Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapłaństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapłaństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 grudnia 2025

O powołaniach z przygnębieniem

Poniedziałek, piąty dzień w oktawie Bożego Narodzenia. Tej nocy spałam, ale na przygnębienie nie pomogło. Wielki smutek z kategorii tych, co odbierają sily fizyczne.

Wczoraj w kościele byl czytany list biskupów o rodzinie. Duża część skierowana do osób żyjących w związkach nieregularnych w tonie ciepłym i zapraszającym. Wszystko to bardzo pięknie, tylko tacy ludzie do kościoła nie chodzą, a listy biskupów mieliby w glębokim poważaniu, gdyby wiedzieli o ich istnieniu.

"Osobom, które nie weszły w związki malżeńskie" nie poświęcono nawet pełnego zdania. Zostały tylko wymienione wraz ze staruszkami i niemowlętami jako ci którzy "TEŻ mają swoje miejsce w rodzinie". Jakiej rodzinie niby, skoro żadnej nie założyli?

Nawet się tym nie zdenerwowałam, bo byłam zbyt przygnębiona i niewyspana, ale w mojej głowie znów uruchomil się proces myślowy nieodmiennie prowadzący do wniosku, że nauka Kościoła o tzw "powołaniach", a przynajmniej jej wersja dla parafian, ma słaby związek z rzeczywistością.

Kiedyś - pod wpływem rekolekcji ignacjańskich - pisałam na tym blogu o rozeznawaniu powołania. Proces - w uproszczeniu - miał składać się z badania własnego serca, a następnie droga, którą się wybrało, musiała być poddana weryfikacji przez Kościół lub świat. Np mlodzieniec czuje powołanie zakonne (spowiednik też tak uważa) - znajduje więc klasztor, który go przyjmie, a potem przygląda mu sie przez ileś lat i jeśli zaakceptuje, znaczy trafił na swoje miejsce. Inny chłopak uważa, że ma powołanie małżeńskie i konkretną dziewczynę na myśli. Podejmuje decyzje, kupuje kwiaty, Pan Jezus się do niego uśmiecha z obrazu, a wybranka daje mu tzw "odkosza" i sprawa się rypła. Jeśli z drugą lub kolejną się uda, znaczy, że dobrze rozeznał.

Pytanie co się dzieje kiedy on czuje powołanie malżeńskie, a żadna go nie zechce? To samo odnosi się do kobiety. Kościół nie ma na to żadnej, ale to żadnej odpowiedzi i nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowany jej szukaniem. Teksty, że "każdy jest powołany do miłaści" są na takim poziomie ogólności, że po prostu nic nie znaczą. Tak samo slowo milość nic nie znaczy, skoro używamy go na określenie zjawisk tak różnych jak siła, która stwarza świat z niczego i podtrzymuje w istnieniu, instynkt macierzyński lub rozrodczy czy milosierdzie, w ludzkiej wersji najczęściej przypominające litość.

Na własny użytek już dawno wyrzuciłam takie rozumienie powołania do śmieci, jako całkowicie nieprzydatne, a wręcz szkodliwe dla zrozumienia  mojej sytuacji życiowej. Bliższe mi jest podejście bardziej szczególowe jak np "lekarz z powołania" lub "nauczyciel z powołania". Niestety również one podlegają weryfikacji przez świat, który musi je potwierdzić. Musisz znaleźć takie miejsce i okoliczności, by móc je realizować. A jeżeli nie znajdziesz? Znaczy, że się mylileś? Tylko ci się wydawało? Jeśli nie znajdziesz, a trafisz na coś zupelnie innego, w czym się z czasem odnajdziesz, a z perspektywy czasu uznasz za lepsze rozwiązanie, to możesz uznać, że Opatrzność skorygowała twoje plany z korzyścią dla ciebie.

Co jednak się dzieje, kiedy świat cię odrzuca, a Opatrzność patrzy w inną stronę? Nie znalazłeś (-aś) czego szukałeś (-aś), ani niczego innego. Nie masz żadnego powołania czy Bog ci nie pobłogoslawił?

