kobieta (też starsza) dość zażenowana dopywała się co mu się stało. Przypuszczalnie chciala go uspokoić, bo czuła, że zwracają na siebie uwagę. Mężczyzna jednak nie dawał się spacyfikować, gdyż najwyraźnie doświadczył czegoś niezwykłego, więc wszelkie konwenanse miał chwilowo gdzieś.

Kiedy podszedł do komunii i ukląkł przy balaskach (wtedy jeszcze ich nie usunięto!) powiedział do zbliżajacego się z najświętszym sakramentem zakonnika "Ojcze ja widzę!". Ten chyba nie zrozumiał i wziąłszy go za nieszkodliwego wariata, zrobił mu krzyżyk na czole w geście błogosławieństwa.

Dalszą część tej historii znam z relacji owego sceptycznego zakonnika, którego imienia nie podam, bo nie wiem czy by sobie tego życzył. Otóż starszy pan udał się po mszy do zakrystii, aby opowiedzieć, że - ni mniej ni więcej - tylko właśnie odzyskał, utracony przed laty, wzrok (na skutek choroby, o ile dobrze pamiętam)!!!

Słowa o koniecznośći przebaczania, które usłyszał na kazaniu uświadomiły mu, że ciągle nie wybaczyl jakiejś dawnej krzywdy. Niestety nie pamiętam co to było. Poruszony do głębi postanowił odpuscić swemu krzywdzicielowi i dokładnie w tym momencie przejrzał. (Nie jestem pewna, czy bł. Czesław, którego trumna znajduje w bocznej kaplicy, nie odegral w tym jakiejś roli).

Nie pamiętam tego kazania, ale kaznodzieja sam przyznał, że nie miał czasu się przygotować, bo przyjechali do niego znajomi i oprowadzal ich po Wrocławiu. Powiedział więc to, co mial najbardziej przemyślanie i co najbardziej czuł. Jego słowa trafiły do serca człowieka, który być może przypadkiem trafił na tą mszę i stał się najprawdziwszy cud! Taki cud cud, o jakich czytamy w ewangeliach. Tylko w przeciwieństwie do świadków cudów Jezusa, którzy albo wielbili Boga albo padał na nich blady strach, w tym przypadku wierni obecni na mszy po prostu taktownie zignorowali dziwne zachowanie starszego Pana i zupełnie nie byli ciekawi, co mu się przydarzyło, a człowiek ewidentnie chciał się tym podzielić!

Wyobraźcie sobie kogoś chodzącego po wodzie albo wskrzeszającego umarłych. W najlepszym wypadku wszyscy udawaliby, że tego nie widzą, a w najgorszym zostałby zwinięty przez policję jako zagrożenie dla porządku publicznego. 

Przypomina mi się kawał o psie myśliwskim, który umiał chodzić po wodzie. Jego właściciel nie wiedział, co o tym myśleć, więc zaprosił znajomego na polowanie. Pies biega po wodzie aportując ustrzelone kaczki w tę i wewtę, a kolega nic. W końcu własciciel pyta, czy nie zauważył czegoś dziwnego w zachowaniu jego psa. "Owszem, to bydle nie umie pływać..." odpowiedział z niesmakiem.

Zważywszy ten rodzaj nastawienia, którym nasiąkamy od kolebki - że cuda sie nie zdarzają, a te, o których czytamy w starożytnych tekstach należy rozumieć metaforycznie - po prostu nie zarejestrowalibyśmy cudu, nawet, gdyby zdarzył się nam pod nosem. Nie chcielibyśmy go widzieć! Zdecydowalibyśmy nie przyjąć do wiadomości...

P.S.

Pewien mój kolega z pierwszej pracy, który został protestantem (obawiam się, że z niewłaściwych przyczyn) opowiedział mi taki oto dowcip: Jezus idzie po wodzie, więc apostołowie za nim, bo też by chcieli i oczywiście zaczynają tonąć (choć jako rybacy zapewne umieli dobrze pływać). Jezus odwraca się więc i pukając się w czoło mówi "po palach, idioci, po palach"

Nie wiem z jaką intencją ów człowiek opowiedział ten dowcip. Chciał mnie zgorszyć czy zaprezentować "protestancki punkt widzenia" na cuda? Obawiam się, że Kościól Katolicki także zmierza w tę stronę...

Papieżu Franciszku, hierarchowie i postępowi teologowie nie idźcie tą drogą! Cuda się zdarzają! Sama widziałam!

czwartek, 11 listopada 2021

"Nie rzucajcie swych pereł przed świnie...

