Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walka duchowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą walka duchowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 czerwca 2023

Boże Ciało i walka duchowa

Czekam pod kościołem Bożego Ciała na Świdnickiej na rozpoczęcie procesji (msza w św. Dorocie kończy się nieco wcześniej) i przypomina mi się Lublin 1985 i kilka następnych lat, kiedy studiowałam na KULu. Procesja wychodziła z Katedry i przez Krakowskie Przedmieście i Aleje Racławickie (czyli główne ulice miasta) szła do kaplicy KUL- owskiej, przy całkowicie zatrzymanym ruchu! To była komuna, tuż po stanie wojennym. Mój szok byl totalny. Taka skala świętowania wymagała nie tylko zgody, ale pelnego zaangażowania wladz miasta!

Procesja z kościoła św. Doroty we Wrocławiu w latach 70-tych i 80-tych zasadniczo obchodziła tylko kościół z konieczności zahaczając o kawalek Świdnickiej. Potem,  trzy parafie połączyły siły (św. Dorota, Paulini i Boże Ciało) i procesja z Bożego Ciała szła przez pl. Wolności aż do kościoła św. Antoniego. Od wielu lat obowiązuje trasa skrócona tzn. kawalek Świdnickiej + obejście kościoła św. Doroty i powrót do Bożego Ciała.

Różnie wyglądaly te wrocławskie procesje. Nigdy nie byly tak wypasione jak lubelska, ale prawie zawsze spotykaly się z akceptacją i szacunkiem większości przechodniów. To zaczęlo się zmieniać od kilku lat.  Trudno mi uchwycić początek (może pandemia?). W tym roku uderzył mnie absolutny brak szacunku władz miasta - policja nie zatrzymała nawet ruchu na Świdnickiej i musieliśmy iść chodnikiem, ktory zwykle pelen jest pieszych i - niestety - rowerzystów. Myślę, że każdy może sobie zwizualizować te obrazki, kiedy jakiś balwan na rowerze przejeżdża tuż przed baldachimem osłaniajacym Najświętszy Sakrament z jakimś pudłem (pełnym wiadomej substancji) na plecach... Nawet nie chce mi się tego komentować, gdyż te barany rzeczywiście nie wiedzą, co czynią (wielu z nich w każdym razie).

Sąsiad z dołu drugi miesiąc robi remont i nie uznał święta Bożego Ciala za wystarczajacy powód, żeby przerwać pracę... Ludzie nie rozumieją od czego sie odcinają, ale są byty, które wiedza to nazbyt dobrze. Zauważyłam, że ich aktywność wzmaga się drastycznie w wielkie święta jak Zesłanie Ducha Świętego czy Boże Ciało właśnie... Dostają wtedy pierdolca i uruchamiają wszystkich swoich "użytecznych idiotów" rozwalających ściany, cyklinujacych podlogi, jeżdżących po parkach i chodnikach na rowerach i skuterach elektrycznych...

Przesadzam? Nie wydaje mi się. Zresztą opowiem, co mi się ostatnio przydarzyło i sam osądź drogi czytelniku.

Wielokrotnie wspominalam na tym blogu, że jestem introwertycznym słuchowcem i hałasy produkowane przez chamskich sąsiadów są dla mnie torturą. Postanowiłam więc wykleić ściany grubą warstwą korka ekspandowanego w ramach izolacji akustycznej, zaczynając od tej, która łączy mój pokój z klatką schodową. Kosztowało mnie to wiele pieniędzy i wysiłku, efekt jest mizerny, ale jakiś procent dźwięków jednak zatrzymuje. Tuż po rozpoczęciu mojej pracy nad montowaniem korkowych paneli, sąsiad z dołu zaczął remont waleniem mlotem w niedziele po 21, a sąsiedzi z parteru przygarnęli psa "z interwencji". Miał być bity i głodzony, czego po nim zupelnie nie widać. Jest ufny i przyjazny do ludzi, a wielkością (i szerokością) przypomina szafę. Pies przeniesiony ze wsi do małego mieszkanka w bloku wyje calymi dniami zaczynając gdzieś o 5.30 rano...Potem zaczyna sie wiertara i rozwalanie ścian. Nawet klepki podłogowe usuwane sa za pomocą wiertary (mam podejrzenie, że pan fachowiec nawet się drapie po zadzie tym narzędziem na pełnych obrotach) 

