Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paulini. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paulini. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 sierpnia 2025

O demonach ukraińskich i straszeniu wiernych "egoizmem"

Pierwsza niedziela miesiąca i demony dostały pierdolca. W mieszkaniu do wynajęcia nade mną tłuką się od wczoraj wieczorem. Dziś apogeum. Siedzę w słuchawkach ochronnych do młota pneumatycznego czy innej wiertary. Drgań nie wygłuszają, więc dalej słyszę jak dziatwa ukraińska roznosi wśród dźwięków instrumentu muzycznego nieszczęsny lokal po sąsiedzie-alkoholiku.

W mieszkanku-premium, tuż za ścianą, życie towarzyskie młodzieży ukraińskiej dobrze sytuowanej. Pety wyrzucane prosto z balkonu do wypieszczonego ogródka sąsiadki z parteru. Ukraińcy z mieszkania na przeciwko palą pod bramą i najpierw zostawiali tam swoje niedopałki. Potem pojawił się słoik, który szybko się napełnił i nikt nie kwapił się go wynieść, choć do kosza na śmieci dosłownie kilka kroków. Obecnie wisi kartka, żeby po sobie sprzątać...

Kazanie ojca Dariusza OSPPE bardzo mnie wchrzaniło. Zamożny człowiek, któremu obrodziło pole i uznał, ze jest zabezpieczony do końca życia został przez paulina potępiony za "egoizm", bo nie pomyślał o "drugich"!!! Zamożni ludzie, proszę ojca, cały czas myślą o "drugich" - mianowicie jak ich użyć. Czy ojciec naprawdę myśli, że bohater ewangelicznej przypowieści nie karmiłby ze swego dostatku własnej rodziny i domowników? Kto by na niego pracował, kto by go bronił w razie napadu?!!! Kogo by chędożył, gdyby go naszła ochota?!!! 

Problem z nim polegał na tym, że chciał się uniezależnić od Boga, zabezpieczyć przed jego nieprzewidywalnością. Niestety, wszyscy mamy ten problem, choć nie każdemu pole tak obradza. Ubodzy umierają z lęku przed przyszłością, bo zdani są wyłącznie na Boga, który może wszystko dać i wszystko zabrać. Bogaci próbują sami zadbać o swoją przyszłość. W dzisiejszym czytaniu Bóg pokazuje jednemu z nich, kto tym interesem rządzi i ile warte są ludzkie zamysły niezgodne z jego wolą. W większości wypadków jednak bogaci kwitną, a ubogiemu zabierana jest nawet ta odrobinka, którą ma.

Nie chodzi o żaden "egoizm", tak bardzo umiłowany w kazaniach, tylko o zgodę człowieka na to, żeby to Bóg był Bogiem. O tym jest cały Stary Testament, a i nowy w większości. To jest najtrudniejsze, bo brak zaufania wzmacniają złe doświadczenia i liczne rozczarowania...

Straszenie "egoizmem" całkowicie immunizuje słuchaczy na przesłanie Ewangelii. To porównywalne z używaniem pałki "antysemityzmu", "rasizmu" i innych "fobii" w debacie publicznej. Nie znaczy dokładnie nic.














niedziela, 20 kwietnia 2025

O wierze w Zmartwychwstanie Jezusa i rekolekcjach u paulinów

 Wielkanoc. Siedzę z obolałymi nogami na biurku i nie mam siły nigdzie iść, choć pogoda jak marzenie (nie moje). Na wigilii paschalnej (i całym Triduum też) byłam u Paulinów. Procesja rezurekcyjna odlotowa, nieoczekiwanie niosłam wstążkę od feretronu i szłam tuż za Najświętszym Sakramentem...

Wszystko to bardzo pięknie, gdyby nie delikatny zgrzyt w kazaniu O. Tomasza. Na początku zaczął się rozwodzić nad tym jak trudno NAM pojąć Zmartwychwstanie... Słuchałam tego z dużym dystansem. Komu trudno pojąć zmartwychwstanie? Na pewno nie NAM, wiernym!

W mojej skromnej ocenie pokonanie śmierci - która jest procesem dość tajemniczym - dla kogoś, kto jest więcej niż człowiekiem, nie jest jakoś szczególnie niemożliwe. Jest to na pewno tysiąckroć bardziej możliwe niż powstanie życia przez walnięcie pioruna w aminokwasy uprzednio wyprodukowane nie wiadomo jak i przez kogo. Przy wierze w powstanie zupełnie nowych gatunków przez przypadkowe mutacje genów zmartwychwstanie wydaje się zaiste drobnostką (jeśli chodzi o stopień prawdopodobieństwa).

To jest własnie problem z księżmi, absolwentami seminariów, w których straszą teorie niemieckojęzycznych niewierzących teologów. Ci nieszczęśni ludzie uczą sie wstydzić swojej wiary jako obciachowej i przyjmować snobistyczny, pseudonaukowy bełkot (nie oparty na niczym) za prawdę objawioną...

Drodzy księża, my wierni nie mamy problemu z wiarą w Zmartwychwstanie Jezusa i nie zamierzamy jej porzucać, aby być bardziej trendy, więc kiedy do nas mówicie nie imputujcie nam swoich własnych trudności. Nie wpierajcie nam, że w Wielkim Tygodniu marzymy, żeby było juz po świętach - to wasz problem (pewnie z uwagi na obciążenie obowiązkami w tym czasie)

Drodzy rekolekcjoniści, nie opowiadajcie nam, że jest nas mało w kościele, bo "straszyliśmy piekłem". Oszczędźcie nam opowieści jak łamaliście post w Wielki Piątek, aby zaprosić przygnębionego współbrata do najlepszej kawiarni w mieście na tort bezowy. My (w większości) nie mamy takich możliwości finansowych, ani kosztownych przyzwyczajeń. Co najwyżej pogadalibyśmy z kimś potrzebującym nad herbatą i ciasteczkiem albo przy poczciwym śledziu po wiejsku.

Nie, to nie do nas należy zbawianie świata. Jezus to już zrobił raz, a dobrze. Wezwanie Jezusa "bierzcie i jedzcie" oraz "bierzcie i pijcie z tego wszyscy" znaczy dokładnie tyle, a nie, że to nasze ciała mają być wydane na okup za wielu. Jesteśmy odpowiedzialni za własne życie, a nie za to ile ludzi jest w kościele/na rekolekcjach.

Ludzie szukają Boga, bo to on ich do tego inspiruje i robi to w określonym czasie. Nasze wysiłki nic tu nie wnoszą, choć czasem możemy być narzędziem w jego rękach nawet nie zdając sobie sprawy.

A nade wszystko przestańcie przeciwstawiać porywy serca (dobre) doktrynie (złej). To tak jakby, ktoś uznał, że nie potrzebuje kręgosłupa, bo tkanki miękkie są lepsze i mięczaki radzą sobie nieźle w przyrodzie. My, ludzie jesteśmy jednak kręgowcami i układ kostny jest nam niezbędny. Nie przychodzimy na pokazy infantylizmu w wykonaniu panów w średnim wieku, ani wątpliwe teorie ich autorstwa. 

Na ostatnich rekolekcjach u paulinów dowiedziałam się że żona nie może być zbawiona, jeśli mąż będzie potępiony i - przez analogię - my obecni w kościele nie będziemy zbawieni jeśli nie przyciągniemy tych nieobecnych. Przyznam, że to nowa dla mnie teoria i nie rozumiem jak się ma, do koncepcji, że wszyscy ludzie będą zbawieni, chcą tego czy nie.

A może jednak zdrowa nauka jest potrzebna, żeby uniknąć takich wygibasów? A może jednak krytycy papieża Franciszka mają racjonalne argumenty? Może nie wszyscy są złymi ludźmi (jak pisząca te słowa) i "katotalibami" jak się uroczo wyraził ojciec rekolekcjonista?!!!

niedziela, 23 marca 2025

O kazaniach o. Tomasza OSPPE

Kazania ojca Tomasza nieodmiennie przywodzą mi na myśl pewną średnio lotną koleżankę z liceum. Miała zawsze zaskakujące skojarzenia, które nikomu innemu nie przyszłyby do głowy np:

- Clarus to taki rus, a pulcher to taki her - wyjaśniała jak zapamiętuje łacińskie słówka.

