Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gavin Ashenden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gavin Ashenden. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 kwietnia 2025

Na marginesie śmierci papieża Franciszka

Gavin Ashenden wyraził się, że po śmierci papieża Franciszka odczuł potężną ulgę, jak po ustaniu bólu zęba lub głowy. Raczej rozumiem, co miał na myśli. Nie byłam fanką tego pontyfikatu, ale mówiąc uczciwie nie miał on żadnego wpływu na moje życie. No, może większą ilość herezji musiałam wysłuchać...

Zupełnie przeoczyłam wyniki nowego datowania całunu turyńskiego (z 2024 chyba). Badano stopień destrukcji włókien lnianych i porównywano w obiektami (też całunami) z Palestyny z I w. n.e. Ten sam splot, podobny stopień destrukcji ergo wiek ok. 2000 lat bardzo prawdopodobny.

Natomiast datowanie węglem C14 z 1988 roku podważono z powodów proceduralnych (nie ujawniono wtedy wyników cząstkowych ze wzgledu na zbyt duże rozbieżności) i zanieczyszczenie próbki (bawełniane nici, wosk świec, żółty barwnik użyty aby łata/cera miała podobny kolor do pożółkłego płótna lnianego).

Na co to wskazuje? Wiadomo i tego się trzymajmy!!!

wtorek, 24 października 2023

Wszystko, co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze, oddam za ryż...

Nigdy nie sądziłam, że w wieku mocno średnim będę tęsknić za łatwością zalewania się łzami właściwą młodym kobietom. Nie mam na myśli szlochu, ten opuścił mnie na zawsze 25 lat temu, albo jeszcze wcześniej. Nie mam łez. Nie mogę płakać i ulżyć sobie, a smutek tymczasem spowił moją duszę. Najpierw te dziwne wybory, a później wiadomość, że projekt, przy którym pracuję nie będzie kontynuowany w przyszłym roku...

Złe przeczucie miałam już od niedzieli 15. Był też i znak - zielony dzięcioł na orzechu pod oknem. Można to obśmiać, ale kiedy wylano mnie z ostatniej pracy w szkolnictwie też przyleciał dzięcioł -  biało-czarno-czerwony - na drzewo pod oknem i podniósł mnie na duchu. Ten zielony, o ileż piękniejszy, odwrócił moją uwagę od niepokoju i złych przeczuć. Na chwilę.

To w ogóle jest bardzo interesujący fenomen, że kiedy w moim życiu coś się dzieje widzę ptaki i zwierzęta, których normalnie nie spotyka się w tych okolicach. Przypomina mi się św.Ignacy Loyola ze swoimi pocieszeniami i utrapieniami duchowymi. Ptaki są moimi pocieszeniami. Nigdy nie widzę ich, kiedy tego bym chciała lub oczekiwała. Pojawiają się, kiedy nie oczekuję niczego.

Wróciły też sny o tajemniczym lesie. Tajemniczy las przestał przypominać Beskid Żywiecki, a zaczął wygladać jak park na Grabiszyńskiej. Dwa razy śnił mi się i dwa razy spotkałam w nim orszak rycerzy wyruszajacych lub wracajacych z jakiejś wyprawy. Mieli kolorowe szaty, a nawet zbroje i na tle intensywnej zieleni drzew wyglądali jak ilustracja w książce z mojego dziciństwa...

Moj smutek jest większy niż jego zewnętrzna przyczyna, stąd podejrzewam, że moja dusza wie coś, czego się wkrotce dowiemy, albo co się wkrótce stanie.

W Bożym Ciele nowy ksiądz i stary organista, którego popisy mnie skutecznie odstraszyły od tego miejsca. Komunię nadal można przyjąć klęcząc przy balaskach, ale rozdaje świecki szafarz. Robi to z należytą rewerencją, ale i tak mnie zmroziło.

