Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłosierdzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłosierdzie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 czerwca 2018

O kazaniu o. Kozackiego u dominikanów we Wrocławiu

Wrocławscy dominikanie wybrali nowego-starego przeora i o.Kozacki - prowincjał - przyjechał, żeby go zainstalować. Wygłosił przy okazji kazanie do ogółu wiernych, które wydało mi się dość niepokojące.

Przy okazji czytania o łuskaniu kłosów w szabat stwierdził, że Jezus dokonał "przewrotu kopernikańskiego" wyprowadzając człowieka z uschłą ręką na środek synagogi, że niejako "zastąpił nim" zwoje Tory (ergo Słowo Boże). Żeby przybliżyć nam rewolucyjność tego czynu stwierdził, że to tak jakby postawić publicznego grzesznika na miejsce tabernakulum. Bóg bowiem nie przyszedł na świat aby mu służono i czczono, ale aby nas "obsługiwać". Zamiast więc oddawania mu zbytecznej czci mamy wpatrywać się w owego nieszczęśnika i (jak mniemam) próbować mu pomóc.

Po pierwsze w rzeczonym fragmencie Ewangelii nie ma mowy o zastępowaniu Boga grzesznikiem. Człowiek z uschniętą ręką potrzebował pomocy i przyszedł do synagogi, modlić się do Boga, który jako jedyny mógł mu tej pomocy udzielić, podobnie tysiące wiernych pielgrzymują do wielu sanktuariów na świecie przemierzając niewiarygodne dystanse, narażając się na koszty, niewygody i niebezpieczeństwa. Człowiek z uschnięta ręką miał szczęście, że trafił na Boga wcielonego, współcześni wierni spotykają go w Eucharystii. Skutkiem są dwa rodzaje cudów - uzdrowienia i zaakceptowania swojego cierpienia (nie mniejszy).

Po drugie Jezus postawił człowieka z uschniętą ręką na środku synagogi, gdyż chciał skonfrontować się z czyhającymi na niego wrogami. Owa konfrontacyjna postawa jest bardzo dla niego typowa (low in agreeableness, jakby go określił Jordan Peterson). Prawda nie podlega negocjacjom ani kompromisom. Leży tam gdzie leży, a nie pośrodku, jak chcą ludzie zgodni. Jezus nie jest ani zgodny ani miły.

Po trzecie przeciwstawienie czci oddawanej Bogu i pomocy człowiekowi jest z gruntu fałszywe. Te aktywności NIGDY nie są dla siebie konkurencją.  Każdy kto kiedykolwiek opiekował się kimś starszym, śmiertelnie chorym lub niepełnosprawnym, a przy tym silnie toksycznym, wie, że bez modlitwy i sakramentów wyskoczyłby przez okno po kilku godzinach.  Podobnie rzecz się ma z ludźmi potrzebującymi pomocy. Marne byłyby ich szanse, gdyby musieli liczyć wyłącznie na bliźnich. Nawet ludzie pełni dobrej woli po prostu nie są w stanie pomóc w wielu rodzajach cierpienia, choćby wypruli z siebie  flaki. Może to zrobić wyłącznie Bóg szczególnie obecny w Eucharystii i działający w czasie.

Nie wydaje mi się możliwe, żeby o. Kozacki tego nie wiedział. Pozostaje więc dla mnie tajemnicą co inspiruje tego rodzaju kazania. Wątek spotkania Jezusa w człowieku cierpiącym, potrzebującym i pogardzanym - niskiego stanu, żebraku, chorym, głodnym, brudnym i mocno nieestetycznym jest często eksploatowany w żywotach świętych. Nie przypominam sobie jednak żadnej legendy, w której to Jezus byłby mordercą, oprychem, gwałcicielem, dziwkarzem, sutenerem, cudzołożnikiem, sodomitą, lichwiarzem, handlarzem niewolników, oportunistą czy cynikiem.

Zastanawiałam jakiego rodzaju grzesznikiem o. Kozacki zastąpi w swoim kazaniu tabernakulum. Wydawało mi się, że się obawia i waha. Poprzestał na rozwódce i złodzieju. Metafora pozostaje dla mnie niejasna.

Swoją drogą bardzo jest ciekawe, że samotne kobiety, nawet te żyjące w czystości i nie powodujące zgorszenia, są w Kościele ledwo tolerowane, a jednocześnie zachęca się wiernych do adorowania i przytulania do serca grzeszników publicznych. Jak wyjaśnić fakt, że kapłani, którzy nie są w stanie zdobyć się na standardowe kulturalne zachowanie wobec niezamężnej kobiety (o życzliwości nie wspominając), unoszą się nad niedolą muzułmańskich uchodźców, homoseksualistów czy rozwodników. Czemu ta płomienna miłość do ludzi jest tak wybiórcza? Przypomina zachowanie toksycznego rodzica, który ma zawsze tysiąc powodów, żeby nie kochać własnych dzieci, a zachwycać obcymi.