Każdemu innemu clarus(-a, -um) kojarzy się z żeńskim imieniem Klara, a pulcher, a tymbardziej żeńska forma tego przymiotnika - pulchra - z polskim pulchna. Skojarzenie jest natychmiastowe tym bardziej, że towarzyszy mu odkrycie oczywistego ongiś związku urody/atrakcyjności z należytym odkarmieniem. Wspomniana koleżanka z liceum takich skojarzeń jednak nie miała z powodu niedostatków wiedzy ogólnej lub małej bystrości umysłu i dlatego usiłowała zapamiętać przez kojarzenie końcówek rodzaju męskiego. Jest to wyjątkowo nieprzydatny sposób, gdyż rodzaj żeński i nijaki mają zupełnie inne końcówki. W clara czy clarum nie ma rus, a w pulchra czy pulchrum nie ma her. Natomiast wiele innych przymiotników w rodzaju męskim ma identyczne końcówki np rarus czy carus.

Z podobnie błyskotliwymi skojarzeniami zetknęlam się na jakimś idiotycznym szkoleniu w firmie, w ktorej chciałam sie zatrudnić. Kiedy wszyscy przedstawiliśmy się współuczestnikom z imienia, młody prowadzący podzielił się z nami swoimi skojarzeniami. Np imię Aldona, które każdemu w moim pokoleniu kojarzy się nieodmiennie z żoną Konrada Wallenroda z poematu Mickiewicza, ewentualnie z pierwszą litewską małżonką Kazimierza Wielkiego, młodemu szkoleniowcowi skojarzylo sie z jakąś dawna znajomą, co być może pomogło zapamiętać jemu samemu imię tej konkretnej osoby, ale dla wszystkich pozostałych było całkowicie bezużyteczne.

Ojciec Tomasz OSPPE, przeor wroclawskiego klasztoru paulinów ma podobny rodzaj skojarzeń na temat czytań mszalnych. Nie zapomnę jego komentarza do początku Ewangelii według św. Jana, tzn zdań "Na początku bylo Słowo..."  "Ono było na początku u Boga i Bogiem było slowo..." "Przez nie wszystko sie stało stało, co się stalo..." itd (cytuję z pamięci). Wszystkie one nie mają wielkiego sensu, dopóki nie uświadomimy sobie, że pod polski przekład "słowo" należy podłożyć grecki "logos" z całym bogactwem znaczeń jak np ład, porządek, boski plan czy zamysł.

Rącza myśl o. Tomasza pobiegła jednak w zupełnie innym kierunku "słowo" skojarzylo mu się z "gadaniną" czy wręcz "paplaniną", nie jestem pewna czy nie towarzyszyl mu przymiotnik "czcza" albo "pusta" (czcza gadanina, pusta paplanina). O. przeor był zdaje się pod wrażeniem, że z tej czczej gadaniny czy też pustej paplaniny może powstać wrzechświat. A być może chodziło mu o to, że zbytnia gadatliwość może wpędzić nas w klopoty? Tu pełna zgoda, tylko gdzie związek z Ewangelią św Jana? Wysłuchawszy wielu innych kazań o. Tomasza podejrzewam, że raczej chodzilo mu o to, że z czegoś mało poważnego, lekceważonego  może powstać coś wielkiego, co pozostaje z przesłaniem tego konkretnego fragmentu ewangelii w związku nader luźnym.

Według o. Tomasza Anioł Boży mówi do Mojżesza z jednej strony, a ten jest zupelnie nie zainteresowany, gdyż zaobserwował ciekawe zjawisko zupelnie gdzie indziej - oto krzak płonie i się nie spala. Ignorując więc głos Boga szoruje zobaczyć jak to jest możliwe. Zdaniem kaznodziei wszyscy mężczyźni tak mają. Siedzą w pięknej sali koncertowej wśród przepychu barokowego wystroju, marmurów i złota, a całą ich uwagę zaprząta zagadnienie jakiej mocy żarówki wkręcone są w kryształowe kandelabry.

Kiedy więc niepoprawny Mojżesz staje w końcu przy krzaku, zignorowany Anioł Boży, który za nim gonił,  wchodzi dopiero do krzewu i woła"Mojżeszu, Mojżeszu" mniej wiecej takim tonem:  "Ej durak, ty durak!", jak mawiają nasi wschodni sąsiedzi.

No cóż z tekstu nic takiego nie wynika, bo od razu w pierwszym zdaniu anioł mówi z wnętrza płonącego krzewu. Anioł mówi, ale Mojżesz nie słyszy głosu, tylko widzi znak. Podchodzi bliżej i dopiero słyszy głos. Interpretacja o. Tomasza nie mówi nic o tekście, natomiast sporo o autorze komentarza.

Zastanawiam się jaka jest wartość tego rodzaju "przepowiadania". Mój stosunek do takiej swobody interpretacyjnej jest raczej ostrożny, choć czasem kanodzieja może "niechcący" trafić do jakiegoś słuchacza. Pewien znajomy dominikanin twierdził wręcz, że na w każdym kazaniu, nawet najgłupszym, jest chociaż jedno zdanie, przeznaczone dla każdego ze słuchających. Nie wiem czy w każdym, ale dziś nieoczekiwanie się znalazło coś dla mnie.

W komentarzu do ewangelii o. Tomasz zauważył, że figowiec został celowo zasadzony w winnicy, choć powodu nie znamy. Otoczony winoroślami czuje się sfrustrowany, że ma inne liście i owoce (problem w tym, że owoców akurat nie rodzi...). Pan Bóg ma jednak dla niego dużo cierpliwości - w końcu sam go takim stworzył i posadził w tym miejscu - i wierzy, że wyda owoce w swoim czasie, w domyśle zupelnie innym niż czas winorośli... 

Na koniec o. przeor zasugerowal, że być może wielki post jest także po to, żebyśmy nawrócili się nie tylko do Boga, lecz także powrócili do naszego prawdziwego ja, a raczej stali tym kim powinniśmy być według Bożego zamysłu.

Sugestia bardzo rozsądna, choć nie jestem pewna czy da się ją wywieść z tej konkretnej ewangelii... Tak czy siak przemawia do mnie w mojej konkretnej sytuacji życiowej.

P.S.

Ktoś może zapytać, po co wlaściwie chodzę na msze celebrowane przez o. Tomasza, skoro tak krytycznie wypowiadam się o jego kazaniach. Sęk w tym, że decyzją tegoż o. przeora wroclawskich paulinów na mszy o godz. 12 nieszczęsne neony(neokatechumenat) są zmuszane do mówienia przed  czytaniami wstępów, które mają się do liturgii jak pięść do nosa, a o. Marcin mówi zwykle 3 kazania - jedno lepsze od drugiego. Mszę o 10. 30 odprawia właśnie ojciec Tomasz, a na 7.30 czy 9 w niedziele nie chcę się spieszyć...

P.P.S.

Na mszy o 10.30 udziela się Kościól Domowy czy też Oaza Rodzin. Bardzo trudno znieść świeckich celebrujących swoją ważność przy podchodzeniu do pulpitu i teatralnym głosem odczytujących teksty czytań czy modlitwy wiernych. It would embarass a cat, jak sie wyraził bohater książki, której tytułu nie pamiętam...



wtorek, 28 stycznia 2025

O kazaniu o. Marcina OSPPE

Minionej niedzieli o. Marcin OSPPE uraczył nas tylko jednym kazaniem, bo był chrzest.

Dowiedzielismy, że:

  • chrześcijanin to ktoś kto zaprosił Boga do swego życia i ten Bóg w nim działa (albo jakoś tak - odtwarzam z pamięci), a nie jakaś zdewociała osoba , która dokłada coraz to nowe modlitwy (do tych odmawianych rutynowo?), które nic nie pomagają.
  • jeśli człowiek nie widzi działania Boga w swoim życiu, łatwo się zniechęca i traci wiarę
  • kiedy upadamy przychodzi zrozumienie, że to nie my jesteśmy bogami
Więcej mądrości o. Marcina nie pamiętam.

W drodze do domu upadłam w sensie dosłownym przechodząc przez ulicę. Wyłożyłam się na calą długość i przez chwile leżałam ogłuszona. W końcu wstałam i ubłocona pociągnęlam się do bramy. Jakiś życzliwy czlowiek zapytał czy wszystko w porządku. Odpowiedziałam, że mam nadzieję. Śmiejąc sie pod nosem ze swojej przygody wgramoliłam sie po schodach. Owszem, jestem potłuczona, ale poza  tym, nic mi się nie stało.