U paulinów nowy proboszcz obsadził mszę niedzielną na dwunastą neonami. Nieszczęsne neony zanim odczytają czytanie, mówią wstęp. Na początku mszy też. Pasuje to do liturgii, jak kwiatek do kożucha. Kiedy usłyszałam, że tak ma być, tylko wzruszyłam ramionami, ale kiedy zobaczyłam to na własne, oczy mialam ochotę wybiec z krzykiem. To przypomina mi jakąś opowieść Gavina Ashendena z czasów, gdy jeszcze był anglikańskim, dość progresywnym (w każdym razie progejowskim), duchownym. Był to czas, kiedy anglikanie zaczęli wyświęcać kobiety. Ashenden był po raz pierwszy na nabożeństwie celebrowanym przez taką pastorkę. Wszystko było o.k. dopoki odczytywala czytania i mówiła kazanie, ale gdy przeszła do liturgii eucharystycznej poczuł, że powinien wybiec z kościoła co prędzej...

Tak czy siak kościoły Bożego Ciała i św. Antoniego są dla mnie stracone. U jezuitów nowy proboszcz też nie okazał się zmianą na lepsze (podobno, jeszcze tam nie byłam). Pozostaje parafia, ale tam musiałabym włożyć do uszu stopery, bo szlag by mnie trafił pod wpływem dokonań organisty. Kto miał do czynienia z końmi, wie jak wygląda próba prowadzenia grupy jadąc na osobniku, którego miejsce jest na końcu stada. Takie wlaśnie predyspozycje do prowadzenia śpiewow ma ten czlowiek, przy czym jego tempo jest czterokrotnie szybsze od normalnego.

Zło jest bliżej, coraz bardziej zuchwałe. W niedziele wszędzie widziałam zniszczone słupy od znaków drogowych porozbijane donice w ogródkach i zniszczone ławki jak po przejściu bandy chuliganow. Wcześniej tego nie zauważyłam, albo niczego takiego nie było. Na cmentarzu dwie stare kobiety komentują ludzi wychodzących z kaplicy po mszy pogrzebowej: "A ci to ciągle do kościoła chodzą i się modlą. To najgorsi ludzie są..." 

Jeszcze przed wyborami lewica zrobiła plakaty ukazujące gdzie, według niej, jest miejsce Kościoła w życiu wspólnoty. Otóż w szpitalu zdecydowanie nie! Co trzeba mieć w głowie, żeby odmawiać ludziom chorym i umierającym pociechy duchowej i sakramentu. I na taki temat wypowiadają się pańcie w stylu Biejat, która podobno ma zostać marszalkiem senatu, a nie wie nawet jakie kraje graniczą z Polską. Moja mam mówiła "lewizna" i miala absolutną rację. Opowiadajcie gnoje umierajacym o orientacjach seksualnych i płynnosci płci. Na pewno się ucieszą...

Na twitterze filmiki ukazujace kolejki do lokali wyborczych w małych miejscowościach stojące do trzeciej w nocy. Średnia wieku 25 wszyscy w kapturach, odwróceni do kamer plecami. Podwożeni autobusami i częstowani pizzą (może to komisja zamówiła) bawią się dobrze. Czy to jest normalne? Czy lokal wyborczy nie powinien być zamknięty o 21? Dlaczego dopiero w nocy ustawiają się w kolejce? Może dlatego, że obskoczyli kilka komisji w innych miejscowościach?

Takiemu czemuś będziemy zawdzięczać  brązowych z nożami na ulicach, a pewnie także utratę suwerenności. Należaloby zidentyfikować, wszystkich, którzy sabotowali referendum i obarczyć obowiązkiem goszczenia "uchodźców" u siebie z domu i nie wypuszczania ich na ulicę. Kosztami też.

"Rozdawnictwo" dla rodzin i emerytów zastąpi utrzymywanie zgraji obcych bandytów i płacenie im zasilków równych niemieckim (żeby nie uciekli). Furda tam zasiłki, ważne, ze Kaczor sie zmartwił! No cóż, Kaczyński umrze za kilka, kilkanascie lat, ja najpozniej za ok. 20, a wy i wasze dzieci będziecie żyć w "tym kraju" i dostaniecie dokładnie to, na co zasługujecie.

