Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dominikanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dominikanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 grudnia 2024

Gratuluję postępowym rodakom

Księdza Olszewskiego aresztowano dokladnie w Wielki Czwartek. Skutego kajdankami udostępniono publicznośći na stacji benzynowej, kiedy to funkcjonariusze ABW poszli sobie kupić coś do zjedzenia. Przesłuchiwano 15 godzin bez przewy na wyjście do toalety, o posiłku nie wspominając. Nie dopuszczono obrońcy usiłując z mecenasa Wąsowskiego zrobić świadka w sprawie.

Jeśli wierzyć anonimowemu informatorowi Wiktora Świetlika, dano cynk innym aresztantom, że to ksiądz pedofil, więc groźby fizycznej likwidacji towarzyszyły mu od początku zatrzymania. Manifestacje w obronie kapłana pomogły przynajmniej wyjaśnić o co chodzi w tej sprawie, więc nie musiał już obawiać się o życie.

Oprócz księdza wzięto na zakładniczki dwie urzędniczki z ministerstwa sprawiedliwości. Kobiety były poddane rewizji osobistej (z wkladaniem palca wiadomo gdzie) przeprowadzanej przez mężczyzn, a nie funkcjonariuszki, jak stanowi prawo. Mężczyźni byli świadkami jak załatwiają potrzeby fizjologiczne i biorą prysznic, ponadto budzono je co godzinę, a na przesłuchanie prowadzono w kajdankach zespolonych.

Teoretycznie były oskarżone o przestępstwo urzędnicze, a ksiądz, że nie powinien startować w konkursie. Wiadomo jednak, że celem aresztowania było wydobycie wszelkimi sposobami z nich czegokolwiek, co pozwoli dopaść Ziobrę, o czym GW pisało otwartym tekstem. Dodatkowo premier Tusk twierdził kłamliwie, że ksiądz ukradł 100 milionów czy też miliardów, a odrażający debile w stylu Maleńczuka powtarzali te oszczerstwa w przejetej siłowo telewizji publicznej (w likwidacji). Tymczasem nawet rozgrzana prokuratura takich zarzutów nigdy nie postawiła - dotacja z funduszu sprawiedliwości(wraz ze sporym wkładem własnym) została wydana zgodnie z przeznaczeniem, na budowę ośrodka dla ofiar przemocy.

Prokuratura (także przejęta siłowo) udostępniała GW materiały ze śledztwa, których obrona nie widziała na oczy. Usiłowano wykreować wizerunek człowieka, który miliardy pozyskane nielegalnie wydaje na... skarpetki. Wszystko było tak grubymi nićmi szyte, że żaden debil w sutannie, habicie czy mitrze na łysej pale nie mógł udawać, że tego nie widzi.

A jednak, żaden biskup nie wydał odgłosu paszczą. Przeszukanie dominikańskiego klasztoru w Lublinie nie było pierwsze, ten wątpliwy "zaszczyt" przypadł sercanom pod równie dętym pretekstem (o siedzibie lux veritatis o. Rydzyka oczywiście nie wypada wspominać).

Pytanie czy cały polski episkopat jest tak umoczony, że na każdego członka przypada szafa kompromatów i dlatego siedzą jak myszy pod miotłą i patrzą zasmuceni jak Nowacka łamie postanowienia konkordatu, a ubeckie pomioty włażą do klasztorów, czego nie robiła nawet komuna?

Cóż wy na to postępowi moraliści o wrażliwych serduszach, którzy bardziej niż śmierci boicie się skojarzenia z obciachem?!!! Taki np O. Dostatni czy Ludwik Wisniewski zapewne woli najazd abwery w kominiarkach na klasztor i drony nad glową niż rządy ZP. Nawet wleczony na szafot wołałby, że umrze szczęsliwy, bo nie rządzi PiS...

A jak tam o. Kramer jezuita przejęty losem "uchodźców" na wchodniej granicy. Ojcze Kramerze oni zamienili się w "bydło" (w ustach uśmiechnietego wicemarszałka Zgorzelskiego) i co teraz?!!! Barbaro Kurwooo-Szatan ty milczysz?!!!

A jak tam "ekologowie", nie szkoda tych drzewek nad Bugiem? Wycięto ich już znacznie wiecej niż przez 8 lat rzadów ZP i nic? A zdechłe rybki w Odrze tego lata, co z nimi? Ostaszewska Maja dobrze by się komponowała trzymając w objęciach jedną z nich, a i zapach niczego sobie...

Wiadomo fundacja katolicka dostajaca dofinansowanie od państwa niedobra jest, co innego kiedy Owsik dostaje od państwa pieniądze dla powodzian. Owsik dostaje, a powodzianie nie. Porządek musi być.