W poniedziałek dwa maile od potencjalnych pracodawców, u których byłam na rozmowach. Oba odmowne. Mimo spektakularnego upadku zrozumienie nie przyszło. Widocznie jestem tą zdewociałą osobą, która dokłada coraz to więcej modlitw (odmowiłam ostatnio 3 nowenny), z których nic nie wynika.



No coż, o. Marcinie, nie widzę działania Boga w moim życiu, a co gorsza upadki nie pomagaja mi nic zrozumieć. Nie mam "intymnej relacji z Jezusem" ani żadnej innej. Byłam ochrzczona jako niemowlę, przystepowałam do kolejnych sakramentów z taką wiarą, na jaką mnie było stać i dalej to robię.

Albo jestem więc wyjątkowo złym człowiekiem, albo to, co Ojciec opowiada, to banialuki.

Zwracam uwagę, że Bóg jest calkowicie autonomiczny. To nie jest jakaś funkcja naszej pobożności, woli czy pragnienia. Może działać w naszym życiu jeśli chce, albo nie działać, jeśli nie chce. To czy my sie otwieramy, modlimy czy przystepujemy do sakramentów nie ma żadnego wpływu na jego decyzje.

Istnieje mozliwość, że działa w sposób dla nas niezauważalny, ale wlaśnie dlatego, nie możemy owego działania odczuć ani zobaczyć w historii naszego życia. Możemy w to wierzyć. Jednak wiara to nie to samo, co wiedza, czyż nie?

Rozumiem więc, że powinnam sie bardzo wstydzić, że jestem ową zdewociałą osobą odmawiajacą nieskuteczne modlitwy, ale co dalej?  Co poza "diagnozą" ma Ojciec do powiedzenia takim właśnie ludziom, którzy nie widzą działania Boga w swoim życiu i nic nie rozumieją? Co mają ZROBIĆ? 

W ciemnej d...

P.S.
Proszę nie opowiadać o relacjach, bo do tego potrzeba dwojga! 


czwartek, 26 grudnia 2024

O świątecznych kazaniach

Na pasterce w kościele parafialnym proboszcz głosi jedno ze swoich charakterystycznych kazań pełnych połajanek. Ewidentnie punktem wyjścia jest rozmowa z konkretnym człowiekiem. To najprawdopodobniej dorosły mężczyzna, który żyje w przekonaniu, że nic nie może. Musiało to zirytować ksiedza proboszcza, bo teraz odreagowuje z ambony grzmiąc (cytuje z pamięci) "Jak to nic nie mogę? Jak to nic nie mogę?!!! Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia!!!" Później doradza swemu tajemniczemu rozmówcy, żeby poszedł do żłóbka i zapytał Jezuska jak rozumieć znaki czasu czy coś w tym stylu... 

Siedzę, marznę, ziewam, a frustracja narasta. Moje doświadczenie jest dokładnie odwrotne, proszę księdza proboszcza. W młodości sądziłam, że mogę bardzo wiele w życiu dokonać i nie miałam wątpliwości, że Bóg będzie mnie wspierał na wszystkich moich drogach. Życie pokazało mi moje ograniczenia, a jest ich mnóstwo, a to czy Bóg kogoś wspiera czy nie to WYŁĄCZNIE JEGO DECYZJA! Rozmówca miał najprawdopodobniej rację. Możemy bardzo niewiele, bo bardzo niewiele rzeczy zależy wyłącznie od nas. Jeśli w grę wchodzą inni ludzie albo tajemnicze Boże plany nie możemy nic!

U paulinów w drugi dzień świąt o. Marcin nie mógł się powstrzymać od wygloszenia chociaż jednego kazania (normalnie mówi co najmniej dwa) mimo listu rektora PFT. W liście m.in o nie szanowaniu praw katolików (zamach Nowackiej na lekcje religii) i koniecznośći przeciwstawianiu się złu oraz o planach uczelni na przyszłość (nowe wydziały itp). O. Marcin uznał, że zabrakło tam "intymnej relacji z Jezusem" i postanowił ten brak uzupełnić. W dłuższym wywodzie zasugerował, że nauka i to co mamy w głowie jest nie tylko zbyteczne, ale wręcz niebezpieczne, gdyż wystarczy wyżej wymieniona "relacja".

I tu jest pies pogrzebany. Co to jest owa "relacja z Jezusem" czy wręcz "intymna relacja z Jezusem" o której tyle słyszymy?!!! Bardzo mi przykro, ale tego rodzaju nazewnicwo nie opisuje żadnej rzeczywistość dającej się poznać obiektywnie. To czysty subiektywizm całkowicie nieweryfikowalny.

Czlowiek się modli. Na modlitwie lub po niej może mieć konkretny impuls, za którym pójdzie lub nie. Jeśli pójdzie, coś może z tego wyjść lub nie. Jeżeli coś wyszło, człowiek może przypisać impuls i skutek pójścia za nim Bogu. 

Czlowiek może o coś pytać na modlitwie i jakaś odpowiedź może się pojawić. Nie koniecznie od razu. 

Człowiek może o coś prosić i coś dostać, coś o co prosil lub coś zupełnie innego! Człowiek może też o coś prosić i mieć poczucie, że stoi przed betonową ścianą...

Człowieka może spotkać coś miłego i nieoczekiwanego, za co w odruchu serca podziękuje Bogu. Może go też spotkać coś przykrego, ale dającego jakiś wgląd w jego życie i relacje z ludźmi. Może też spotkać go coś ohydnego i zupelnie niewytłumaczalnego, z czym nie będzie wiedział co zrobić...

Bardzo zasadne pytanie brzmi: Czy ten rodzaj "interakcji" można nazwać "relacją" (o "intymnej relacji" nie wspominając)? Jest to materia tak ulotna, że w chwili trudności człowiek powątpiewa czy rzeczywiście ten impuls, ta odpowiedź i ten wgląd pochodziły od Boga...

Wielcy święci mowili o "natchnieniach Ducha Św." o "pocieszeniach" i "rozeznawaniu duchów",  o "naśladowaniu Chrystusa", ale także o "nocy ciemnej". Ten rodzaj słownictwa znacznie bardziej adekwatnie opisuje życie duchowe. Czytając Noc ciemną Św.Jana od Krzyża byłam pod wrażeniem kompetencji autora w tej dziedzinie. To był XVI wiek. Co sie nagle stało z Kościołem, że musi czerpać terminologię od protestackich denominacji powstałych przedwczoraj albo wczoraj rano.

Nawracajacy się protestanci zawsze są pod wrażeniam Katechizmu KK. Jest to dla nich odkrycie epokowe - kompendium wiedzy, czego właściwie Kościół naucza. Jest to znane, zapisane i niezależne od nastroju lokalnego pastora i tego, co zjadł wczoraj na obiad.  Podobnie rewolucyjnym odkryciem jest spowiedź. Wyznajesz swoje grzech przed Kościołem w osobie kapłana i są odpuszczone niezależnie od twojego poczucia. Niestety KK właśnie z tego chce zrezygnować. Z tego co obiektywne i sprawdzalne, aby pójść w kierunku skrajnego subiektywizmu i emocji.

Nie, ojcze Marcinie, głowa nie jest siedzibą antychrysta w przeciwieństwie do serca, które słucha Jezusa. Nie należy przeciwstawiać emocji cnocie roztropności. Emocje nie są święte z natury. Najgłupsze błędy w życiu popelnia się pod ich wpływem. Owszem poznanie intuicyjne może pomóc, kiedy umysł nie ma wszystkich danych, ale intuicja też sie myli!

Oczywiście, istnieją mistycy, dla których określenie "relacja z Jezusem" opisuje rzeczywistość ich życia, ale nawet oni podlegają korekcie tego, co "w głowie" czyli nauki Koscioła. Jesli tak się nie dzieje łatwo mogą zostać zwiedzeni, a jeśli są duszpasterzami narobić niewiarygodnych szkód...



niedziela, 1 grudnia 2024

Rekolekcje adwentowe u paulinów

Dziś zaczęły się rekolekcje u paulinów. Rekolekcjonista - o. Robert Dziewulski - powiedział jedno ciekawe zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: "ciągle problemy i trudności i gdzie to (obiecane) szczęście z Panem Bogiem?" Padło to w kontekście pogoni za tym, co oferuje świat. Świat, jak to świat, oferuje wyłącznie marność i pogoń za wiatrem, życie z Bogiem natomiast tylko problemy i trudności, jak zauważył paulin z Warszawy.

