Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 grudnia 2024

Problem jako centrum wszechświata

Zwrócono mi dzisiaj uwagę, że brak pracy (tzn najemnej, czyli "zatrudnienia") kładzie się cieniem na całe moje życie. Nawet kiedy idę do parku na spacer, myślę o tym. Nie mogę się zrelaksować, ani zrobić czegoś miłego dla siebie bez ciągłego mielenia w głowie tego tematu. Bardzo to było celne spostrzeżenie!

Tak jestem ukształtowana, że zawsze znajduje sobie jakiś dyżurny problem, który staje się centrum mojego wrzechświata. Wszystko wokół niego krąży. Nie ma zadnej dziedziny życia wolnej od tego balastu. 

Kiedy byłam nastolatką była to nadwaga urojona (ściślej mowiąc wmówiona mi przez "życzliwych"). Ten szkodliwy absurd zabrał mi calą radość życia. Nigdy nie jadłam posiłku bez liczenia kalorii. Na wszystkich imprezach urodzinowych (w tym 18-kach) nawet nie próbowałam przygotowanych przez utalentowane mamy koleżanek frykasów, bo katowałam się jakąś idiotyczną dietą. Ruchu na świeżym powietrzu też nigdy nie zażywałam dla przyjemności tylko celem "spalenia kalorii". Sprawianie sobie nowych ciuchów nie wchodziło w rachubę, bo czekałam, że kiedyś przecież schudnę i dopiero wtedy o tym pomyślę. Uwewnętrzniłam pogląd swoich wrogów, a nawet przebijałam ich we wrogosci wobec własnego ciała, przy czym zupełnie ignorowałam opinie ludzi nie uprzedzonych...

Nawet łaziłam po przychodniach (zaliczyłam tygodniową obserwację w szpitalu na oddziale endokrynologicznym) i żarłam toksyczne pigułki bardzo źle wpływajace na mój nastrój... Kiedyś w poczekalni mama jakieś młodej pacjentki wyraziła szczere zdziwienie moją obecnością w tym przybytku. Była zdania, że taka ładna i zgrabna dziewczyna jak ja to raczej rzadkie zjawisko i czego własciwie tutaj szukam. Teraz przyznaję jej rację całym sercem, po ponad 40 latach... Wtedy opinia prostej kobiety, raczej mnie poirytowala...

Po studiach problem dyżurnym stalo się usamodzielnienie... Nawet nie chce mi sie o tym pisać... Zawsze zadziwiała mnie odpowiedź Boga na moje modlitwy. Wydawała mi sie zaskakujaco "nie na temat". Ja ślę rozpaczliwe modlitwy o możliwość wyprowadzenia się z domu, a Pan Bóg odpowiada mi listem od przyjaciółki i okazją do spotkania. Bardzo miłe, nie powiem, ale przecież nic nie posuwa w rozwiązaniu MOJEGO PROBLEMU!!!

Pod koniec października czułam wyraźny niepokoj w związku z ogloszeniem o pracę w biurze konserwatora wojewódzkiego. Mialam nie składać tam podania po raz piętnasty, bo wiedziałam z góry jaki będzie wynik (nie pomylilam się). A tu niepokój i niepokój, więc pociągnęłam sie niechętnie i spotkałam prosperującą koleżankę z liceum, wokalistkę w zespole muzyki dawnej, która wręczyłam mi zaproszenia na koncert. Niestety pochorowałam się i nie poszłam...

Znowu ta dziwna odpowiedź - ja proszę o pracę, a dostaję zaproszenia na koncert, jak nie przymierzając Daniel w jaskini lwów, który zamiast uwolnienia dostaje polewkę Habakuka!!!

Czyli problem "zatrudnienia" jest fikcyjny? Z tym jestem gotowa się zgodzić, ale brak dochodów jest jak najbardziej realny! A może pewne rzeczy można uzyskać jedynie mimochodem, nie zabiegając o nie? Slyszałam kiedyś takie stwierdzenie, że "możesz mieć wszystko, czego zapragniesz, pod warunkiem, że tego nie pragniesz". Nie wiem czy to prawda, ale coś w tym jest.

Pamiętam jak w młodości martwilam się jak pogodzę karierę zawodową z małżeństwem i rodziną. Wyobrażałam sobie wtedy, że jako archeolog będę ciągle jeździć na wykopaliska i jak wychowam na ludzi moje dwie córki i dwóch synów? (Widziałam ich czworo oczyma wyobraźni jak żywych). Pan Bóg uwolnil mnie od tego dylematu. Nie tylko nie zrobiłam żadnej kariery, ale nawet nie mam pracy, a za mąż nigdy nie wyszłam. Latami zastanawiałam sie dlaczego. Teraz skłonna jestem mysleć, że tak po prostu musialo być zważywszy mój "wkład własny". Można to nazwać "powołaniem", obciążeniem" lub "specyfiką" jak kto woli.

Tak więc po raz kolejny widzę jasno, że myśli Boga nie są myślami naszymi, a jego drogi tym bardziej. Z upodobaniem pozbawia nas tego, na czym budujemy nasze poczucie własnej wartości lub bezpieczeństwa. Uwalnia nas od balastu, a my zamiast wzlecieć ku górze z całych sił usiłujemy go odzyskać...

piątek, 10 czerwca 2022

Johnny i Kaz, czyli o niebezpiecznym dla mężczyzn wieku 50+

Ciągle pod wrażeniem sprawy Depp v. Heard zrobię  dziś pewien wysiłek wyobraźni, żeby wczuć się w sytuację mężczyzny w wieku 50+.  Nie wiem czy to opóźniony kryzys wieku średniego, męska menopauza czy coś jeszcze innego. O kryzysie wieku średniego sporo pisałam na tym blogu. To potężne doświadczenie duchowe, które pozbawia nas tego na czym budowaliśmy swoje poczucie wartości i nadzieje na przyszłość. Dla wielu ludzi to atrakcyjność fizyczna, sprawność, powodzenie u płci przeciwnej itp. Gdzieś wczoraj słyszałam, ze Johnny Depp w wieku 40 lat został uznany za najbardziej seksownego aktora (czy kogoś tam), ten sam tytuł przyznano mu znowu 7 lat później. Kiedy podobny zaszczyt spotkał Seana Connery w okolicach sześćdziesiątki, leciwy aktor obśmiał proceder przyklejania starszym panom tego rodzaju etykietek i to była zdrowa reakcja.

Obawiam się - patrząc na image Johnnny'ego Deppa - że ten uwierzył w swoją późną seksowność i uznał, że romans z o 20 lat młodszą gwiazdką dobrze mu zrobi po kilkunastu latach związku z kobietą w podobnym wieku, z którą dorobili się dwójki dzieci. Może był znudzony, a może zakochał się wbrew sobie, bo na planie filmu musiał się całować z ową niunią w ramach swojej roli. Nie wiem. Cokolwiek sobie myślał, popełnił błąd jak wielu mężczyzn przed nim i po nim.

Czy ktoś jeszcze pamięta "Kaza" Marcinkiewicza wystruganego przez Kaczyńskiego z banana? Ten nauczyciel fizyki (o ile dobrze pamiętam) z Gorzowa Wielkopolskiego, po krótkim incydencie w polityce krajowej dostał fuchę w jakimś banku w Londynie. Tam poznał młodą i przebojowa krajankę robiącą karierę  w finansach. Tak, oczywiście mam na myśli Izabel! Zakochał się w niej zapomniawszy o żonie i czwórce dzieci. Prasa lewicowo-liberalna piała z zachwytu, pisma kobiece przeprowadzały z "zakochana parą" obszerne wywiady na temat kreacji ślubnej, podróży poślubnej i ich nadzwyczajnej relacji. Wszystkie podstarzale gwiazdy męskie w rodzaju Hołdysa udzieliły Kazowi błogosławieństwa... Gorzej, widziałam na YouTube filmiki, na których zakochani wyznają sobie miłość. Kto je zamieścił? Trudno mi sobie wyobrazić. Być może sama Izabel... Bo chyba nie Kaz?