Na koloniach śpiewalo się pieśń "Wszystko, co nasze Polsce oddamy...", które to słowa niektórzy przerabiali na "Wszystko, co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze oddam za ryż". I to jest dokladnie to, co żeście zrobili. Oddaliście zarówno to, co wasze jak i to, co nie wasze za nic, bo nawet kaszy i ryżu nie dostaniecie, ale zostaniecie boleśnie wydymani i wasze dzieci też!!! 



niedziela, 29 marca 2020

Koronawirus, a "mentalność oblężonej twierdzy"

Znowu jestem uziemiona przez swoje okropne zatoki. Posunęłam się nawet do samodzielnego zaaplikowania sobie antybiotyku (miałam w domu jako pozostałość po dawniejszej kuracji). Starczy mi na trzy dni, a potem nie wiem, bo jestem nieubezpieczona. Siedzę więc w domu i wszywam nową podszewkę do starej (ale jarej) zamszowej kurtki. Po wczorajszej sesji bolą mnie mięśnie przedramion i dłoni.  Jaką krzepę musiały mieć te wszystkie indiańskie i eskimoskie kobiety szyjące skóry kościanymi igłami?!! Po takim treningu mogły zapewne ogłuszyć bizona albo innego wieloryba uderzeniem pięści!!! Ja, będąc niewiastą krzepką, a zawziętą, z trudem przebijam cienki zamsz ostrą, stalową igłą (moja maszyna nie szyje skór).

Witold Gadowski jest zdania, że obecny koronawirus jest genetycznie modyfikowany w laboratoriach amerykańskich i chińskich, a wydostał się na świat raczej przez przypadek - zakażonego człowieka lub używane do doświadczeń zwierze. Jeśli to prawda, to dobrze wiedzieć, że ktoś finansuje i prowadzi badania mające na celu wyhodowanie groźnego patogenu zdolnego do spowodowania pandemii paraliżującej gospodarki wszystkich państw na świecie, a przy okazji uwalniającego społeczeństwa od ciężaru utrzymywania ludzi starych i chorych...

W filmie Grzegorza Brauna Luter i rewolucja protestancka pewna norweska publicystka, uśmiechając się cały czas do kamery, opowiada jak w pogańskiej Skandynawii wynoszono do lasu niechciane noworodki, a starych ludzi zrzucano ze skał. Dopiero wprowadzenie chrześcijaństwa zmieniło tradycyjne zwyczaje. Nic dziwnego, że odrzucenie chrześcijaństwa skutkuje powrotem do tych pogańskich praktyk, z tą jednak różnicą, że mordując swoje dziecko lub starego rodzica trzeba jeszcze zabulić kupę kasy w "klinice" aborcyjnej lub eutanazyjnej.

W Hiszpanii odłącza się starszych ludzi od respiratorów, jeśli potrzebne są młodszym, silniejszym i bardziej rokującym... Domy starców są zostawione bez żadnej opieki medycznej, nawet nie ma kto sprzątać trupów... We Włoszech ludzi po 65 roku życia nawet do respiratorów się nie podłącza...

Organizacje "ekologiczne" zachwycone - planeta oczyszcza się sama od zbytecznych istnień ludzkich. Papież Franciszek orzekł, że pandemię spowodował gniew Natury. Nie miał jednak na myśli kary za grzechy przeciw naturze jak np akty homoseksualne czy aborcja, tylko "ekologiczne", które są jego osobistym wkładem w rozwój doktryny katolickiej. Wielu hierarchów - w tym arcybiskup Polak - pospieszyło z zapewnieniem, że w żadnym razie nie należy interpretować zaistniałej sytuacji jako kary Bożej, ani nawet wezwania do pokuty....

