Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2025

O kazaniach o. Tomasza OSPPE

Kazania ojca Tomasza nieodmiennie przywodzą mi na myśl pewną średnio lotną koleżankę z liceum. Miała zawsze zaskakujące skojarzenia, które nikomu innemu nie przyszłyby do głowy np:

- Clarus to taki rus, a pulcher to taki her - wyjaśniała jak zapamiętuje łacińskie słówka.

Każdemu innemu clarus(-a, -um) kojarzy się z żeńskim imieniem Klara, a pulcher, a tymbardziej żeńska forma tego przymiotnika - pulchra - z polskim pulchna. Skojarzenie jest natychmiastowe tym bardziej, że towarzyszy mu odkrycie oczywistego ongiś związku urody/atrakcyjności z należytym odkarmieniem. Wspomniana koleżanka z liceum takich skojarzeń jednak nie miała z powodu niedostatków wiedzy ogólnej lub małej bystrości umysłu i dlatego usiłowała zapamiętać przez kojarzenie końcówek rodzaju męskiego. Jest to wyjątkowo nieprzydatny sposób, gdyż rodzaj żeński i nijaki mają zupełnie inne końcówki. W clara czy clarum nie ma rus, a w pulchra czy pulchrum nie ma her. Natomiast wiele innych przymiotników w rodzaju męskim ma identyczne końcówki np rarus czy carus.

Z podobnie błyskotliwymi skojarzeniami zetknęlam się na jakimś idiotycznym szkoleniu w firmie, w ktorej chciałam sie zatrudnić. Kiedy wszyscy przedstawiliśmy się współuczestnikom z imienia, młody prowadzący podzielił się z nami swoimi skojarzeniami. Np imię Aldona, które każdemu w moim pokoleniu kojarzy się nieodmiennie z żoną Konrada Wallenroda z poematu Mickiewicza, ewentualnie z pierwszą litewską małżonką Kazimierza Wielkiego, młodemu szkoleniowcowi skojarzylo sie z jakąś dawna znajomą, co być może pomogło zapamiętać jemu samemu imię tej konkretnej osoby, ale dla wszystkich pozostałych było całkowicie bezużyteczne.

Ojciec Tomasz OSPPE, przeor wroclawskiego klasztoru paulinów ma podobny rodzaj skojarzeń na temat czytań mszalnych. Nie zapomnę jego komentarza do początku Ewangelii według św. Jana, tzn zdań "Na początku bylo Słowo..."  "Ono było na początku u Boga i Bogiem było slowo..." "Przez nie wszystko sie stało stało, co się stalo..." itd (cytuję z pamięci). Wszystkie one nie mają wielkiego sensu, dopóki nie uświadomimy sobie, że pod polski przekład "słowo" należy podłożyć grecki "logos" z całym bogactwem znaczeń jak np ład, porządek, boski plan czy zamysł.

Rącza myśl o. Tomasza pobiegła jednak w zupełnie innym kierunku "słowo" skojarzylo mu się z "gadaniną" czy wręcz "paplaniną", nie jestem pewna czy nie towarzyszyl mu przymiotnik "czcza" albo "pusta" (czcza gadanina, pusta paplanina). O. przeor był zdaje się pod wrażeniem, że z tej czczej gadaniny czy też pustej paplaniny może powstać wrzechświat. A być może chodziło mu o to, że zbytnia gadatliwość może wpędzić nas w klopoty? Tu pełna zgoda, tylko gdzie związek z Ewangelią św Jana? Wysłuchawszy wielu innych kazań o. Tomasza podejrzewam, że raczej chodzilo mu o to, że z czegoś mało poważnego, lekceważonego  może powstać coś wielkiego, co pozostaje z przesłaniem tego konkretnego fragmentu ewangelii w związku nader luźnym.

Według o. Tomasza Anioł Boży mówi do Mojżesza z jednej strony, a ten jest zupelnie nie zainteresowany, gdyż zaobserwował ciekawe zjawisko zupelnie gdzie indziej - oto krzak płonie i się nie spala. Ignorując więc głos Boga szoruje zobaczyć jak to jest możliwe. Zdaniem kaznodziei wszyscy mężczyźni tak mają. Siedzą w pięknej sali koncertowej wśród przepychu barokowego wystroju, marmurów i złota, a całą ich uwagę zaprząta zagadnienie jakiej mocy żarówki wkręcone są w kryształowe kandelabry.

Kiedy więc niepoprawny Mojżesz staje w końcu przy krzaku, zignorowany Anioł Boży, który za nim gonił,  wchodzi dopiero do krzewu i woła"Mojżeszu, Mojżeszu" mniej wiecej takim tonem:  "Ej durak, ty durak!", jak mawiają nasi wschodni sąsiedzi.

No cóż z tekstu nic takiego nie wynika, bo od razu w pierwszym zdaniu anioł mówi z wnętrza płonącego krzewu. Anioł mówi, ale Mojżesz nie słyszy głosu, tylko widzi znak. Podchodzi bliżej i dopiero słyszy głos. Interpretacja o. Tomasza nie mówi nic o tekście, natomiast sporo o autorze komentarza.

Zastanawiam się jaka jest wartość tego rodzaju "przepowiadania". Mój stosunek do takiej swobody interpretacyjnej jest raczej ostrożny, choć czasem kanodzieja może "niechcący" trafić do jakiegoś słuchacza. Pewien znajomy dominikanin twierdził wręcz, że na w każdym kazaniu, nawet najgłupszym, jest chociaż jedno zdanie, przeznaczone dla każdego ze słuchających. Nie wiem czy w każdym, ale dziś nieoczekiwanie się znalazło coś dla mnie.

W komentarzu do ewangelii o. Tomasz zauważył, że figowiec został celowo zasadzony w winnicy, choć powodu nie znamy. Otoczony winoroślami czuje się sfrustrowany, że ma inne liście i owoce (problem w tym, że owoców akurat nie rodzi...). Pan Bóg ma jednak dla niego dużo cierpliwości - w końcu sam go takim stworzył i posadził w tym miejscu - i wierzy, że wyda owoce w swoim czasie, w domyśle zupelnie innym niż czas winorośli... 

Na koniec o. przeor zasugerowal, że być może wielki post jest także po to, żebyśmy nawrócili się nie tylko do Boga, lecz także powrócili do naszego prawdziwego ja, a raczej stali tym kim powinniśmy być według Bożego zamysłu.

Sugestia bardzo rozsądna, choć nie jestem pewna czy da się ją wywieść z tej konkretnej ewangelii... Tak czy siak przemawia do mnie w mojej konkretnej sytuacji życiowej.

P.S.

Ktoś może zapytać, po co wlaściwie chodzę na msze celebrowane przez o. Tomasza, skoro tak krytycznie wypowiadam się o jego kazaniach. Sęk w tym, że decyzją tegoż o. przeora wroclawskich paulinów na mszy o godz. 12 nieszczęsne neony(neokatechumenat) są zmuszane do mówienia przed  czytaniami wstępów, które mają się do liturgii jak pięść do nosa, a o. Marcin mówi zwykle 3 kazania - jedno lepsze od drugiego. Mszę o 10. 30 odprawia właśnie ojciec Tomasz, a na 7.30 czy 9 w niedziele nie chcę się spieszyć...

P.P.S.

Na mszy o 10.30 udziela się Kościól Domowy czy też Oaza Rodzin. Bardzo trudno znieść świeckich celebrujących swoją ważność przy podchodzeniu do pulpitu i teatralnym głosem odczytujących teksty czytań czy modlitwy wiernych. It would embarass a cat, jak sie wyraził bohater książki, której tytułu nie pamiętam...



sobota, 21 maja 2022

Znowu o wdzięczności

 Byłam dziś na Cmentarzu Grabiszyńskim, który jak zwykle tętni życiem...

Niezwykle przystojna sójka

Wiewióreczka podczas rutynowej wizytacji nagrobków

Po krótkiej modlitwie za zmarłych z rodziny nad grobem ojca odbyłam swój zwykły spacer kontemplacyjny wśród pięknych, wysokich, starych drzew i odlotowego śpiewu ptaków. Najbardziej wybijały się wyrafinowane trele kosów...

Kos (samiczka) wcale się mnie nie boi

Następnie udałam się do parku po drugiej stronie ulicy, który z powodu silnego wiatru był znaczniej bardziej pusty niż można by oczekiwać w sobotę. Znacznie więcej słyszałam mowy ukraińskiej niż polskiej. Nad rzeką Ślęzą czteroosobowa ukraińska rodzina. Wszyscy zachwyceni, zwłaszcza chłopcy. Na moje oko późna podstawówka. Cieszą się wszystkim, zbiegają z wału nad samą wodę, żeby obserwować co się tam kryje po powierzchnią, a jest tego sporo...

Zaloty żabie


Nieuchwytna kurka wodna

Już dawno nie widziałam takich normalnych dzieci, które cieszą się spacerem z rodzicami i zachwycają otoczeniem dla wielu polskich rówieśników banalnym i nudnym (rodzice bawili się równie dobrze i był to naprawdę budujący widok). Być może tak wcale nie jest , być może przypisuję uchodźcom swoje własne uczucia, ale uderza mnie w wielu z nich wdzięczność właśnie. Nie twierdzę, że do nas albo do państwa polskiego, być może raczej do opaczności, losu czy jak go zwał...Bardzo to inspirujące.

Tak często człowiek na skutek niepowodzenia w jakiejś dziedzinie życia, odrzucenia czy innego przykrego doświadczenia, wpada do czarnej dziury i przestaje zauważać całe to bogactwo, którym jesteśmy otoczeni i swoje własne szanse w innych obszarach. Myślę, że jedynie wdzięczność może nas od tego uchować. Mam czasem przebłyski, kiedy widzę to z całkowitą jasnością, a kiedy przychodzi co do czego nie umiem rozstać się ze swoim problemem, nawet w rajskim otoczeniu starych drzew i otwartej przestrzeni nad rzeką...

Nawet gołąb grzywacz lubi popatrzeć na wodę


niedziela, 8 maja 2022

O pięknie, które inspiruje i podnosi na duchu

Byłam wczoraj z okazji pierwszej soboty miesiąca u Paulinów na mszy "maryjnej". Niestety odprawiał o. Maksymilian, przeor i skądinąd życzliwy i sensowny człowiek, obarczony jednak tę przykrą przypadłością, że uwielbia swój głos, który przy takich okazjach nabiera kląskających tonów przyprawiających mnie o mdłości. 

O. Maksymilian rozważał - wszystko na to wskazuje - tajemnicę Zmartwychwstania. Cała swoją uwagą poświęcił uczuciom jakich doznawała Maryja, kiedy Jezus się jej ukazał. Ewangelie milczą na ten temat, ale o. Maksymilian się tym nie zrażał i wymownie rekonstruował dialogi, które - jego zdaniem - miały miejsce przy tym hipotetycznym wydarzeniu. Powtarzał przy tym pytanie: Co czuła Maryja? Co czuło serce matki? Wyglądało, że się zawiesił, a byłam już gotowa wybiec z krzykiem i nigdy tam więcej nie wrócić...