Kilka lat później ten sam Marcinkiewicz, już po rozwodzie ukrywał się przed swoją "stalkerką", jak określał byłą żonę, a ona z zabandażowaną aż do barku ręką, bardzo dobrze wyeksponowaną, kreowała się w mediach na niepełnosprawną ofiarę wypadku porzuconą przez męża, który nie płaci jej alimentów przyznanych przez sąd. Tymczasem komornik sądowy ścigał Kaza i kiedy tylko go gdzieś dopadł zajmował, co tylko się dało... Ubaw był po pachy, a i żenada nie mała...

W czym zakochali się obaj wspomniani panowie? Stawiam dolary przeciw orzechom, że w młodości swoich nowych partnerek, która przypominała im ich własną. A w czym owe młode osoby? Najprawdopodobniej w wyobrażonej pozycji zawodowej, życiowej i ekonomicznej oraz domniemanej dojrzałości swoich partnerów. Może jakiś deficyt emocjonalny kazał im szukać ojca zastępczego? Niestety wiek nie oznacza dojrzałości, a młodość dwudziesto-parolatki kończy się nadzwyczaj szybko. 

Po kilku latach zamiast ustawionego i nadzianego tatusia i jego małej księżniczki mamy rozczarowaną trzydziestkę, której potrzebom dużo starszy mąż nie jest w stanie sprostać, zwłaszcza, że sytuacja materialna na ogół pogarsza się z wiekiem, o kondycji fizycznej i atrakcyjności nie wspominając. Nawet jeśli żadna ze stron nie miała intencji wykorzystania swego partnera, to i tak nieuchronnie czeka ich rozczarowanie.

Sytuacja robi się dramatyczna (lub tragi- komiczna) kiedy młoda dama od początku postrzega swego starszego partnera jako naiwnego jelenia, którego zasoby można eksploatować ile wlezie, a on i tak będzie zachwycony albo się nie zorientuje...

Amber Herd poprosiła Johnny'go Deppa gdzieś na początku ich relacji, żeby w należących do niego luksusowych apartamentach mogli zamieszkać jej liczni znajomi, w tym siostra i najbliższa przyjaciółka. Ten się zgodził i wynajął im mieszkania za darmo, co więcej narzeczeni siostry i przyjaciółki, którzy z czasem się tam wprowadzili, też nie musieli nic płacić. Cała ta zgraja latami korzystała z jego hojności jako rzeczy oczywistej, nie poczuwając do żadnej wdzięczności. Co gorsza, wzięli aktywny udział w niszczeniu dobrego imienia swego dobrodzieja, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Można sobie obejrzeć nagrania z ich zeznań. Nóź się w kieszeni otwiera!!! Patrzę na jakąś ospałą niunię, która bez cienia zażenowania, a nawet z nuta pretensji w glosie łaskawie raczy odpowiadać na pytania (najczęściej, że nie pamięta). Skąd się biorą takie odęte k...wy uważające się za księżniczki? Nie pamięta kiedy się wprowadziła do luksusowego apartamentu całkiem obcego człowieka, tylko dla tego, że jej psiapsiółka chciała mieć swoje towarzystwo pod ręką. Trudno przecież oczekiwać, żeby taka drobnostka utkwiła jej w pamięci! Nie mogły znaleźć talerzy w kuchni, więc jedna drugą popchnęła, a tamta uderzyła.... To są dorosłe osoby około trzydziestki! Na koniec spotkała ją wielka krzywda, bo musiała się wyprowadzi i zamieszkać w skromniejszym lokum.... na koszt przyjaciółki!!!

Sama Amber Heard, która uważała męża za starego, grubego faceta, jeszcze w czasie trwania ich krótkiego małżeństwa spotykała się równie starym i grubym, ale znacznie bardziej nadzianym, Elonem Muskiem... Przy rozwodzie zniszczyła reputację Deppa oskarżając o swoje własne przewiny, przy czym wyceniła swoje 15 miesięcy bycia jego żoną na 14 milionów dolarów (łącznie wszystkie koszty, bez podatku)!!!

Niech mi ktoś wytłumaczy skąd się biorą takie kurwiszcza, bo za cholerę nie mogę pojąć. Powiedzmy, że ta zagrała w kilku filmach, więc wiele osób mogło podziwiać jej wyeksponowane wdzięki. Profesjonalna wizażystka przykleiła sztuczne rzęsy i pomalowała wargi na krwisto czerwono, a fryzjerka fachowo upięła rozjaśnione włosięta w kok. Czy to jest wyjaśnienie? Jeśli tak, to jak wytłumaczyć zachowanie psiapsiółki robiącej wrażenie opóźnionej w rozwoju, której należy się mieszkanie za darmo w luksusowym apartamencie jak psu zupa?

No cóż Johnny Depp nie doświadczyłby tego wszystkiego, gdyby chronił go jakiś kręgosłup moralny. Po prostu przeczekałby zauroczenie młodą aktorką, pozostał przy matce swoich dzieci i cieszył się urokami wieku średniego oraz swoim sukcesem w życiu zawodowym i prywatnym... Tymczasem jego nowa wybranka okazała się najdroższą kurwą świata, nawet licząc bez destrukcyjnego aspektu jej działań. Niestety, największym wrogiem człowieka jest jego własne serce. 

Kaz Marcinkiewicz, gdyby nie zawrót głowy od kariery, która go zdecydowanie przerosła, nie myślałby o wiązaniu się z osobą, której oczekiwaniom nigdy nie miał szansy sprostać, choćby ze względu na wiek. Pomijając tragi-komiczny aspekt jego przygody, smutno się robi myśląc o rodzinie, którą porzucił, a przy okazji zrobił z siebie pośmiewisko na cały kraj.

Amber Heard nie ułowiła Elona Muska, jej szanse na kolejną zdobycz tego kalibru będą maleć z każdym rokiem, zwłaszcza po numerze, który wywinęła Deppowi. Każdy potencjalny jeleń dwa razy się zastanowi, zwłaszcza, że jej uroda będzie teraz bladła. Izabel Marcinkiewicz w ciągu dekady z młodej zalotnej dziewczyny przedwcześnie zamieniła się w zgorzkniałą kobietę w średnim wieku...

Cóż, niebezpieczne jest dla starszych panów uwierzyć w swój nadzwyczajny sex appeal i zapragnąć być znowu młodymi u boku jakiejś "gwiazdy". Niebezpiecznie jest traktować człowieka jako symbol statusu, jak najnowszy model drogiego samochodu. Pod powabną powloką i jędrnym ciałem kryje się wnętrze pełne nie wiadomo czego, a może się zdarzyć, że czegoś paskudnego, co umyka niezauważone, kiedy kieruje się wzrok głównie na biust i pośladki...

Ludzie po przejściach w dzieciństwie- jak Depp - powinni bardzo uważać na osoby, do których ich ciągnie i doceniać dobre relacje, jakie udało im się stworzyć, nawet jeśli nie ma już w nich ognia. Może z żaru miłości pozostały jej owoce - nowi ludzie powołani do życia - i ciepło przyjaźni. Czy to warto zniszczyć dla chwilowego zauroczenia?

Ktoś mi powie, że jako osoba niezamężna, nie powinnam się wypowiadać. Odpowiem, że ja doceniam swoją samotność i w związku z tym nie rozumiem dlaczego ludzie żyjący w małżeństwie nie potrafią zobaczyć zalet swojego stanu. Ponadto mam pewien wgląd w relacje damsko-męskie z racji bycia kobietą.

Kiedy miałam ok. 27 lat poznałam rozwiedzionego mężczyznę o 15 lat starszego, który wydawał mi się mądry i dojrzały. Ciągnęło mnie do niego, ale był wtedy związany z inną. Kiedy w wieku lat 36 znowu go spotkałam, a on wyraźnie był zainteresowany "związkiem", wydal mi się stary, niezbyt mądry i trochę żałosny  w tym ciągłym poszukiwaniu młodych, atrakcyjnych kobiet, którym niewiele miał do zaproponowania. Żonaty już był, dzieci (dorosłe) już miał, szukał wyłącznie niezobowiązujących relacji. Nie załapałam się ani wtedy, ani wcześniej ani na starszego, ani na rówieśnika. Instynkt samozachowawczy mnie ostrzegł, albo - jak kto woli - Pan Bóg mnie uchronił. Dlatego dzielę się z tobą, czytelniku moimi skromnymi przemyśleniami. 

niedziela, 14 marca 2021

Teoria samotności zadanej

Tę teorię, jak i wszystkie inne wyłożone na tym blogu, należy traktować z duża rezerwą. Są to po prostu  próby wyjaśnienia rzeczy niewyjaśnialnych i jako takie nie są możliwe do zweryfikowania (lub sfalsyfikowania). W kilku ostatnich wpisach dawałam wyraz swojemu zwątpieniu w wyższość moralną osób, które tak chętnie obsztorcowują ludzi samotnych i pouczają jak mają żyć. W tym postaram się wyłożyć przemyślenia ostatnich lat na temat czy samotność jest lepszą, gorszą czy równie dobrą drogą do dojrzałości, świętości, pełni, szczęścia czy jak go zwał.