...by ich nie podeptały nogami i obróciwszy się nie poszarpały was samych" (Mt 6,7)

Kolejne słowa Jezusa, które pozwalam sobie zadedykować wzmożonym rodakom i współwyznawcom.Dlaczego akurat te? Oto znaleziona za pośrednictwem konta Agnieszki Siewiereniuk na portalu poranny.pl relacja ze szpitala na Podlasiu, gdzie trafiają "migranci umierający na granicy":

Okazuje się, że nie tylko nie doceniają starań lekarzy, ani pielęgniarek, ale na dodatek robią dodatkowe problemy. Tak było w jednym ze szpitali, gdzie trafiła kobieta wraz z synami. Obydwaj nie byli pełnoletni. Starszy miał około 14 lat, młodszy około 9 lat. Pracownicy szpitali nie mają pewności co do tego, ponieważ migranci przewożeni są bez dokumentów, więc orientacyjny wiek oceniany jest na miejscu. W każdym razie, w tej podlaskiej placówce medycznej doszło niedawno do incydentu, w którym kobieta została pobita przez własnych synów.- Musieliśmy zabrać tę kobietę na dodatkowe badania. I jak to czasami bywa, trochę to trwa. Jak ją przywieźliśmy z powrotem, podszedł starszy syn, krzyczał na nią. Nawet nie patrzył, że są obok inni ludzie. Kobieta coś próbowała tłumaczyć, pokazywała rękami miejsce, do którego ją zabieraliśmy na badania. Potem syn ją mocno uderzył w twarz, a młodszy podszedł i jeszcze poprawił. Później ten starszy w stronę personelu szpitala coś mówił głośno, odpychał kiedy chcieliśmy pomóc jeszcze raz tej kobiecie. Ale ona już sama nas odepchnęła. Tak zrozumieliśmy z tej sytuacji, że synom nie spodobało się, że matka oddaliła się bez pozwolenia – opowiada pracownik szpitala

- Przywieźliśmy jedzenie pacjentom. To był szok patrzeć, jak kobieta, którą do nas przywiozła Straż Graniczna, popatrzyła tylko na talerz, a potem wzięła, wyrzuciła wszystko na podłogę i jeszcze potem o to rozbiła talerz. Człowiek normalnie nie wie jak ma się zachować w takiej sytuacji. Krzyczała coś do nas ta kobieta, potem się odwróciła i w ogóle nie podejmowała kontaktu. Była obrażona na wszystkich. Dwa razy taka sytuacja się zdarzyła w naszym szpitalu – opowiada pracownik kolejnej placówki medycznej z naszego regionu.

- Mogę powiedzieć tak. Ci ludzie w ogóle nie szanują tego, że chcemy im pomóc. Owszem, kiedy do nas trafiają, to zawsze na początku jest tak samo. Pokazują, gdzie i co im boli, gdzie są rany, niektórzy jęczą, albo udają wręcz umierających. I fakt, niektórzy pacjenci są w poważnym stanie. Może nie umierający, ale w poważnym stanie. Tylko, że jak dojdą trochę do siebie, to jest agresja, pogardzanie, rzucanie jedzeniem się zdarza. Bardzo trudno się pracuje z takimi ludźmi. Bardzo ciężko. Bo my chcemy im pomóc. Po to jesteśmy. Nie oczekujemy, żeby ktoś nam dziękował w pas za to, co robimy, ale też nie oczekujemy agresji, ani pogardy. A z tym mamy często do czynienia. Jak mam powiedzieć szczerze, to kobiety są gorsze od mężczyzn pod tym względem – przekazuje kolejna osoba z tego samego szpitala, co rozmówca powyżej.

Pracownicy szpitali prosili, aby poinformować szerzej opinię publiczną o tym co ma miejsce. Bo aktualnie w placówkach medycznych i tak sytuacja ogólnie jest bardzo trudna z powodu epidemii koronawirusa. Brakuje personelu, brakuje rąk do pracy. Wszyscy są zmęczeni i przynajmniej w związku z tym jest takie oczekiwanie, aby tej pracy dodatkowo nikt im nie utrudniał.
Cóż, drogi czytelniku, co byś zrobił widząc którąś z opisanych sytuacji? Mnie by musieli odciągać od pacjentki rzucającej jedzeniem i talerzami siłą, bo bym babsztyla utłukła gołymi rękami. Próbuję sobie wyobrazić, co by zrobił mój ojciec, gdybym w wieku 14 lat podniosła rękę na matkę. Z dużym prawdopodobieństwem by mnie zabił. Tak, mój dobroduszny i łagodny tata, który tydzień cierpiał po zabiciu karpia na wigilię, nie zniósł by czegoś tak przeciwnego naturze, jak bachory okładające rodziców.