Mam alergię na ten rodzaj pobożności. Dlatego przez większość życia chodziłam do dominikanów, którzy - niestety - się zbiesili i serwują wiernym herezję modernistyczną we wszystkich odsłonach i przy każdej okazji. 

Dziś trafiłam nieoczekiwanie do swojej parafii i mimo rozpaczliwego organisty wróciłam podniesiona na duchu. Piękno barokowego wystroju potrafi wiele wynagrodzić... Zamieszczam kilka zdjęć, żeby dać pewne pojęcie o poziomie artystycznym.

Fragment ołtarza głównego z rzeźbami patronów kościoła św. Doroty i Wacława 

Ołtarz główny w całej okazałości, na pierwszym planie piękne barokowe stalle

Św. Jan Chrzciciel u wejścia do prezbiterium (szaty pokryte płatkowym złotem kładzionym na pulment)

Św. Jan Ewangelista trochę nieostry, na pierwszym planie świeżo odrestaurowany ornat z początku XX albo końca XIX w.



czwartek, 16 grudnia 2021

O rozeznawaniu woli Bożej

W ramach rekolekcji ignacjańskich, w których biorę udział, wysłuchałam w zeszłym tygodniu konferencji o rozeznawaniu. Musiałam o tym czytać wielokrotnie w przeszłości, bo brzmiało bardzo znajomo. Jak więc rozeznać wolę Bożą w swoim życiu? Ano trzeba zacząć od przyjrzenia się swojemu sercu - jego pragnieniom i emocjom, które budzą. O ile dobrze zrozumiałam, zaczynamy właśnie od natury, od tego w co jesteśmy wyposażeni, w jakie talenty i aspiracje. Następnie pytamy Jezusa co on o tym sądzi. W kroku trzecim wypowiada się Kościół czy też świat.

Mogę sobie wyobrazić sytuację, kiedy jakiś młody człowiek czuje się powołany do kapłaństwa/ życia konsekrowanego, pan Jezus zdaje się go w tym utwierdzać, a na koniec chłopak zostaje przyjęty do seminarium czy zakonu - czyli wypowiada się Kościół, który dalej rozeznaje przyglądając się mu podczas 5, 6 lat formacji. Jeśli wszystkie trzy elementy (serce, Jezus i Kościół/świat) się zgadzają, a umysł wypełnia  pokój,  można mieć pewność, że wybór jest zgodny z wolą Bożą, ergo jest optymalny pod każdym względem.

W przykładzie ojca rekolekcjonisty młody człowiek jest przekonany, że to ta dziewczyna. Pyta Jezusa na modlitwie, a ten zdaje się to potwierdzać. Tak utwierdzony młodzieniec szoruje do swej wybranki, a ona wypowiada się odmownie. Co wtedy? Kto nie rozpoznał woli Bożej chłopak czy dziewczyna? Młody jezuita jednoznacznej odpowiedzi nie udzielił tylko rozłożył bezradnie ręce, w sensie, że bywa i tak.

Mój własny przykład, niestety, jest bardzo podobny. Zostałam wyposażona w pewien talent, który domaga się realizacji. Co więcej wielokrotnie na modlitwie czułam bardzo silny impuls, żeby wykonać konkretny krok w tym kierunku. Szłam za tym z przekonaniem, że to zgodne z wolą Bożą. Świat wypowiadał się czasem pozytywnie w jakichś drobnych przedsięwzięciach, ale żadna droga (ani nawet ścieżynka) się przede mną nie otworzyła. Mówiąc językiem kościelnym Pan Bóg nie pobłogosławił, czyli świat wypowiedział się odmownie. Nie jestem pewna czy to dokładnie to samo, ale efekt jest identyczny.

Więc zostałam z moim niezrealizowanym darem, kompletnie wyautowana z systemu, gdyż zamiast myśleć o urządzeniu się w życiu, usiłowałam podążać za swoim pragnieniem. Ktoś mógłby przytomnie zapytać "dlaczego więc tego nie robisz, przecież w takiej sytuacji nie brak ci czasu?" Takiemu komuś odpowiedziałabym, że brakuje mi minimalnego poczucia bezpieczeństwa - strach przed brakiem emerytury paraliżuje mnie i każe nerwowo szukać jakiegokolwiek pracy.

Tak więc mój wniosek jest raczej smutny - nieważne dokąd wyrywa się nasze serce, nieważne co mamy na wyposażeniu, ba - nie ważne nawet to, co wydaje nam się słyszeć na modlitwie. To świat ma ostatnie słowo. Muszę przyznać, że w takiej sytuacji proceder pytania własnego serca, czy też Pana Jezusa na modlitwie, wydaje mi się po prostu zbędny. 

Może trzeba wyjść od rzeczywistości i po prostu przyjąć, że każdy z nas jest dokładnie w takim miejscu, w jakim powinien być i ma taką pracę, jaką powinien mieć. Rezygnacja z czegoś, co jest, w imię czegoś, co istnieje jedynie w sferze pragnień, jest zawsze błędem i to takim, który może mieć nieskończone konsekwencje. Wbrew pozorom to nie jest wybór moralnie obojętny. Błąd to gorzej niż grzech, w każdym razie jeśli chodzi o konsekwencje. Św. Paweł pisze "gdzie wzmógł się grzech tam jeszcze obficiej rozlała się łaska". Niczego takiego nie przeczytamy o błędach. Owszem możemy się na nich uczyć, ale czasem taka wiedza jest już do niczego nieprzydatna, bo skutki są nieodwracalne.

Z tych i innych niewesołych rozmyślań wyrywają mnie ptaczki (tak ma być: szpak - szpaczek, ptak - ptaczek) przylatujące na wysoki orzech pod moim oknem:


Sikorka bogatka

Sikorka modra - modraszka. 

Gil schowany za gałązką w pochmurny dzień


Gil w całej okazałości na tle błękitnego nieba

Wyznam, że obserwacja tych uroczych stworzeń przynosi mi więcej pożytku duchowego (nie mówiąc już o radości) niż próby rozeznawania woli Bożej czy szukanie swojego "powołania".



środa, 1 grudnia 2021

O modlitwie, przy okazji rekolekcji ignacjańskich

Biorę udział w rekolekcjach ignacjańskich u jezuitów na Stysia. Zaczęły się w zeszłą środę. Mam znowu ten sam problem, co z każdymi innymi rekolekcjami - budzą we mnie szczerą irytację i zaburzają pokój ducha. Dlaczego?

Z powodu słów, niestety. Nieważne czy są to słowa kaznodziei wygłaszane do wiernych, czy też pewne sformułowania w "punktach", które dostajemy do medytacji. Objawienie, co prawda, jest zawarte w słowach Pisma Świętego, których słuchamy ilekroć jesteśmy na mszy (a co gorliwsi nawet czytają je codziennie). Te mogą być inspirujące lub budzić w nas sprzeciw i zdziwienie, jak np. słowa Jezusa do Syrofenicjanki. Nie o to tu jednak chodzi.

Moje skromne doświadczenie modlitwy uświadamia mi, że Bóg komunikuje się z nami na poziomie o wiele głębszym niż słowa czy nawet obrazy. Na poziomie tak głębokim, że nasz świadomy umysł nie rejestruje żadnej aktywności, jak za słaby czy zbyt oddalony radar. Dlatego też ilekroć słyszę o relacji czy rozmowie z Bogiem/Jezusem nóź mi się w kieszeni otwiera, gdyż taki dobór słów sugeruje coś, co w praktyce nie zachodzi i nie może zajść. Nasz świadomy umysł zaprzątają problemy, które z perspektywy Boga nie istnieją albo nie są problemami. Można modlić się miesiącami, latami albo wręcz dekadami o zmianę jakiejś sytuacji, którą postrzegamy jako patologiczną (i którą z całej siły usiłujemy zmienić) i rozbijać się o monumentalne i absolutne milczenie Boga, jego całkowitą obojętność. Czasem owo milczenie jest złagodzone "polewką Habakuka" przyniesioną nam, jak onegdaj Danielowi do Jaskini Lwów. Owa polewka jest jedynie znakiem życzliwości, ale nie rozwiązaniem problemu...

Ilekroć więc słyszę coś w rodzaju "porozmawiaj z Jezusem o swoich problemach" szlag mnie trafia, bo wiem jak wygląda taka "rozmowa". Ze strony człowieka rozpaczliwe, rozdzierające wołanie, czasem wręcz łzy i szloch, ze strony Boga milczenie, betonowa ściana. Mam wręcz wrażenie, że im częściej ponawiamy tę rozpaczliwą modlitwę, tym owa ściana Boga staje wyższa, grubsza i bardziej jeszcze nieprzenikniona...

Dlaczego tak jest? Oczywiście nie wiem, ale podzielę się kilkoma odpowiedziami, które zazwyczaj przychodzą mi do głowy.

1. Problemu rzeczywiście nie ma (albo jest zupełnie gdzie indziej). Posłużę się przykładem dość typowym, choć może niepoważnym w tym kontekście. Wyobraźmy sobie dziewczynkę czy nastolatkę, która ciągle słyszy od innych, że nie powinna wyglądać tak jak wygląda tylko zupełnie inaczej, przy czym chodzi o cechy genetyczne, a nie np. sposób ubierania. Dziewczynka/nastolatka myśli, że tak rzeczywiście jest skoro wszyscy inni tak twierdzą. Tymczasem ze 100%-ową pewnością można stwierdzić, że jeśli wygląda tak jak wygląda tzn., to Bóg ją taką właśnie wymyślił, ergo problem po prostu nie istnieje. Istnieje inny problem - niepewność dziewczynki na skutek niedoinwestowania emocjonalnego ze strony rodziców/opiekunów oraz zbyt wiele czasu spędzanego we wrogim lub z innych powodów niewłaściwym otoczeniu. Teraz wyobraźmy sobie modlitwę takiej młodej osóbki, kiedy właśnie spotkała ją jakaś wyjątkowo paskudna sytuacja. Prawdopodobnie będzie płakać w zaciszu jakiegoś bezpiecznego kąta, być może powtarzając owo wieczne "dlaczego". Co usłyszy w odpowiedzi? Najprawdopodobniej nic. Być może zmęczona płaczem zaśnie i obudzi się nieco pokrzepiona, może jakieś wydarzenie odwróci jej uwagę. Wiele lat minie zanim zda sobie sprawę, jak kompletnie od czapy był sformułowany jej problem.