Weźmy na przykład Adama Humera. Mimo, że syn małorolnych chłopów miał możliwość studiowania prawa w sanacyjnej Polsce przez trzy lata na KULu aż do wybuchu wojny, a następnie, jako komunista, mógł kontynuować studia we Lwowie. Po wojnie szybki awans w UB, a kiedy jego metody wyszły z mody, chwilowy azyl w ministerstwie rolnictwa i powrót tylnymi drzwiami do SB w charakterze doradcy.

Dlaczego wybralam zbrodniarza komunistycznego? Właśnie dlatego! Jeśli otwieranie się kolejnych drzwi jest oznaką blogosławieństwa lub właściwego rozeznania swojej życiowej drogi, to Humer był katem z powołania. Na tej samej zasadzie Kiniula Gajewska jest parlamentarzystką z powołania i z blogosławieństwem bożym, podobnie jak Belzebub Myrcha (wice)ministrem, a jego teściu mafiozem!

Co z tego wynika? Dokładnie nic, niestety! Albo, że pojęcia, ktorymi się poslugujemy są wzięte z dupy i powinny do niej wrocić, bo się do niczego innego nie nadają!

P.S.

Widziałam w Internecie sporą ilość filmików wrzucanych przez amerykańskich nauczycieli rezygnujących z pracy w szkolnictwie z powodu "evil" albo "mean students", rodziców, dyrektorów i chorego systemu zamienionego z edukacji na jeden wielki "babysitting service". 

Te nieszczęsne młode kobiety, które od dziecka marzyły o pracy nauczycielki, ze szlochem opowiadają z czym się zetknęły ze strony bachorów i ich rodziców. Jak boleśnie prawdziwe są te historie i emocje mogę zaswiadczyć mając bardzo podobne doświadczenia z rodzimą kanalią. Słuchanie tego jest dla mnie jak katharsis, mogę uwolnić emocje bez konieczności wspominania własnej traumy. Płakałabym z nimi, gdybym była do tego zdolna.

Więc co z nimi? Nie miały jednak powołania? Nikt nie ma takiego powołania? Powszechna edukacja jest contra naturam, więc z definicji nie może być tylu powołań nauczycielskich?

Magda Umer opowiada, że jako juz jako 12-letnia dziewczynka marzyła o pracy nauczycielki i dlatego po maturze poszla na polonistykę. "By przeczytać jak najwięcej mądrych książek o literaturze" i uczyć dzieci. Cytuję z pamięci, ale raczej sie nie mylę, gdyż te słowa mnie uderzyły. Magda Umer -licealistka- wyobraża sobie studia filologiczne jako czytanie książek O LITERATURZE, a nie samej literatury. To potwierdza moje podejrzenia, że w humanistycznej klasie liceum dla komunistycznych elit młodzież nigdy nie obcowała bezpośrednio z literaturą, tylko zawsze w formie zapośredniczonej - z opracowań pozbawionych ideologicznie wątpliwych wątków i odniesień. Stąd kiedy znalazla się na studiach, jakiekolwiek aluzje do Pisma Świętego w tekstach literackich były dla niej zupełnie nieczytelne, jak sama wyznała.

Jednak nauczycielką nie została, bo wkroczyła Opatrzność w postaci starszych kolegów z wiadomego liceum, którzy zaproponowali jej współpracę w tworzonym przez nich kabarecie, bo ładnie śpiewała i deklamowala wiersze. Dalej "naturalną koleją rzeczy" zabawa w kabaret zamieniła się w pracę i okazało się, że powołaniem Magdy jest scena!

W ogóle Opatrzność bardzo troskliwie opiekowala się rodziną Umerów/Humerów i innymi podobnymi, których potomkowie straszą z mediów, scen teatrów i ekranów kinowych. Niektórych powołaniem okazały się kariery bardziej dyskretne, ale zdecydowanie bardziej lukratywne...