Nie wdając się w szczegóły sytuacji, efekt mojej - wydawałoby sie rozsądnej - decyzji o zamontowaniu jakiejś izolacji akustycznej jest taki, że dźwięki z klatki schodowej zostały nieco wytłumione, z góry dochodzą nadal, a dodatkowo zyskałam dwa zupełnie nowe źródła hałasu z dołu + ewentualnie z innych kierunków. Co gorsza kiedy próbuje znosić to dzielnie i rozsądnie wiadoma centrala nasila swoje ataki, tak żeby przekroczyć mój próg wytrzymałości (np halasy nocą z niewiadomego źródła). Po nieprzespanej nocy zasiadam do pracy zdalnej przy wtórze rozwalania ścian i z ust wyrywa mi się zlorzeczenie w stylu "obyś zdechł, bydlaku" i to jest najłagodniejsze z tego, co mam ochotę powiedzieć. W pewnym momencie przyszło mi do głowy, że o to właśnie chodzi, że to jest cel wiadomo kogo. Dla mnie tylko gniewne słowa, wentyl dla bezsilnej wściekłości (po wyczerpaniu wszelkich legalnych środków poradzenia sobie z sytuacją), a tymczasem to może mieć jakieś znaczenie, może coś uruchamiać dla mnie samej lub adresata tego rodzaju życzeń. Coś na tyle ważnego dla wiadomo kogo, że zadaje sobie tyle trudu aby ze mnie to złorzeczenie wydobyć, nawet wbrew mojej woli, w chwili slabości...

Kiedy piszę te słowa moi sąsiedzi - sataniści - właśnie puścili ohydną muzykę jako final dnia profanowanego od rana. Pewnie zmuszona będę zadzwonić na policję... Boże miej mnie w swojej opiece!

 



poniedziałek, 30 grudnia 2019

O nawróceniu Gavina Ashendena (z kazaniem ojca przeora dominikanów w tle)

Święta upłynęły mi pod znakiem dochodzenia do siebie po długiej chorobie, adaptacji Wiedźmina i nawrócenia byłego kapelana królowej angielskiej, Gavina Ashendena. Dziś znowu słuchałam wywiadu z nim na YouTube i znowu byłam pod głębokim wrażeniem tego, co ten człowiek opowiada.

Najciekawszy dla mnie fragment dotyczył ataku złego ducha. Pierwszy przydarzył mu się we Francji na mszy w kaplicy św Michała (nie pamiętam miejscowości). Zobaczył wysoko w górze chmarę krążących demonów przypominających nietoperze, wrzeszczących przeraźliwie. Był zdziwiony, że nikt, oprócz niego, tego nie widzi i nie słyszy. Zastanawiał się, kiedy znikną. Te jednak dokazywały aż do momentu, kiedy konsekrowana hostia dotknęla jego języka.

Innym razem przez 3 noce pod rząd, między pierwszą a piąta rano, otwierał mu się tunel w ścianie, przez który wlewały sie złe duchy bombardujące go rozpaczą i oskarżeniami w niezwykle charakterystyczny sposób - "jesteś w koszmarnej, beznadziejnej sytuacji i sam sobie to zawdzięczasz, zasłużyłeś na to". Ilu z nas poddanych było/jest takiej próbie nie zdając sobie sprawy, że to atak nieprzyjaciela? Gavin Ashenden miał więcej szczęscia - po pierwsze wiedział co to jest, po drugie ktoś mu doradził różaniec. Mimo pewnych oporów środek zastosował ze skutkiem pozytywnym. Rano zaniepokojona żona obsztorcowała go, że otwiera nocą okna. Widząc jego szczere zdziwienie wskazała na intensywny zapach róż w sypialni.