Spotrzeżenie bardzio słuszne, ale niestety nie zostało rozwinięte. Obawiam się, że nie przyjdę na kolejne nauki, choć bardzo mi potrzeba jakichś rekolekcji, radykalnej zmiany perspektywy i nowegu ducha.

Od utraty pracy minęło 11 miesięcy, zasoby topnieją, a rozwiązania nie widać. Wszelkie modlitwy skutkowały błyskawicznym odrzuceniem mnie na kolejnych "rekrutacjach", a kiedy wystawiłam swoje obrazy na sprzedaż w Bastionie Ceglarskim, potencjalna klientka pojawiła się dokładnie wtedy, kiedy poszłam do kibla i słuch po niej zaginął.

Podobno pieniądze leżą na ulicy. Czy ktoś może wie na której?

P.S.

Zaobserwowano ostatnio w okolicy niedźwiedzia polarnego pogrążonego w intensywnym życiu duchowym, co postanowiłam odnotować na poniższym płótnie z odzysku:

Olej na płotnie 90x74 cm



wtorek, 12 marca 2024

O koptach i rekolekcjach w Częstochowie


Taka sprawa: koptowie zawieszają dialog ekumeniczny z Kościołem Katolickim z powodu Fiducia Supplicans. Szczerze mowiąc trudno się im dziwić. 

Jak te watykańskie cioty mogą nie rozumieć, że jeśli komuś muzułmanie non stop podkładaja bomby pod kościoły, to ten ktoś ma inne problemy niż czy może oficjalnie pokazać się z boyfriendem, czy raczej nie. Nasi bracia w wierze w Afryce i Azji sa mordowani, a papież nie ma im nic do powiedzenia, bo wlaśnie intensywnie mizdrzy się do możnych tego świata!!!

Byłam na początku marca na rekolekcjach w Częstochowie. Wróciłam z grypą-gigantką i do dziś dnia nie mogę dojść do siebie.

Ojciec Marcin Ciechanowski OSPPE uraczyl nas w sobotę kazaniem, z którego dowiedzieliśmy się, że w przypowieści o synu marnotrawnym tak naprawdę czarnym charakterem jest ten starszy, który się nie cieszy z hojności ojca wobec młodszego brata. Starszy syn ma mentalność niewolnika, co można poznać po wyrzucie, że tyle lat służy ojcu, a nie dostal żadnej nagrody!

Dalej łatwo zgadnąć - to my katolicy, wierzący i praktykujący jesteśmy tymi starszymi synami, którzy nie cieszą sie z Fiducia Supplicans, bo mamy czarne serduszka i mentalność niewolników.
Rekolekcjonista-dominikanin pewnie dodałby jeszcze, że jesteśmy odrażający, brudni źli, a jajka, które przynosimy do poświęcenia w wielką sobotę śmierdzą... Ojciec Ciechanowski się do tego nie posunął, ale z goryczą stwierdził, że w dzisiejszych czasach trzeba bronić papieża przed katolikami, a przecież Kościół się zmienia, bo ŻYJE!

Wszystko to bardzo pięknie, ale ktoś by mógł się upierać, że gdzie Kościół naprawde żyje, tam nie ma problemu pedalstwa tylko prześladowań i do tego problemu papież powinien się odnieść w pierwszym rzędzie, a nie sprzedawać chińskich katolików komunistom za jakieś niejasne ustalenia (najprawdopodobniej chodzi o kasę)


niedziela, 28 stycznia 2024

Nowe porządki u wrocławskich Paulinów

Się porobiło z paulinami! Źle znosiłam kazania o. Maksymiliana - poprzedniego przeora - w stylu "Co czuła Maryja? Co czuło serce matki?", ale to co dzieje pod rządami o. Tomasza jest o WIELE gorsze.

Dziś poszłam na 10.30, żeby uniknąć neonów i ich wstępów do wszystkich czytań. Okazało się, że tę mszę obstawia "domowy kościół". Ani mnie to ziębi, ani grzeje dopóki nie  mowią zbytecznych wstępów. Nie mówią. Robią procesję z darami, ale wstępów akurat nie wyglaszają. Nie będę rostrząsać homilii, specyficznego tonu jakim jest zazwyczaj wygłaszana i dziwacznych interpretacji tekstów biblijnych o.Tomasza. Jestem w stanie nie jedno znieść, ale - niestety - moja cierpliwość jest wystawiana na ciężką próbę.

Gdzieś przy ogłoszeniach parafialnych dowiedzieliśmy się, że podczas kiedy my "tylko przychodzimy i słuchamy", to domowy kościół "uczestniczy aktywnie w 100%" w eucharystii tzn dwie osoby obstawiają czytania, a dwie następne (a może trzy) procesję z darami. Szczęka mi opadła, choć nie jedno już w tym kościele słyszałam.

Potem usłyszeliśmy także, że małżeństwa mogą dołączyć i przeżywać swoją wiarę we wspólnocie z innymi małżeństwami i - jak rozumiem - uczestniczyć aktywnie, cokolwiek by to miało znaczyć. Reszta natomiast raczej będzie "tylko przychodzić i słuchać".

Proszę Ojca-Otwartego-Tomasza, a co jeśli jakiś małżonek umrze, da nogę, albo wymieni swą małżonkę na nowszy model? Czy ta owdowiala lub porzucona może nadal pozostawać w "kościele domowym", czy automatycznie staje się zagrożeniem dla innych małżeństw, zostaje wypisana z klubu i musi znowu dołączyć do tych co przychodzą i tylko słuchają ?

Więc uczestnictwo w niedzielnej eucharystii jest z jakichś tajemniczych powodów niewystarczajace, a wierni dzielą sie na lepszych i gorszych w zależności czy przynależą do jakichś wspólnot czy nie?

Skąd taki pomysl? Gdzie jest slynna "podstawa prawna" do takiego myślenia? Katolik nie ma obowiązku należeć do żadnej wspólnoty!!! Taka przynależność nie czyni z nikogo lepszego chrześcijanina, ani czlowieka. Jedni jej potrzebują, inni nie, a jeszcze innym szkodzi! 

Znajomy, który był na 12, opowiedział mi o homilii o. Marcina, który zrobił całe przedstawienie, żeby obśmiać kobietę, która chodziła po górach z małym pieskiem. Ojciec Marcin z towarzystwem schowali sie pod wiatą przed deszczem, a owa niewiasta zapytała czy znajdzie się miejsce dla niej i "jej dziecka" (miala na myśli pieska). Ubaw był po pachy. Owszem, nazywanie zwierzątka dzieckiem jest nieco dziwaczne, ale "znaj proporcją mocium panie!"

Kobieta z pieskiem albo nie miała się z kim wybrać w góry, albo nie chciała. Może w życiu jest samotna i jej to doskwiera, stąd zwierzątko dotrzymujące towarzystwa. Czy ktokolwiek wyśmiewa się z bezdomnego dzielącego z psem swój skromny posiłek? Mechanizm psychologiczny jest wtedy doskonale czytelny. Dlaczego w przypadku samotnej kobiety miałoby być inaczej. Że jest czysto ubrana? Że lepiej funkcjonuje w życiu? To jest jakiś zarzut?

Czy ojciec Marcin nie wie, że do urodzenia dzieci potrzebny jest odpowiedni mężczyzna? Może ta kobieta tęsknila za macierzyństwem, ale nikogo takiego nie spotkała w życiu? Może wiązało się to dla niej z wielkim cierpieniem? Przypomina mi się moja sunia Polijka, która miewała cieczkę 4 razy do roku, a potem nierzadko ciążę urojoną i wtedy budowała gniazdo, do którego znosiła pluszowe zabawki. Może dlatego niespełniony instynkt macierzyński nigdy nie wydawał mi się śmieszny...

Jeżeli o. Marcin tego nie widzi to spójrzmy na sprawę z innej strony. Kościół Katolicki błogosławi pary homoseksualne (od Fiducia Supplicant legalnie), znaczy akceptuje mężczyzn obcujący seksualnie ze sobą i mieszkajacych wspólnie. Czy takie zjawisko społeczne nie powoduje braku potencjalnych kandydatów na ojców i mężow? Jak w takiej sytuacji ktokolwiek może winić kobietę, że nie znalazła partnera? A może mimo to powinna zajść z kimkolwiek i wychowywać samotnie owoce takich przypadkowych stosunków? Czy to jest obecna nauka katolicka, bo nie nadążam za postępem postępu...

wtorek, 24 października 2023

Wszystko, co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze, oddam za ryż...