Co robi z tą wiedzą katolik w swoim udręczonym serduszku. Ano to samo co zawsze, czyli po raz kolejny utwierdza się w przekonaniu, że myśli Boga nie są naszymi myślami, a drogi jego naszymi drogami, a ludzie Kościoła nie powinni wymyślać pojęć, ktore nie maja związku z rzeczywistością i straszyć nimi wiernych, amen.




poniedziałek, 8 grudnia 2025

Będąc młodą emerytką...

Święto Maryjne, wieczór, po ponownej lekturze decyzji o przyznaniu mi emerytury. Wygląda, że wszystko się zgadza, o ile jestem w stanie to ocenić. Mam już legitymację, a nawet kartę seniora! Teraz rozpocznę hulaszczy tryb życia w ramach moich skromnych środków!

Myślałam, że doświadczę wielkiej ulgi i radości, tymczasem uczucia miałam bardzo mieszane, co gorsza nieuchronnie dopadły mnie podsumowania mojej "drogi zawodowej", a przy okazji całego życia w tonie niekorzystnym. Jednak  na jakimś głębszym poziomie ulga jest znaczna, co widać po dziwnych zakupach, których już trochę zrobiłam...

Obejrzałam niedawno taki oto film na YouTube https://youtu.be/VnsZAFmtoJY ("Ewangelia a psychoterapia – co naprawdę pomaga?") Słuchało się przyjemnie, człowiek (znaczy terapeuta) robił dobre wrażenie, ale potem pojawiły się liczne wątpliwości...

Pan terapeuta ( z pierwszego wykształcenia astrofizyk) zapewniał raz po raz, że Bóg pragnie naszego szczęścia sam z siebie, nie musimy go o to usilnie prosić, bo kiedy modlimy się o coś, czego nam brak, on już tam jest (znaczy w przyszłości?) i coś robi w tej sprawie. Jest bowiem panem czasu, który go w żaden sposób nie ogranicza, jak to się dzieje w przypadku człowieka.

Zacytował słowa pewnego jezuity usłyszane w młodości, które brzmiały mniej więcej tak (cytuję z pamięci): Gdybyś wiedział, że swoją miłość spotkasz w wieku 53 lat, czy zająłbyś się oczekiwaniem i liczeniem dni? Przecież to byłby absurd. Bóg chce byś byl szczęśliwy w swoim życiu teraz, czy jakoś tak...

Wszystko to bardzo pięknie, ale skąd założenie, że "spotka swoją miłość" lub "Bóg mu da miłość/ukochaną kobietę" (nie pamiętam jakich użył słów)? Jest naturalne, że młody człowiek tęskni za miłością, ale oczekiwanie, że ta tęsknota jest gwarancją spełnienia pragnienia, jest nieco na wyrost, mówiąc bardzo oględnie.

Nie wiem co wspomniany jezuita rzeczywiscie miał na myśli, więc nie będę z tym dyskutować. Zgadzam się, że powinniśmy cieszyć się swoim życiem takim, jakie mamy i nie uzalezniać owej radości czy szczęścia od spelnienia pragnień. Ono może nigdy nie nastąpić, albo w tak zmienionej formie, że nawet go nie rozpoznamy lub z takim opóźnieniem, że nie będzie mialo żadnego znaczenia dla jakości naszego życia...

Też kiedyś uważałam, że nasze pragnienia są znakiem "woli bożej". Życie zweryfikowało ten pogląd negatywnie i  teraz raczej podejrzewam, że wszystkie one kierują nas bezpośrednio na Boga znaczy każde pragnienie jest w istocie pragnieniem Boga i mamy je w sercu nie po to, aby sie spełniło w tym życiu, tylko jako kierunkowskaz, za którym podążamy w wieczność...