Co ciekawe przed tymi incydentami Ashenden nie wierzył w osobowe zło, był jungistą i wykładał na jakimś świeckim uniwersytecie psychologię religii. Wtedy też zainteresował się objawieniami maryjnymi z Garabandal (o ile dobrze pamiętam). Kiedy ogladał nagranie koleżanka zajmująca się psychologią dziecięcą skomentowała, że ekstaza tych dzieci jest autentyczna, bo w tym wieku nie umiałyby jej tak przekonywująco udawać.

Ashenden zaintrygowany był też faktem, że cuda eucharystyczne - przy obecnym stanie nauki możliwe do zweryfikowania - zdarzają sie tylko w Kościele Katolickim, nigdy natomiast w Anglikańskim.

Kiedy po długiej duchowej podrózy oficjalnie nawrócil sie na katolicyzm, od dłuższego czasu nie był już kapelanem królowej. Zkrytykował zaproszenie do anglikańskiej katedry muzułmanina, który w dzień Objawienia Pańskiego ,w miejsce fragmentu listu św. Pawła, odczytał sutrę koranu mówiacą o tym, że Jezus nie jest Synem Bożym. Poniewaz owe krytyczne stanowisko, wyrażone przez kapelana królowej, mogłoby być łączone z jej osobą, Ashenden zrezygnował z tego zaszczytu.

Przez ponad 10 lat entuzjastycznie popierał ruch LGBT, zanim zrozumiał, że to zaledwie etap w dłuższym planie, manewr wojnie przeciw Chrześcijaństwu. Na YouTube można znaleźć kilka jego wypowiedzi na temat marksizmu kulturowego, całkiem rozsądnych zresztą.

Nie wiem jak Gavin Ashenden odnajdzie się w obecnym Kościele Katolickim pchanym przez hierarchów w kierunku, który okazał się zgubny dla anglikanów, ale jego wiara w rzeczy nadprzyrodzone jest dla mnie bardzo inspirująca. Ten własnie nadprzyrodzony aspekt katolicyzmu,  którego wstydzi się dzisiejszy Kosciół jest magnesem dla ludzi udręczonych, spragnionych Boga i szukajacych prawdy.

W niedziele na mszy u dominikanów wysłuchalam kazania o podróżach ojca przeora po Ukrainie i  Ameryce Poludniowej. Na Ukrainie rodziny romskie - bardzo porządne, wolne od alkoholizmu - zmuszone sa mieszkać na wysypisku smieci, bo nikt nie chce ich zatrudnić. W slumsach Bogoty natomiast jest nędza, ale nie ma smutku, bo nie brakuje tam dzieci, ani psów. O ile dobrze zrozumiałam wniosek z tych podróży - ktoś powinien poświecić swoje życie dla tych rodzin, Jeżeli ojciec przeor miał na mysli siebie, zakon kaznodziejski lub jakiś inny to O.K. W każdym innym przypadku to po prostu piramidalna bzdura w rodzaju porad dla ludzi samotnych, żeby adoptowali dzieci autystyczne. Czysty społeczny aktywizm nie mający nic wspólnego z przekazywaniem owoców kontemplacjii. (Jaka kontemplacja, takie owoce - chciałoby się powiedzieć).

W autobiograficznej książce "Nieplanowane" Abby Johnson (i jej filmowej adaptacji) wzięty adwokat reprezentuje bohaterkę za darmo w sprawie wytoczonej jej przez Planned Parenthood. Gdyby ten człowiek najpierw nie skończył studiów prawniczych, aplikacji adwokackiej i nie wyrobil sobie marki broniąc z sukcesem wielu klientów, nie mógl by pomóc bezpłatnie bohaterce, ani nikomu innemu.

Żeby móc pomóc komukolwiek, trzeba najpierw coś mieć - doświadczenie, zasoby, możliwości, kontakty. Pracę rodzinom romskim na wysypisku mogłby dać zamożny przędsiębiorca gotowy zaryzykować ze wzgledu na milosierdzie. Gdyby się przeliczyl i zbankrutował jego możliwość pomagania komukolwiek - z własną rodziną włącznie - szybko by się skończyła.