Jest jeszcze jeden aspekt sytuacji, który wzmaga mój gniew na tych bezczelnych oszustów i ich debilnych obrońców. Właśnie jestem nieubezpieczona, bo moja ostatnia umowa-zlecenie skończyła się 30.09., a potrzebuję antybiotyku działającego jednocześnie na układ moczowy i zatoki jak np. cipronex (środki domowe i dostępne bez recepty już nie działają). Nie mogę skorzystać z państwowej służby zdrowia, a jeśli pójdę odpłatnie zabulę kupę kasy za wizytę i receptę na 100%. Kiedy więc dowiaduje się, że członkowie nachodźczej armii Łukaszenki i Putina są leczeni za darmo, na koszt polskiego podatnika, i jeszcze ośmielają zachowywać tak, jak w powyższej relacji, krew mnie po prostu zalewa.

"Niedobrze jest odebrać chleb dzieciom, a dać go psom" - mówi Pan Jezus do Syrofenicjanki, a ja od siebie dodam: zwłaszcza jeśli to są wściekłe psy, albo trenowane do ataku (na owe dzieci).

Otoka-Frąckiewicz zamieścił na swoim koncie wywiad z irackim chrześcijaninem, który mówi, że ichniejszy rząd zaproponował osobom koczującym w lasach przy granicy Białorusi z Polską i Litwą  oraz ulicach Mińska bezpłatny bilet na powrót do kraju, a oni.... odmówili!!! Znając ryzyko, widząc "straszliwe cierpienia" swoich dzieci, nie uznali propozycji bezpłatnego powrotu do domu za godną rozważenia! "Uchodźcy"! Każda kłamliwa jaczejka, która ich tak nazwie powinna bulić milionowe kary za celową dezinformację, co w warunkach wojny hybrydowej należałoby traktować śmiertelnie poważnie.

Gdyby postawiono mnie na granicy razem ze strażą graniczną i wojskiem, pierwsza strzeliła bym do oprychów niszczący ogrodzenie (mam słabe nerwy), gdyby (przezornie) odebrano mi broń, przynajmniej sporządziłabym bicz ze sznurów i pogoniła ich małe, wredne, a oszukliwe pomioty i ich roszczeniowe matki. Obrazek byłby wprawdzie nieładny, ale ulga znaczna.

Na koniec pogubionej dyplomacji watykańskiej, która rżnie głupa na arenie międzynarodowej i rodzimym hierarchom, którzy stracili kontakt z rzeczywistością, dedykuję słowa funkcjonariusza białoruskiej telewizji reżimowej skierowane do Polaków (Przeków, jak nas nazywają):

Tadeusz Giczan

@TadeuszGiczan


Dzisiejsza białoruska reżimówka na dobranoc: „Niczego was nie nauczył 1939? Nie macie szans Pszeki! Jeśli nie przemawiają do was łzy dzieci, to przemówią bombowce Tu-22M3 sił powietrzno-kosmicznych Federacji Rosyjskiej. Możecie już wyrzucać swój NATO-wski złom. Uciekajcie!”

Cieszę, się, że mogłam pomóc w zrozumieniu sytuacji! 






środa, 18 lipca 2018

Jeszcze o dominikanach przy okazji wymuszonej bezsenności

Godzina 3.40 w nocy. Nie śpię, bo wzywałam policję do imprezy w "mieszkaniu studenckim". Zanim przyjechali impreza się uspokoiła - typowe. Druga noc do tyłu, bo poprzedniej nie spałam z nerwów przed "rozmową rekrutacyjną" (biorę udział w konkursie na stanowisko w pewnej instytucji kultury). Nie wypadłam dzisiaj zbyt dobrze, a kandydatów jak psów.

Międzyczasie tzn w ostatnią niedzielę nowa porcja herezji u dominikanów by o. Kuśmierski, który odprawiał mszę o 12. Ten człowiek nie może się powstrzymać od manifestowania swoich sympatii politycznych w czasie eucharystii. 3 maja nawoływał wiernych do przestrzegania konstytucji, która jest "aktem założycielskim" naszego narodu, o ile dobrze pamiętam użyte sformułowanie. Trudno powiedzieć co przez to rozumiał - czy to, że przed konstytucją Kwaśniewskiego nasz naród nie istniał? A może - podobnie jak Petru (kto go jeszcze pamięta!) - myślał, że konstytucja 3 maja ciągle obowiązuje? Pominę ten wątek miłosiernym milczeniem. Zakonnikowi (nawet dominikańskiemu) można wybaczyć nieznajomość historii, ale on sam nie powinien się popisywać podczas eucharystii brakami w wykształceniu ogólnym.