Nigdy nie sądziłam, że w wieku mocno średnim będę tęsknić za łatwością zalewania się łzami właściwą młodym kobietom. Nie mam na myśli szlochu, ten opuścił mnie na zawsze 25 lat temu, albo jeszcze wcześniej. Nie mam łez. Nie mogę płakać i ulżyć sobie, a smutek tymczasem spowił moją duszę. Najpierw te dziwne wybory, a później wiadomość, że projekt, przy którym pracuję nie będzie kontynuowany w przyszłym roku...

Złe przeczucie miałam już od niedzieli 15. Był też i znak - zielony dzięcioł na orzechu pod oknem. Można to obśmiać, ale kiedy wylano mnie z ostatniej pracy w szkolnictwie też przyleciał dzięcioł -  biało-czarno-czerwony - na drzewo pod oknem i podniósł mnie na duchu. Ten zielony, o ileż piękniejszy, odwrócił moją uwagę od niepokoju i złych przeczuć. Na chwilę.

To w ogóle jest bardzo interesujący fenomen, że kiedy w moim życiu coś się dzieje widzę ptaki i zwierzęta, których normalnie nie spotyka się w tych okolicach. Przypomina mi się św.Ignacy Loyola ze swoimi pocieszeniami i utrapieniami duchowymi. Ptaki są moimi pocieszeniami. Nigdy nie widzę ich, kiedy tego bym chciała lub oczekiwała. Pojawiają się, kiedy nie oczekuję niczego.

Wróciły też sny o tajemniczym lesie. Tajemniczy las przestał przypominać Beskid Żywiecki, a zaczął wygladać jak park na Grabiszyńskiej. Dwa razy śnił mi się i dwa razy spotkałam w nim orszak rycerzy wyruszajacych lub wracajacych z jakiejś wyprawy. Mieli kolorowe szaty, a nawet zbroje i na tle intensywnej zieleni drzew wyglądali jak ilustracja w książce z mojego dziciństwa...

Moj smutek jest większy niż jego zewnętrzna przyczyna, stąd podejrzewam, że moja dusza wie coś, czego się wkrotce dowiemy, albo co się wkrótce stanie.

W Bożym Ciele nowy ksiądz i stary organista, którego popisy mnie skutecznie odstraszyły od tego miejsca. Komunię nadal można przyjąć klęcząc przy balaskach, ale rozdaje świecki szafarz. Robi to z należytą rewerencją, ale i tak mnie zmroziło.

U paulinów nowy proboszcz obsadził mszę niedzielną na dwunastą neonami. Nieszczęsne neony zanim odczytają czytanie, mówią wstęp. Na początku mszy też. Pasuje to do liturgii, jak kwiatek do kożucha. Kiedy usłyszałam, że tak ma być, tylko wzruszyłam ramionami, ale kiedy zobaczyłam to na własne, oczy mialam ochotę wybiec z krzykiem. To przypomina mi jakąś opowieść Gavina Ashendena z czasów, gdy jeszcze był anglikańskim, dość progresywnym (w każdym razie progejowskim), duchownym. Był to czas, kiedy anglikanie zaczęli wyświęcać kobiety. Ashenden był po raz pierwszy na nabożeństwie celebrowanym przez taką pastorkę. Wszystko było o.k. dopoki odczytywala czytania i mówiła kazanie, ale gdy przeszła do liturgii eucharystycznej poczuł, że powinien wybiec z kościoła co prędzej...

Tak czy siak kościoły Bożego Ciała i św. Antoniego są dla mnie stracone. U jezuitów nowy proboszcz też nie okazał się zmianą na lepsze (podobno, jeszcze tam nie byłam). Pozostaje parafia, ale tam musiałabym włożyć do uszu stopery, bo szlag by mnie trafił pod wpływem dokonań organisty. Kto miał do czynienia z końmi, wie jak wygląda próba prowadzenia grupy jadąc na osobniku, którego miejsce jest na końcu stada. Takie wlaśnie predyspozycje do prowadzenia śpiewow ma ten czlowiek, przy czym jego tempo jest czterokrotnie szybsze od normalnego.

Zło jest bliżej, coraz bardziej zuchwałe. W niedziele wszędzie widziałam zniszczone słupy od znaków drogowych porozbijane donice w ogródkach i zniszczone ławki jak po przejściu bandy chuliganow. Wcześniej tego nie zauważyłam, albo niczego takiego nie było. Na cmentarzu dwie stare kobiety komentują ludzi wychodzących z kaplicy po mszy pogrzebowej: "A ci to ciągle do kościoła chodzą i się modlą. To najgorsi ludzie są..." 

Jeszcze przed wyborami lewica zrobiła plakaty ukazujące gdzie, według niej, jest miejsce Kościoła w życiu wspólnoty. Otóż w szpitalu zdecydowanie nie! Co trzeba mieć w głowie, żeby odmawiać ludziom chorym i umierającym pociechy duchowej i sakramentu. I na taki temat wypowiadają się pańcie w stylu Biejat, która podobno ma zostać marszalkiem senatu, a nie wie nawet jakie kraje graniczą z Polską. Moja mam mówiła "lewizna" i miala absolutną rację. Opowiadajcie gnoje umierajacym o orientacjach seksualnych i płynnosci płci. Na pewno się ucieszą...

Na twitterze filmiki ukazujace kolejki do lokali wyborczych w małych miejscowościach stojące do trzeciej w nocy. Średnia wieku 25 wszyscy w kapturach, odwróceni do kamer plecami. Podwożeni autobusami i częstowani pizzą (może to komisja zamówiła) bawią się dobrze. Czy to jest normalne? Czy lokal wyborczy nie powinien być zamknięty o 21? Dlaczego dopiero w nocy ustawiają się w kolejce? Może dlatego, że obskoczyli kilka komisji w innych miejscowościach?

Takiemu czemuś będziemy zawdzięczać  brązowych z nożami na ulicach, a pewnie także utratę suwerenności. Należaloby zidentyfikować, wszystkich, którzy sabotowali referendum i obarczyć obowiązkiem goszczenia "uchodźców" u siebie z domu i nie wypuszczania ich na ulicę. Kosztami też.

"Rozdawnictwo" dla rodzin i emerytów zastąpi utrzymywanie zgraji obcych bandytów i płacenie im zasilków równych niemieckim (żeby nie uciekli). Furda tam zasiłki, ważne, ze Kaczor sie zmartwił! No cóż, Kaczyński umrze za kilka, kilkanascie lat, ja najpozniej za ok. 20, a wy i wasze dzieci będziecie żyć w "tym kraju" i dostaniecie dokładnie to, na co zasługujecie.

Na koloniach śpiewalo się pieśń "Wszystko, co nasze Polsce oddamy...", które to słowa niektórzy przerabiali na "Wszystko, co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze oddam za ryż". I to jest dokladnie to, co żeście zrobili. Oddaliście zarówno to, co wasze jak i to, co nie wasze za nic, bo nawet kaszy i ryżu nie dostaniecie, ale zostaniecie boleśnie wydymani i wasze dzieci też!!! 



czwartek, 8 czerwca 2023

Boże Ciało i walka duchowa

Czekam pod kościołem Bożego Ciała na Świdnickiej na rozpoczęcie procesji (msza w św. Dorocie kończy się nieco wcześniej) i przypomina mi się Lublin 1985 i kilka następnych lat, kiedy studiowałam na KULu. Procesja wychodziła z Katedry i przez Krakowskie Przedmieście i Aleje Racławickie (czyli główne ulice miasta) szła do kaplicy KUL- owskiej, przy całkowicie zatrzymanym ruchu! To była komuna, tuż po stanie wojennym. Mój szok byl totalny. Taka skala świętowania wymagała nie tylko zgody, ale pelnego zaangażowania wladz miasta!

Procesja z kościoła św. Doroty we Wrocławiu w latach 70-tych i 80-tych zasadniczo obchodziła tylko kościół z konieczności zahaczając o kawalek Świdnickiej. Potem,  trzy parafie połączyły siły (św. Dorota, Paulini i Boże Ciało) i procesja z Bożego Ciała szła przez pl. Wolności aż do kościoła św. Antoniego. Od wielu lat obowiązuje trasa skrócona tzn. kawalek Świdnickiej + obejście kościoła św. Doroty i powrót do Bożego Ciała.