Dlaczego musimy wysłuchiwać w Kosciele tych infantylnych, czysto ludzkich wymysłów, zamiast zapoznawać się dogłebnie z depozytem wiary. Wiemy z lekcji religii o isnieniu złego ducha, ale nie łączymy go bezsennymi godzinami w okolicach 3 nad ranem, kiedy sytuacja nasza jawi się jako calkowicie beznadziejna i - co gorsza - całkowicie przez nas zawiniona. Gdybyśmy wiedzieli, że to typowy atak nieprzyjaciela, pogonilibyśmy go, gdzie pieprz rośnie, w 3 minuty. Zastanawiam się ilu samobójstw możnaby uniknąć, uświadamiajac to ludziom w trudnej sytuacji.

Żeby pomóc komukolwiek trzeba najpierw pomóc sobie. Żeby się czymś dzielić trzeba coś mieć. Czy to nie Chrystus obecny w sakramentach powinien byc lekarstwem na całą ludzka biedę? Nie podważam sensowności dzieł milosierdzia, ale bez duchowego kompasu w postaci modlitwy, nie jesteśmy w stanie rozeznać, co w danej sytuacji powinno byc zrobione i co należy do nas, a co do zainteresowanej osoby.







środa, 18 lipca 2018

Jeszcze o dominikanach przy okazji wymuszonej bezsenności

Godzina 3.40 w nocy. Nie śpię, bo wzywałam policję do imprezy w "mieszkaniu studenckim". Zanim przyjechali impreza się uspokoiła - typowe. Druga noc do tyłu, bo poprzedniej nie spałam z nerwów przed "rozmową rekrutacyjną" (biorę udział w konkursie na stanowisko w pewnej instytucji kultury). Nie wypadłam dzisiaj zbyt dobrze, a kandydatów jak psów.

Międzyczasie tzn w ostatnią niedzielę nowa porcja herezji u dominikanów by o. Kuśmierski, który odprawiał mszę o 12. Ten człowiek nie może się powstrzymać od manifestowania swoich sympatii politycznych w czasie eucharystii. 3 maja nawoływał wiernych do przestrzegania konstytucji, która jest "aktem założycielskim" naszego narodu, o ile dobrze pamiętam użyte sformułowanie. Trudno powiedzieć co przez to rozumiał - czy to, że przed konstytucją Kwaśniewskiego nasz naród nie istniał? A może - podobnie jak Petru (kto go jeszcze pamięta!) - myślał, że konstytucja 3 maja ciągle obowiązuje? Pominę ten wątek miłosiernym milczeniem. Zakonnikowi (nawet dominikańskiemu) można wybaczyć nieznajomość historii, ale on sam nie powinien się popisywać podczas eucharystii brakami w wykształceniu ogólnym.

Ostatnio - komentując ewangelię o posłaniu uczniów dwójkami i ich zadziwieniu cudami, które Bóg przez nich zdziałał - pozwolił sobie na śmiałą interpretację "egzorcyzmów" opisanych na kartach Pisma Świętego . Otóż dowiadujemy się, że Jezus i jego uczniowie nie koniecznie wypędzali "tego z rogami" ( tzn inteligentne byty duchowe wrogie człowiekowi), lecz zatwardziałość serca, która nie pozwala nam przyjąć uchodźców. Owa niechęć  - jak rozumiem - czasem była tak potężna, że wcielała się w stado świń i rzucała do morza.

Zawsze czuję się dziwnie słysząc duchownego, który wstydzi się nauki, którą powinien głosić, więc zamiast tego mizdrzy się do swego targetu dając do zrozumienia, że mimo habitu jest cool guy. Nie wiem jaką grupę docelową o.Kuśmierski ma przed oczami duszy wypowiadając podobne kawałki, ale raczej słabo obecną w Kościele. Rozumiem, że teraz taki "trynd" -  ignorować obecnych, ewentualnie ich strofować, a kokietować tych, których nie ma. Ta strategia nie wydaje mi prowadzić do skutecznej ewangelizacji, raczej do zniechęcenia wiernych i utraty autorytetu duchownych, którzy w swej gorliwości w schlebianiu wszelkim nieuporządkowanym postawom wyglądają śmiesznie i żałośnie.