2. Problem jest wymyślony. Wyobraźmy sobie młodą osobę - znacznie łatwiej mi myśleć o kobiecie, ale równie dobrze może to być mężczyzna - która szuka swego powołania, bo usłyszała w Kościele, że człowiek z definicji powołany jest do małżeństwa, kapłaństwa lub życia konsekrowanego. Jeśli z jakichś powodów żadna z tych dróg się przed nią nie otworzy, będzie wołać w udręce do Boga: powiedz mi co mam zrobić, oświeć mnie albo po prostu pomóż mi znaleźć odpowiednią osobę na żonę/męża! Nawet jeśli osoba jest bardzo umiarkowanie wierząca i nie będzie brała pod uwagę ani zakonu, ani kapłaństwa, to jednak niemożność znalezienia odpowiedniego partnera będzie - przynajmniej przez jakiś czas - bardzo uciążliwa. Tymczasem osoba może obiektywnie nie nadawać się do takiego związku albo nawet w głębi serca go nie chcieć, np. z powodu negatywnych doświadczeń z przeszłości. Gdyby inni ludzie nie wypowiadali się na temat, jak powinno wyglądać jej życie, całej tej udręki po prostu by nie było, nie byłoby tych rozpaczliwych modlitw odbijających się od ściany.

3. Problem istnieje, ale rozwiązanie jest inne niż sobie wyobrażamy. Wyobraźmy sobie osobę bardzo pragnącą doświadczyć miłości, bliskość, przyjaźni czy też poczucia przynależności po prostu. Co taki ktoś sobie wyobraża? Najprawdopodobniej innego człowieka (innych ludzi). To bardzo interesujące, bo jeśli ktoś w ten sposób formułuje swoje pragnienie, to można z dużą dozą prawdopodobieństwa twierdzić, że jest poważnie niedoinwestowany emocjonalnie. Właśnie jakiś inny (znaczący)  człowiek (ludzie) go odrzucił, zaniedbał lub wykorzystał. Teoretycznie taki ktoś powinien na widok innego człowieka uciekać z wrzaskiem, a on nie, żywi irracjonalna nadzieję, że może być inaczej. Może i może, ale zazwyczaj nie jest. Modlitwa kogoś takiego pełna jest bólu i nadziei, na początku z przewagą tego drugiego, potem coraz bardziej pierwszego. Być może w odpowiedzi na nią pojawiać się będą jacyś ludzie w życiu tej osoby i będzie mogła zobaczyć, jak niedorzeczne były jej oczekiwania. To tak jakby ktoś, kto marzy o morzu, dostał buteleczkę słonej wody. Pusta studnia wyobraża sobie wielki deszcz z nieba, który ją napełni, tymczasem deszczu nie ma, albo jest kapuśniaczek. Nawet jeśli zdarzy się  od czasu do czasu jakaś ulewa, to po krótkim czasie woda znów wysycha. Jak taki problem może być rozwiązany? Ano przez niezauważalne, ale stałe podnoszenie się poziomu wód gruntowych, albo przez kopanie studni coraz głębiej. Najprawdopodobniej ten proces zachodzi także dzięki modlitwie, ale są to lata, jeśli nie dekady. W jakimś momencie widzimy niedorzeczność naszych pragnień i wyobrażeń, a nagląca potrzeba miłości czy przyjaźni po prostu zanika.

Nie podważam znaczenia modlitwy w życiu człowieka, wręcz przeciwnie, ale nazywanie jej rozmową wydaje mi się skrajnie nieadekwatne. Daje z gruntu fałszywy obraz tej wymiany. Człowiek istnieje w czasie, Bóg w wieczności. Człowiek oczekuje odpowiedzi tu i teraz, Bóg rozkłada ją na całą długość naszego życia. 

piątek, 12 lutego 2021

O aborcji

Niedawno śniło mi się, że mam podjąć pracę w jakiejś placówce oświatowej w niedużej miejscowości. Przeglądam plan i kręcę nosem, że w jakiś dzień mam za dużo godzin. Nie ma tam żadnych uczniów, po budynku tej instytucji kręcą się dorośli ludzie w sile wieku. Wśród nich jakiś mężczyzna w wieku ok. 35  lat, którego niby znam. Nie jest szczególnie wysoki, ani barczysty, ale ma ładną sportową sylwetkę i gęste, nieco odrośnięte, ciemne włosy ze złotawym połyskiem. Mówię do niego: "Ależ ty się zrobiłeś przystojny ostatnio". Powtarzając to uświadamiam sobie, że to przecież mój brat.

Mój brat (jeśli to rzeczywiście był chłopak) miałby teraz ok 54 lata, mama zaszła w ciążę bardzo szybko po moim urodzeniu. Swoją drogą starsza siostra urodziła się dopiero po 2 latach od ślubu, a już rodzice byli zaniepokojeni, że coś jest nie halo...  Najpierw długo nic, a potem jedno po drugim w zbyt krótkim odstępie.... Nie dano mu więc szansy. Ktoś zadecydował, ktoś inny uznał, że ciało kobiety daje jej prawo do takiego wyboru i nie przeciwstawił się skutecznie....

Dowiedziałam się o tym w czasie stanu wojennego, nie wiem dlaczego mamie zebrało się na zwierzenia. Prawdopodobnie podczas delegacji do Częstochowy poszła w końcu z tym do spowiedzi (po 15 czy 16 latach). Nie wiem jak wyglądałoby życie mojej rodziny gdyby nie ta nieszczęsna aborcja, ale podejrzewam, że różnica na wielu poziomach byłaby znacząca. Zawsze myślałam, że smutek i gniew mamy mają związek z wojennym dzieciństwem i wykorzenieniem, a wycofanie ojca z traumatycznymi doświadczeniami w Sowietach, wcieleniem do LWP, służbą wojskową i rozdzieleniem z częścią rodziny (matką, siostrą i młodszym bratem, którzy zostali w stronach rodzinnych)...  Teraz myślę, że pierwsza przyczyna owego nienazwanego smutku, obustronnych pretensji i ciągłej irytacji mogła być całkiem inna... Zaprzestanie przystępowania do sakramentów też zapewne nie pomogło...

Po spowiedzi i powrocie do praktykowania mamie przyśnił się młody, krótko ostrzyżony chłopak czekający pod jakąś bramą. Skądś wiedziała, że to jej syn.

Moja bliska przyjaciółka z czasów studenckich cierpiała na jakieś zaburzenia hormonalne w wyniku których nie dostawała od lat okresu, a na jej twarzy - mimo codziennej depilacji widać było wyraźny cień. Natomiast włosy na głowie znacznie się przerzedziły, z pokaźnego ciemnego warkocza został mysi ogonek, który bez żalu ścięła. Odkąd ją pamiętam planowała jakąś kurację u naprawdę dobrego specjalisty, najchętniej za granicą. Po studiach wyjechała kolejno do Anglii, Szwajcarii i Stanów. Była tam leczona przez odpowiednich specjalistów, którzy jednak jej szansę na pełne wyzdrowienie (czy raczej rozwój) oceniali nisko.

W  Stanach wyszła za mąż za dużo starszego rozwodnika i zupełnie nieoczekiwanie zaszła w ciążę, co z punktu widzenia medycyny graniczyło z cudem, po czym... dokonała aborcji. Miała lat 37, a jej mąż pewnie gdzieś około 50, ale właśnie się przeprowadzali, więc perspektywa potomka wydała się kłopotliwa... Zważywszy okoliczności i wiek musiała wiedzieć, że cud się nie powtórzy... Zawsze lubiła dzieci i miała z nimi świetny kontakt..

Pamiętam jak stoję ze słuchawką przy uchu i szczęką na bruku po wysłuchaniu tych rewelacji. "Jesteś tam jeszcze" - słyszę po dłuższej chwili. Jestem zdruzgotana przede wszystkim niepojętym zaślepieniem i zatwardziałością prowadzącą  do odrzucenia TAKIEGO daru, TAKIEGO znaku, TAKIEGO cudu, a także świadomością, że nie napisałam listu, w którym tknięta jakimś przeczuciem chciałam opowiedzieć historię aborcji w mojej rodzinie...

Spotkałyśmy się kilka lat później, po czym nasza piękna przyjaźń skończyła się. Być może nasze drogi się już dawno się rozeszły, tylko nie chciałyśmy tego uznać, a być może uświadomiłyśmy sobie wreszcie (nawzajem) kim naprawdę była ta osoba, którą uważałyśmy za przyjaciółkę.

Ta historia ma też aspekt duchowy, a jakże. Wyobraź sobie, czytelniku, młodą studentkę KULu zaangażowaną kolejno w Oazę potem udzielającą się przy parafii jezuickiej, żeby pod koniec studiów trafić do Neokatechumenatu, która po wyjeździe na zachód zrzuca z siebie wiarę jak niemodne okrycie, żeby pogrążyć się wszystkich odmianach New Age z "szamanem Majów" włącznie..., gdyż to się nosi w środowisku do którego aspiruje...

Aborcja zabija, i to nie tylko niewinną ludzka istotę w łonie matki, lecz także relacje w rodzinie i poza nią. Jak dalekosiężne są skutki duchowe, także dla urodzonych już dzieci, trudno ocenić...


piątek, 20 kwietnia 2018

O żalu za grzechy

Wracając z wizyty kontrolnej w klinice dermatologicznej (po wycięciu narośli o charakterze nowotworowym) robiłam po drodze zakupy na weekend. W sklepie Krasnal na Sądowej odezwałam się niezbyt grzecznie do starszego pana, który mnie niechcący potrącił kilka razy. Za każdym razem przepraszał mnie z pewnym zdziwieniem, że znowu to zrobił, Wyjaśniłam mu, że pewnie dlatego, że się nieco nie posunął (widząc, że oboje jesteśmy obsługiwani jednocześnie), co byłoby logiczne zważywszy okoliczności. Starszy Pan bardzo się poczuł dotknięty tymi słowy. Przecież mogłam powiedzieć, żeby się posunął. Ucięłam to lakonicznym zapewnieniem, że nie mam o nic pretensji.

Już na Grabiszyńskiej dopadły mnie wyrzuty sumienia, że zachowałam się nieprzyjemnie wobec starszego,kruchego i kulturalnego człowieka, będąc o wiele młodsza i silniejsza . Im bardziej posuwałam się w stronę samu tym fatalniej się czułam. Spontanicznie grzmotnęłam się w klatkę piersiową mówiąc "mea culpa, mea maxima culpa".  W samie przy kasie zabrakło mi pieniędzy i kobieta wielkodusznie zaproponowała, żebym doniosła, co uczyniłam z wdzięcznością. Tym dogłębniej przyszło mi uznać wielkość mojej winy, że po niechlubnym postępku zetknęłam się z ponadstandardową życzliwością osoby, której bym nie podejrzewała o coś takiego.