Różnie wyglądaly te wrocławskie procesje. Nigdy nie byly tak wypasione jak lubelska, ale prawie zawsze spotykaly się z akceptacją i szacunkiem większości przechodniów. To zaczęlo się zmieniać od kilku lat.  Trudno mi uchwycić początek (może pandemia?). W tym roku uderzył mnie absolutny brak szacunku władz miasta - policja nie zatrzymała nawet ruchu na Świdnickiej i musieliśmy iść chodnikiem, ktory zwykle pelen jest pieszych i - niestety - rowerzystów. Myślę, że każdy może sobie zwizualizować te obrazki, kiedy jakiś balwan na rowerze przejeżdża tuż przed baldachimem osłaniajacym Najświętszy Sakrament z jakimś pudłem (pełnym wiadomej substancji) na plecach... Nawet nie chce mi się tego komentować, gdyż te barany rzeczywiście nie wiedzą, co czynią (wielu z nich w każdym razie).

Sąsiad z dołu drugi miesiąc robi remont i nie uznał święta Bożego Ciala za wystarczajacy powód, żeby przerwać pracę... Ludzie nie rozumieją od czego sie odcinają, ale są byty, które wiedza to nazbyt dobrze. Zauważyłam, że ich aktywność wzmaga się drastycznie w wielkie święta jak Zesłanie Ducha Świętego czy Boże Ciało właśnie... Dostają wtedy pierdolca i uruchamiają wszystkich swoich "użytecznych idiotów" rozwalających ściany, cyklinujacych podlogi, jeżdżących po parkach i chodnikach na rowerach i skuterach elektrycznych...

Przesadzam? Nie wydaje mi się. Zresztą opowiem, co mi się ostatnio przydarzyło i sam osądź drogi czytelniku.

Wielokrotnie wspominalam na tym blogu, że jestem introwertycznym słuchowcem i hałasy produkowane przez chamskich sąsiadów są dla mnie torturą. Postanowiłam więc wykleić ściany grubą warstwą korka ekspandowanego w ramach izolacji akustycznej, zaczynając od tej, która łączy mój pokój z klatką schodową. Kosztowało mnie to wiele pieniędzy i wysiłku, efekt jest mizerny, ale jakiś procent dźwięków jednak zatrzymuje. Tuż po rozpoczęciu mojej pracy nad montowaniem korkowych paneli, sąsiad z dołu zaczął remont waleniem mlotem w niedziele po 21, a sąsiedzi z parteru przygarnęli psa "z interwencji". Miał być bity i głodzony, czego po nim zupelnie nie widać. Jest ufny i przyjazny do ludzi, a wielkością (i szerokością) przypomina szafę. Pies przeniesiony ze wsi do małego mieszkanka w bloku wyje calymi dniami zaczynając gdzieś o 5.30 rano...Potem zaczyna sie wiertara i rozwalanie ścian. Nawet klepki podłogowe usuwane sa za pomocą wiertary (mam podejrzenie, że pan fachowiec nawet się drapie po zadzie tym narzędziem na pełnych obrotach) 

Nie wdając się w szczegóły sytuacji, efekt mojej - wydawałoby sie rozsądnej - decyzji o zamontowaniu jakiejś izolacji akustycznej jest taki, że dźwięki z klatki schodowej zostały nieco wytłumione, z góry dochodzą nadal, a dodatkowo zyskałam dwa zupełnie nowe źródła hałasu z dołu + ewentualnie z innych kierunków. Co gorsza kiedy próbuje znosić to dzielnie i rozsądnie wiadoma centrala nasila swoje ataki, tak żeby przekroczyć mój próg wytrzymałości (np halasy nocą z niewiadomego źródła). Po nieprzespanej nocy zasiadam do pracy zdalnej przy wtórze rozwalania ścian i z ust wyrywa mi się zlorzeczenie w stylu "obyś zdechł, bydlaku" i to jest najłagodniejsze z tego, co mam ochotę powiedzieć. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, że o to właśnie chodzi, że to jest cel wiadomo kogo. Dla mnie tylko gniewne słowa, wentyl dla bezsilnej wściekłości (po wyczerpaniu wszelkich legalnych środków poradzenia sobie z sytuacją), a tymczasem to może mieć jakieś znaczenie, może coś uruchamiać dla mnie samej lub adresata tego rodzaju życzeń. Coś na tyle ważnego dla wiadomo kogo, że zadaje sobie tyle trudu aby ze mnie to złorzeczenie wydobyć, nawet wbrew mojej woli, w chwili slabości...

Kiedy piszę te słowa moi sąsiedzi - sataniści - właśnie puścili ohydną muzykę jako final dnia profanowanego od rana. Pewnie zmuszona będę zadzwonić na policję... Boże miej mnie w swojej opiece!

 



czwartek, 6 kwietnia 2023

O nieoczekiwanych rekolekcjach o. Piotra OSPPE

Wielki Czwartek wieczorem, a ja zamiast w kościele siedzę w domu, gdyż zmogło mnie zapalenie zatok, czyli "moja choroba". Nie tak miało być! Ale skoro już tak siedzę, to napiszę o niespodziewanych rekolekcjach w kościele Bożego Ciała.

Rekolekcje głosił ojciec Piotr (nie pamietam nazwiska) OSPPE, znaczy paulin. To nawiedzony, ascetyczny młodzieniec pozbawiony kokieterii, jak mi sie wydaje. Pojawil się na mszy niedzielnej i zaprezentował zajawkę. Nawiązując do wskrzeszenia Łazarza zapewnił nas, że Pan Jezus przychodzi, aby nas wszystkich powyciągać z grobów, czymkolwiek one są, a może raczej wskrzesić, co pochowaliśmy lub co w nas umarło. Nawet jeśli modlimy się o coś wiele miesięcy albo wiele lat  i nic, to teraz.... nie pamiętam co. Cokolwiek to było, zaciekawiło mnie. Nawet w nocy nie spałam myśląc co właściwie Pan Jezus chce we mnie wskrzesić i czy ja aby tego chce. Faktem jest, że będąc umarlym nie czuje się bólu, nie ma się męczacych pragnień, których nie da sie zaspokoić, ani tęsknot za tym czego nie ma lub jest gdzie indziej...

Czy ja naprawdę chce znowu tak męczyć jak wtedy, kiedy bylam żywa (znaczy młoda i pelna nadziei)? Musialam sobie uczciwie odpowiedzieć w moim czarnym serduszku, że nie! No chyba, że w tym zmartwychwstaniu chodzi o metamorfozę podobną do motyla... Może owo młode ja, pełne nadziei to stadium larwalne czlowieka, które po prostu MUSI obumrzeć, przeksztalcić się w poczwarkę... W kokonie poczwarki wszystko ulega całkowitej desintegracji i powstaje coś zupelnie innego, po czym nowa, dojrzała postać może rozwinąć skrzydła! Taka wizja mogłaby być pociągajaca, ale nie wiem czy o to chodziło o. Piotrowi OSPPE.

Poszłam więc w mroźny poniedziałkowy wieczór po kolejną porcję nauk, a tu zaskok! O tym, czym moglobybyć to zapowiedziane zmartwychwstanie ani słowa! Natomiast pojawił się temat szczęścia. Szczęście wszyscy dostaliśmy dokładnie w takim życiu jakie mamy... Skąd więc frustracja, niezadowolenie itp? Ano wyjaśnil to Ewagriusz z Pontu, ojciec pustyni. Otóż przychodzi demon smutku i mówi nam, że nie jesteśmy szczęśliwi, a bylibyśmy dopiero, gdyby... Gdyby są różne w zależności od osoby, ale zasada jest ta sama.

Czuję intuicyjnie, że to prawda, jednak nie mogę uwolnić sie od kilku zastrzeżeń. Po pierwsze rolę demona smutku pełnią w naszym życiu inni ludzie, których słowa i zachowanie zabija nasze wrodzone, dane nam od Boga, szczęście...

Pamiętam powieść anglielskiej autorki, ktorej nazwiska (ani tytułu jej dzieła) nie pomnę, o dziewczynce doskonale szczęśliwej mimo nieszczególnych okoliczności życia, której sielanka kończy sie wraz z przyjazdem kuzynki z miasta. Kuzynka jest śliczna, dobrze ubrana,wredna, kłamliwa, pospolita i pozbawiona wyobraźni... Bohaterka dowiaduje się o sobie, że jest nieładna, krępa i źle ubrana, a jej niezwykła wyobraźnia i inteligencja są czymś śmiesznym albo wrecz kompromitującym podobnie jak jej prostolinijność...