Przeciętny wierny nie musiał osobiście zetknąć się z opętaniem, ale zwykle ma doświadczenie destruktywnych myśli, które bierze za swoje własne. Świadomość, że mogą być suflowane przez "tego z rogami" z czystej nienawiści, bardzo pomogłaby niejednemu pogrążonemu w depresji i myślach samobójczych. Wyzwoliłaby zdrowy odruch oporu przeciw oczywistemu wrogowi i nie pozwoliłaby na uwewnętrznianie sugestii i oskarżeń agresora. Duchowni protekcjonalnie wyrażający się o wierze w "tego z rogami" wyświadczają takim wiernym niedźwiedzią przysługę. Świadomość realności walki duchowej bardzo by nam wszystkim pomogła. Umielibyśmy rozpoznać atak wiadomej centrali i ćwiczylibyśmy się w obronie. Każdy przeżyty dzień uszczęśliwiałby nas - wszak na wojnie to nie jest rzecz oczywista. Nie przywiązywalibyśmy wagi do upokorzeń, sińców i zadrapań jakie serwuje nam życie - napełniałaby nas wdzięczność, że uszliśmy z życiem z kolejnej zasadzki.

A propos "uchodźców" Jezus bardzo brutalnie wypowiedział się w kwestii ordo caritatis - "niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i dać go psom". Mówił to do kobiety obcego plemienia, która prosiła o uwolnienie córki od złego ducha. Nie wybierała się do Izraela po socjal, nie zamierzała nikogo zgwałcić, ani wysadzić w powietrze.


sobota, 3 stycznia 2015

O Rosemary i jej dziecku

Dziecko Rosemary Iry Levina przeczytałam na studiach ponad ćwierć wieku temu. Pamiętam, że byłam pod wrażeniem i chciałam zobaczyć film Polańskiego. Zrobiłam to parę lat temu i znowu byłam pod wrażeniem, tylko nieco innego rodzaju. Parę dni temu obejrzałam dzieło Agnieszki Holland pod tym samym tytułem i wciąż się zastanawiam, dlaczego zmieniła istotne szczegóły.
A w tak zwanym międzyczasie przeczytałam co najmniej dwukrotnie książkę Rosemary Nie krocz za mną ze wstępem O. Posackiego SJ. (Nie wiem czym się naraził swojemu przełożonemu, mam nadzieję, że nie propagowaniem wiedzy, której część duchownych po prostu się wstydzi, a która jest niezbędna każdemu człowiekowi, nie tylko chrześcijaninowi.)

Książka Rosemary to świadectwo osoby, która dzięki śmiałym duchowym eksperymentom pradziadka, była medium - otwartymi drzwiami do świata duchów. Druga część książki opisująca "amerykańską przygodę" autorki wyjaśnia nam skąd ten pseudonim. Autorka mieszkała u pewnej nadzwyczaj miłej i opiekuńczej zamożnej Żydówki w dzielnicy Upper East Side na wschodnim Manhattanie. "To historycznie rejon zajmujących się międzynarodowym handlem Żydów, którzy porzucili swoją religię już w XIXw. i odtąd zainteresowani byli mieszaniną różnych ideologii. Najczęściej ich droga wyglądała następująco: po przejściu z żydowskiej ortodoksji na różne wyznania protestanckie, nie znajdując w nich jednak odpowiedzi na swoje poszukiwania, porzucali protestantyzm na rzecz doktryn spirytystycznych. Po skompromitowaniu tychże zaczynali tworzyć różne metody medycyny naturalnej oparte na inteligentnej spirytystycznej energii (... ludzie ci działają tam także i dzisiaj, a ich wiara związana jest ze spirytyzmem, magią i - zdaniem niektórych - z lucyferyzmem czy wręcz satanizmem...). Wkrótce zajęli się też handlem tymi ideologiami, generując olbrzymi światowy rynek idei niszczący prawdziwy judaizm jak i chrześcijaństwo. To środowisko do dziś jest źródłem różnych eksperymentów i nowych idei dla świata, sprzedawanych mu pod przykrywką New Age"  - pisze Rosemary.