Wielką przyjemnośc sprawiła mi lektura Jerychonki Rodziewiczówny. Chyba pierwszy raz w życiu zetknęłam się z tak sensownym opisem powołania artysty czy twórcy w ogóle i jak ma się ono do malżeństwa/milości. Bardzo prawdziwy wydał mi sie opis krótkiego "szczęśliwego" okresu w życiu małżeńskim bohaterki, której mąż nie mógł znieść, że "ciągle"(tzn kilka godzin dziennie) zajmuje się malowaniem, a nie nim, po czym poszedł w długą, czego czytelnik zresztą spodziewał się od chwili nieszczęsnej decyzji o ślubie...

Natomiast ojciec rekolekcjonista u paulinów adresował swoje nauki wyłącznie do małżeństw (choć nikt nie ostrzegl o tym "ogółu wiernych" narażając ich na stratę czasu i  przykre doświadczenie "wykluczenia rekolekcyjnego" na mszy niedzielnej). Zwrócił obecnym w kościele żonom i mężom uwagę, że przysięgę małżeńską składali dobrowolnie, podobnie jak on - w wolności - zdecydował się pojść za powołaniem zakonnym i do kaplaństwa. Z owej wolnej woli coś mialo wynikać, ale nie pamiętam co, bo w ktorymś momencie przestałam słuchać...

No cóż ojcze rekolekcjonisto, w życiu bardzo niewiele sobie wybieramy. Najbardziej typowy wybór, jaki mamy, to między buntem a akceptacją sytuacji od nas calkowicie niezależnej. Czy to czyni z nas niewolników? Nie wiem, ale nawet gdyby tak bylo, to co? I tak musimy żyć. Obudzić się rano, wstać z łóżka, ogarnąc się i spędzić kolejny dzień najlepiej jak umiemy i czerpać z niego tyle radości, ile się da...

Ciekawe, że w całym tym (zbytecznym) gadaniu o powołaniach nikt nie bierze pod uwagę sytuacji odrzucenia. Jakie niby "powołanie" ma ktoś odrzucony, dla którego "świat" ani Kościół nie znajduje zastosowania i nie chce mieć z nim nic do czynienia? Przecież taka sytuacja jest udziałem wielu i to nie tylko stoczonych alkoholików czy innych ćpunów...

Jakoś tak jest, że na naprawdę ważne pytania nikt nie zna odpowiedzi, więc słyszymy wyłącznie nauki o rzeczach dla nas całkowicie nieprzydatnych lub zgoła niezgodnych z rzeczywistością i naszym doswiadczeniem...


czwartek, 17 kwietnia 2025

Niewesołe refleksje w Wielki Czwartek

 Rok temu w Wielki Czwartek aresztowano ks. Olszewskiego, upokarzano go na wszystkie możliwe sposoby, lącznie z rozpowszechnieniem falszywej informacji, że to pedofil, aby musiał się obawiać w areszcie o życie. Zniszczono jego dobre imię, zniszczono dzieło w które wiele zainwestował on sam (pomysł, energia, praca) i jego zgromadzenie (duży wkład własny, co - zdaje się przesądziło o wygraniu konkursu). Zniszczono go psychicznie...

W tym roku mamy sprawę księdza Glasa sądzonego w Anglii za nieobyczajne zachowanie wobec nieletniego (nastolatka)... Oczywiście nie wiem, czy zarzut jest prawdziwy. Po sprawie kardynała Pella mam tendencje nie wierzyć... Tam też był jeden "poszkodowany", który sobie "przypomniał" po latach akurat w momencie, gdy australijski hierarcha wziął się za porządkowanie finansów Watykanu.

Poza tym nieobyczajne zachowanie wobec całej populacji: dzieci, młodzieży, dorosłych i starców jest obecnie promowane na tzw paradach równości (gay pride). Czy publiczne obnażanie się i obsceniczne zachowanie uczestników nie jest kwintesencją nieobyczajności? Dlaczego ich się nie ściga. A drag hour dla dziatwy szkolnej? Pięciolatki zachęcane do macania genitaliów dorosłych mężczyzn? Czy moze być coś bardziej nieobyczajnego?