Nie mogłam jednak oprzeć się przewrotnej refleksji, jak prosty i oczywisty jest żal za grzechy, kiedy jest się sprawcą zła. Gdybym to ja została nieprzyjemnie, chamsko, agresywnie lub niesprawiedliwie potraktowana - i nie umiała natychmiast adekwatnie zareagować - przez co najmniej tydzień zmagałabym się się z bezsilną wściekłością, która z czasem przeszłaby w gorycz. Powierzanie sytuacji Bogu na modlitwie byłoby w istocie prośbą o zemstę, która do niego należy. Co więcej nie wyspowiadałabym się z tego, gdyż uczucia grzechem nie są, ale gorycz i pretensje o wiele skuteczniej oddzielają od Boga niż pochopne słowa, których się natychmiast żałuje.

Być może to wyjaśnia częste i spektakularne nawrócenia, przestępców, alkoholików, prostytutek, aborterów i temu podobnych "oczywistych grzeszników". O nawróceniach ofiar toksycznych matek, ludzi latami wykorzystywanych przez najbliższych (i/lub obcych), niezdolnych do przeciwstawienia się temu, lub robiących to zbyt nieudolnie, nie słyszałam nigdy. Gdyby tak zajrzeć pod pokrywę anielskiej cierpliwości, z którą znoszą swój los, można by ujrzeć istne kłębowisko żmij - tony goryczy, żalu, frustracji i pretensji do Boga.

Myśl nie wydaje mi się zbyt odkrywcza, jestem absolutnie pewna, że spowiednicy są świadomi  skali i powagi zjawiska. Ta świadomość jednak nigdy nie przedostaje się do nauk, które słyszymy w Kościele. Wygląda na to, że dla duchowieństwa pokusa oznacza gołą panienkę (w naturze lub czasopiśmie dla mężczyzn) i żadna wiedza pozyskana w konfesjonale tego nie zmieni.

Ostatnio u dominikanów, zakonnik  głoszący kazanie zauważył przytomnie, że w Kościele zawsze słyszy się nauki przeznaczone dla nieobecnych, co nie powstrzymało go jednak przed uraczeniem nas tym absurdalnym podejściem. Na popołudniowej mszy w dzień powszedni przekonywał wiernych, że uczestnictwo w eucharystii nie jest przymusem ("z niewolnika nie ma pracownika"). Co za ulga dla tych nadgorliwych dewotów marnujących swój cenny czas po pracy!!!

Mistrzostwo świata należy jednak do franciszkanina, z którym umówiłam się na rozmowę po rekolekcjach pt "Kryzys a Jezus Chrystus".Wypytawszy mnie o środowisko rodzinne zupełnie nie wiedział co zrobić z informacją, że to moja matka ma siłę sowieckiego czołgu, a ojciec jest człowiekiem łagodnym i wycofanym. Pomilczał chwilę marszcząc czoło od widocznego wysiłku intelektualnego, w końcu stwierdził, że zwykle jednak jest odwrotnie i on będzie do mnie mówił jakby tak było. Po czym uraczył mnie całkowicie zbytecznym monologiem, a na koniec dał do zrozumienia, że nie widzi dla mnie wyjścia.

Chciałoby się powiedzieć "nie ma takiego zwierzęcia" (jak nie pamiętam kto na widok żyrafy) czy raczej "nie ma takiego kretyna", a jednak jest i to nie jeden. Zastanawiam się czy kapłani nie są uczeni, żeby unikać wszelkiej wiedzy na temat świata oraz ludzkiej natury i ignorować problemy swoich słuchaczy (bądź rozmówców), a mówić wyłączne do nieobecnych o rzeczach teoretycznie możliwych.

niedziela, 15 kwietnia 2018

O karykaturach Chrześcijaństwa

Anthony de Mello stwierdził kiedyś, że jeśli małpa usiłuje grać na saksofonie, to nie znaczy, że stała się muzykiem. To był komentarz do naśladowania Chrystusa. Trudno odmówić mu racji. Z całą pewnością istnieją takie interpretacje Chrześcijaństwa, które przypominają grę małpy na saksofonie.

Jednym z najczęstszych nieporozumień jest mylenie unikania konfliktów za wszelką cenę i ignorowania agresji skierowanej w nas z chrześcijańską miłością bliźniego. Otóż unikanie konfliktów i twierdzenie, że pada deszcz kiedy na nas plują, nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. To się nazywa wygodnictwo lub tchórzostwo (albo oba w jednym).  Nie domaganie się swego natomiast jest zachowaniem wyuczonym, czy wręcz wynikiem tresury, i wiele osób po prostu nie umie zachować się inaczej. Podobnie rzecz ma się z nieodpowiadaniem przemocą na przemoc - innymi słowy bronieniem się przed atakiem fizycznym - większość Chrześcijan w Europie po prostu nie umie tego wykonać, choćby chciało.

Moja mama całe życie przeżywała, że pewien powinowaty nie oddał pożyczonego mu płaszcza. Płaszcz ów był całkiem nowy, raczej drogi, kupiony dla mojego ojca. W sytuacji dość napiętego budżetu domowego kupienie  jeszcze jednego nie wchodziło w rachubę. Na pytanie dlaczego nie domagała się zwrotu nigdy nie umiała satysfakcjonująco odpowiedzieć. Dawała do zrozumienia, że nie wypada, a kiedy dalej pytałam, pojawiało się uzasadnienie ewangeliczne o dodawaniu płaszcza do sukni, którą ktoś chce od nas pożyczyć.

Wszystko to bardzo pięknie, ale jeżeli ktoś aplikuje tak dosłownie Ewangelię do codzienności, a potem przeżywa całe życie i karmi się goryczą i urazą, to chyba coś nie halo.  Jeżeli ktoś w oczywisty sposób nie dorasta do tak wyśrubowanych  standardów, niech się na nie nie sadzi, bo zapłaci słono on sam i jego rodzina. Wspomniany powinowaty zyskał za fryko nowy płaszcz i miał satysfakcję, rodzina "dawczyni" musiała wysłuchiwać jej gorzkich utyskiwań przez długie lata.

Moi rodzice nie chcieli reagować na pijackie ekscesy sąsiada z góry, woleli wyładować frustrację na swoje nastoletniej córce, która próbowała to robić. Mając wybór wobec kogo zachować się "po chrześcijańsku" wybrali sąsiada pijaka.  Racjonalizując takie wybory mój ojciec często mawiał "no przecież nie będę się z nim bić!" A dlaczego nie? Czyż nie jest to prosty i skuteczny sposób rozładowywania drobnych konfliktów między mężczyznami? A może męska rozmowa by wystarczyła? Czyż obrona terytorium nie należy do zupełnie podstawowych zadań głowy rodziny?  Mój ojciec był człowiekiem obdarzonym niebagatelną siłą fizyczną, a przy tym łagodnym usposobieniem. Nie lubił wchodzenia z kimkolwiek w konflikt i nie umiał takich sytuacji wygrywać. Nie miał ochoty się nauczyć, ani nawet próbować. Wolał się wycofywać i abdykować z roli mężczyzny. Mam absolutna pewność, że nie miało to nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Często jest tak, że komuś odpowiedzialnemu za innych, chcącemu popisać się "miłosierdziem" na zewnątrz, może go zabraknąć dla tych powierzonej swojej pieczy. Dobrym przykładem są biskupi tak zatroskani o poprawę bytu muzułmańskich nachodźców, że gotowi poświęcić bezpieczeństwo europejskich kobiet i dzieci. Papież Who-am-I-to-judge Franciszek nagradzający watykańskimi orderami proaborcyjne aktywistki i regularnie gwarzący przyjaźnie z wojującymi ateistami, zupełnie nie znajduje w sobie tej ujmującej gotowości do dialogu z wiernymi zaniepokojonymi rozmywaniem nauki Kościoła, kardynałami wiernymi doktrynie czy proliferami. Zbrzydza go już nie tylko 'absolutyzowanie prawdy" i "czynienie z niej idola", ale nawet życie poświęcone kontemplacji.

Tak się składa, że to właśnie modlitwa otwiera nas na Prawdę. Dzięki niej czasem wiemy co należy zrobić, mamy tzw natchnienia w konkretnych sytuacjach życiowych. Często wymagają od nas wysiłku, działania wbrew nawykom i wygodzie. W moim przypadku prawie zawsze wzywały mnie do akcji  "mało chrześcijańskich" i nieprzyjemnych - jak wzywanie policji do uciążliwych sąsiadów czy stawiania jedynek leniwym i pełnym lekceważenia uczniom - czyli dokładnie takich jakich zwykle unikamy zasłaniając się "miłosierdziem"




sobota, 14 kwietnia 2018

O nawróceniu

Kiedy mówi się "nawróć się" (po lubelsku: "naaaaawrć się!") do konia w stajni, zwierzak przestawia zad w stronę ściany boksu robiąc miejsce człowiekowi, który np chce go wyczyścić. Kiedy ten skończy szczotkowanie jednego boku, powtarza to samo polecenie i koń przechodzi na przeciwną stronę boksu. W tak dosadny sposób krótki "epizod jeździecki" w moim życiu pokazał mi czym powinno być nawrócenie - zmianą dotychczasowej postawy na wręcz przeciwną na skutek działania łaski.

Słyszałam (a może czytałam) wypowiedź księdza działającego w Odnowie, że ludzie hałaśliwi i ekstrawertyczni pod wpływem działania Ducha św. wyciszają się i kierują do wewnątrz, natomiast wycofani introwertycy zaczynają nagle publicznie głośno się modlić i wielbić Boga.  To oczywiście tylko zewnętrzne oznaki nawrócenia, ale wskazujące na jakąś głęboką przemianę, która w zaszła "wbrew ich naturze".

Z drugiej strony jeżeli zgodna, empatyczna i współczująca niewiasta, wykorzystywana przez wszystkich i nie umiejąca zadbać o siebie, mimo lat praktyk religijnych utwierdza się w takiej postawie i w wierze znajduje dla niej uzasadnienie, to raczej należy wątpić w szczerość jej nawrócenia. Podobnie rzecz ma się ze skłonnym do dominacji egoistą  czy przebiegłą manipulatorką. Jeśli w Kościele znajdują nowe zagłębie jeleni gotowych do użycia w służbie swojego ego, nowe obszary do dominacji i manipulacji - mówienie o nawróceniu jest po prostu kupą śmiechu.

Na mszy św. w dzień powszedni ta pierwsza kategoria wiernych - spolegliwe niewiasty - jest znacząco nadreprezentowana. To nie tylko ich wina, że słyszą to, co chcą usłyszeć tzn należy pozwalać się wykorzystywać, "oddawać się za darmo", "żyć dla innych", "nie szukać swego" (co za ulga, nie trzeba się zmieniać!) Często nauka głoszona od ołtarza taka właśnie jest, gdyż skierowana jest do zatwardziałych egoistów i hedonistów - całkowicie nieobecnych w kościele - lub po prostu powstała z myślą o mężczyznach, którzy ze swej natury są znacznie mniej empatyczni, współczujący i zgodni, a bardziej agresywni, nastawieni na rywalizację, konfrontację i osobisty sukces.