Ostatnio - komentując ewangelię o posłaniu uczniów dwójkami i ich zadziwieniu cudami, które Bóg przez nich zdziałał - pozwolił sobie na śmiałą interpretację "egzorcyzmów" opisanych na kartach Pisma Świętego . Otóż dowiadujemy się, że Jezus i jego uczniowie nie koniecznie wypędzali "tego z rogami" ( tzn inteligentne byty duchowe wrogie człowiekowi), lecz zatwardziałość serca, która nie pozwala nam przyjąć uchodźców. Owa niechęć  - jak rozumiem - czasem była tak potężna, że wcielała się w stado świń i rzucała do morza.

Zawsze czuję się dziwnie słysząc duchownego, który wstydzi się nauki, którą powinien głosić, więc zamiast tego mizdrzy się do swego targetu dając do zrozumienia, że mimo habitu jest cool guy. Nie wiem jaką grupę docelową o.Kuśmierski ma przed oczami duszy wypowiadając podobne kawałki, ale raczej słabo obecną w Kościele. Rozumiem, że teraz taki "trynd" -  ignorować obecnych, ewentualnie ich strofować, a kokietować tych, których nie ma. Ta strategia nie wydaje mi prowadzić do skutecznej ewangelizacji, raczej do zniechęcenia wiernych i utraty autorytetu duchownych, którzy w swej gorliwości w schlebianiu wszelkim nieuporządkowanym postawom wyglądają śmiesznie i żałośnie.

Przeciętny wierny nie musiał osobiście zetknąć się z opętaniem, ale zwykle ma doświadczenie destruktywnych myśli, które bierze za swoje własne. Świadomość, że mogą być suflowane przez "tego z rogami" z czystej nienawiści, bardzo pomogłaby niejednemu pogrążonemu w depresji i myślach samobójczych. Wyzwoliłaby zdrowy odruch oporu przeciw oczywistemu wrogowi i nie pozwoliłaby na uwewnętrznianie sugestii i oskarżeń agresora. Duchowni protekcjonalnie wyrażający się o wierze w "tego z rogami" wyświadczają takim wiernym niedźwiedzią przysługę. Świadomość realności walki duchowej bardzo by nam wszystkim pomogła. Umielibyśmy rozpoznać atak wiadomej centrali i ćwiczylibyśmy się w obronie. Każdy przeżyty dzień uszczęśliwiałby nas - wszak na wojnie to nie jest rzecz oczywista. Nie przywiązywalibyśmy wagi do upokorzeń, sińców i zadrapań jakie serwuje nam życie - napełniałaby nas wdzięczność, że uszliśmy z życiem z kolejnej zasadzki.

A propos "uchodźców" Jezus bardzo brutalnie wypowiedział się w kwestii ordo caritatis - "niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i dać go psom". Mówił to do kobiety obcego plemienia, która prosiła o uwolnienie córki od złego ducha. Nie wybierała się do Izraela po socjal, nie zamierzała nikogo zgwałcić, ani wysadzić w powietrze.


niedziela, 3 czerwca 2018

O kazaniu o. Kozackiego u dominikanów we Wrocławiu

Wrocławscy dominikanie wybrali nowego-starego przeora i o.Kozacki - prowincjał - przyjechał, żeby go zainstalować. Wygłosił przy okazji kazanie do ogółu wiernych, które wydało mi się dość niepokojące.

Przy okazji czytania o łuskaniu kłosów w szabat stwierdził, że Jezus dokonał "przewrotu kopernikańskiego" wyprowadzając człowieka z uschłą ręką na środek synagogi, że niejako "zastąpił nim" zwoje Tory (ergo Słowo Boże). Żeby przybliżyć nam rewolucyjność tego czynu stwierdził, że to tak jakby postawić publicznego grzesznika na miejsce tabernakulum. Bóg bowiem nie przyszedł na świat aby mu służono i czczono, ale aby nas "obsługiwać". Zamiast więc oddawania mu zbytecznej czci mamy wpatrywać się w owego nieszczęśnika i (jak mniemam) próbować mu pomóc.

Po pierwsze w rzeczonym fragmencie Ewangelii nie ma mowy o zastępowaniu Boga grzesznikiem. Człowiek z uschniętą ręką potrzebował pomocy i przyszedł do synagogi, modlić się do Boga, który jako jedyny mógł mu tej pomocy udzielić, podobnie tysiące wiernych pielgrzymują do wielu sanktuariów na świecie przemierzając niewiarygodne dystanse, narażając się na koszty, niewygody i niebezpieczeństwa. Człowiek z uschnięta ręką miał szczęście, że trafił na Boga wcielonego, współcześni wierni spotykają go w Eucharystii. Skutkiem są dwa rodzaje cudów - uzdrowienia i zaakceptowania swojego cierpienia (nie mniejszy).