W Rowach, na plaży w Słowińskim Parku Narodowym obnażają się ekhibicjoniści pod szyldem nudystów. Sami faceci z fiutami na widoku podchodzący do ludzi - także dzieci - o wiele za blisko. Niektórzy jawnie walą konia. Nikt nie reaguje, mimo że oficjalnie nie ma tam żadnej plaży nudystów! 

Zapewne większość chrześcijan, a zwłaszcza powołani do kapłaństwa, biorą pod uwagę możliwość męczeństwa, ale nie zdają sobie sprawy jak ono będzie wyglądać. Nie przypuszczają, że czeka ich przyczepienie łatki "pedofili" jako całej grupie, a oprócz tego oskarżenia indywidualne, kiedy się komuś szczególnie narażą...



niedziela, 14 marca 2021

Teoria samotności zadanej

Tę teorię, jak i wszystkie inne wyłożone na tym blogu, należy traktować z duża rezerwą. Są to po prostu  próby wyjaśnienia rzeczy niewyjaśnialnych i jako takie nie są możliwe do zweryfikowania (lub sfalsyfikowania). W kilku ostatnich wpisach dawałam wyraz swojemu zwątpieniu w wyższość moralną osób, które tak chętnie obsztorcowują ludzi samotnych i pouczają jak mają żyć. W tym postaram się wyłożyć przemyślenia ostatnich lat na temat czy samotność jest lepszą, gorszą czy równie dobrą drogą do dojrzałości, świętości, pełni, szczęścia czy jak go zwał.

Pozwolę sobie zmienić biblijną metaforę Boga jako garncarza formującego nas jak glinę, na bliższy mojemu sercu obraz rzeźbiarza pracującego w materiale twardym. W takim ujęciu wątek bólu jaki mogą wywoływać uderzenia młotkiem w dłuto jest znacznie łatwiejszy do zrozumienia. Na początku jesteśmy blokiem marmuru, piaskowca lub granitu, albo pniem lipy, sosny czy dębu. Ukryty potencjał widzi tylko boski artysta, który powołał nas do życia. Formuje nas za pomocą doświadczeń takich jak miłość lub nienawiść, akceptacja lub odrzucenie, tęsknota lub spełnienie, brak lub nadmiar każdego inaczej, wedle swojego zamysłu i uwzględniając specyfikę materiału. 

Na etapie młodych dorosłych możemy być księżniczkami bawiącymi się uczuciami mężczyzn, gogusiami używającymi swoich wdzięków, aby posługiwać się kobietami, cwaniakami, którzy wiedzą jak się ustawić w życiu, psychopatami, socjopatami, osobami z ciężką depresją, kariatydami lub atlasami usiłującymi udźwignąć świat na wątłych barkach, cierpiącymi za wielu lub przez wielu, nawiedzonymi pięknoduchami, prostodusznymi naiwniakami itp.

Nasz start nie jest równy. Ktoś pierwszy raz w życiu zaopiekuje się dopiero własnym dzieckiem, a ktoś inny jako dziecko latami musiał opiekować się własnymi rodzicami. Ktoś spokojnie dojrzewał do trudów dorosłego życia w atmosferze ogólnego zachwytu nad własną osobą, a na kogoś innego owe trudy spadły w dzieciństwie, bez przygotowania, wzmożone wrogością otoczenia. Myślę, że są to rzeczy oczywiste, ale z jakichś powodów nie prowadzą do oczywistego wniosku, a mianowicie takiego, że pewnym ludziom doświadczenie małżeństwa i rodzicielstwa nie jest potrzebne do osiągnięcia ludzkiej dojrzałości gdyż doszli (lub dojdą) do niej inną drogą.