Pozwolę sobie zmienić biblijną metaforę Boga jako garncarza formującego nas jak glinę, na bliższy mojemu sercu obraz rzeźbiarza pracującego w materiale twardym. W takim ujęciu wątek bólu jaki mogą wywoływać uderzenia młotkiem w dłuto jest znacznie łatwiejszy do zrozumienia. Na początku jesteśmy blokiem marmuru, piaskowca lub granitu, albo pniem lipy, sosny czy dębu. Ukryty potencjał widzi tylko boski artysta, który powołał nas do życia. Formuje nas za pomocą doświadczeń takich jak miłość lub nienawiść, akceptacja lub odrzucenie, tęsknota lub spełnienie, brak lub nadmiar każdego inaczej, wedle swojego zamysłu i uwzględniając specyfikę materiału. 

Na etapie młodych dorosłych możemy być księżniczkami bawiącymi się uczuciami mężczyzn, gogusiami używającymi swoich wdzięków, aby posługiwać się kobietami, cwaniakami, którzy wiedzą jak się ustawić w życiu, psychopatami, socjopatami, osobami z ciężką depresją, kariatydami lub atlasami usiłującymi udźwignąć świat na wątłych barkach, cierpiącymi za wielu lub przez wielu, nawiedzonymi pięknoduchami, prostodusznymi naiwniakami itp.

Nasz start nie jest równy. Ktoś pierwszy raz w życiu zaopiekuje się dopiero własnym dzieckiem, a ktoś inny jako dziecko latami musiał opiekować się własnymi rodzicami. Ktoś spokojnie dojrzewał do trudów dorosłego życia w atmosferze ogólnego zachwytu nad własną osobą, a na kogoś innego owe trudy spadły w dzieciństwie, bez przygotowania, wzmożone wrogością otoczenia. Myślę, że są to rzeczy oczywiste, ale z jakichś powodów nie prowadzą do oczywistego wniosku, a mianowicie takiego, że pewnym ludziom doświadczenie małżeństwa i rodzicielstwa nie jest potrzebne do osiągnięcia ludzkiej dojrzałości gdyż doszli (lub dojdą) do niej inną drogą.

Tej drogi najczęściej nie wybieramy, jest nam zadana. dlatego poważnym błędem jest porównywanie osób samotnych do małżeństw. Nie ma żadnej istotnej różnicy między jedną i drugą sytuacją, źródło jest to samo - Wola Boża. To oczywiście jest mój wniosek i można go wyśmiać lub odrzucić jako niezgodny z antropologią chrześcijańską. Jest jednak zgodny z doświadczeniem mojego życia. Co więcej nie zauważyłam, żeby osoby żyjące w małżeństwie lub kapłaństwie charakteryzowały się jakąś większą dojrzałością, często jest wręcz przeciwnie, o czym pisałam w kilku poprzednich wpisach.

Żadne ludzkie doświadczenie, nie wiem jak wzniosłe i uskrzydlające nie jest celem życia, określony stan jak małżeństwo czy kapłaństwo też nie. Wszyscy idziemy jakąś drogą do tego samego celu. niektórym z nas dane było ją świadomie wybrać, za innych zdecydowano odgórnie. Najmłodszy z braci też nie wybrałby sobie kota w butach, ani konika garbuska jako spadku po rodzicach, gdyby mu dano wybór, a jednak to jego dar okazał się najcenniejszy. Być może dokładnie tak samo jest z nie wybraną, a zadaną samotnością.

sobota, 13 marca 2021

O miłości (nie)rozlewającej się coraz szerzej

Znowu posłużę się cytatem ze znanego wrocławskiego kaznodziei  o. Pawła: "po co daleko szukać weźmy na przykład mnie". Otóż w dzieciństwie zainfekowana byłam przez mamę lękiem przed psami. Kiedy miałam okazję poznać bliżej te zwierzątka za sprawą przedstawicielki gatunku mieszkającej z nami przez 10 lat, nie tylko znikł lęk, ale i chęć posiadania. Lubię psy w ogóle (i inne zwierzęta też), ale nie mam potrzeby mieć żadnego na własność.

Ten wysoce nieodpowiedni przykład miał zilustrować rozlewanie się, czy też dojrzewanie do miłości - od zaborczego uczucia do konkretnej osoby: kobiety, mężczyzny, dziecka, która stopniowo wzrastając obejmuje bezinteresowną  życzliwością coraz szerszy krąg ludzi. Doświadczenie miłości do kobiety powinno teoretycznie pomóc docenić "najdzikszemu" nawet mężczyźnie kobiety w ogóle i nauczyć go porozumiewać się z nimi. Związek z mężczyzną powinien pomóc kobiecie przezwyciężyć lęk i pomóc zrozumieć jak funkcjonuje płeć przeciwna, a doświadczenie macierzyństwa/ojcostwa powinno przynajmniej część czułości żywionej do własnego potomstwa przenieść na inne dzieci, zwłaszcza te najbardziej potrzebujące. Czy tak rzeczywiście się dzieje?  Nie wiem. Niech każdy sobie odpowie w swoim serduszku.

Taka refleksja ogarnęła mnie podczas oglądania ekranizacji Wichrowych Wzgórz z 2009 r., a następnie porównywania jej ze starą tzn. z 1978, pokazywaną w telewizji za PRLu.  Dzieło Emily Bronte było jedną z ulubionych lektur mojej młodości. Zapewne zapoznanie się z biografią autorki, nieco zmieniło mój stosunek do opisywanych postaci i zdarzeń. Mimo większego dystansu jednak zawsze pozostawałam pod wrażeniem dziwnej miłości Heatcliffa do Cathy. Tym razem jednak oglądaniu całkiem niezłej adaptacji towarzyszyła irytacja i chęć nakopania wszystkim romantycznym kochankom w zad.

Po raz pierwszy zobaczyłam wyraźnie, że jedyną dorosłą osobą,  jedynym człowiekiem w pełnym sensie tego słowa jest Nelly (Ellen Dean), służąca najpierw w domu Earnshawów, a potem Lintonów. Myślę, jest ona nie tylko narratorką, lecz także alter ego autorki. W  tej konkretnej adaptacji wybrano do roli aktorkę, która w moim odczuciu przewyższała naturalną urodą wszystkie romantyczne heroiny miotające się po ekranie (o godności, dojrzałości i szlachetności nie wspominając). 

Przedwcześnie dojrzała Emily Bronte najwyraźniej widziała  w miłości romantycznej rodzaj obsesji, a nawet opętania, które raczej potęguje niedojrzałość i egoizm, niż od niego uwalnia. Na podstawie własnych obserwacji muszę się z takim poglądem zgodzić...

To stwierdzenie prowadzi nas nieuchronnie do rozważań czy osoby samotne mają lepszą czy gorszą szansę na ludzką dojrzałość, lub jak to ujmuję język kościelny "wzrastanie w miłości", niż te żyjące w  rodzinach i związkach nieformalnych. Innymi słowy: czy celibat ma sens czy nie? Moim zdaniem ma. Powiem więcej: samotność nie wybrana, tylko zadana, może mieć jeszcze większy. 



sobota, 6 marca 2021

O samotności niewybieranej - post scriptum

Napisałam dawno temu artykuł "O samotności niewybieranej", który jako jeden z nielicznych moich tekstów został opublikowany w prasie katolickiej (i cieszył się ogromną popularnością). Było to podsumowanie  przemyśleń na temat sytuacji ludzi samotnych, którzy sobie takiego stanu (świadomie) nie wybrali, w Kościele. Oparłam się na tekstach biblijnych oraz doświadczeniach własnych, obserwacji i relacjach znajomych w podobnej sytuacji.