Po drugie Jezus postawił człowieka z uschniętą ręką na środku synagogi, gdyż chciał skonfrontować się z czyhającymi na niego wrogami. Owa konfrontacyjna postawa jest bardzo dla niego typowa (low in agreeableness, jakby go określił Jordan Peterson). Prawda nie podlega negocjacjom ani kompromisom. Leży tam gdzie leży, a nie pośrodku, jak chcą ludzie zgodni. Jezus nie jest ani zgodny ani miły.

Po trzecie przeciwstawienie czci oddawanej Bogu i pomocy człowiekowi jest z gruntu fałszywe. Te aktywności NIGDY nie są dla siebie konkurencją.  Każdy kto kiedykolwiek opiekował się kimś starszym, śmiertelnie chorym lub niepełnosprawnym, a przy tym silnie toksycznym, wie, że bez modlitwy i sakramentów wyskoczyłby przez okno po kilku godzinach.  Podobnie rzecz się ma z ludźmi potrzebującymi pomocy. Marne byłyby ich szanse, gdyby musieli liczyć wyłącznie na bliźnich. Nawet ludzie pełni dobrej woli po prostu nie są w stanie pomóc w wielu rodzajach cierpienia, choćby wypruli z siebie  flaki. Może to zrobić wyłącznie Bóg szczególnie obecny w Eucharystii i działający w czasie.

Nie wydaje mi się możliwe, żeby o. Kozacki tego nie wiedział. Pozostaje więc dla mnie tajemnicą co inspiruje tego rodzaju kazania. Wątek spotkania Jezusa w człowieku cierpiącym, potrzebującym i pogardzanym - niskiego stanu, żebraku, chorym, głodnym, brudnym i mocno nieestetycznym jest często eksploatowany w żywotach świętych. Nie przypominam sobie jednak żadnej legendy, w której to Jezus byłby mordercą, oprychem, gwałcicielem, dziwkarzem, sutenerem, cudzołożnikiem, sodomitą, lichwiarzem, handlarzem niewolników, oportunistą czy cynikiem.

Zastanawiałam jakiego rodzaju grzesznikiem o. Kozacki zastąpi w swoim kazaniu tabernakulum. Wydawało mi się, że się obawia i waha. Poprzestał na rozwódce i złodzieju. Metafora pozostaje dla mnie niejasna.

Swoją drogą bardzo jest ciekawe, że samotne kobiety, nawet te żyjące w czystości i nie powodujące zgorszenia, są w Kościele ledwo tolerowane, a jednocześnie zachęca się wiernych do adorowania i przytulania do serca grzeszników publicznych. Jak wyjaśnić fakt, że kapłani, którzy nie są w stanie zdobyć się na standardowe kulturalne zachowanie wobec niezamężnej kobiety (o życzliwości nie wspominając), unoszą się nad niedolą muzułmańskich uchodźców, homoseksualistów czy rozwodników. Czemu ta płomienna miłość do ludzi jest tak wybiórcza? Przypomina zachowanie toksycznego rodzica, który ma zawsze tysiąc powodów, żeby nie kochać własnych dzieci, a zachwycać obcymi.

Może jestem złym człowiekiem, ale mam podejrzenie, że homoseksualizm jest kluczem do problemu. Homolobby jest rzeczywiście wpływowe i wśród miodopłynnej mowy o miłosierdziu forsuje swoją agendę.



niedziela, 6 maja 2018

O zepsutej niedzieli, czyli dominikanie przechodzą na ciemną stronę mocy

Moja niedziela zaczęła się wyjątkowo wcześnie, gdyż zajęcia, które miałam prowadzić od 8.00 nie zostały odwołane, więc musiałam sprawdzić czy ktoś się nie pojawi. Idąc przed 8.00 pustymi ulicami Wrocławia  mijałam nielicznych podobnych do mnie nieszczęśników, którzy muszą w ten dzień pracować i zapóźnionych imprezowiczów z charakterystycznymi śladami po nocnej "zabawie" -awanturujących się lub apatycznych. Ktoś kiedyś trafnie zauważył, że nie ma nic bardziej przygnębiającego niż rozrywka. Trudno nie przyznać mu racji.

Szkoła była zamknięta, ani śladu p. dyr. o słuchaczach nie wspominając. Postałam 20 min, na zimnie, obserwowana przez meneli, po czym poszłam do pobliskich dominikanów na mszę. To doświadczenie było, niestety, jeszcze bardziej przygnębiające. Usłyszałam, że Kościół dodał przez te 2 tys. lat do Ewangelii całą masę zbytecznych przepisów, które zniechęcają ludzi żyjących w nieregularnych sytuacjach, a przecież najważniejsza jest "miłość".