Tyle nas przekonywano, ze Kościół musi się pozbyć mentalności oblężonej twierdzy, że musi się otworzyć na świat i szukać ludzi, tam, gdzie oni są, a nie tam gdzie ich nie ma. Jak na ironię na wieść o pierwszych kilku zachorowaniach episkopat - wyprzedzając w popłochu instytucje świeckie - zamknął się przed wiernymi w twierdzy w sposób jak najbardziej dosłowny. Gavin Ashenden w którymś kolejnym odcinku Anglican Unscripted uznał, że w efektywności swej samolikwidacji Kościół prześcignął komunistów, nazistów i jakobinów, w takiej sytuacji znowu czas pomyśleć o zejściu do katakumb...




poniedziałek, 23 marca 2020

O realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie

Myślę, że każdy intuicyjnie czuje o co chodzi w kontrowersji związanej z komunią na rękę, komunią duchową czy też podawaną do ust klęczącym przy balaskach wiernym. Chodzi ni mniej ni więcej o to czy konsekrowana hostia staje się rzeczywiście ciałem Pańskim, cała i każdy jej okruszek z osobna.

Oglądam ostatnio  na YouTube rewelacyjny program Anglican Unscripted, w którym 2 duchowni episkopalni/anglikańscy Kevin Kallsen i George Congar oraz nawrócony na katolicyzm były biskup Gavin Ashenden dyskutują o kondycji chrześcijaństwa w dzisiejszym świecie. W odcinku 585 pod wymownym tytułem The Church has Left the Building jest mowa dokładnie o tym. Gavin Ashenden wierzy dokładnie tak, jak Kościół nauczał od wieków, co zresztą spowodowało jego nawrócenie. Jak na ironię w międzyczasie duchowieństwo katolickie, ze szczególnym uwzględnieniem hierarchii, przeszło na pozycje protestanckie. Dwaj duchowni episkopalni nie podzielają wiary swojego rozmówcy, ale traktują ją z szacunkiem. Jeden z nich zwrócił uwagę jak muszą czuć się teraz katolicy w Afryce i Azji, którym ich protestanccy sąsiedzi wykazują z satysfakcją: "A mówiliśmy wam! Przeistoczenie to pic na wodę! Komunia dokonuje się wyłącznie w wymiarze duchowym! A teraz sami  widzicie, wasz własny papież i biskupi to potwierdzają swoimi zarządzeniami". Trudno nie przyznać mu racji.

Pamiętam czas swoich własnych wątpliwości co do realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Kiedy podzieliłam się z nimi na spowiedzi usłyszałam cytat ze św. Tomasza z Akwinu, że jest tam obecny substancialiter. Może nie byłam w tym momencie usatysfakcjonowana w 100%, ale powołanie się spowiednika na odwieczne nauczanie Kościoła dało mi poczucie bezpieczeństwa. Zadałam sobie pytanie czy ja w to rzeczywiście wierzę i musiałam szczerze odpowiedzieć - nie do końca. Kiedy jednak inaczej rzecz sformułowałam - czy wykluczam, że to prawda, odpowiedź brzmiała: NIE!!!

Cuda eucharystyczne i ich laboratoryjna analiza bardzo pomogły mojej wierze. Świadectwo nawróconych protestantów typu Gavina Ashendena też. Jeżeli hierarchowie katoliccy w międzyczasie tę wiarę porzucili (albo nigdy jej nie mieli) i przeszli na pozycję Lutra, a nawet Zwinglego to ich sprawa. Ci panowie nie są dla mnie żadnym autorytetem, wręcz przeciwnie. Myślę, że przypadek Lutra powinien być ostrzeżeniem czym może skończyć się wybranie stanu duchownego z niewłaściwych pobudek. Niemiecki "reformator" uciekał przed karą śmierci za zabicie człowieka w pojedynku, o czym pisał w listach do przyjaciół. Obecnie natomiast dostępność młodych mężczyzn może być magnesem dla osób o skłonnościach homoseksualnych. Mogę sobie łatwo wyobrazić jakiej "reformacji" dokonałby ktoś taki w sprzyjających okolicznościach.