Tej drogi najczęściej nie wybieramy, jest nam zadana. dlatego poważnym błędem jest porównywanie osób samotnych do małżeństw. Nie ma żadnej istotnej różnicy między jedną i drugą sytuacją, źródło jest to samo - Wola Boża. To oczywiście jest mój wniosek i można go wyśmiać lub odrzucić jako niezgodny z antropologią chrześcijańską. Jest jednak zgodny z doświadczeniem mojego życia. Co więcej nie zauważyłam, żeby osoby żyjące w małżeństwie lub kapłaństwie charakteryzowały się jakąś większą dojrzałością, często jest wręcz przeciwnie, o czym pisałam w kilku poprzednich wpisach.

Żadne ludzkie doświadczenie, nie wiem jak wzniosłe i uskrzydlające nie jest celem życia, określony stan jak małżeństwo czy kapłaństwo też nie. Wszyscy idziemy jakąś drogą do tego samego celu. niektórym z nas dane było ją świadomie wybrać, za innych zdecydowano odgórnie. Najmłodszy z braci też nie wybrałby sobie kota w butach, ani konika garbuska jako spadku po rodzicach, gdyby mu dano wybór, a jednak to jego dar okazał się najcenniejszy. Być może dokładnie tak samo jest z nie wybraną, a zadaną samotnością.

sobota, 6 marca 2021

O samotności niewybieranej - post scriptum

Napisałam dawno temu artykuł "O samotności niewybieranej", który jako jeden z nielicznych moich tekstów został opublikowany w prasie katolickiej (i cieszył się ogromną popularnością). Było to podsumowanie  przemyśleń na temat sytuacji ludzi samotnych, którzy sobie takiego stanu (świadomie) nie wybrali, w Kościele. Oparłam się na tekstach biblijnych oraz doświadczeniach własnych, obserwacji i relacjach znajomych w podobnej sytuacji.

Ten tekst kończył moje osobiste zmagania z tematem. Pisałam go na początku kryzysu wieku średniego, który był właściwie śmiercią młodej mnie. Pewne problemy przestały istnieć, a pojawiły się zupełnie inne. Temat jest zamknięty i nawet pisząc to post scriptum nie chce mi się rzucić okiem na rzeczony artykuł. Pamiętam jednak, że pisząc go w jakiejś mierze przyjmowałam narzucone mi przekonanie, że powołania małżonków i rodziców z jednej strony, a księży i osób konsekrowanych z drugiej są w jakimś stopniu "lepsze", choćby przez fakt świadomej decyzji, która towarzyszy wstąpieniu na jedną z tych dróg i wymóg wierności raz przyjętemu zobowiązaniu. Ponadto rodzicielstwo (także duchowe w przypadku kapłanów) - jak się ogólnie uważa - daje szansę pełnego rozwoju człowieczeństwa, jakiej ludzie samotni są pozbawieni.

W miarę upływu czasu odważyłam się jednak w swoim serduszku wyciągnąć wniosek z tego, co widzę i raczej zaufać świadectwu swoich oczu niż naukom osób, których pretensje do moralnej wyższości są, niestety, całkowicie nieuzasadnione. Przede wszystkim praca w szkolnictwie bardzo sprzyjała wyleczeniu się z pięknego złudzenia o nadzwyczajnym wpływie rodzicielstwa na dojrzałość człowieka. Każdy nauczyciel może potwierdzić, że przeciętny paskudny, rozpuszczony do obrzydliwości, roszczeniowy bachor, ma identycznego rodzica (lub obydwoje rodziców) tylko nieco starszego. Jego poziom ludzkiej dojrzałości niczym się nie różni od poziomu potomka, tylko jest nieco lepiej ukrywany przed ludźmi, jeśli to się opłaca.

Powiem więcej, rodzicielstwo w wielu przypadkach jest przeszkodą w osiągnieciu ludzkiej dojrzałości, a miłość rodzicielska często sprowadza się rozciągnięcia własnego egoizmu na potomka i zintensyfikowania go. Doskonałą ilustracją tego zjawiska jest brytyjski film "Perfect parents", który znalazłam na godnym polecenia kanale Amazing British Crime Drama na YouTube.