Ojciec Marcin Mogielski dał nam do zrozumienia, że marnujemy czas, bo nasze uczestnictwo w jakichś zbytecznych obrzędach jest niczym wobec "miłości" ludzi żyjących w nieregularnych związkach. Jeszcze gorsi są ci, którzy uważają, że da się coś powiedzieć o Bogu (który jest tajemnicą). Dominikańskie hasło "veritas" i cel istnienia zakonu - zwalczanie herezji - jest więc kupą śmiechu. To znaczy nie, ojciec Marcin namierzył jednak heretyków - to my wszyscy katechizowani przed papieżem Franciszkiem. Jesteśmy neognostykami bo zdawaliśmy egzamin z religii przed bierzmowaniem i neopelagianami bo staramy się zachowywać 10 przykazań.

Niestety z tej katechezy pamiętamy jeszcze, że na temat nierozerwalności małżeństwa wypowiedział się sam Jezus w Ewangelii, a święty Jan wyjaśnił, że miłość (do Boga) polega na zachowywaniu jego przykazań. Obiło nam się też o uszy, że nie ma większej miłości niż oddanie życia za przyjaciół swoich.

To jednak już nieaktualne i miłość rozumiemy po nowoczesnemu. Każdy mąż zostawiający żonę z dziećmi dla innej kobiety albo swego boyfrienda robi to z "miłości". Toksyczna matka nie pozwala się usamodzielnić dorosłemu potomstwu  z  czystej "miłości".  Homoseksualiści w zakonach kopulują wyłącznie z "miłości" - przecież to jasne - stary pedryl niewolący ufającego mu chłopca to także kwintesencja "miłości". Spółkowanie po pijaku z kim bądź to nic tylko "miłość". Znaczy czyń co chcesz, jeśli  tylko nazwiesz to miłością, parafrazując św. Augustyna.

O. Mogielski wypowiedział się także na temat opieki nad niepełnosprawnymi, zapewne dlatego, że rząd ma problem z protestem ich opiekunów. (Czy analogiczna - bezskuteczna - akcja tego samego środowiska za poprzedniej władzy także skłoniła go do refleksji?). Otóż skontrastował dwie postawy uczestniczenie "w tych wszystkich" zbytecznych obrzędach i świadczenie "miłości" poprzez opiekę tzn przewijanie, podmywanie itp. Każdy, kto ma doświadczenie opieki nad poważnie chorym wie jednak, że bez "tych wszystkich zbytecznych obrzędów" nie dał by rady wytrzymać takiej sytuacji fizycznie i psychicznie, o odczuwaniu jakiejkolwiek "miłości" nie wspominając. Wiedzą o tym wszystkie siostry w zakonach poświęconych takiej służbie.

Z przykrością muszę stwierdzić, że piękne słowo "miłość" zostało całkowicie zawłaszczone przez wiadomą centralę. Oskarżenie o "brak miłości" jest taką samą palką do grzmocenia przeciwników, jak mityczny "antysemityzm", "faszyzm", "rasizm" czy "seksizm". Kiedy nie ma argumentów trzeba grzmocić i wjeżdżać na emocje naiwnym jeleniom. Nie mam cienia szacunku - o zaufaniu nie wspominając - do ludzi, którzy posługują się takimi metodami.



sobota, 14 kwietnia 2018

O nawróceniu

Kiedy mówi się "nawróć się" (po lubelsku: "naaaaawrć się!") do konia w stajni, zwierzak przestawia zad w stronę ściany boksu robiąc miejsce człowiekowi, który np chce go wyczyścić. Kiedy ten skończy szczotkowanie jednego boku, powtarza to samo polecenie i koń przechodzi na przeciwną stronę boksu. W tak dosadny sposób krótki "epizod jeździecki" w moim życiu pokazał mi czym powinno być nawrócenie - zmianą dotychczasowej postawy na wręcz przeciwną na skutek działania łaski.

Słyszałam (a może czytałam) wypowiedź księdza działającego w Odnowie, że ludzie hałaśliwi i ekstrawertyczni pod wpływem działania Ducha św. wyciszają się i kierują do wewnątrz, natomiast wycofani introwertycy zaczynają nagle publicznie głośno się modlić i wielbić Boga.  To oczywiście tylko zewnętrzne oznaki nawrócenia, ale wskazujące na jakąś głęboką przemianę, która w zaszła "wbrew ich naturze".

Z drugiej strony jeżeli zgodna, empatyczna i współczująca niewiasta, wykorzystywana przez wszystkich i nie umiejąca zadbać o siebie, mimo lat praktyk religijnych utwierdza się w takiej postawie i w wierze znajduje dla niej uzasadnienie, to raczej należy wątpić w szczerość jej nawrócenia. Podobnie rzecz ma się ze skłonnym do dominacji egoistą  czy przebiegłą manipulatorką. Jeśli w Kościele znajdują nowe zagłębie jeleni gotowych do użycia w służbie swojego ego, nowe obszary do dominacji i manipulacji - mówienie o nawróceniu jest po prostu kupą śmiechu.