Ten tekst kończył moje osobiste zmagania z tematem. Pisałam go na początku kryzysu wieku średniego, który był właściwie śmiercią młodej mnie. Pewne problemy przestały istnieć, a pojawiły się zupełnie inne. Temat jest zamknięty i nawet pisząc to post scriptum nie chce mi się rzucić okiem na rzeczony artykuł. Pamiętam jednak, że pisząc go w jakiejś mierze przyjmowałam narzucone mi przekonanie, że powołania małżonków i rodziców z jednej strony, a księży i osób konsekrowanych z drugiej są w jakimś stopniu "lepsze", choćby przez fakt świadomej decyzji, która towarzyszy wstąpieniu na jedną z tych dróg i wymóg wierności raz przyjętemu zobowiązaniu. Ponadto rodzicielstwo (także duchowe w przypadku kapłanów) - jak się ogólnie uważa - daje szansę pełnego rozwoju człowieczeństwa, jakiej ludzie samotni są pozbawieni.

W miarę upływu czasu odważyłam się jednak w swoim serduszku wyciągnąć wniosek z tego, co widzę i raczej zaufać świadectwu swoich oczu niż naukom osób, których pretensje do moralnej wyższości są, niestety, całkowicie nieuzasadnione. Przede wszystkim praca w szkolnictwie bardzo sprzyjała wyleczeniu się z pięknego złudzenia o nadzwyczajnym wpływie rodzicielstwa na dojrzałość człowieka. Każdy nauczyciel może potwierdzić, że przeciętny paskudny, rozpuszczony do obrzydliwości, roszczeniowy bachor, ma identycznego rodzica (lub obydwoje rodziców) tylko nieco starszego. Jego poziom ludzkiej dojrzałości niczym się nie różni od poziomu potomka, tylko jest nieco lepiej ukrywany przed ludźmi, jeśli to się opłaca.

Powiem więcej, rodzicielstwo w wielu przypadkach jest przeszkodą w osiągnieciu ludzkiej dojrzałości, a miłość rodzicielska często sprowadza się rozciągnięcia własnego egoizmu na potomka i zintensyfikowania go. Doskonałą ilustracją tego zjawiska jest brytyjski film "Perfect parents", który znalazłam na godnym polecenia kanale Amazing British Crime Drama na YouTube.

Rodzice 11-letniej jedynaczki  przerażeni szkołą do której uczęszcza ich dziecko intensywnie szukają alternatywy. Znajdują ją w końcu w postaci placówki prowadzonej przez zakonnice, do której w pierwszej kolejności przyjmowane są dzieci z praktykujących rodzin katolickich. Niestety oboje są ateistami i takim duchu wychowali swoją córkę. Dochodzą jednak do wniosku, że oszustwa w celu zapewnienia dziecku przyzwoitej edukacji jest moralnie dopuszczalne. Posuwają się do kłamstwa, fałszowania dokumentów, korumpowaniu księdza (który zgadza się na udział w tym procederze pod wpływem szantażu) i świętokradztwa. Udaje im się oszukać siostrę przełożoną i córka zostaje przyjęta, zabierając miejsce dziewczynce z rzeczywiście katolickiej, choć niepełnej, rodziny. Jej matka gotowa jest walczyć jak lwica, żeby pseudo-katoliczkę wyeliminować i zdobyć upragnione miejsce dla swojej córki. Równie zdesperowany jest szantażysta, który "przekonał" księdza do współudziału w oszustwie. On także zrobi wszystko dla dobra swoich dzieci. Nie wzdraga się nawet przed morderstwem z zimną krwią.

W wyniku działań (motywowanych dobrem dziecka) czworga rodziców doskonałych  mamy pod koniec filmu dwa trupy, ciężkie pobicie i prawie śmiertelne postrzelenie, co nie zmienia faktu, że główni bohaterowie odnoszą się z absurdalnym poczuciem moralnej wyższości do zakonnicy kierującej szkołą, jako osoby bezdzietnej. Ona sama stwierdza rezolutnie, że jeżeli rodzicielstwo ma taki wpływ na człowieka, to jest szczęśliwa, że zostało jej oszczędzone. Mogę się pod tym podpisać obydwoma rękami.

Równie wątpliwa jest "moralna wyższość" duchownych  wobec ludzi samotnych w ogóle, a niezamężnych kobiet  w szczególności. Pisząc swój artykuł nie byłam świadoma, że owa trudna do wyjaśnienia upierdliwość i niechęć, to po prostu wrogość homoseksualnych mężczyzn wobec kobiet, które postrzegają jako konkurencję. Wstąpił taki do zakonu lub seminarium w poszukiwaniu okazji, a tu plączą się jakieś "nieuporządkowane baby" odwracając uwagę potencjalnych partnerów... Trzeba je zdecydowanie łajać, odganiać i zniechęcać jednocześnie przywabiając ponętnych młodzieńców do odpowiednich "duszpasterstw".

Pewien dominikanin napisał wprost, że nie chce w swoim duszpasterstwie "pokręconych nastolatek", bo one nie przyciągną odpowiednich chłopaków!!! Pamiętam jak czytałam te słowa z opadniętą szczęką w poszukiwaniu jakiejś możliwej do obrony interpretacji!!! Jakże byłam naiwna! Interpretacja jest oczywista, jeśli weźmiemy pod uwagę nadreprezentację homoseksualistów wśród duchowieństwa, zwłaszcza zakonnego!!!

Ta nadzwyczajna gotowość do zaakceptowania praktykujących "gejów" skontrastowana z wrogością wobec samotnych kobiet, które żyją w czystości, znalazła wreszcie przekonywujące wyjaśnienie. Wyższości moralnej mężczyzn dopuszczających się świętokradczej kpiny z kapłaństwa, żeby móc macać lub chędożyć młodzieńców, nad pogardzanymi "starymi pannami" nie widzę.

Być może jest tak, że owa niechciana i nie wybrana samotność jest najlepszą szansą na osiągnięcie ludzkiej i chrześcijańskiej dojrzałości? Taka myśl coraz częściej przychodzi mi do głowy...





piątek, 12 lutego 2021

O aborcji

Niedawno śniło mi się, że mam podjąć pracę w jakiejś placówce oświatowej w niedużej miejscowości. Przeglądam plan i kręcę nosem, że w jakiś dzień mam za dużo godzin. Nie ma tam żadnych uczniów, po budynku tej instytucji kręcą się dorośli ludzie w sile wieku. Wśród nich jakiś mężczyzna w wieku ok. 35  lat, którego niby znam. Nie jest szczególnie wysoki, ani barczysty, ale ma ładną sportową sylwetkę i gęste, nieco odrośnięte, ciemne włosy ze złotawym połyskiem. Mówię do niego: "Ależ ty się zrobiłeś przystojny ostatnio". Powtarzając to uświadamiam sobie, że to przecież mój brat.

Mój brat (jeśli to rzeczywiście był chłopak) miałby teraz ok 54 lata, mama zaszła w ciążę bardzo szybko po moim urodzeniu. Swoją drogą starsza siostra urodziła się dopiero po 2 latach od ślubu, a już rodzice byli zaniepokojeni, że coś jest nie halo...  Najpierw długo nic, a potem jedno po drugim w zbyt krótkim odstępie.... Nie dano mu więc szansy. Ktoś zadecydował, ktoś inny uznał, że ciało kobiety daje jej prawo do takiego wyboru i nie przeciwstawił się skutecznie....

Dowiedziałam się o tym w czasie stanu wojennego, nie wiem dlaczego mamie zebrało się na zwierzenia. Prawdopodobnie podczas delegacji do Częstochowy poszła w końcu z tym do spowiedzi (po 15 czy 16 latach). Nie wiem jak wyglądałoby życie mojej rodziny gdyby nie ta nieszczęsna aborcja, ale podejrzewam, że różnica na wielu poziomach byłaby znacząca. Zawsze myślałam, że smutek i gniew mamy mają związek z wojennym dzieciństwem i wykorzenieniem, a wycofanie ojca z traumatycznymi doświadczeniami w Sowietach, wcieleniem do LWP, służbą wojskową i rozdzieleniem z częścią rodziny (matką, siostrą i młodszym bratem, którzy zostali w stronach rodzinnych)...  Teraz myślę, że pierwsza przyczyna owego nienazwanego smutku, obustronnych pretensji i ciągłej irytacji mogła być całkiem inna... Zaprzestanie przystępowania do sakramentów też zapewne nie pomogło...