Wygląda na to, że wielu moim rodakom, w tym duchownym, taki właśnie porządek odpowiada. Gangusy na wolność, bo to niehumanitarnie jest trzymać czlowieka w pierdlu tylko za obcinanie palców, prasowanie po brzuchu żelazkiem czy dziurawienia kolan wiertarą. (Kto nie zakopał żywcem człowieka, aby ukraść mu czekoladę, niech pierwszy rzuci kamieniem!)Trzeba raczej łapać byłego wiceministra, bo przeznaczył państwowe pieniądze na zakup wozów dla straży pożarnej (też państwowej)! To groźna terrorysta jest, ścigana międzynarodowym listem gończym!

Pozwólcie więc, że wam pogratuluje wyboru. Uśmiechajcie się ile wlezie póki czas, bo i wy możecie pewnego dnia przeżyć zadziwienie, jak lubelscy dominikanie przed świętami Bożego Narodzenia!



piątek, 27 grudnia 2024

O diabelskim wzmożeniu i przeszukaniu klasztoru dominikanów w Lublinie

Pewien ruski pisarz - być może Turgieniew - tytułem wstępu do swego opowiadania stwierdza jako rzecz oczywistą, że miedzy Świętem Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem wszelkie czarcie nasienie dostaje pierdolca. 

Ewidentnie jest to prawda, czego doświadczyłam boleśnie dziś rano. Kiedy zachwycona, że dobrze spałam, a słoneczna pogoda dostarcza wystarczającej ilości światła do malowania, planowałam jak spędzę ten piękny dzień, usłyszałam dźwięk wietary tuż za ścianą, w mieszkaniu niedawno zmarłego starszego sąsiada.

Spadkobiercy, którzy na pewno jeszcze nie mają orzeczenia sądu (przyznajacego im mieszkanie) przystąpili - wbrew wcześniejszym zapewnieniom - do remontu w OKRESIE ŚWIĄTECZNYM!!! Sąsiad z góry natomiast jeszcze remontu zaczętego w połowie listopada nie skończył. Więc w poniedziałek czeka nas rozkoszne stereo!!! 

Niech mi ktoś powie jakie jest prawdopodobieństwo dwóch remontów w jednej klatce w okresie świątecznym? Jakie jest prawdopodobieństwo dwóch wykorzenionych, autystycznych lub psychopatycznych debili synchronizujących swoje wysiłki by wykończyć nerwowo sasiadów?

Tymczasem w klasztorze dominikanów w Lublinie przeszukanie. ABW poszukiwało Romanowskiego! Doprawdy nie wiadomo czy sie śmiać czy płakać. No cóż Domini canes, tak bardzo się staraliście, tak bardzo dystansowaliście się od obciachowych rządów ZP, a tu uśmiechnięta koalicja tak was spostponowała!!!

Fragment fasady kościoła dominikanów w Lublinie

Teraz oburzenie, że podejrzewano was, żę ukrywacie POSZUKIWANEGO LISTEM GOŃCZYM przestępcę. To rzeczywiście groźny przestępca, podobnie jak ksiądz Olszewski, który wydał państwową dotację na budowę ośrodka, na który ją przyznano!!! Albo urzędniczki ministerswa sprawiedliwości prowadzane na przesłuchania w kajdankach zespolonych, podglądane w kiblu i budzone co godzinę!

Przy takich zwyrodnialcach tatulo posłanki Gajewskiej, kryjący braciszków, którzy zakopali żywcem młodego człowieka, aby wejść w posiadanie ciężarówki z czekoladą, to dobroduszny starszy pan (https://www.gazetapolska.pl/33851-mroczne-tajemnice-rodziny-gajewskich)  A to, że jego zięciulo, niejaki Myrcha Arkadiusz, jest wiceministrem sprawiedliwości obdarowanym przez teściunia pieknym domem pod Warszawą nie powinno nikogo obchodzić. To przecież oznaka zdrowej, praworządnej demokracji, czyż nie?

Gdzie wasz węch? Możecie się dowolnie mizdrzyć do możnych tego świata, a oni i tak nie odróżniają was od reszty "katolickiego ciemnogrodu", który zamierzają zniszczyć. O. Kuśmierski, sławny obrońca konstytucji, wypowiedział się już o praworządności pod rządami uśmiechniętej koalicji? Pytam, bo od roku 2020 nie chodzę do kościoła św. Wojciecha i mogłam coś przeoczyć. A może nie miał okazji zajęty udzielaniem błogosławieństwa parom homoseksualnym?

niedziela, 20 października 2024

O nowych kardynałach i "uśmiechniętej teologii"

Miałam juz nie pisać o sytuacji w Polsce i w Kościele, zdecydowałam się bowiem na rodzaj wewnętrznej emigracji, ale się czasem po prostu nie da.