Na mszy św. w dzień powszedni ta pierwsza kategoria wiernych - spolegliwe niewiasty - jest znacząco nadreprezentowana. To nie tylko ich wina, że słyszą to, co chcą usłyszeć tzn należy pozwalać się wykorzystywać, "oddawać się za darmo", "żyć dla innych", "nie szukać swego" (co za ulga, nie trzeba się zmieniać!) Często nauka głoszona od ołtarza taka właśnie jest, gdyż skierowana jest do zatwardziałych egoistów i hedonistów - całkowicie nieobecnych w kościele - lub po prostu powstała z myślą o mężczyznach, którzy ze swej natury są znacznie mniej empatyczni, współczujący i zgodni, a bardziej agresywni, nastawieni na rywalizację, konfrontację i osobisty sukces.

Słuchałam ostatnio wykładu prof. Jordana Petersona o różnicach między mężczyznami i kobietami w dziedzinie osobowości. Podejrzewam, że mówił rzeczy powszechnie wiadome, z którymi każdy student psychologii musi się zapoznać. Stwierdził powołując się na konkretne badania, że w okresie pokwitania kobietom wzrasta "trait neuroticism"  i pozostaje wyższy niż u mężczyzn do końca życia. Są one nadreprezentowane wśród pacjentów z depresją i "anxiety" (stanami lękowymi?), mężczyźni natomiast częściej są alkoholikami, narkomanami i  mają "learning disorders" o ile dobrze pamiętam.

Uzasadnił to faktem, że dla kobiet świat jest po prostu bardziej niebezpieczny, gdyż grozi im nie tylko "zwykła" agresja (jako, że są słabsze fizycznie) lecz także seksualna. Cena jaka płacą za seks jest przy tym nieporównywalnie wyższa niż w przypadku mężczyzn. Co więcej, system nerwowy kobiety jest zaprojektowany z myślą o macierzyństwie, a bardziej precyzyjnie o relacji z niemowlęciem. Aby dobrze wywiązać się z tego zadania musi  być "agreeable" - co pozwala unikać konfliktów mogących narazić jej dziecko na niebezpieczeństwo - empatyczna i współczująca, żeby reagować na potrzeby noworodka, których on nie umie jasno wyartykułować, nieskończenie cierpliwa wobec tej całkowicie bezbronnej istotki i pozwalająca się jej wykorzystywać ignorując własne potrzeby (co najmniej do wieku 9 miesięcy niemowlę ma zawsze rację). Te wszystkie zachwycające cechy kobiety umożliwiające przetrwanie gatunku, znacząco utrudniają jej odniesienie sukcesu w biznesie czy każdej innej dziedzinie życia, gdzie konkuruje z mężczyznami.

To naturalne środowisko ludzi, dla których świat nie jest zagrożeniem tylko okazją do podboju i dominacji, "disagreeable, taugh-minded, blunt, competitive and agressive", przy czym jest to "predatory agression" (a nie "defensive agresion"podyktowana lękiem typowa dla kobiet).  Jakie szanse ma osoba zgodna, grzeczna, empatyczna i uległa w zestawieniu z kimś takim?  Jest oczywiście wykorzystywanym do immentu jeleniem. Peterson stwierdził, że gdyby chciał zatrudnić pracowników, których można eksploatować bez ograniczeń wybrałby "middle-aged women, high in agreeableness and concienciousnesss". Takie osoby ciężko pracują, za nic nie przypisują sobie zasług i nigdy nie narzekają, nie umieją nawet poprosić o podwyżkę.

Oczywiście, mają świadomość że są wykorzystywane i wzbiera w nich gorycz i uraza do świata. Często potrzebują terapii, treningu asertywności, nauczenia się mówienia innym rzeczy przykrych i raniących (ale prawdziwych), negocjowania swoich warunków, "stawiania się".  Jest to zadanie na granicy ich możliwości ludzkich. Czasem udaje się przy okazji autentycznego nawrócenia przy pomocy łaski.