Słuchałam ostatnio wykładu prof. Jordana Petersona o różnicach między mężczyznami i kobietami w dziedzinie osobowości. Podejrzewam, że mówił rzeczy powszechnie wiadome, z którymi każdy student psychologii musi się zapoznać. Stwierdził powołując się na konkretne badania, że w okresie pokwitania kobietom wzrasta "trait neuroticism"  i pozostaje wyższy niż u mężczyzn do końca życia. Są one nadreprezentowane wśród pacjentów z depresją i "anxiety" (stanami lękowymi?), mężczyźni natomiast częściej są alkoholikami, narkomanami i  mają "learning disorders" o ile dobrze pamiętam.

Uzasadnił to faktem, że dla kobiet świat jest po prostu bardziej niebezpieczny, gdyż grozi im nie tylko "zwykła" agresja (jako, że są słabsze fizycznie) lecz także seksualna. Cena jaka płacą za seks jest przy tym nieporównywalnie wyższa niż w przypadku mężczyzn. Co więcej, system nerwowy kobiety jest zaprojektowany z myślą o macierzyństwie, a bardziej precyzyjnie o relacji z niemowlęciem. Aby dobrze wywiązać się z tego zadania musi  być "agreeable" - co pozwala unikać konfliktów mogących narazić jej dziecko na niebezpieczeństwo - empatyczna i współczująca, żeby reagować na potrzeby noworodka, których on nie umie jasno wyartykułować, nieskończenie cierpliwa wobec tej całkowicie bezbronnej istotki i pozwalająca się jej wykorzystywać ignorując własne potrzeby (co najmniej do wieku 9 miesięcy niemowlę ma zawsze rację). Te wszystkie zachwycające cechy kobiety umożliwiające przetrwanie gatunku, znacząco utrudniają jej odniesienie sukcesu w biznesie czy każdej innej dziedzinie życia, gdzie konkuruje z mężczyznami.

To naturalne środowisko ludzi, dla których świat nie jest zagrożeniem tylko okazją do podboju i dominacji, "disagreeable, taugh-minded, blunt, competitive and agressive", przy czym jest to "predatory agression" (a nie "defensive agresion"podyktowana lękiem typowa dla kobiet).  Jakie szanse ma osoba zgodna, grzeczna, empatyczna i uległa w zestawieniu z kimś takim?  Jest oczywiście wykorzystywanym do immentu jeleniem. Peterson stwierdził, że gdyby chciał zatrudnić pracowników, których można eksploatować bez ograniczeń wybrałby "middle-aged women, high in agreeableness and concienciousnesss". Takie osoby ciężko pracują, za nic nie przypisują sobie zasług i nigdy nie narzekają, nie umieją nawet poprosić o podwyżkę.

Oczywiście, mają świadomość że są wykorzystywane i wzbiera w nich gorycz i uraza do świata. Często potrzebują terapii, treningu asertywności, nauczenia się mówienia innym rzeczy przykrych i raniących (ale prawdziwych), negocjowania swoich warunków, "stawiania się".  Jest to zadanie na granicy ich możliwości ludzkich. Czasem udaje się przy okazji autentycznego nawrócenia przy pomocy łaski.

Jest taka modlitwa "Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serca nasze na podobieństwo serca Twego", która mnie na przemian drażni i szokuje. Jezus wyłaniający się z kart Ewangelii zupełnie do takiego opisu nie pasuje. Przede wszystkim jest to charyzmatyczny (w każdym sensie tego słowa) przywódca, porywający tłumy swoją nauką, wskazujący na siebie jako źródło autorytetu wyższego niż wszystkie znane jego słuchaczom. Według terminologii Petersona jest "high in disagreeableness and compassion". Raz po raz widzimy go w sytuacji ostrego konfliktu z konkurentami do przywództwa duchowego nad narodem wybranym. Nie przebiera wtedy w słowach i mówi rzeczy niewiarygodnie brutalne jak "plemię żmijowe" czy "groby pobielane", posuwa się nawet do agresji fizycznej wyrzucając kupców ze świątyni. Nie ma żadnych oporów, żeby ranić czyjeś uczucia albo sprawiać ból, jeśli widzi w tym sens. Najbardziej szokująca jest rozmowa z Syrofenicjanką, kiedy to kobieta prosząca o pomoc dla udręczonej córki zostaje porównana do psa. Gdyby scena odbywała się we wnętrzu, siła ciosu rzuciłaby nieszczęsną istotę na przeciwległą ścianę. Rozmowa z Samarytanką przy studni też nie należy do szczególnie przyjemnych. Jezus dość bezceremonialnie namierza jej bolesne miejsce i wydobywa na światło dzienne jej hańbę. Świadomie ociąga się w przypadku córki Jaira, aż dziewczynka umiera. Podobnie postępuje w przypadku Łazarza, choć zapewnia się nas, że go miłował, jak również jego siostry Marię i Martę. Nie waha się wystawić tych bliskich sobie ludzi na ból ekstremalny, aby chwała Boża mogła się objawić.

Jezus ma wszystkie cechy urodzonego przywódcy siłę osobowości, wizję, odwagę, wielkoduszność wobec słabszych i bezwzględność wobec wywyższających się. Jest obiektem podziwu mężczyzn i miłości kobiet. Jego serce to serce lwa, a nie baranka. Tym bardziej szokujące jest dobrowolne przyjęcie męki i hańbiącej śmierci. Jezus przekracza w tym swoją naturę. Godzi się na upokorzenie, które w oczach większości unicestwia jego aspiracje do przywództwa raz na zawsze. Jednak nawet w godzinie tej strasznej próby zachowuje godność i wielkość, która onieśmiela oprawców. Uderzony w twarz bynajmniej nie nadstawia drugiego policzka, tylko żąda podania racji. Sanhedryn wygląda przy nim jak sfora psów obszczekujących olbrzyma, rzymski namiestnik jak przestraszony uczniak próbujący zepchnąć na kogokolwiek odpowiedzialność za jego śmierć, Herod jak żałosny kretyn.

Jezus z Ewangelii ma się tak do swojej zniewieściałej błękitnookiej karykatury o lśniący lokach i trefionej brodzie jak Chrześcijaństwo do utwierdzania się w chorych i niszczących postawach tylko dlatego, ze mają pozór pokory. Pokora nie oznacza bezwzględnego podporządkowania możnym tego świata i unikania konfliktu za każdą cenę, tylko otwartość na prawdę i posłuszeństwo wobec niej.










środa, 11 kwietnia 2018

O uciążliwych sąsiadach, naiwności i pokorze.

Moja mama, była zachwycona nowym mieszkaniem w bloku, do którego wprowadziła się po ślubie z moim ojcem we wczesnych latach 60-tych ubiegłego wieku. Wydało jej się przestronne, słoneczne i fantastycznie położone wśród zieleni, a jednocześnie w centrum miasta.  Jeszcze bardziej zachwycały ją liczne młode małżeństwa i rodziny z dziećmi zamieszkujące sąsiednie lokale. Opowiadała mi w uniesieniu jakie poczucie bezpieczeństwa dawała jej bliskość tak wielu ludzi ("nigdy człowiek nie będzie sam, zawsze ktoś pomoże..."). Nawet konieczność mieszkania z teściem w 2-pokojowym mieszkaniu nie przyćmiewała jej szczęścia, zwłaszcza, że był on człowiekiem spolegliwym i taktownie umarł rok po ślubie rodziców, zanim przyszły na świat dzieci.

Oboje pozostawali całe życie pod wrażeniem owego PRL-owskiego raju - nowego osiedla mieszkaniowego wśród jeszcze nie uprzątniętych gruzów przedwojennego Wrocławia. Każdą uwagę o alkoholowym problemie sąsiadów, braku miejsca, koszmarnej akustyce traktowali jak świętokradztwo i bluźnierstwo w jednym.

Niestety owe obiecujące rodziny, które tak zachwycały moją matkę ulegały z czasem rozkładowi z wszystkimi jego skutkami ubocznymi. Sąsiad z góry rozpił się (po lub przed rozwodem) i miał trzydniowe ciągi, kiedy uprzyjemniał sobie alkoholowe ekscesy nieustającą głośną muzyką (Denis Russos "My friend the wind" i temu podobne kawałki), a piętro wyżej dziadek, ojciec i syn tknięci byli tym samym problemem.  Moi rodzice zwyczajnie nie mieli pojęcia jak się do tego odnieść, postanowili więc udawać, że problemu nie ma. Na stwierdzenie, że nie mogę spać w nocy reagowali złością i zniecierpliwieniem. Jako (wczesna) nastolatka "wzięłam więc sprawy w swoje ręce" i zaczęłam sama interweniować. Kontakt z bełkoczącym alkoholikiem w bieliźnie był niczym w porównaniu z furią moich rodziców skierowaną na mnie ("jak śmiałam"). W trakcie tych prób spacyfikowania mnie (jedna dziesiąta tego wystarczyłaby do uspokojenia uciążliwego sąsiada na zawsze) została wyartykułowana doktryna współżycia z sąsiadami pt "z ludźmi trzeba dobrze żyć".
Zakładała ona nie reagowanie na jakiekolwiek ekscesy, a w przerwach świadczenie socjopatycznym sąsiadom dobra w obfitości, czyli innymi słowy "zło dobrem zwyciężaj". Bardzo to pięknie i po chrześcijańsku, ale zawsze podejrzewałam, że kryje się za tym lęk przed konfrontacją z czymś nieprzyjemnym - nie tylko złośliwym, zapitym degeneratem, lecz także koniecznością uznania istnienie zła w postaci czystej. Moi rodzice nie chcieli skonfrontować się z tą oczywistością za żadne skarby. Zdecydowanie łatwiej było im uznać mnie za złą osobę i źródło problemu. Mi samej też znacznie łatwiej byłoby uznać samą siebie za źródło problemu, bo nie musiałabym uspakajać alkoholika i wystawiać się na wściekłość rodziców, ale rzeczywistości w postaci głośnej muzyki w środku nocy nie da się jednak w tak prosty sposób zaczarować.

Moi rodzice kontynuowali "zwyciężanie dobra złem" długo po moim wyprowadzeniu się z domu. Alkoholik z góry umarł dobrze po dziewięćdziesiątce. Upadł w łazience i nie mógł wstać. Moja siostra usłyszała podejrzane dźwięki i wspólnie z synem sąsiadki - studentem medycyny - podnieśli nieszczęśnika i sprowadzili pomoc. Umarł nad ranem w szpitalu. Córka denata postanowiła odremontować mieszkanie i przeznaczyć na wynajem.  W trakcie tego remontu moja mama dostała zawału. Jej reanimacja przebiegała wśród hałasu (wiercenia i kucia), którego natężenie mogłoby zabić zdrowego człowieka. Umarła tydzień później na oddziale intensywnej terapii. Ojciec nie żył wtedy już od 9 lat. Nie musiał oglądać tak spektakularnego fiaska swojej doktryny.