Po spowiedzi i powrocie do praktykowania mamie przyśnił się młody, krótko ostrzyżony chłopak czekający pod jakąś bramą. Skądś wiedziała, że to jej syn.

Moja bliska przyjaciółka z czasów studenckich cierpiała na jakieś zaburzenia hormonalne w wyniku których nie dostawała od lat okresu, a na jej twarzy - mimo codziennej depilacji widać było wyraźny cień. Natomiast włosy na głowie znacznie się przerzedziły, z pokaźnego ciemnego warkocza został mysi ogonek, który bez żalu ścięła. Odkąd ją pamiętam planowała jakąś kurację u naprawdę dobrego specjalisty, najchętniej za granicą. Po studiach wyjechała kolejno do Anglii, Szwajcarii i Stanów. Była tam leczona przez odpowiednich specjalistów, którzy jednak jej szansę na pełne wyzdrowienie (czy raczej rozwój) oceniali nisko.

W  Stanach wyszła za mąż za dużo starszego rozwodnika i zupełnie nieoczekiwanie zaszła w ciążę, co z punktu widzenia medycyny graniczyło z cudem, po czym... dokonała aborcji. Miała lat 37, a jej mąż pewnie gdzieś około 50, ale właśnie się przeprowadzali, więc perspektywa potomka wydała się kłopotliwa... Zważywszy okoliczności i wiek musiała wiedzieć, że cud się nie powtórzy... Zawsze lubiła dzieci i miała z nimi świetny kontakt..

Pamiętam jak stoję ze słuchawką przy uchu i szczęką na bruku po wysłuchaniu tych rewelacji. "Jesteś tam jeszcze" - słyszę po dłuższej chwili. Jestem zdruzgotana przede wszystkim niepojętym zaślepieniem i zatwardziałością prowadzącą  do odrzucenia TAKIEGO daru, TAKIEGO znaku, TAKIEGO cudu, a także świadomością, że nie napisałam listu, w którym tknięta jakimś przeczuciem chciałam opowiedzieć historię aborcji w mojej rodzinie...

Spotkałyśmy się kilka lat później, po czym nasza piękna przyjaźń skończyła się. Być może nasze drogi się już dawno się rozeszły, tylko nie chciałyśmy tego uznać, a być może uświadomiłyśmy sobie wreszcie (nawzajem) kim naprawdę była ta osoba, którą uważałyśmy za przyjaciółkę.

Ta historia ma też aspekt duchowy, a jakże. Wyobraź sobie, czytelniku, młodą studentkę KULu zaangażowaną kolejno w Oazę potem udzielającą się przy parafii jezuickiej, żeby pod koniec studiów trafić do Neokatechumenatu, która po wyjeździe na zachód zrzuca z siebie wiarę jak niemodne okrycie, żeby pogrążyć się wszystkich odmianach New Age z "szamanem Majów" włącznie..., gdyż to się nosi w środowisku do którego aspiruje...

Aborcja zabija, i to nie tylko niewinną ludzka istotę w łonie matki, lecz także relacje w rodzinie i poza nią. Jak dalekosiężne są skutki duchowe, także dla urodzonych już dzieci, trudno ocenić...


niedziela, 31 stycznia 2021

Niedziela (prawie) doskonała

Dzięki utrzymującemu się śniegowi pogłowie rowerzystów spadło prawie do zera, choć najbardziej szurnięci (a przez to najniebezpieczniejsi) nie rezygnują i pakują się między spacerowiczów stłoczonych na wyślizganych alejkach. W drodze do kościoła mijam jakieś owsiakowo-piorunowe grupki. Nigdy mnie nie zaczepiają. Albo wyglądam na niewypłacalną, albo skądś wiedzą, że nie dam ani pół grosza. Po mszy spaceruję po Promenadzie Staromiejskiej nie wierząc swemu szczęściu. Sunę nieśpiesznie alejką przy samej fosie i mało mnie obchodzi, że niektóre  jej odcinki jakiś imbecyl przeznaczył na drogę szybkiego ruchu dla jednośladów. Nie jestem w tym osamotniona. Nareszcie park służy swojemu właściwemu celowi. 

Na Wzgórzu Partyzantów natrafiam na grupę 4 chłopiąt w wieku późnej podstawówki. Z daleka widzę, że brzydko się bawią - rzucają kawałkami zlodowaciałego śniegu w siedzące na zamarzniętej fosie ptaki. Nie budzą we mnie sprzeciwu ludzie polujący celem zdobycia pożywienia dla siebie i swoich rodzin (choć nie chciałabym tego oglądać), ale nie jestem w stanie znieść myśli, że w wyniku zabawy jakiegoś gnoja nieszczęsne stworzenie będzie przez dwie doby dogorywać ze złamanym skrzydłem. Mam za słabe nerwy.

- Chłopcy, brzydko się bawicie !- rzucam pełne nienawiści, nietolerancyjne i osądzające słowa. Ich agresja natychmiast przekierowuje się na mnie. Idę na nich równym spokojnym krokiem, a rozbawione chłopięta cofają się tyłem wykrzykując w moim kierunku różne uwagi, który treść miłosiernie pominę. Jeden z nich żartobliwie salutuje. Rzeczywiście w swoich wysokich, sznurowanych butach na traktorze, długim dwurzędowym płaszczu, futrzanej czapie i z przerzuconą przez ramię dużą skórzaną torbą wyglądam jak kozak z armii carskiej wracający do rodzinnej wsi po 25 latach wojaczki. Udaję mi się odgonić ich od fosy - idą górą (ciągle wykrzykując pod moim adresem nieżyczliwe treści), a ja dołem.

Patrzę na ptaki wodne, wypatrując egzotycznych gości spędzających u nas zimę, ale nic tylko kaczki krzyżówki, łabędzie i mewy w dwóch gatunkach. W poprzednich latach zdarzało mi się widzieć kazarki,



czernicę


a tej jesieni nawet nurogęś (niestety zdjęcie komórą).


Wracając  z mojego rozkosznego spaceru znowu natykam się na oklejone hufce Owsiaka, jedna grupa nawet pcha przed sobą niepełnosprawnego, nastoletniego chłopca na wózku w charakterze żywej tarczy. Nie widzę jednak podpisu "Tak niską jakość życia należy zakończyć przed urodzeniem, albo tuż po" czy czegoś w tym rodzaju.

Młody ksiądz z kościoła Bożego Ciała wygłosił całkiem sensowne kazanie. Zwrócił uwagę, że złodzieje okradające domy ludzi starszych zwykle najpierw usiłują wzbudzić współczucie swojej ofiary, aż ta poruszona pobiegnie np. po wodę i nie zamknie za sobą drzwi. Wtedy dyskretny wspólnik wślizguje się do wewnątrz i obrabia mieszkanie. Ta metafora ma pokazać działanie wiadomo kogo, kto zawsze zwodzi pod pozorem jakiegoś dobra. Owsiak dysponując nieporównanie niższą inteligencją zbiera na chore dzieci jednocześnie postulując ich eliminację przed narodzeniem. Jest niepojętym fenomenem, że istnieją w społeczeństwie jelenie, które się na to nabierają.

Najpierw lewackie bojówki pod znakiem pioruna zakłócają mszę i dopuszczają się profanacji, a potem stoją pod tym samym kościołem z puszeczką "na chore dzieci". Pewnie dlatego Lempart zarządziła przerwę w srajku na weekend. Uznała, że wykonanie tych akcji bezpośrednio po sobie może zaszkodzić wizerunkowo organizatorom obu imprez i kasa się skończy.

P.S.
Zapomniałam jeszcze wspomnieć o dzisiejszym drugim czytaniu. To ten list św. Pawła, w którym apostoł stwierdza, że lepiej być singlem, niż wstępować w związki małżeńskie, gdyż ludzie wolni nie muszą zajmować się rzeczami światowymi w tym stopniu co małżonkowie. Kobieta zamężna bowiem przede wszystkim myśli jak się przypodobać mężowi, wolna ma zupełnie inną perspektywę, zwłaszcza jeśli jest wierząca. To najczystsza prawda!