Rodzice 11-letniej jedynaczki  przerażeni szkołą do której uczęszcza ich dziecko intensywnie szukają alternatywy. Znajdują ją w końcu w postaci placówki prowadzonej przez zakonnice, do której w pierwszej kolejności przyjmowane są dzieci z praktykujących rodzin katolickich. Niestety oboje są ateistami i takim duchu wychowali swoją córkę. Dochodzą jednak do wniosku, że oszustwa w celu zapewnienia dziecku przyzwoitej edukacji jest moralnie dopuszczalne. Posuwają się do kłamstwa, fałszowania dokumentów, korumpowaniu księdza (który zgadza się na udział w tym procederze pod wpływem szantażu) i świętokradztwa. Udaje im się oszukać siostrę przełożoną i córka zostaje przyjęta, zabierając miejsce dziewczynce z rzeczywiście katolickiej, choć niepełnej, rodziny. Jej matka gotowa jest walczyć jak lwica, żeby pseudo-katoliczkę wyeliminować i zdobyć upragnione miejsce dla swojej córki. Równie zdesperowany jest szantażysta, który "przekonał" księdza do współudziału w oszustwie. On także zrobi wszystko dla dobra swoich dzieci. Nie wzdraga się nawet przed morderstwem z zimną krwią.

W wyniku działań (motywowanych dobrem dziecka) czworga rodziców doskonałych  mamy pod koniec filmu dwa trupy, ciężkie pobicie i prawie śmiertelne postrzelenie, co nie zmienia faktu, że główni bohaterowie odnoszą się z absurdalnym poczuciem moralnej wyższości do zakonnicy kierującej szkołą, jako osoby bezdzietnej. Ona sama stwierdza rezolutnie, że jeżeli rodzicielstwo ma taki wpływ na człowieka, to jest szczęśliwa, że zostało jej oszczędzone. Mogę się pod tym podpisać obydwoma rękami.

Równie wątpliwa jest "moralna wyższość" duchownych  wobec ludzi samotnych w ogóle, a niezamężnych kobiet  w szczególności. Pisząc swój artykuł nie byłam świadoma, że owa trudna do wyjaśnienia upierdliwość i niechęć, to po prostu wrogość homoseksualnych mężczyzn wobec kobiet, które postrzegają jako konkurencję. Wstąpił taki do zakonu lub seminarium w poszukiwaniu okazji, a tu plączą się jakieś "nieuporządkowane baby" odwracając uwagę potencjalnych partnerów... Trzeba je zdecydowanie łajać, odganiać i zniechęcać jednocześnie przywabiając ponętnych młodzieńców do odpowiednich "duszpasterstw".

Pewien dominikanin napisał wprost, że nie chce w swoim duszpasterstwie "pokręconych nastolatek", bo one nie przyciągną odpowiednich chłopaków!!! Pamiętam jak czytałam te słowa z opadniętą szczęką w poszukiwaniu jakiejś możliwej do obrony interpretacji!!! Jakże byłam naiwna! Interpretacja jest oczywista, jeśli weźmiemy pod uwagę nadreprezentację homoseksualistów wśród duchowieństwa, zwłaszcza zakonnego!!!

Ta nadzwyczajna gotowość do zaakceptowania praktykujących "gejów" skontrastowana z wrogością wobec samotnych kobiet, które żyją w czystości, znalazła wreszcie przekonywujące wyjaśnienie. Wyższości moralnej mężczyzn dopuszczających się świętokradczej kpiny z kapłaństwa, żeby móc macać lub chędożyć młodzieńców, nad pogardzanymi "starymi pannami" nie widzę.

Być może jest tak, że owa niechciana i nie wybrana samotność jest najlepszą szansą na osiągnięcie ludzkiej i chrześcijańskiej dojrzałości? Taka myśl coraz częściej przychodzi mi do głowy...