Jest taka modlitwa "Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze na podobieństwo serca Twego", która mnie na przemian drażni i szokuje. Jezus wyłaniający się z kart Ewangelii zupełnie do takiego opisu nie pasuje. Przede wszystkim jest to charyzmatyczny (w każdym sensie tego słowa) przywódca, porywający tłumy swoją nauką, wskazujący na siebie jako źródło autorytetu wyższego niż wszystkie znane jego słuchaczom. Według terminologii Petersona jest "high in disagreeableness and compassion". Raz po raz widzimy go w sytuacji ostrego konfliktu z konkurentami do przywództwa duchowego nad narodem wybranym. Nie przebiera wtedy w słowach i mówi rzeczy niewiarygodnie brutalne jak "plemię żmijowe" czy "groby pobielane", posuwa się nawet do agresji fizycznej wyrzucając kupców ze świątyni. Nie ma żadnych oporów, żeby ranić czyjeś uczucia albo sprawiać ból, jeśli widzi w tym sens. Najbardziej szokująca jest rozmowa z Syrofenicjanką, kiedy to kobieta prosząca o pomoc dla udręczonej córki zostaje porównana do psa. Gdyby scena odbywała się we wnętrzu, siła ciosu rzuciłaby nieszczęsną istotę na przeciwległą ścianę. Rozmowa z Samarytanką przy studni też nie należy do szczególnie przyjemnych. Jezus dość bezceremonialnie namierza jej bolesne miejsce i wydobywa na światło dzienne jej hańbę. Świadomie ociąga się w przypadku córki Jaira, aż dziewczynka umiera. Podobnie postępuje w przypadku Łazarza, choć zapewnia się nas, że go miłował, jak również jego siostry Marię i Martę. Nie waha się wystawić tych bliskich sobie ludzi na ból ekstremalny, aby chwała Boża mogła się objawić.

Jezus ma wszystkie cechy urodzonego przywódcy siłę osobowości, wizję, odwagę, wielkoduszność wobec słabszych i bezwzględność wobec wywyższających się. Jest obiektem podziwu mężczyzn i miłości kobiet. Jego serce to serce lwa, a nie baranka. Tym bardziej szokujące jest dobrowolne przyjęcie męki i hańbiącej śmierci. Jezus przekracza w tym swoją naturę. Godzi się na upokorzenie, które w oczach większości unicestwia jego aspiracje do przywództwa raz na zawsze. Jednak nawet w godzinie tej strasznej próby zachowuje godność i wielkość, która onieśmiela oprawców. Uderzony w twarz bynajmniej nie nadstawia drugiego policzka, tylko żąda podania racji. Sanhedryn wygląda przy nim jak sfora psów obszczekujących olbrzyma, rzymski namiestnik jak przestraszony uczniak próbujący zepchnąć na kogokolwiek odpowiedzialność za jego śmierć, Herod jak żałosny kretyn.

Jezus z Ewangelii ma się tak do swojej zniewieściałej błękitnookiej karykatury o lśniący lokach i trefionej brodzie jak Chrześcijaństwo do utwierdzania się w chorych i niszczących postawach tylko dlatego, ze mają pozór pokory. Pokora nie oznacza bezwzględnego podporządkowania możnym tego świata i unikania konfliktu za każdą cenę, tylko otwartość na prawdę i posłuszeństwo wobec niej.










środa, 17 grudnia 2014

Uprzejmość cię zdradza!

Jedne z moich koszmarniejszych odkryć ostatnich dni, to że uprzejmość postrzegana jest przez większość ludzi jako objaw niskiego statusu społecznego, więc prowokuje chamstwo.
Rzecz wydaje się całkowicie niezrozumiała dopóki nie pamiętamy o stadnej mentalności człowieka.
Osobnik omega w stadzie wilków zapewne musi być bardzo uprzejmy i uniżony wobec reszty, jeśli chce przeżyć. Im wyższy status w stadzie tym uprzejmość mniej potrzebna, a nawet całkowicie zbyteczna, gdyż łatwo ją interpretować jako słabość.

Zdarzyło mi się ostatnio siedzieć w autobusie obok młodej dziewczyny, która mogłaby być moją córką. Kiedy zorientowałam się, że zamierza wysiąść na najbliższym przystanku spontanicznie wstałam, żeby ją przepuścić, zanim powiedziała przepraszam (nie wiedząc czy zamierza to uczynić).
Dziewczę przyjęło tę uprzejmość jako mu całkowicie należną i nie zaszczyciło mnie nawet słowem dziękuje. Pouczyłam więc gówniarę, że w takiej sytuacji mówi się dziękuje, a wcześniej  przepraszam, a ona stała zwrócona do mnie chudym zadem całkowicie odporna na tak idiotyczne wymagania.
Poprzysięgłam sobie w duchu, ze następnym razem w podobnej sytuacji po prostu się nie ruszę i niech sobie skacze przez moje kolana, albo profilaktycznie skuję mordę i zobaczę co się będzie działo.

Złota zasada postepowania z Ewangelii: "tak czyńcie innym, jak chcielibyście, aby wam czyniono" jest w tym kontekście dość tajemnicza. Jeśli jestem uprzejma, gdyż sama chciałabym być tak traktowana, to w oczywisty sposób narażam się na chamstwo. Inni chcą abym im czyniono coś zupełnie innego niż ja bym chciała, o czym przekonałam się tysiące razy pracując w szkole.