Jeśli chodzi o przyjmowanie komunii na rękę, to ja nie zamierzam tego robić. Cierpię od dzieciństwa na atopowe zapaleni skóry i mam przykazane przez dermatologa "nie moczyć rąk" o używaniu detergentów nie wspominając. Żadne względy higieny nie mają więc w moim przypadku zastosowania, innych nie widzę i koniec tematu.



poniedziałek, 30 grudnia 2019

O nawróceniu Gavina Ashendena (z kazaniem ojca przeora dominikanów w tle)

Święta upłynęły mi pod znakiem dochodzenia do siebie po długiej chorobie, adaptacji Wiedźmina i nawrócenia byłego kapelana królowej angielskiej, Gavina Ashendena. Dziś znowu słuchałam wywiadu z nim na YouTube i znowu byłam pod głębokim wrażeniem tego, co ten człowiek opowiada.

Najciekawszy dla mnie fragment dotyczył ataku złego ducha. Pierwszy przydarzył mu się we Francji na mszy w kaplicy św Michała (nie pamiętam miejscowości). Zobaczył wysoko w górze chmarę krążących demonów przypominających nietoperze, wrzeszczących przeraźliwie. Był zdziwiony, że nikt, oprócz niego, tego nie widzi i nie słyszy. Zastanawiał się, kiedy znikną. Te jednak dokazywały aż do momentu, kiedy konsekrowana hostia dotknęla jego języka.

Innym razem przez 3 noce pod rząd, między pierwszą a piąta rano, otwierał mu się tunel w ścianie, przez który wlewały sie złe duchy bombardujące go rozpaczą i oskarżeniami w niezwykle charakterystyczny sposób - "jesteś w koszmarnej, beznadziejnej sytuacji i sam sobie to zawdzięczasz, zasłużyłeś na to". Ilu z nas poddanych było/jest takiej próbie nie zdając sobie sprawy, że to atak nieprzyjaciela? Gavin Ashenden miał więcej szczęscia - po pierwsze wiedział co to jest, po drugie ktoś mu doradził różaniec. Mimo pewnych oporów środek zastosował ze skutkiem pozytywnym. Rano zaniepokojona żona obsztorcowała go, że otwiera nocą okna. Widząc jego szczere zdziwienie wskazała na intensywny zapach róż w sypialni.

Co ciekawe przed tymi incydentami Ashenden nie wierzył w osobowe zło, był jungistą i wykładał na jakimś świeckim uniwersytecie psychologię religii. Wtedy też zainteresował się objawieniami maryjnymi z Garabandal (o ile dobrze pamiętam). Kiedy ogladał nagranie koleżanka zajmująca się psychologią dziecięcą skomentowała, że ekstaza tych dzieci jest autentyczna, bo w tym wieku nie umiałyby jej tak przekonywująco udawać.

Ashenden zaintrygowany był też faktem, że cuda eucharystyczne - przy obecnym stanie nauki możliwe do zweryfikowania - zdarzają sie tylko w Kościele Katolickim, nigdy natomiast w Anglikańskim.

Kiedy po długiej duchowej podrózy oficjalnie nawrócil sie na katolicyzm, od dłuższego czasu nie był już kapelanem królowej. Zkrytykował zaproszenie do anglikańskiej katedry muzułmanina, który w dzień Objawienia Pańskiego ,w miejsce fragmentu listu św. Pawła, odczytał sutrę koranu mówiacą o tym, że Jezus nie jest Synem Bożym. Poniewaz owe krytyczne stanowisko, wyrażone przez kapelana królowej, mogłoby być łączone z jej osobą, Ashenden zrezygnował z tego zaszczytu.