Wczoraj wysłuchałam programu Ja, katolik Christiana Kratiuka z Grzegorzem Górnym i Pawłem Lisickim o nowych kardynałach Franciszka. Nie wchodząc w szczegóły - kluczem do nominacji był pozytywny stosunek do błogosławienia par homoseksualnych. W związku z tym kardynałem nie został np arcybiskup Światosław Szewczuk, choć według tradycji zwierzchnik Kościoła grecko-katolickiego na Ukrainie powinien taką godność piastować. Czarni biskupi czarnej Afryki też nie zostali zaszczyceni w odróżnieniu od białych biskupów pn Afryki, którzy mają "wlasciwy stosunek" do Fiducia supplicans.

Co najdziwniejsze kardynałem został o.Timothy Radcliffe OP - o ile dobrze pamiętam były generał dominikanów (nie arcybiskup, ani biskup) - który postulował by nawracać czarnych biskupów na "tolerancję" wobec homoseksualizmu...

Ryba psuje się od głowy (lub jak mawiał Petru "głowa psuje sie od góry"), więc co się dziwić, że sytuacja w zakonie kaznodziejskim wygląda jak wygląda. Zastanawiam sie co robią w takiej sytuacji normalni dominikanie. Czy wszyscy wyjechali na Białoruś i Ukrainę, albo zostali zesłani na głęboka prowincję?

Zajrzałam na strone dominikańską czy jest jakiś komentarz na temat godności kardynalskiej dla współbrata. Nic nie znalazłam, ale trafiłam na wpis na blogu o. Jarosława Kupczaka pt "Uśmiechnięta teologia" i szczęka mi opadła! To jest dokładnie to, co dominikanie powinni głosić! O. Kupczak, jako uczony, bez kompleksów rozprawia się z rozpowrzechnionym poglądem, że Kościół powinien prawdy, które głosi, podporządkowywać "consensusowi naukowemu"
Dzisiaj w nauce powraca przekonanie, że homo sapiens zaczął się równocześnie nie na całej ziemi, ale w bardzo ograniczonym obszarze geograficznym, na który generalnie wskazuje geografia biblijna Starego Testamentu. Co więcej, najnowsze osiągnięcia bioinformatyki wskazują, że homo sapiens najprawdopodobniej rozpoczął się od mutacji genetycznej w jednym osobniku, ew. w jednej parze. Brzmi znajomo?

Dzisiejsza genetyka ewolucyjna odwraca obowiązujący w ciągu ostatnich dekad paradygmat poligeniczny, do którego za cenę naginania chrześcijańskiej Tradycji, teologii: św. Pawła, Augustyna i Tomasza z Akwinu, usiłowała przystosować się teologia. Uśmiechnięci teologowie chętnie zgadzali się na paradygmat poligeniczny, a przy tym byli gotowi zrezygnować z fundamentalnych dla teologii prawd, m.in. klasycznego rozumienia grzechu pierworodnego jako grzechu osobistego pierwszych ludzi i sposobu jego przekazywania jako zepsutej ludzkiej natury.

Polecam cały tekst na https://blog.dominikanie.pl/bez-kategorii/2024/09/21/usmiechnieta-teologia/

Znaczy jest jeszcze szansa czy o. Kupczak jest wyjątkiem potwierdzajacym regułę?


niedziela, 23 czerwca 2024

Kwiatki św. Dominika (zwiędłe, niestety)

 Robiłam ostatnio porządki w papierach i nie zgadniecie co znalazlam!!!

1. Niespodzianka pierwsza


Prawda, że piękny obrazek - św. Dominik klęczy pod krzyżem, po prawej św. Jan Ewangelista, a po lewej NMP. Obrazek jest pamiątką prymicji. 


Owo "mocą Chrystusowego kapłaństwa", brzmi jak wyjątkowo gorzka ironia. Zestawiam to zdanie w obrazem pana Marcina Mogielskiego (już nie kapłana ani zakonnika) w czarnej skórzanej kurteczce wyrzekającego sie wiary katolickiej i proszącego o przyjęcie do kościoła luterańskiego. To oczywiście zwieńczenie długiej drogi, którą - sądząc po jego heretyckich kazaniach - odbył wcześniej w swoim sercu.

2. Niespodzianka druga:


Gość niedzielny, albo temu podobne pismo opublikowało krótki tekst o obchodach uroczystości św. Tomasza z Akwinu w dominikańskim kościele św. Wojciecha zilustrowane tymże zdjęciem. Czerwonym ołowkiem zaznaczyłam Pawła Malińskiego ówczesną primadonnę kaznodziejstwa. To musiała być końcówka lat dziewięćdziesiątych. To ze skutkami jego duszpasterskiej działalności zmagał się Marcin Mogielski.