Śmierć zabiera po kolei wszystkich sąsiadów pokolenia moich rodziców. Ich mieszkania przeznaczane są na wynajem i powoli nasze "rajskie" osiedle zamienia się w akademik połączony z meliną. Poczciwy alkoholik-degenerat z góry, ze swoimi trzydniówkami i sprowadzaniem kurewek, to cienki Bolek w porównaniu z mieszkańcami tzw "mieszkań studenckich". Nawet moi rodzice nie nadążyliby z "odpłacaniem im dobrem za złe".

Wiele lat mieszkałam na stancji, w wynajętym mieszkaniu i budynku, gdzie wszystkie mieszkania były na wynajem. Ilekroć nie chciało mi się już reagować na ekscesy jakiejś dziczy i wolałam użyć broni duchowej w postaci różańca, już przy pierwszym dziesiątku doświadczałam silnego impulsu, żeby chwycić za telefon i dzwonić na policję. Na ogół robiłam to, choć z najwyższą niechęcią - lata tresury antyinterwencyjnej zrobiły swoje. Taki trening w jakimś stopniu przygotował mnie na powrót do mieszkania rodziców, którego połowę odziedziczyłam po śmierci mamy.

Co z tego wszystkiego wynika? To co zawsze - naiwność nie jest żadnym dobrem, tylko ucieczką przed uznaniem oczywistości, że istnieje zło. Trudno wyobrazić mi sobie zatwardziałość ludzi, którzy przeżywszy wojnę, sowietów i wczesną władzę ludową, nadal bronili się przed przyjęciem tego faktu do wiadomości. Co więcej, usiłowali z uporem godnym lepszej sprawy wdrożyć własne dzieci do takiego sposobu widzenia świata w myśl zasady: "bądź dobra dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie". O jej dogłębnej fałszywości przekonałam się ostatecznie w wielu lat niecałych siedmiu (wcześniej pobyt w przedszkolu znacząco podważył moja wiarę w jej prawdziwość). Byłam wtedy na wczasach z rodzicami nad morzem. Na czas wieczorku tanecznego młodsze dzieci zostawiono pod opieką starszych. Pamiętam spanie w szerokim łóżku z nastoletnimi dziewczynkami - córkami znajomych moich rodziców. Mama prosiła, żeby uważały na moje poparzone plecy. Zaopatrzona w tę cenną wiedzę o słabym punkcie potencjalnej ofiary, jedna z nich rąbnęła mnie z rozmachem dokładnie we wskazane miejsce, bez żadnego widocznego powodu. Ból fizyczny prawie mnie nie obszedł w porównaniu z  grozą zetknięcia ze złem w czystej postaci. Jakbym nie obracała tego doświadczenia w głowie, nie było ucieczki przed koniecznością uznania istnienia czystego zła i jego działania, nawet poprzez istoty pozornie niewinne i przyjazne jak nastoletnie córki znajomych.

Od tego czasu nie cierpię naiwności, zwłaszcza u tych, którzy z racji sprawowanej funkcji, mają być mądrzy, dojrzali i odpowiedzialni. Dlatego drażnią mnie niepomiernie niektóre gesty i słowa papieża Franciszka, biskupów, pewnych księży i polityków, czemu często daje wyraz na tym blogu.

Czy jest to brak pokory? Nie wiem. Podobno pycha umiera 3 trzy dni po człowieku. Zapewne nie różnię się pod tym względem od swoich bliźnich. Ponieważ jednak należę do "pozbawionych prawa do mówienia" (jak śpiewamy w akatyście), ten blog jest dla mnie jedyną przestrzenią nieograniczonej wolności wypowiedzi i nie zamierzam się cenzurować.




poniedziałek, 22 maja 2017

O niespodziewanych skutkach błyskawicznej modlitwy o uzdrowienie

W zeszłym tygodniu, w niedziele dominikanie gościli uzdrowiciela z Australii, Alana Amesa (o ile dobrze pamiętam). Po mszy południowej mówił krótkie świadectwo, a następnie modlił się bardzo krótko nad każdym wiernym w kościele, a wszystko to przy akompaniamencie pieśni wielbiących by zespół grupy odnowy w Duchu Św. i głośnych modlitw (w tym językami) najbardziej irytującego zakonnika we wrocławskim klasztorze. Szczerze mówiąc nie lubię takich imprez, zbyt przypominają zgromadzenia protestanckie, gdzie element ludzki dominuje nad boskim. Jednak będąc w sytuacji obiektywnie trudnej czasem uczestniczę w podobnych przedsięwzięciach i proszę o modlitwę wstawienniczą. Tym razem modlitwa była tak błyskawiczna, że trudno mi było wiązać z nią jakieś nadzieje.

Nie czułam się specjalnie dobrze ani bezpośrednio po niej, ani przez następne dni. Prawdziwa jazda zaczęła się jednak po spowiedzi. Obudziłam się wściekła i sfrustrowana. Na adoracji miałam ochotę walić pięścią w ławkę domagając się głowy tych, którzy mnie kiedykolwiek skrzywdzili, prześladowali lub potraktowali niesprawiedliwie. Było niestety zbyt wielu świadków i zbyt blisko mnie, dałam więc upust bezsilnej złości w stłumionym płaczu (jakaś ciumcia klęczała tuż za moimi plecami).

Następnie pomaszerowałam z podaniem do pewnego urzędu państwowego (związanego z konserwacją zabytków), gdzie od jesieni bezskutecznie staram się o pracę. Tamtejsza sekretarka tak chętnie udziela jakichkolwiek informacji jakby każde jej słowo warte było milion dolarów i nie będzie przecież rzucała takich pereł przed jakieś uciążliwe wieprze, które przyłażą ze swoimi zbytecznymi papierami, jakby nie rozumiały, że ogłoszona na stronie posada jest już dawno zajęta dla jakiejś swojej niuni właśnie kończącej studia lub liceum. Z największym trudem powstrzymałam się od siłowego poszerzenia jej otworu gębowego, ażeby słowa mogły swobodniej przezeń płynąć. W zamian postanowiłam nasłać na to gniazdo nepotyzmu jakąś odnośną służbę.

Męczyłam się jeszcze przez kilka dni aż w końcu (także na adoracji) uświadomiłam sobie, że oto otworzyły się wszystkie moje stare rany, także te, które wydawały się czysto zabliźnione i wycieka z nich ropa zbierająca się od lat albo wręcz dekad. W tym momencie spłynął na mnie pokój. Po raz kolejny pomyślałam sobie, że gdyby człowiek przyjął do wiadomości, że jest na wojnie nie miałby nierealistycznych oczekiwań wobec życia. Nie zwracałby nawet uwagi na prześladowania, oszczerstwa, a nawet ataki fizyczne. Sprawdzałby tylko czy nadal ma wszystkie kończyny, narządy zmysłów oraz organy wewnętrzne i przechodził do swoich zadań szczęśliwy, że znowu uszedł z życiem. Zanieczyszczone rany niespodziewanie otwierające się także mieszczą się w owej wojennej metaforze i są szczególnie uciążliwe kiedy nie wiemy, co właściwie jest naszym zadaniem w tym momencie i nie możemy się temu poświęcić. Czekając więc na rozkazy przyjmuję, że moim zadaniem jest owe rany porządnie oczyścić, w czym być może pomoże mi także ów blog.



czwartek, 19 listopada 2015

O grzechu międzypokoleniowym

Na wpolityce.pl  znalazłam taki tekst: http://wpolityce.pl/kosciol/272411-grzechy-nie-przechodza-z-pokolenia-na-pokolenie-skutki-tak

Jakiś kapłan stwierdził figlarnie, że grzechy nie mają nóg więc nie mogą przechodzić z pokolenia na pokolenie, natomiast skutki tak.

W gruncie rzeczy to tylko kwestia nazwy bo jak go zwał tak zwał jeśli coś się za człowiekiem ciągnie niezawinionego to raczej nie ma większego znaczenia jak to się nazywa.

Jakaś specjalna modlitwa o uwolnienie od tych skutków jest potrzebna czy nie? Mam podejrzenie, że nikt nie wie i do wszystkiego trzeba dochodzić metodą prób i błędów. Albo gorzej: wiedza onegdaj dostępna została zapomniana jako wstydliwa, źle komponująca się z wizerunkiem dzisiejszego Kościoła.


niedziela, 26 lipca 2015

O prześladowaniu słabszych i końcu świata

Są (co najmniej) dwie rzeczy, o których nawet myśli nie mogę znieść - odbieranie rodzicom dzieci i insynuowanie, że Polska była krajem nazistowskim.

Wchodzę na portal wPolityce i co widzę? Tekst Wojciechowskiego o rodzinie Bałutów  oraz spostrzeżenie, że po wpisaniu w googla "flaga hitlerowska" wyskakuje m.in. znak Polski Walczącej i jeszcze o jakichś kretynach z Cypru atakujących polskich kibiców z powodów "historycznych".

Zacznę od tekstu Wojciechowskiego (http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/260415-pan-bog-wysoko-a-sad-w-nisku-mimo-rozpaczliwych-prosb-nie-oddaje-dzieci-i-co-mu-kto-zrobi-a-gehenna-dzieci-i-katorga-rodzicow-trwa), z którym się zgadzam w 100%. Jak większość czytelników wiem o sprawie, że w małym mieszkaniu był pies, królik i muszki owocówki i panował pewien nieład i to sąd uznał za powód do odebrania matce karmiącej niemowlęcia oraz umieszczenia dwóch starszych dziewczynek w domu dziecka. Dziś przeczytałam, że starsza z nich była odrzucona w szkole przez rówieśników i oskarżana, że brzydko pachnie. Na zdjęciu widziałam dwie b.ładne i smutne dziewczynki.

Każdy, kto przez pięć minut był w dowolnej szkole w dowolnym charakterze wie, że argument, że ktoś śmierdzi albo "się spierdział" jest stosowany przez pewne jednostki z automatu wobec każdego, kogo akurat glebią. Powiem więcej ten argument jest stosowany w polskiej debacie publicznej wobec opozycji z całą powagą. Mamy więc prześladowaną w szkole dziewczynkę (być może z powodu względnego ubóstwa rodziców) i prześladowaną przez III RP niezamożną rodzinę. Na domiar złego mamy bohaterski, ale ubogi kraj oskarżany przez możnych tego świata o zbrodnie, których nigdy nie popełnił, a sam padł ich ofiarą, a kupione elity polityczne nie robią nic by się temu przeciwstawić.