Myślę czasem o moich zamężnych znajomych, które złym okiem patrzą na każdą kobietę, widząc w niej zagrożenie dla swego małżeństwa, i szczerze im współczuję. Cały ich świat wisi na włosku, tzn. na widzimisię męża, który w każdej chwili może zapragnąć opuścić rodzinę dla jędrnych pośladków jakiejś młodszej laski. Znam przypadek, że porzucił żonę z siódemką czy ósemką dzieci (rzecz działa się w kręgach neońskich), z których najmłodsze było niemowlęciem!

Mogę sobie łatwo wyobrazić, co czuje taka kobieta, która myślała, że zbudowała coś trwałego ze swoim ukochanym mężczyzną, że tyle ich łączy, nie tylko relacja miłości, ale dzieci które powołali do życia..., że to coś najważniejszego w życiu, w co warto włożyć wszystkie siły, warto walczyć, a nawet umierać... Tymczasem okazuje się że dla tego najbliższego człowieka to wszystko nic w porównaniu z jędrną pupą (czy też biustem) jakiegoś nowszego modelu!!!

sobota, 9 stycznia 2021

Anja Rubik walczy z pornografią

Dziś  rano obudziłam się z niejasnym i niewygodnym poczuciem, że bardzo skrzywdziłam Anję Rubik moim pierwszym wpisem na temat okładki Vogue. Co więcej, nareszcie znalazłam właściwą interpretacji obu jej wersji układającą się w spójną całość:



Naprawdę trudno się z dzielną niewiastą nie zgodzić! Zaiste jest ona nieustraszoną wojowniczką o prawa kobiet, cokolwiek twierdziłyby aktywistki p. Lempart. ale to jeszcze nie koniec zaskoczeń!!!

Anja ewidentnie jest twarzą (i nie tylko) ruchu czystych serc, zaangażowaną w promocję wstrzemięźliwości seksualnej przed ślubem. Nie wierzycie? Zobaczcie co znalazłam w internecie!!!


Na tym zdjęciu pozuje (o ile dobrze zrozumiałam) ze swoim mężem Saszą Knezewicem (Kniaziewiczem?), za którego wyszła w dojrzałym wieku lat 35!!! Tak długo czekali! Naprawdę nie docenialiśmy tej dziewczyny!






sobota, 13 lipca 2019

Przy okazji ekskomuniki ks. Misiaka

Sprawa ekskomuniki ks. Michała Misiaka - duszpasterza z Łodzi, który przyciągał tłumy - początkowo nie specjalnie mnie poruszyła. Może dlatego, że go nie znam, albo dlatego, że jestem złym człowiekiem albo wreszcie dlatego, że czegoś podobnego spodziewam się po większości "gwiazd duszpasterskich".

Nie będę rozwijać kwestii jego chrztu w Jordanie, bo nie znam szczegółów. Jestem tylko pełna wątpliwości ile warta była owa - chwalona przez O. Remigiusza Recława SJ  - "genialna ewangelizacja" w wydaniu młodego kapłana, skoro on sam nie do końca wiedział w co właściwie wierzy.

Podobno zamieścił kilka wyjaśniających filmów na facebooku. Znam je tylko z omówień na deonie albo temu podobnej stronie. Dowiadujemy się z nich, że młody ksiądz czuł się jednocześnie powołany do kapłaństwa i małżeństwa. Zwracał się bezskutecznie w tej sprawie do biskupa, a od pewnego czasu wysyłał listy (z prośbą o udzielenie mu pozwolenia na małżeństwo) do papieża, bez odpowiedzi niestety.

Gdyby taka zgoda została mu udzielona, młody człowiek byłby w nie lada kłopocie, gdyż jak rozumiem zakochiwał się raczej często. Którą ze "swoich miłości" by wybrał? A jak poradziłby sobie z rozczarowaniem pozostałych? A co gdyby poślubiwszy jedną z nich, znowu zakochał się w kimś innym? Co wtedy? Kolejna prośba do papieża, tym razem o rozwód?

Najciekawsze jednak dla mnie było stwierdzenie, że nie czuje się kochany, nie czuje się synem tylko komandosem do zadań specjalnych. Rzecz o tyle interesująca dla mnie, że sama również swoje życie opisuje za pomocą podobnie "militarnej" metafory. Otóż czuję się trochę jak żołnierz zesłany ja jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi placówkę, gdzie mam trwać na posterunku do odwołania. Nie wiem co się dzieje na froncie, nigdy nie miałam okazji wypróbować swoich sił w walce. Powierzono mi zadanie, które wygląda na zupełnie bezsensowne, którego zupełnie nie rozumiem, a nawet miewam wątpliwości czy ono istnieje. Jedyne, co wiem na pewno, to fakt, że sama się na tę placówkę ani nie prosiłam, ani nie zesłałam. Próbowałam się  z niej urwać. Podjęłam mnóstwo złych i głupich decyzji, zmarnowałam dużo czasu i energii na próby zmiany sytuacji wyjściowej. Jednak dowódca ewidentnie miał inne zdanie. Jego powód, żeby mnie tu umieścić nie jest mi znany i nie musi. Ja mam trwać na posterunku i nie kwestionować rozkazów.  Nie mam wystarczających danych, żeby ocenić ich sensowność.

Myślę, że świadomość bycia komandosem do zadań specjalnych jest o wiele bardziej ekscytująca. Zainteresowanie kobiet jest jedną z atrakcji takiej funkcji. Celibat owo zainteresowanie jeszcze wzmaga i pozwala gronu wielbicielek tolerować się nawzajem, gdyż żadna nie zdobędzie obiektu swoich westchnień na własność. Posiadanie żony skutecznie rozwaliło by tę sielankę w try miga. Jej zazdrość wyleczyłaby nieszczęsnego komandosa z zachwytu nad małżeństwem.

Zresztą, może wystarczyło poczekać. Wszak Synod na temat Amazonii ma właśnie na celu zniesienie celibatu. Parę lat i zgoda papieża nie będzie potrzebna. A potem jeszcze parę lat i może nawet rozwód będzie dostępny dla kleru?

Po tych drobnych złośliwościach pod adresem księdza sławionego w pieśniach zamieszczonych na YouTube ("Jesteś dla mnie znakiem nieba") muszę jednak odnotować z sympatią, że istnieją duchowni o normalnych popędach. Ludzie nie rezygnujcie tak łatwo!

niedziela, 1 kwietnia 2018

O tym, co nazywamy miłością

Strasznie nie lubię nadużywania słowa miłość i miłosierdzie. Na sam dźwięk włącza mi się w mózgu czerwona lampka z napisem "uwaga, próba manipulacji". Dokładnie ten sam sygnał ostrzegawczy wyzwala we mnie słowo egoizm.  Dwa końce tego samego kija, albo raczej kij i marchewka do warunkowania naiwnych jeleni.

Miłość jest właściwością Boga, stwarza wszechświat z niczego, podtrzymuje nasze istnienie - to niepodważalne. Wciela się w człowieka, aby go odkupić, cierpi, umiera i zmartwychwstaje - to tajemnicze i niepojęte (dla mnie, w każdym razie).

"Jak śmierć potężna jest miłość" - ten piękny i inspirujący cytat z Pieśni nad pieśniami czytany na  ślubach brzmi zupełnie niewspółmiernie, coś jakby ktoś nazwał swoją poranną kawę eliksirem życia.  Przyznam, że nigdy nie widziałam młodożeńców, do opisu relacji których można użyć tak górnolotnych słów. Małżeństwo to raczej coś jak wspólny biznes, trzeba rozsądnie wybrać partnera ufać mu choćby w stopniu podstawowym i zgadzać się co do kierunku rozwoju przedsięwzięcia. Ze względu na jego specyfikę (współżycie seksualne) należy wziąć pod uwagę także atrakcyjność fizyczną ewentualnego współmałżonka.