Reprezentantami takiego właśnie środowiska jest małżeństwo Castevet z książki Levina, które poszukuje matki dla dziecka szatana. Za udostepnienie swojej żony na ten cel proponują mężowi karierę, na jaką jest napalony, a ten ochoczo przyklepuje deal. Jego żona, Rosemary, młodsza o 9 lat jest katoliczką, a przez to osobą niepewną, więc nie może się o niczym dowiedzieć.

Najbardziej przerażające jest dla mnie jest, że to nie świetny pomysł na horror, produkt żywej wyobraźni autora, tylko opis wielce prawdopodobnej sytuacji, która wielokrotnie miała, ma i będzie miała miejsce np. w środowisku, o którym wyżej. Rzecz jest realna, nawet jeśli propozycja dotyczy przystąpienia do Synagogi Wszystkich Religii - a nie fizycznego udostępnienia swojego łona na potrzeby kultu - w zamian za sukces.

Przypadek Polańskiego grozę wzmaga, bo wygląda - zważywszy następstwa - na film niemalże autobiograficzny. Od tego właśnie obrazu jego kariera nieoczekiwanie nabrała tempa, a następnie okupiona została śmiercią żony w zaawansowanej ciąży, zamordowanej w bestialski sposób.

Agnieszka Holland natomiast zmieniając Nowy Jork na Paryż, bohaterkę na starszą ex - tancerkę mieszanej krwi, wprowadzając nowe postacie i epatując krwawymi okropnościami zaciera ślady rzeczywistości tak wyraźne w książce Levina i u Polańskiego. Idzie w kierunku horroru dla widza o tak spaczonej wyobraźni, że nic poniżej zjadania okrwawionego serca ofiary go nie ruszy. Jej Rosemary mogłaby być matką swojego młodego męża i widz nie rozumie dlaczego po prostu nie da mu klapsa w tyłek i nie wyciągnie za fraki ze złego towarzystwa, w które wpadł. Szatan i jego dziecko ma nienaturalnie intensywnie niebieskie oczy, choć jest zrodzone z matki mulatki (a nie żółte z poprzeczną źrenicą, jak u kozła). Mam wrażenie, ze Holland bardzo chce odwrócić uwagę od środowiska z Upper East Side i jego bardzo realnej działalności opisanej w Nie krocz za mną.

Zawsze się zastanawiam ilu ludzi odnoszących sukcesy w show businessie ma za sobą taki deal, jaki proponowano Rosemary i czy tego rodzaju sukces bez jakiegoś zobowiązania wobec wiadomej centrali jest w ogóle możliwy. Moja intuicja mówi mi, że nie (także osoby, które usiłują się wyrwać z takiego układu potwierdzają to domniemanie). Jeśli tak jest, to nie dziwi, że kultura masowa wygląda tak jak wygląda i oglądając dowolny film na dowolny (pozornie światopoglądowo neutralny) temat (np. o wikingach) jesteśmy podprogowo indoktrynowani.

niedziela, 7 grudnia 2014

O stanach lękowych i walce duchowej

Dowiedziałam się ostatnio, że budzenie się z lekiem o 3 w nocy, które wydawało mi  się symptomem nerwicy, to na ogół atak wiadomej centrali. Postanowiłam wiec tę wiedzę wypróbować i kiedy znalazłam się w sytuacji nocnego budzenia połączonego z lękiem, wypowiedziałam odnośną formułkę przeciw złemu. Skutek natychmiastowy. Polecam wszystkim którzy cierpią na stany lękowe i myśli samobójcze. Mi w każdym razie nadzwyczajnie pomaga.