Wiele lat upłynie zanim bohaterka przezwycięży skutki spotkania z kuzynką, powróci do stanu szczęścia w zmienionych okolicznościach i opisze tę historię z pozycji dojrzałej, spełnionej kobiety...

To także jest prawda, którą potwierdza moje doświadczenie. Bylibyśmy szczęsliwi, gdyby nie inni ludzie!!! Demon smutku włazi do naszego życia przez nich... Jest jeszcze gorzej - nauki, ktore slyszymy w kościele także otwieraja dostęp demonowi smutku... Dlaczego młode kobiety są tak głęboko nieszczęśliwe, kiedy nie znajdują odpowiedniego mężczyzny? Czy chodzi tylko o milość, za którą tęsknią? Z pewnością nie! A w każdym razie nie tylko...

Zastanawiam sie czy w ogóle myślałyby o tym, gdyby nie demon smutku ustami księdza pouczal je z ambony jakie powinny mieć powołanie, podczas gdy Pan Bóg działajacy w ich życiu ma ewidentnie inne zdanie na ten temat. Przecież, gdyby nie zewnętrzny nacisk paskudne traktowanie ze strony innych ludzi, w tym rodziny i przedstawicieli Kościoła, te kobiety byłyby DOSKONALE SZCZĘŚLIWE!!!

Więc jak ojcze Piotrze, młody asceto, jeśli jakaś osoba nie znajduje męża, żony, pracy, czy czegokolwiek innego z rzeczy uznanych za istotne to znaczy, że tak ma być, a chęć zmiany jest dziełem demona smutku? Nauki Ewagriusza z Pontu przeznaczone byly dla eremitów...

Czy zwolnieni jestesmy tym samym z poszukiwania? A jeśli to nie demon smutku, tylko zdrowa cześć nas chce wyrwać się z chorego układu albo znaleźć swoje miejsce? To pytanie może zwieść na manowce... Znam ileś historii ludzi, w tym swoją własną, kiedy ktoś chcąc poprawić swoją sytuację, systematycznie i nieodwracalnie ją pogarszał... I dopiero po tym można poznać działanie demona smutku czy jak go zwał...

Poruszona do głębi wybrałam sie w mroźny wtorkowy wieczór po kolejną porcję nauk i dowiedziałam się, że wlasnie owo niezadowolenie z życia takiego, jakie mamy jest początkiem każdego grzechu... Co gorsza karmiąc się tym, co proponuje świat nie jesteśmy zdolni do zycia duchowego. Na mszy czy adoracji sprawy dnia codziennego i wszystko to, czym sie karmimy stoi między nami a Bogiem jak niewidzialny mur...

Wracajac do domu widziałam tzw paradę planet na marcowym niebie nad Wrocławiem. W środę bylo o remedium na demona smutku i grzech, ale z żalem stwierdzam, że zupełnie nie pamiętam co to miałoby być... Widocznie mnie nie przekonało. Zapewne chodzilo o swiadomą decyzję, żeby nie iść w to, o czym wiemy, że jest pokusą... Może nie uważałam, gdyż w pracy dowiedzialam się o przeniesieniu do innego zadania i byłam tym zaniepokojona na wielu poziomach... W czwartek dopadla mnie migrena trzydniówka i zwolnilam tempo w pracy, gdyż miałam poczucie, że jestem karana za wydajność. W sobotę i niedziele palmową moje zatoki oraz sąsiedzi z góry dostali pierdolca, więc w poniedziałek musiałam iść do lekarza. Wracając trafilam do spowiedzi do wyżej wymienionego o. Piotra i bardzo sie rozczarowałam. Mam oczywiście na myśli element ludzki, bo sakrament to sakrament. 

Tak czy siak rekolekcje były na tyle dobre, że bylam na całych, co nie zdarzylo mi się od wielu, wielu lat...





niedziela, 8 maja 2022

O pięknie, które inspiruje i podnosi na duchu

Byłam wczoraj z okazji pierwszej soboty miesiąca u Paulinów na mszy "maryjnej". Niestety odprawiał o. Maksymilian, przeor i skądinąd życzliwy i sensowny człowiek, obarczony jednak tę przykrą przypadłością, że uwielbia swój głos, który przy takich okazjach nabiera kląskających tonów przyprawiających mnie o mdłości. 

O. Maksymilian rozważał - wszystko na to wskazuje - tajemnicę Zmartwychwstania. Cała swoją uwagą poświęcił uczuciom jakich doznawała Maryja, kiedy Jezus się jej ukazał. Ewangelie milczą na ten temat, ale o. Maksymilian się tym nie zrażał i wymownie rekonstruował dialogi, które - jego zdaniem - miały miejsce przy tym hipotetycznym wydarzeniu. Powtarzał przy tym pytanie: Co czuła Maryja? Co czuło serce matki? Wyglądało, że się zawiesił, a byłam już gotowa wybiec z krzykiem i nigdy tam więcej nie wrócić...

Mam alergię na ten rodzaj pobożności. Dlatego przez większość życia chodziłam do dominikanów, którzy - niestety - się zbiesili i serwują wiernym herezję modernistyczną we wszystkich odsłonach i przy każdej okazji. 

Dziś trafiłam nieoczekiwanie do swojej parafii i mimo rozpaczliwego organisty wróciłam podniesiona na duchu. Piękno barokowego wystroju potrafi wiele wynagrodzić... Zamieszczam kilka zdjęć, żeby dać pewne pojęcie o poziomie artystycznym.

Fragment ołtarza głównego z rzeźbami patronów kościoła św. Doroty i Wacława 

Ołtarz główny w całej okazałości, na pierwszym planie piękne barokowe stalle

Św. Jan Chrzciciel u wejścia do prezbiterium (szaty pokryte płatkowym złotem kładzionym na pulment)

Św. Jan Ewangelista trochę nieostry, na pierwszym planie świeżo odrestaurowany ornat z początku XX albo końca XIX w.



czwartek, 13 maja 2021

O gniewie w ujęciu "paulińskim" i "dominikańskim"

Bardzo ciekawe jak podejście do pewnych grzechów głównych może się zmieniać w zależności od tego, gdzie się spowiadamy. U dominikanów mój gniew na rowerzystów terroryzujących pieszych na chodnikach Wrocławia był zrozumiałą reakcją na zjawisko patologiczne. Problemem było jedynie co z tym uczuciem robię, czy bezsilnie miotam przekleństwa, czy w też próbuję wpływać na władze miejskie, rozpocząć dyskusję w mediach albo zorganizować społeczny opór. Do tych konstruktywnych działań, mających na celu wyeliminowanie tej groźnej patologii z przestrzeni publicznej, byłam wręcz przez spowiednika zachęcana.

W ujęciu paulińskim natomiast mój gniew wskazuje na patologię we mnie samej. Nic, co dzieje się w otaczającej rzeczywistości go nie tłumaczy. Innymi słowy to nie rowerzyści są problemem, tylko moja reakcja na nich.

Interesującym zbiegiem okoliczności sama (z pomocą boską) próbowałam zmienić swoje nastawienie do wszystkich, którzy działają mi na nerwy. Modliłam się za wszystkie kategorie takich osób, ze szczególnym uwzględnieniem uciążliwych sąsiadów i aroganckich, bezmyślnych rowerzystów zagrażających bezpieczeństwu pieszych na chodnikach Wrocławia. W wyniku tej modlitwy musiałam po raz enty stanąć do konfrontacji z moimi młodymi sąsiadkami i po raz enty przekonać się o ich zupełnym braku poszanowania dla praw i potrzeb innych ludzi.

Co więcej czekając w kolejce na badania lekarskie usłyszałam dwie starsze panie rozmawiające o chamskich, a bezkarnych rowerzystach. Jedna z nich twierdziła, że zawsze reaguje, choć naraża się przy tym na wyzwiska. Postrzegała to jako swój obywatelski obowiązek, gdyż brak reakcji rozzuchwala ich coraz bardziej. Innymi słowy wypowiedziała dokładnie moje zdanie na ten temat. 

Więc jak to jest, drodzy ojcowie paulini? Jeśli rzeczywistość zewnętrzna nie istnieje, lub nie ma w niej żadnych problemów, to jakim cudem owa starsza dama zobaczyła w niej dokładnie to samo, co ja widzę i wybrała dokładnie taką samą reakcję? A może jednak istnieje i pełna jest patologii, na które chrześcijanin ma obowiązek reagować?