Między 19-tym a 25-rokiem życia znałam co najmniej 2 mężczyzn jakoś mną zainteresowanych. O jednym z nich wspólni znajomi twierdzili, że jest we mnie zakochany. Jeśli to prawda, to nie była to ewidentnie "miłość potężna jak śmierć", gdyż rzeczony młodzieniec nie zdobył się nawet na wyartykułowanie swojej propozycji małżeńskiej inaczej niż  w formie żartu, z którego łatwo się wycofać. Ryzyko jasnego zadeklarowania się wyraźnie go przerosło, albo po prostu uznał, że gra nie warta świeczki. Drugi natomiast wybrał z dostępnych opcji tę, która dysponowała zasobami umożliwiającymi mu szybki awans społeczny. Obaj po prostu kalkulowali zyski i straty, a ja nigdy nie byłam "napalona na chłopa" i małżeństwo. Tęskniłam za miłością nie wiedząc co to jest.

Później co najmniej dwóch rozwodników sondowało mnie na okoliczność jakiejś "relacji" Moja powściągliwa reakcja ich zniechęciła. Nigdy nie byłam zainteresowana funkcją zapchajdziury w czyimś życiu intymnym. Tęskniłam za miłością...

Inna kobieta, zainteresowana "urządzeniem się", mogłaby coś ugrać w takich okolicznościach. "Wejść w relację", doprowadzić do małżeństwa, urodzić dzieci, a nawet wytworzyć silną więź emocjonalną z którymś z tych mężczyzn. Nazwałaby to słowem miłość z braku lepszego, a papież Franciszek i biskupi niemieccy uznaliby, że komunia należy się jej jak psu zupa.

Przyznam, że nie ogarniam. Tych propozycji nawet nie można było uznać za pokusę ze względu na ich zerową atrakcyjność. Odrzucenie (czy też nie dość entuzjastyczne wyjście naprzeciw) nie wymagało żadnego wysiłku z mojej strony . To raczej brnięcie w tego rodzaju związek byłoby czynem heroicznym i może to właśnie Kościół pragnie nagradzać? Desperacką próbę urządzenia się w życiu z cudzym mężem, wbrew rozsądkowi, szacunkowi dla siebie i przekonaniom?

Fakt, jestem specyficzną jednostką "bardziej wrażliwą, gorzej przystosowaną". Nigdy nie ćwiczyłam się w kokieterii uznając ją górnolotnie za rodzaj manipulacji (którą z zasady się brzydzę). Nie dysponuję zasobami umożliwiającymi awans społeczny potencjalnemu partnerowi, o pozycji w stadzie nie wspominając, więc moje doświadczenie jest pozbawione waloru uniwersalności.

Patrzę z ciekawością na znajome i nieznajome pary. Widzę heroiczny wysiłek ze strony kobiet -szpilki, "sexy" przykuse kreacje, farbowane, nastroszone włosięta, ciężkie tapety - sztywność mężczyzn usiłujących imponować towarzyszkom swymi żałosnymi przewagami, silących się na dowcip (którego Bozia ewidentnie poskąpiła), niezręczność obojga, zero przyjemności czy radości. Czuję wielką ulgę, że mnie to już nie dotyczy.

Heroizm tych młodych ludzi można podziwiać, jeśli służy założeniu rodziny i zachowaniu gatunku. W przypadku rozwodników rzecz nie jest oczywista. Ani jedni ani drudzy nie są powodowani miłością, tylko chęcią urządzenia się w życiu. Chęć całkowicie zrozumiała, ale naginanie dla niej nauki Kościoła niezmiennej w kwestii małżeństwa od 2 tys. lat jest pomysłem bardzo ryzykownym.

Rozumiem, że pomysłodawcy nie wierzą w realność grzechu ani potępienia, ani w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, ale ich praca polega na przechowaniu depozytu wiary i przekazaniu ich przyszłym pokoleniom.





sobota, 24 stycznia 2015

O tęsknotach, pragnieniach i powołaniach

Któryś z wielkich angielskich nawróconych ubiegłego wieku chyba G. K. Chesterton (albo C.S. Lewis) napisał o powołaniu (czy tez roli) kobiety, że w przeciwieństwie do mężczyzny musi umieć mnóstwo różnych rzeczy (ugotować obiad, urządzić estetycznie mieszkanie, coś uszyć, wyhaftować, zrobić na drutach, opowiedzieć dziecku bajkę czy pomóc w nauce), ale w żadnej z nich nie musi się specjalizować. Nie będę wypowiadać się za inne kobiety, ale jest to prawda o mnie - jestem właśnie takim kimś, ale jako osoba niezamężna, żeby zarobić na swoje utrzymanie muszę udawać specjalistę od czegoś z efektem jak w poprzednim wpisie. Z kolei istnieje ileś tam sfrustrowanych kobiet, które chciałyby poświęcić się pracy zawodowej, a przez jakiś czas, ze względu na małe dzieci, nie mogą.


Bardzo nie lubię słowa powołanie być może dlatego, że słyszę je używane w tak różnych znaczeniach, często nie dających się pogodzić, że straciło dla mnie sens. Trudno jednak takie pojęcie całkiem wyeliminować myśląc na przykład o życiu pustelniczym.


W pierwszy dzień Bożego Narodzenia weszłam wieczorem do kościoła Bożego Ciała przed wieczorną mszą. Był względnie pusty nie licząc rodzin i turystów wpadających raz po raz, żeby obejrzeć szopkę. Czułam wielki pokój i bezpieczeństwo podszyte ową subtelną radością, która jest nam dana z okazji wszelkich świąt, kiedy to mówiąc słowami Stinissena, możemy się cieszyć radością Boga (bez względu na okoliczności naszego życia). Uświadomiłam sobie po raz kolejny, że właśnie w takich chwilach w pustym kościele, na pustej plaży, czy pustym szlaku gdzieś wysoko w górach czy dowolnych okolicznościach przyrody, które pozwalają na pogrążenie się w kontemplacji czuje się prawdziwie i dogłębnie szczęśliwa. Czy to wskazuje na jakieś powołanie czy zupełnie nie. Czy to efekt introwersji, słabego przystosowania do życia w stadzie czy jeszcze czegoś innego?


To jest moje wielkie pytanie: czy fakt, ze mamy do czegoś talent, predylekcję czy pragnienie znaczy, że do tego właśnie zostaliśmy powołani? Czy też zostajemy powołani wbrew naszym zdolnościom, pragnieniom i naturalnym dyspozycjom? Czy fakt, że lądujemy w jakiejś sytuacji oznacza, że to właśnie jest nasze powołanie czy po prostu wynik różnych okoliczności, w tym naszych decyzji i zaniechań.


Czy sfrustrowana żona i matka, która nie może poświęcić się karierze zawodowej i samotna kobieta marząca o własnej rodzinie to przykłady minięcia się z powołaniem czy wręcz przeciwnie typowe reakcje na swoje powołanie? ( A może owe sfrustrowane matki produkują samotne córki? Czy są wtedy narzędziem Boga czy wręcz przeciwnie?)

A co z introwertykiem marzącym o życiu pustelniczym,  nie mając nawet swojego pokoju? Czy to pragnienie jest od Boga czy jest to po prostu chęć ucieczki przed światem?

Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań, a te które słyszałam nie satysfakcjonują mnie.
Niezależnie od tego wyznam, że tęsknię za życiem pustelniczym takim, jak sobie je wyobrażam - za byciem w obecności Boga całą dobę, za prostotą i pokojem, za wyrzeczeniem się świata i jego obłędu.


Z drugiej strony pamiętam, że jako młoda osoba tęskniłam za miłością, które to pragnienie nie tylko się nie spełniło, ale spowodowało wiele szkód w moim życiu. Ewidentnie pragnień i tęsknot nie można uznać za najwłaściwszych przewodników, a więc co można?

Dlaczego w ogóle mamy jakieś pragnienia? Moje doświadczenie wskazuje, że jest ktoś, kto bardzo się nimi interesuje, a nie ma wcale na myśli naszego dobra.