Może jestem złym człowiekiem, ale mam podejrzenie, że homoseksualizm jest kluczem do problemu. Homolobby jest rzeczywiście wpływowe i wśród miodopłynnej mowy o miłosierdziu forsuje swoją agendę.



niedziela, 15 kwietnia 2018

O karykaturach Chrześcijaństwa

Anthony de Mello stwierdził kiedyś, że jeśli małpa usiłuje grać na saksofonie, to nie znaczy, że stała się muzykiem. To był komentarz do naśladowania Chrystusa. Trudno odmówić mu racji. Z całą pewnością istnieją takie interpretacje Chrześcijaństwa, które przypominają grę małpy na saksofonie.

Jednym z najczęstszych nieporozumień jest mylenie unikania konfliktów za wszelką cenę i ignorowania agresji skierowanej w nas z chrześcijańską miłością bliźniego. Otóż unikanie konfliktów i twierdzenie, że pada deszcz kiedy na nas plują, nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. To się nazywa wygodnictwo lub tchórzostwo (albo oba w jednym).  Nie domaganie się swego natomiast jest zachowaniem wyuczonym, czy wręcz wynikiem tresury, i wiele osób po prostu nie umie zachować się inaczej. Podobnie rzecz ma się z nieodpowiadaniem przemocą na przemoc - innymi słowy bronieniem się przed atakiem fizycznym - większość Chrześcijan w Europie po prostu nie umie tego wykonać, choćby chciało.

Moja mama całe życie przeżywała, że pewien powinowaty nie oddał pożyczonego mu płaszcza. Płaszcz ów był całkiem nowy, raczej drogi, kupiony dla mojego ojca. W sytuacji dość napiętego budżetu domowego kupienie  jeszcze jednego nie wchodziło w rachubę. Na pytanie dlaczego nie domagała się zwrotu nigdy nie umiała satysfakcjonująco odpowiedzieć. Dawała do zrozumienia, że nie wypada, a kiedy dalej pytałam, pojawiało się uzasadnienie ewangeliczne o dodawaniu płaszcza do sukni, którą ktoś chce od nas pożyczyć.

Wszystko to bardzo pięknie, ale jeżeli ktoś aplikuje tak dosłownie Ewangelię do codzienności, a potem przeżywa całe życie i karmi się goryczą i urazą, to chyba coś nie halo.  Jeżeli ktoś w oczywisty sposób nie dorasta do tak wyśrubowanych  standardów, niech się na nie nie sadzi, bo zapłaci słono on sam i jego rodzina. Wspomniany powinowaty zyskał za fryko nowy płaszcz i miał satysfakcję, rodzina "dawczyni" musiała wysłuchiwać jej gorzkich utyskiwań przez długie lata.

Moi rodzice nie chcieli reagować na pijackie ekscesy sąsiada z góry, woleli wyładować frustrację na swoje nastoletniej córce, która próbowała to robić. Mając wybór wobec kogo zachować się "po chrześcijańsku" wybrali sąsiada pijaka.  Racjonalizując takie wybory mój ojciec często mawiał "no przecież nie będę się z nim bić!" A dlaczego nie? Czyż nie jest to prosty i skuteczny sposób rozładowywania drobnych konfliktów między mężczyznami? A może męska rozmowa by wystarczyła? Czyż obrona terytorium nie należy do zupełnie podstawowych zadań głowy rodziny?  Mój ojciec był człowiekiem obdarzonym niebagatelną siłą fizyczną, a przy tym łagodnym usposobieniem. Nie lubił wchodzenia z kimkolwiek w konflikt i nie umiał takich sytuacji wygrywać. Nie miał ochoty się nauczyć, ani nawet próbować. Wolał się wycofywać i abdykować z roli mężczyzny. Mam absolutna pewność, że nie miało to nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Często jest tak, że komuś odpowiedzialnemu za innych, chcącemu popisać się "miłosierdziem" na zewnątrz, może go zabraknąć dla tych powierzonej swojej pieczy. Dobrym przykładem są biskupi tak zatroskani o poprawę bytu muzułmańskich nachodźców, że gotowi poświęcić bezpieczeństwo europejskich kobiet i dzieci. Papież Who-am-I-to-judge Franciszek nagradzający watykańskimi orderami proaborcyjne aktywistki i regularnie gwarzący przyjaźnie z wojującymi ateistami, zupełnie nie znajduje w sobie tej ujmującej gotowości do dialogu z wiernymi zaniepokojonymi rozmywaniem nauki Kościoła, kardynałami wiernymi doktrynie czy proliferami. Zbrzydza go już nie tylko 'absolutyzowanie prawdy" i "czynienie z niej idola", ale nawet życie poświęcone kontemplacji.

Tak się składa, że to właśnie modlitwa otwiera nas na Prawdę. Dzięki niej czasem wiemy co należy zrobić, mamy tzw natchnienia w konkretnych sytuacjach życiowych. Często wymagają od nas wysiłku, działania wbrew nawykom i wygodzie. W moim przypadku prawie zawsze wzywały mnie do akcji  "mało chrześcijańskich" i nieprzyjemnych - jak wzywanie policji do uciążliwych sąsiadów czy stawiania jedynek leniwym i pełnym lekceważenia uczniom - czyli dokładnie takich jakich zwykle unikamy zasłaniając się "miłosierdziem"