Przez ponad 10 lat entuzjastycznie popierał ruch LGBT, zanim zrozumiał, że to zaledwie etap w dłuższym planie, manewr wojnie przeciw Chrześcijaństwu. Na YouTube można znaleźć kilka jego wypowiedzi na temat marksizmu kulturowego, całkiem rozsądnych zresztą.

Nie wiem jak Gavin Ashenden odnajdzie się w obecnym Kościele Katolickim pchanym przez hierarchów w kierunku, który okazał się zgubny dla anglikanów, ale jego wiara w rzeczy nadprzyrodzone jest dla mnie bardzo inspirująca. Ten własnie nadprzyrodzony aspekt katolicyzmu,  którego wstydzi się dzisiejszy Kosciół jest magnesem dla ludzi udręczonych, spragnionych Boga i szukajacych prawdy.

W niedziele na mszy u dominikanów wysłuchalam kazania o podróżach ojca przeora po Ukrainie i  Ameryce Poludniowej. Na Ukrainie rodziny romskie - bardzo porządne, wolne od alkoholizmu - zmuszone sa mieszkać na wysypisku smieci, bo nikt nie chce ich zatrudnić. W slumsach Bogoty natomiast jest nędza, ale nie ma smutku, bo nie brakuje tam dzieci, ani psów. O ile dobrze zrozumiałam wniosek z tych podróży - ktoś powinien poświecić swoje życie dla tych rodzin, Jeżeli ojciec przeor miał na mysli siebie, zakon kaznodziejski lub jakiś inny to O.K. W każdym innym przypadku to po prostu piramidalna bzdura w rodzaju porad dla ludzi samotnych, żeby adoptowali dzieci autystyczne. Czysty społeczny aktywizm nie mający nic wspólnego z przekazywaniem owoców kontemplacjii. (Jaka kontemplacja, takie owoce - chciałoby się powiedzieć).

W autobiograficznej książce "Nieplanowane" Abby Johnson (i jej filmowej adaptacji) wzięty adwokat reprezentuje bohaterkę za darmo w sprawie wytoczonej jej przez Planned Parenthood. Gdyby ten człowiek najpierw nie skończył studiów prawniczych, aplikacji adwokackiej i nie wyrobil sobie marki broniąc z sukcesem wielu klientów, nie mógl by pomóc bezpłatnie bohaterce, ani nikomu innemu.

Żeby móc pomóc komukolwiek, trzeba najpierw coś mieć - doświadczenie, zasoby, możliwości, kontakty. Pracę rodzinom romskim na wysypisku mogłby dać zamożny przędsiębiorca gotowy zaryzykować ze wzgledu na milosierdzie. Gdyby się przeliczyl i zbankrutował jego możliwość pomagania komukolwiek - z własną rodziną włącznie - szybko by się skończyła.

Dlaczego musimy wysłuchiwać w Kosciele tych infantylnych, czysto ludzkich wymysłów, zamiast zapoznawać się dogłebnie z depozytem wiary. Wiemy z lekcji religii o isnieniu złego ducha, ale nie łączymy go bezsennymi godzinami w okolicach 3 nad ranem, kiedy sytuacja nasza jawi się jako calkowicie beznadziejna i - co gorsza - całkowicie przez nas zawiniona. Gdybyśmy wiedzieli, że to typowy atak nieprzyjaciela, pogonilibyśmy go, gdzie pieprz rośnie, w 3 minuty. Zastanawiam się ilu samobójstw możnaby uniknąć, uświadamiajac to ludziom w trudnej sytuacji.

Żeby pomóc komukolwiek trzeba najpierw pomóc sobie. Żeby się czymś dzielić trzeba coś mieć. Czy to nie Chrystus obecny w sakramentach powinien byc lekarstwem na całą ludzka biedę? Nie podważam sensowności dzieł milosierdzia, ale bez duchowego kompasu w postaci modlitwy, nie jesteśmy w stanie rozeznać, co w danej sytuacji powinno byc zrobione i co należy do nas, a co do zainteresowanej osoby.