Może jestem obsesyjna, ale to wszystko kojarzy mi się mechanizmem stadnym. Normą jest atakowanie jednostki słabszej i we wszystkich 3 przypadkach działa ta zasada. Czy ktoś kiedyś słyszał o odbieraniu dzieci gangsterom?

Osobiście widziałam w jakimś filmie "nazi occupied Germany"w przeciwieńswie do "nazi Poland". Film był angielski.

Niedawno czytałam, że uaktywnia się jakiś "superwulkan" w Indonezji, co grozi globalną katastrofą. Ta informacja napełniła mnie pewną otuchą. Jeśli innego (niż mamy) końca świata nie będzie to niech przynajmniej okaże się wart swego miana.


piątek, 24 lipca 2015

O perfekcjonizmie, który może zranić cię jeszcze bardziej (niż kłamstwo)

Perfekcjonizm z duchowego punktu widzenia jest po prostu ordynarną (a może raczej subtelną) szatańską pychą. Rani nie tylko samego perfekcjonistę, ale - niestety - wszystkich, którzy się z nim zetkną (nie daj Boże w charakterze dziecka, ucznia, studenta, doktoranta).

Perfekcjonista nie widzi wysiłku, wkładu pracy, pomysłu, oryginalności dziecka, ucznia, studenta, doktoranta, nie jest tym w ogóle zainteresowany - on widzi wyłącznie rozbieżność między swoim chorym standardem a tym, co ma przed sobą. Ofiara perfekcjonisty po kilku jego interwencjach, zaczyna się bać zrobić cokolwiek, a mur niemożliwości zaczyna wyrastać miedzy nią, a każdą próbą aktywności. Zwątpienie w swój osąd, umiejętności, zdolności i w ogóle wszystko doprowadza do paraliżu woli.

Perfekcjonista paraliżuje swoją ofiarę zabijając w niej wszelką zdrową i adekwatną pewność siebie. Czyni z niej bezradny cień człowieka, niezdolny do twórczego (ani żadnego innego) działania.

Napisałam te gorzkie słowa na drugi dzień po zetknięciu z toksycznym promotorem-perfekcjonistą. Zastanawiam się, ile czasu będę dochodzić do siebie i czy w ogóle mi się to uda.

We Wrocławiu straszny upał, powala nawet żwawe wiewióreczki w parku na Grabiszyńskiej, a co dopiero uciemiężonych doktorantów, którzy musza do 30.09. złożyć gotową pracę.


sobota, 25 kwietnia 2015

O kłamstwie, ktore bardziej zrani cię niż na wojnie wróg

Chrystus powiedział o sobie, że jest drogą, prawdą i życiem. Duch św. jest duchem prawdy. Prawda, Dobro i Piękno są atrybutami Boga samego. Prawda jest tym imieniem Boga, które jest jak powiew świeżego, krystalicznie czystego powietrza w dusznym pomieszczeniu. Prawda wyzwala.

Natomiast wiadomo kto jest ojcem kłamstwa. Nie jest więc szczególnie dziwne, że kłamstwo, kiedy nas dotyka zostawia wyjątkowo paskudny osad, zwłaszcza kiedy niewinnie zostajemy posądzeni o nie, przez agentów wiadomo kogo, którzy nas oczerniają publicznie. Sama niebywała perfidia takiego zachowania wskazuje na demoniczne pochodzenie. Ktoś, kto do kłamstwa nigdy się nie posuwa jest wobec czegoś takiego całkowicie bezbronny.

Napisałam te słowa jakiś czas temu po przykrym incydencie w przychodni i nawet nie miałam ochoty dalej rozwijać tematu. Wracam do tego porzuconego wpisu po serii wyjątkowo paskudnych oszczerstw rzuconych na nasz naród jako to wypowiedź szefa FBI i sformułowanie Nazi Poland w grze edukacyjnej dla dzieci, której sprzedano 3mln egzemplarzy.

Reakcja po protestach była - mówiąc oględnie - niewystarczająca. Nie mogę zrozumieć dlaczego ktoś nie wytoczy tym  i podobnym s...synom procesu i nie zgarnie kupy kasy. Sama bym to zrobiła, gdybym była na miejscu i miała odpowiednie zasoby. Podejrzewam, że takich osób trochę jest. Na obecny rząd nie ma co liczyć, inicjatywa musi wyjść od obywateli. Zastanawiam się czy osoba prywatna mogłaby to zrobić argumentując, że tego rodzaju oszczerstwa osłabiają pozycję zawodową i społeczną (kogoś mieszkającego i pracującego za granicą) oraz narażają na niebezpieczeństwo życie i zdrowie (był przypadek ataku na młodego Polaka w Belgii przez jakieś barana przejętego tego rodzaju oszczerstwami).

Równie bolesna jest dla mnie antychrześcijańska i antykatolicka propaganda, która po prostu wrosła w pop kulturę. Obejrzałam 3 sezon w "Wikingów" i co tam mamy? Oczywiście sadystę z sekretną komnatą przeznaczona do torturowania kochanek. Jest nim hrabia Odon (o ile dobrze pamiętam) obrońca Paryża. Scena w której udający trupa Ragnar wyłazi z trumny na mszy i morduje biskupa na oczach wiernych jest jedną z wielu w tym serialu profanacji sacrum i mordowania bezbronnych. Mam wrażenie, że twórcy pławią się w nich z upodobaniem.

To zastanawiający zbieg okoliczności, że obie wspólnoty narodowa i Kościoła, do których należę i się z nimi silnie identyfikuję są z taką wściekłością atakowane. Wiadomo kto nienawidzi Kościoła, ale dlaczego Polska?. Nic na to nie poradzę, ale przychodzi mi do głowy pewna wpływowa grupa etniczna, która dokładnie tych 2 wspólnot nienawidzi i ma sporo do powiedzenie w pop kulturze, zwłaszcza filmie i mediach.


środa, 11 lutego 2015

O czekaniu i niecierpliwym dawcy

Często słyszy się przy różnych okazjach, że na pewne zdarzenia czy osoby w życiu trzeba poczekać. Intuicyjnie nie ufam takim stwierdzeniom, gdyż w ten sposób zawsze byłam oszukiwana w dzieciństwie. Gdy moi rodzice nie chcieli na coś mi pozwolić, zamiast wyartykułować to jasno i bez ogródek, twierdzili obłudnie, że jest niewłaściwy moment, licząc, że zapomnę i po sprawie. Nigdy nie zapominałam.

Nie neguję cnoty cierpliwości, która potrzebna jest żeby się czegoś dobrze nauczyć, dojść do biegłości, ale wtedy widzi się postęp, nawet jeśli jest bardzo wolny.

Kiedy słyszę o Bogu, że każe nam na coś czekać całe życie, to po prostu nie wierzę. Każdy ma doświadczenie bycia dawcą, niecierpliwego oczekiwania na moment wręczenia prezentu i ciekawości reakcji obdarowanego. Moja intuicja mówi mi, że Bóg także jest takim niecierpliwym dawcą i obdarowuje nas istotnymi dla nas dobrami bardzo wcześnie w naszym życiu, nie każąc nam na nic czekać. Problem w tym, że to my nie jesteśmy w stanie rozpoznać i należycie ocenić tych darów.

Tak było ze mną i moją pierwsza pracą w zbiorach graficznych pewnej bardzo szacownej biblioteki naukowej. Świeżo po studiach wyobrażałam sobie, że Bóg wie co mnie w życiu czeka i ta skromna, ale stabilna posada nie oferuje należytych perspektyw. Teraz kiedy wiem na co w życiu mogę liczyć, jestem pewna, że było to dobre miejsce i żałuje, że je odrzuciłam tak lekkomyślnie.

Na początku lat 90-tych, kiedy nagle pojawiło się mnóstwo poradników jak zmienić swoje myślenie, a z nim życie i najdziwniejszych warsztatów dla naiwnych na mniej więcej ten sam temat, różne barany, a wśród nich i ja, karmiły się tym chłamem bezkrytycznie.

Znam mnóstwo przypadków osób, które zrezygnowały z pracy, która ich zdaniem nie była dość dobra, a każda następna (o ile udało im się jakąś znaleźć) okazywała o wiele gorsza od poprzedniej.
Nie widziałam, żeby to zjawisko było opisana w literaturze przedmiotu. Czytałam owszem o spektakularnych nawróceniach ludzi, którzy bardzo głęboko zabrnęli w grzech i z pomocą Bożą udało im się z tego wyrwać i zacząć nowe życie. Zawsze mnie zastanawia dlaczego dla tych, którzy popełnili błąd nie ma analogicznego happy endu. Może błąd to gorzej niż grzech jak chcą niektórzy?

Tak więc należałoby się bardzo uważnie przyglądać, osobom i okolicznościom, które są nam dane na początku naszej drogi - pierwszej pracy, ludziom spotkanym w wieku lat nastu lub dwudziestu, gdyż istnieje naprawdę duża szansa, że to są właściwe osoby i okoliczności.

Ktoś mógłby mi zarzucić, że sieję defetyzm i nie dodaje otuchy tym, którzy tego w swoim czasie nie zrobili i miałby rację. Chciałabym wierzyć, że nawet z naszych błędów Bóg może wyprowadzić większe dobro...






niedziela, 1 lutego 2015

O niebezpiecznej pokusie szczerości

Jest to pokusa, której zdecydowanie zbyt często ulegam. Pokusa wtajemniczania innych w swoje myśli, wątpliwości i lęki. Zawsze mam złudzenie, że ktoś patrząc z dystansu zobaczy coś, czego sama nie widzę, albo że samo wypowiedzenie tego w obecności życzliwej (jak sobie wyobrażam) osoby coś mi da.Cóż, teoretycznie tak mogłoby się stać, zwłaszcza w przypadku zwrócenia się do osób powołanych do tego i w jakiejś mierze kompetentnych. Dlaczego jednak tak się nie dzieje?
Ludzie nawet powołani do wysłuchiwania różnych rzeczy nie często spotykają się ze szczerością?
Jakieś tabu chroni dobrze przystosowane jednostki przed nią, a ten kto ten niepisany zakaz przekracza sam sobie winien? Może samo pragnienie szczerego podzielenia się swoimi myślami i wątpliwościami jest perwersyjne? Infantylne? Autodestrukcyjne?

Moje doświadczenie jest takie, że osoba wysłuchująca czegoś takiego nabiera przekonania, że ma do czynienia z kimś gorszym (ma jakieś wątpliwości? normalni ludzie nie mają! nie może sobie z czymś poradzić? niedorajda! coś mu nie wyszło? leń jeden darmozjad!). Co się robi z kimś gorszym? Trzeba go obrugać, zawstydzić, zignorować... lista możliwych reakcji jest długa i oczywiście można poczuć się znacznie lepszym od nieudacznika jednego.