Zapewne nad gniewem - tak samo jak nad wszystkimi innymi uczuciami - człowiek powinien panować jak jeździec nad swoim koniem. Takim wierzchowcem jak gniew powinniśmy posługiwać się umiejętnie - wykorzystać energię, ale nie dopuścić do głosu jego destrukcyjnych (albo autodestrukcyjnych) tendencji.

Wracając od spowiedzi widzę młodego rowerzystę szczególnie ostentacyjnie ignorującego przepisy. W duchu konieczności zmiany swojego nastawienia do rzeczywistości zagaduje go bardzo uprzejmie, nieszczerze szczerząc uzębienie pod maseczką:

- Bardzo pana przepraszam, ale dlaczego właściwie nie korzysta pan ze ścieżki rowerowej- która jest tuż obok - tylko z przejścia dla pieszych? Pytam z czystej ciekawości...

Młodzieniec nie wie co powiedzieć, wsiada więc na rower i odjeżdża na drugą stronę ulicy środkiem przejścia dla pieszych. Odwrócony do mnie ogonem rzuca na odchodnym:

- Pasy czy ścieżka rowerowa, co to za różnica? Dla wszystkich miejsca wystarczy!!!

Cóż, odpowiedź w duchu prawdziwie paulińskim. Jednak strach pomyśleć, co by było gdyby według tej zasady zaczęli postępować kierowcy ciężarówek...

niedziela, 3 stycznia 2021

Polewka Habakuka, czyli o cudach i woli Bożej

Wspominałam już na tym blogu, że wyrzucony niedawno z zakonu paulinów o. Augustyn Pelanowski OSPPE uratował mi niegdyś życie nic o tym nie wiedząc. Dla jasności nadmienię, że nie znam człowieka osobiście, widziałam go parę razy w różnych sytuacjach i nie zrobił na mnie dobrego wrażenia, natomiast nagranie jego rekolekcji odtwarzane codziennie, nawet po kilka razy, przeprowadziło mnie przez bardzo ciężki kryzys.

Najbardziej pomocny był wątek Daniela w jaskini lwów. Oto Daniel znalazł się za sprawą Nabuchodonozora w jaskini lwów, które wprawdzie go nie atakują, ale mogą to w każdej chwili uczynić. To dobra metafora długotrwałego napięcia i skrajnie niepewnej sytuacji. Dla wielu brzmi znajomo. Co robi Pan Bóg w odpowiedzi na modlitwę proroka? (Nie pamiętam nawet czy została wypowiedziana) Ano wysyła swego anioła do Habakuka (nie tego od księgi Habakuka), który niesie polewkę pracującym na polu (o ile dobrze pamiętam). Anioł chwyta go za włosy i przenosi (100 mil?) do Babilonu razem z rzeczoną polewką, aby nieszczęsny Daniel mógł się posilić, po czym odstawia w strony rodzinne.

Daniel nakarmiony polewką Habakuka dalej musi siedzieć w jaskini lwów tak długo, aż uwolni go ten, kto go tam wtrącił, czyli król Nabuchodonozor.  Taka interpretacja pozwala zauważyć, że często nieznośna sytuacja, w której jesteśmy po prostu ma trwać określony czas. Aż coś zrozumiemy, aż radykalnie zmieni się sytuacja dookoła, albo aż ktoś inny zmieni zdanie. Jeśli się usilnie modlimy, Bóg nie zmienia naszego położenia, tylko przysyła pocieszenie - polewkę Habakuka - i zostawia nas nieco pokrzepionych w dokładnie tej samej jaskini, o uwolnienie z której modlimy się dniem i nocą.

Zawsze mnie zastanawiało, że wiele lat a nawet dekad modlitwy, dziesiątki nowenn, wyżłobienia uczynione kolanami w klęcznikach wszystkich okolicznych kościołów nie porusza nic, zupełnie nic, a czasem jedna myśl na obrzeżach świadomości potrafi mieć natychmiastowy skutek i to przekraczający najśmielsze oczekiwania...

Pod koniec listopada wyrzuciłam zwiędłe chryzantemy z kamiennej wazy na grobie mojego ojca. Zastanawiałam się czy zorganizować jakąś dekorację na czas zimy czy nie. Myślałam o własnoręcznym zrobieniu jakiegoś prostego stroiku z tego co znajdę w domu, ewentualnie wzbogaconego jakimś niedrogim zakupem. Wszystko co widziałam na straganach wokół cmentarza wydawało mi się brzydkie i drogie. Zniechęcona porzuciłam swój projekt. Kiedy wychodziłam bocznym wyjściem kątem oka dostrzegłam wypasiony wieniec owinięty w folię i przyozdobiony czarno-złotą wstążką.  Wydawał się całkiem nowy, a ktoś położył go na ziemi w pewnej odległości od śmietników. Cofnęłam się więc, a upewniwszy, że nikt nie patrzy pochwyciłam zdobycz i zaniosłam na wspomniany grób.

Błahość tego wydarzenia może kogoś zirytować, ale dla mnie ma swoją wymowę. Sprawa wydawała się tak mało istotna, że nie wystosowałam żadnej modlitwy, ani nawet westchnienia w tej intencji. Znajdę coś - dobrze, nie znajdę - też dobrze. A oto zamiast prostego stroika ze starej sztucznej choinki mam wypasiony, profesjonalny wieniec, za który musiałabym zapłacić co najmniej stówę.

Natomiast moja niepewna sytuacja zawodowa i życiowa mimo długotrwałych modlitw nie zmienia się.



sobota, 7 marca 2020

O migrantach, komunii na rekę i kompromisie aborcyjnym

Imigranci u bram again. Grecy tym razem się bronią robiąc dokładnie to samo, co Orban w 2015. Nikt ich za to nie obsobacza. Znane obrazki - mlodzi mężczyźni rzucają kamieniami w policję, ta używa gazu i armatek wodnych, po czym strona atakująca skarży się jakiemuś kretynowi z mediów. Migranci mają ze sobą jakieś dzieci, chyba nie swoje, bo podwędzają je nad ogniskiem, żeby malowniczo płakały na użytek mediow lewicowych. Sądząc po komentarzach na YouTube większość populacji uodporniła się na takie widoki. Wszyscy zgodnie domagają się użycia ostrej amunicji. Nie dziwię się.

Ojciec przeor wrocławskich dominikanów wtrącił w niedzielnych ogłoszeniach duszpasterskich, że w związku z epidemią koronawirusa można przyjmować komunię na rękę. Dzisiaj natomiast nieznany mi z imienia zakonnik nakłaniał nas do takiej formy apelując do naszej odpowiedzialności. Tylko jedna pani starsza dała się namówić, włożyła  hostię do ust en passant w sposób dość nonszalancki.
Zastanawiam się dlaczego im tak bardzo na tym zależy, żebyśmy pogryzali Ciało Pańskie jak paluszki na przyjęciu. Skąd taka determinacja. Dlaczego balaski i klękanie są tabu? O co tu chodzi? Jest dla mnie jasne, że "epidemia" jest tylko predekstem do wprowadzenia komunii na rękę w Polskim Kościele na stałe.

Ktoś by mógł zapytać dlaczego ciągle chodzę do tych heretyków. Sama się nad tym zastanawiałam. Tłumaczyłam to sobie charakterystycznym dla neurotykow trzymaniem sie rutyny. Olśnienia doznałam na mszy w pierwszą sobotę lutego u paulinów, którzy jak wiadomo są prawowierni (niektórzy nawet za bardzo). Ojciec Maksymilian zamordował mnie swoim słowotokiem (gadał tak długo, żeby wszyscy stojący w kolejce do konfesjonału zdołali się wyspowiadać). Wybiegłam stamtąd z wrzaskiem (nie po raz pierwszy zresztą). Trzeba przyznać, że dominikanie swoje herezje podają w zdecydowanie bardziej strawny sposób. Pomyśleć, że kiedyś im ufałam!

Ojciec Szustak popiera kompromis aborcyjny - wypowiedział się na YouTube. Tomasz Samołyk i Weronika Kostrzewa polemizują z nim bardzo merytorycznie w dobrze przygotowanych filmikach. Takie czasy nastały, że świeccy bronią ortodoksji, a zakonnicy przede wszystkim chcą być cool i fit in.