Może po prostu należy przyjąć, że czegokolwiek wydaje nam się, że pragniemy, w istocie pragniemy Boga i nic poniżej tego. Może nie powinniśmy nigdy w koncentrować się na przedmiocie pragnienia tylko na samym fakcie. Może w zdaniu: pragnę miłości, samotności czy czegokolwiek innego tylko słowo pragnę jest istotne, a reszta to zmyła, zaproszenie dla wiadomo kogo, żeby wiedział czym nas zwodzić.




niedziela, 4 stycznia 2015

Jeszcze o wikingach

Kłamliwy serial propagandowy Vikings wciąż nie daje mi spokoju, więc odłowię na użytek swój i potencjalnego czytelnika najbardziej ordynarne kłamstwa:

1. Pozycja kobiety według Michaela Hirsta - pomysłodawcy serialu - bardzo wysoka.
Zastanawiająca jest dysproporcja w typowej rodzinie przedchrześcijańskiej Skandynawii - jedna siostra przypada na 4-5 braci. Według wszelkiego prawdopodobieństwa na skutek rozpowszechnionej praktyki wynoszenia niemowląt płci żeńskiej (nawet zdrowych) do lasu.  Analogia do nienaturalnego znikania młodszych sióstr w Rzymie, gdzie wychowywano wszystkich zdrowych chłopców, a tylko jedną dziewczynkę.
W ogóle w społeczeństwie pogańskiej Skandynawii mężczyzna decydował, które z jego dzieci będą zostawione przy życiu i mógł po prostu nie uznać dziecka, nawet zdrowego chłopca, prawowitej żony, nie wspominając o potomstwie nałożnic i nakazać wyniesienie do lasu. Żona mogła domagać się wyniesienia do lasu dziecka nałożnicy, pan decydował o losie dzieci niewolników. Zwyczaj zabijania niemowląt był bardzo rozpowszechniony i trudny do wyplenienia nawet w czasach chrześcijańskich.

2. Zostawienie przy życiu zdeformowanego niemowlęcia.
Nie zachodziło. Matka wyczerpana ciążą i porodem z lękiem oczekiwała wyroku męża na swoje dziecko, nawet jeśli był to zdrowy chłopiec, a mąż miał prawo go nie uznać i korzystał z niego wedle swojego widzimisię.
Wyłącznie Chrześcijanie (no, może jeszcze biblijni Żydzi) wychowywali wszystkie dzieci, także słabe, chore i kalekie - była to zupełnie niewyobrażalna rewolucja obyczajowa.

3. Księżniczka Aslaug uwodzi Ragnara, a potem wprasza mu się do domu jako żona
Zupełna fantastyka. Małżeństwa, zwłaszcza osób o wysokim statusie były zawsze aranżowane przez rodziny i poprzedzone formalnym kontraktem, gdzie była uzgodniona wysokość posagu itp. Za uwiedzenie dziewicy z możnego rodu mężczyzna zapłaciłby głową. Kobieta nie miała wiele do powiedzenia w sprawie wyboru męża. Wyjątkiem były wdowy, których bracia nie mogli się zgodzić co do kandydata na męża siostry, wtedy głos samej zainteresowanej był decydujący.

4. Dostępność rozwodu
W prawach Islandii są wymienione 3 powody: ciężkie rany zadane sobie (uszkodzenie mózgu, jamy ciała i rdzenia kręgowego), ubóstwo tzn. brak środków do utrzymania rodziny, zmuszanie żony wbrew jej woli do opuszczenia domu i przeniesienia się gdzie indziej. W sagach pojawiają się inne jak nie spanie z żoną przez co najmniej 3 lata, ubiór właściwy płci przeciwnej, udowodniona niewierność żony (nie działa w przypadku niewierności męża, która jest w pełni legalna).

5. Swoboda seksualna
 Zamężna kobieta pochwycona na cudzołóstwie mogła być nawet zabita ( w zależności od regionu), a przy odrobinie szczęścia rozwiedziona w trybie ekspresowym i odesłana do domu ojca. Uwiedzenie dziewicy prawie zawsze jest mszczone śmiercią uwodziciela, jeśli oczywiście poszkodowany ród ma na to środki. Swobodą cieszy się jedynie mężczyzna o wysokim statusie, którego stać na liczne nałożnice - kobiety o niskim statusie społecznym.

6. Kobiety wojowniczki
Tylko w przypadku kobiet, które nigdy nie były zamężne, nie mają w rodzie mężczyzn, którzy mogliby je bronić, są jedynymi osobami w rodzie, które mogą dopełnić obowiązku zemsty np. za zabicie ostatniego mężczyzny z rodu (jak w opowieści o Vigdis i Viga-Ljocie Sigid Undset).
Kobiety nigdy nie brały udziału w łupieżczych najazdach wikingów, jedynie z rzadka w wyprawach o charakterze badawczo - kolonizacyjnym (Freydis córka Eryka Rudego?).

7. Niewolnicy
Pojmani na wyprawach w i poza Skandynawią. Wyzwolony niewolnik ma nadal bardzo niski status i we wszystkim jest zależny od swego patrona. W Islandii dopiero w drugim pokoleniu potomstwo wyzwoleńców jest traktowane jako ludzie wolni, w Norwegii trzeba czterech pokoleń, aby zmyć hańbę niewolnictwa. Pomysł, że uprowadzony w niewolę mnich z Lindisfarne jest przyjęty do społeczności wikingów jak równy, bo jego pan go lubi jest wzięty z zadu podobnie jak wyzwolona niewolnica, która natychmiast czuje się równa synowi jarla i tak jest przez niego traktowana.

8. Małżeństwo
W Sadze o Egilu - o ile dobrze pamiętam - jest taki wątek, że pewien możny mężczyzna upodobał sobie dziewczynę z rodu o wiele pośledniejszego, więc chce ją dostać jako nałożnicę. Ojciec się nie zgadza. Możny zalotnik zmusza go siłą i kłamstwem, że bierze ją na prawowitą żonę. Kiedy jednak kobieta umiera i zostawia synów okazuje się, że jako synowie konkubiny nie będą mieli udziału w spadku i przez resztę sagi owi młodzieńcy trachają się z prawowitymi spadkobiercami na śmierć i życie.
Z tej pouczającej historii można wnioskować, że pozycja kobiety w małżeństwie była wysoka tylko wtedy, gdy mężczyzna musiał liczyć się z siłą jej rodu. Przedchrześcijańskie społeczeństwa skandynawskie miały wprawdzie prawa, ale żadnej władzy wykonawczej. Mógł je egzekwować jedynie ktoś zdolny zebrać zbrojną kupę.

9. Lagherta w funkcji sędziego
Kolejny pomyśl wzięty z zadu - kobiety nie mogły przemawiać na thingu, ani pełnić funkcji sędziego.

10. Obrzęd zaślubin
Konia z rzędem temu, kto mi wyjaśni skąd wziął się rytuał zaślubin Flokiego i jego... no właśnie, nie wiadomo kogo... - zapewne z głowy albo innej części ciała autora scenariusza.

11. Cwyntrith, księżniczka z Mercii zgwałcona w wieku lat 12 przez brata - św. Cennela.
Cennel był znacznie młodszy od swoich 2 sióstr. Po śmierci ojca Cwyntrith namówiła kochanka, nauczyciela młodszego brata, aby go zabił, żeby ona mogła zostać królową. Ile lat miałby kiedy jego siostra kończyła 12 wiosnę 3? 4? Wyjątkowo jurne i mocarne dziecko!!!

12. Cwyntrith obwieszcza w tonie skandalizującym, że duchowni entuzjastycznie uprawiają seks.
Wymóg celibatu duchowieństwa świeckiego upowszechnia się dopiero w dojrzałym średniowieczu(tzn. kilka wieków później)!!!

13. Demokratyczny ustrój
Wszystkie plemiona zamieszkujące Europę przechodziły fazę demokracji plemiennej, ludy skandynawskie po prostu później niż Frankowie czy Sasi.

14. Pomysł, że bogowie kochają ludzi
W rozmowie Lagherty z bratem Ragnara, który się w niej kocha, któreś z nich wygłasza takie stwierdzenie jako rzecz oczywistą, co jest kupą śmiechu. Miłość Boga do ludzi to idea  czysto chrześcijańska (obecna także w Starym Testamencie), zupełnie nieobecna w religiach pogańskich


Zastanawiam się jak stacja zwana History Channel mogła puścić tak kłamliwego gniota, zapewne na tej samej zasadzie jak Discovery film o Katastrofie Smoleńskiej. Jakie Discovery takie History! Goebbels byłby zachwycony!