Może osób, którzy nie odczuwają skrępowania, zażenowania, paniki w zetknięciu z czyjąś szczerością i umieją się na tym poziomie komunikować jest tak niewiele, że prawdopodobieństwo trafienia na jedną z nich jest praktycznie równe zero? Przypuszczalnie tak - ergo nie należy pod żadnym pozorem ulegać tej niebezpiecznej pokusie.
Amen.

środa, 28 stycznia 2015

O Bogu, którego znam

Podczas najintensywniejszej fazy kryzysu wieku średniego, któremu towarzyszył kryzys życiowy (utrata pracy, brak środków do życia) słuchałam codziennie od nowa konferencji ojca Pelanowskiego OSPPE.
Najbardziej zapamiętałam tę o Danielu w jaskini lwów. Pelanowski zwrócił uwagę, że Bóg nie wyciąga go z tej niebezpiecznej sytuacji tylko posyła mu pocieszenie w postaci proroka Habakuka i jego polewki (po którego wysyła anioła, aby go przeniósł  za włosy do Babilonu).
Z jaskini lwów wyciąga go ten, kto go tam wtrącił - Nabuchodonozor. Można domniemywać, że gdyby nie to, Daniel siedziałby tam ad mortem usrandum pocieszany od czasu do czasu przez drobne, nic nie zmieniające w jego położeniu pozytywne zdarzenia.
Porównanie jaskini lwów do sytuacji rodzinnej wielu osób też się w tej konferencji pojawiło.

Tak właśnie działa Bóg, którego znam - nic nie zmienia w koszmarnej sytuacji choćbyśmy się nie wiem jak modlili i nie wiem jak próbowali ją zmienić - tylko od czasu do czasu przesyła pocieszenia, które podtrzymują nas na duchu, abyśmy mogli wytrwać.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

O "kłóceniu się" z Bogiem

Wczoraj portal Fronda zamieścił fragment nauki ks. Pawlukiewicza o tzw. "kłóceniu się z Bogiem". Sądząc po specyficznej manierze (bardzo trudnej do zniesienia dla mnie) nauka była przeznaczona dla młodzieży, której tzw. "relacja z Bogiem" polega na uczestnictwie w niedzielnej eucharystii i odmawianiu modlitw ułożonych przez kogoś innego. Przykładowa trudność, która wymagałaby ewentualnego "kłócenia się" z Bogiem to nuda podczas mszy św.

Ks. Pawlukiewicz przytoczył także opowieść pewnego księdza z Wrocławia, który podczas swego nocnego czuwania w katedrze, był świadkiem modlitwy siostry zakonnej, która przeżegnawszy się pobożnie zaczęła wykrzykiwać w kierunku krucyfiksu: "Ty Żydzie! Żebyś mi to do jutra załatwił i żeby to była ostatnia taka (trudna) sprawa! Cały klasztor się ze mnie śmieje!" (cytuję z pamięci).

Nie mam najmniejszego zamiaru wyzłośliwiać się nad popularnym kaznodzieją, ani negować potrzeby uświadamiania jakiejś grupie ludzi, że mogą się inaczej modlić niż dotychczas. Nic jednak nie poradzę, że tego typu nauki budzą we mnie sprzeciw z dwóch powodów.

Po pierwsze: jeśli (młodzi) adresaci tego kazania do tej pory nie byli w sytuacji, kiedy modlitwa, wołanie czy wręcz wycie do Boga, sama wyrywa się z serca, a nawet z każdej komórki ciała, to należy im po prostu zazdrościć, że nigdy nie byli w potrzebie. Kiedy walec życia się po nich przejedzie będą wołać nie mniej szczerze i dosadnie niż owa siostra zakonna z katedry. Wielu z nich będzie miało chęć wygrzmocić Boga niczym patriarcha Jakub anioła, a część zrobi to zastępczo na Biblii, krzyżu czy innym świętym wizerunku. O to jestem dziwnie spokojna.

Istnieje wprawdzie grupa młodych ludzi i to całkiem spora, która ma w życiu poważne i najczęściej niezawinione problemy z racji np. patologii rodziny i ich wołanie do Boga raczej jest bardzo szczere, ale często całkowicie nieskuteczne. Tylko ta akurat grupa nie tylko nie jest targetem duszpasterstwa młodzieży, ale wręcz personae non gratae, bowiem w duszpasterstwie owym - jak napisał pewien dominikanin w wdrodze - nie ma miejsca dla pokręconych nastolatek (czy nastolatków też?). Trafiają więc nieszczęśni do sekt, albo grup praktykujących wszystkie odmiany New Age, gdzie dodatkowo narażeni są na niebezpieczeństwa natury duchowej.



Po drugie  i znacznie ważniejsze: czy wykrzykiwanie naszych racji przed Bogiem rzeczywiście nas do niego zbliża? Oczywiście można przywoływać przykłady biblijnych patriarchów i proroków, ale co jeśli nasze własne doświadczenie tego nie potwierdza? Co jeśli modlitwa pełna gwałtownych emocji, błagania, rozpaczy, desperacji trafia w próżnię lub odbija się od muru? Co jeśli zawsze pozostawia dojmujące wrażenie, że Boga tam nie ma albo, że nie ma takiego Boga? Takie doświadczenie jest dość powszechne i opisane w literaturze przedmiotu.



Oczywiście Jakub grzmocący anioła nawet kiedy pojął, że walczy z Bogiem, Jonasz, który się obraził, ze Niniwa została ocalona czy wspomniany przez ks. Pawlukiewicza Eliasz, który dość miał zapowiadania nieszczęść, to niewątpliwie malownicze przykłady działające na wyobraźnię, także moją. Chcę jednak powiedzieć, że antropomorfizowanie Boga mówienie o relacji, kłóceniu się itp. może być zwodnicze. Bóg jest inny, jest tajemnicą, modlitwa jest raczej trwaniem przed tą tajemnicą niż dialogiem. Odpowiedzi na nasze modlitwy na ogół nie widzimy. To co bierzemy za natchnienie Ducha Św. niekoniecznie nim jest. Bóg jest gdzieś indziej niż myślimy, gdzieś indziej niż do niego wołamy. Do kłócenia się potrzeba dwojga, a Bóg nie bierze w tym udziału (takie jest moje doświadczenie).



sobota, 24 stycznia 2015

O tęsknotach, pragnieniach i powołaniach

Któryś z wielkich angielskich nawróconych ubiegłego wieku chyba G. K. Chesterton (albo C.S. Lewis) napisał o powołaniu (czy tez roli) kobiety, że w przeciwieństwie do mężczyzny musi umieć mnóstwo różnych rzeczy (ugotować obiad, urządzić estetycznie mieszkanie, coś uszyć, wyhaftować, zrobić na drutach, opowiedzieć dziecku bajkę czy pomóc w nauce), ale w żadnej z nich nie musi się specjalizować. Nie będę wypowiadać się za inne kobiety, ale jest to prawda o mnie - jestem właśnie takim kimś, ale jako osoba niezamężna, żeby zarobić na swoje utrzymanie muszę udawać specjalistę od czegoś z efektem jak w poprzednim wpisie. Z kolei istnieje ileś tam sfrustrowanych kobiet, które chciałyby poświęcić się pracy zawodowej, a przez jakiś czas, ze względu na małe dzieci, nie mogą.


Bardzo nie lubię słowa powołanie być może dlatego, że słyszę je używane w tak różnych znaczeniach, często nie dających się pogodzić, że straciło dla mnie sens. Trudno jednak takie pojęcie całkiem wyeliminować myśląc na przykład o życiu pustelniczym.


W pierwszy dzień Bożego Narodzenia weszłam wieczorem do kościoła Bożego Ciała przed wieczorną mszą. Był względnie pusty nie licząc rodzin i turystów wpadających raz po raz, żeby obejrzeć szopkę. Czułam wielki pokój i bezpieczeństwo podszyte ową subtelną radością, która jest nam dana z okazji wszelkich świąt, kiedy to mówiąc słowami Stinissena, możemy się cieszyć radością Boga (bez względu na okoliczności naszego życia). Uświadomiłam sobie po raz kolejny, że właśnie w takich chwilach w pustym kościele, na pustej plaży, czy pustym szlaku gdzieś wysoko w górach czy dowolnych okolicznościach przyrody, które pozwalają na pogrążenie się w kontemplacji czuje się prawdziwie i dogłębnie szczęśliwa. Czy to wskazuje na jakieś powołanie czy zupełnie nie. Czy to efekt introwersji, słabego przystosowania do życia w stadzie czy jeszcze czegoś innego?


To jest moje wielkie pytanie: czy fakt, ze mamy do czegoś talent, predylekcję czy pragnienie znaczy, że do tego właśnie zostaliśmy powołani? Czy też zostajemy powołani wbrew naszym zdolnościom, pragnieniom i naturalnym dyspozycjom? Czy fakt, że lądujemy w jakiejś sytuacji oznacza, że to właśnie jest nasze powołanie czy po prostu wynik różnych okoliczności, w tym naszych decyzji i zaniechań.


Czy sfrustrowana żona i matka, która nie może poświęcić się karierze zawodowej i samotna kobieta marząca o własnej rodzinie to przykłady minięcia się z powołaniem czy wręcz przeciwnie typowe reakcje na swoje powołanie? ( A może owe sfrustrowane matki produkują samotne córki? Czy są wtedy narzędziem Boga czy wręcz przeciwnie?)

A co z introwertykiem marzącym o życiu pustelniczym,  nie mając nawet swojego pokoju? Czy to pragnienie jest od Boga czy jest to po prostu chęć ucieczki przed światem?

Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań, a te które słyszałam nie satysfakcjonują mnie.
Niezależnie od tego wyznam, że tęsknię za życiem pustelniczym takim, jak sobie je wyobrażam - za byciem w obecności Boga całą dobę, za prostotą i pokojem, za wyrzeczeniem się świata i jego obłędu.


Z drugiej strony pamiętam, że jako młoda osoba tęskniłam za miłością, które to pragnienie nie tylko się nie spełniło, ale spowodowało wiele szkód w moim życiu. Ewidentnie pragnień i tęsknot nie można uznać za najwłaściwszych przewodników, a więc co można?

Dlaczego w ogóle mamy jakieś pragnienia? Moje doświadczenie wskazuje, że jest ktoś, kto bardzo się nimi interesuje, a nie ma wcale na myśli naszego dobra.


Może po prostu należy przyjąć, że czegokolwiek wydaje nam się, że pragniemy, w istocie pragniemy Boga i nic poniżej tego. Może nie powinniśmy nigdy w koncentrować się na przedmiocie pragnienia tylko na samym fakcie. Może w zdaniu: pragnę miłości, samotności czy czegokolwiek innego tylko słowo pragnę jest istotne, a reszta to zmyła, zaproszenie dla wiadomo kogo, żeby wiedział czym nas zwodzić.