On sam i jemu życzliwi twierdzą, że odszedł z zakonu, kapłaństwa i Kościoła, bo nie mógł znieść ogromu zła i krzywdy. Ja jednak stawiam tezę - na podstawie jego własnych słów kierowanych do wiernych - że on po prostu stracił wiarę (albo nigdy jej nie miał). 

3. Niespodzianka trzecia:


A tutaj dominikańska szkoła wiary z Jackiem Krzysztofowiczem. to ten siedzacy przy stole zaznaczony czerwonym ołówkiem. Ówczesny przeor o. Przemysław Ciesielski OP zapowiada jego konferencję bardzo przejęty. Krzysztofowicz to kolejna primadonna - kaznodzieja i psychoterapeuta w jednym.

 Póżniej się okazało, że im bardziej był psychoterapeutą, tym mniej zakonnikiem i księdzem. Pewnego pięknego dnia oglosił wiernym, że właśnie odchodzi, a w sieci umieścił swoje pożegnanie z kapłaństwem i zakonem. Byla to parafraza przypowieści o synu marnotrawnym. W jego wersji młodszy syn nie wraca do ojca przyciśnięty głodem, tylko poślubia córkę właściciela świń, które pasał i uklada sobie życie w jego krainie. 

Potem mieliśmy okazję zobaczyć go zeznającego przed komisją sejmową w sprawie Amber Gold - miał bowiem bliskie kontakty z małżeństwem Plichtów, którzy go zabierali na wycieczki do Włoch i dawali pieniądze na remont kościoła (o ile dobrze pamiętam).

Sama nie wiem czy upadek tych ludzi mnie gorszy, smuci czy cieszy. Przerażające jest jednak to, że ludzie im wierzyli. Wierzyli w ich slowa i usiłowali według nich żyć. Czy odejście unieważnia wszystko, co kiedykolwiek powiedzieli? Czy też mogli mieć rację, mogli być pod natchnieniem Ducha Św. i ich słowa pozostają prawdą niezależnie od ich upadku?





sobota, 27 kwietnia 2024

Cud jako "social embarrassment"

Nie wiem dlaczego, ale przypomniało mi się pewne zdarzenie z przed ponad 20 lat, którego byłam świadkiem w kościele św. Wojciecha we Wrocławiu. Musiały to być święta Bożęgo Narodzenia albo Wielkanocy, bo w kościele było sporo ludzi, których się tam zwykle nie widywało. Niektórzy prawdopodobnie  przychodzili kilka razy do roku, a inni zapewne przyjechali w gości do rodziny i wspólnie z gospodarzami wybrali się na mszę.

Siedziałam jak zwykle po lewej stronie prezbiterium stosunkowo blisko ołtarza w czwartej ławce albo nawet bliżej. W pewnym momencie moją uwagę zwrocił glośny szloch i jakieś poruszenie w sąsiedniej ławce. Mocno starszy pan płakał, a towarzysząca mu kobieta (też starsza) dość zażenowana dopywała się co mu się stało. Przypuszczalnie chciala go uspokoić, bo czuła, że zwracają na siebie uwagę. Mężczyzna jednak nie dawał się spacyfikować, gdyż najwyraźnie doświadczył czegoś niezwykłego, więc wszelkie konwenanse miał chwilowo gdzieś.

Kiedy podszedł do komunii i ukląkł przy balaskach (wtedy jeszcze ich nie usunięto!) powiedział do zbliżajacego się z najświętszym sakramentem zakonnika "Ojcze ja widzę!". Ten chyba nie zrozumiał i wziąłszy go za nieszkodliwego wariata, zrobił mu krzyżyk na czole w geście błogosławieństwa.

Dalszą część tej historii znam z relacji owego sceptycznego zakonnika, którego imienia nie podam, bo nie wiem czy by sobie tego życzył. Otóż starszy pan udał się po mszy do zakrystii, aby opowiedzieć, że - ni mniej ni więcej - tylko właśnie odzyskał, utracony przed laty, wzrok (na skutek choroby, o ile dobrze pamiętam)!!!

Słowa o koniecznośći przebaczania, które usłyszał na kazaniu uświadomiły mu, że ciągle nie wybaczyl jakiejś dawnej krzywdy. Niestety nie pamiętam co to było. Poruszony do głębi postanowił odpuscić swemu krzywdzicielowi i dokładnie w tym momencie przejrzał. (Nie jestem pewna, czy bł. Czesław, którego trumna znajduje w bocznej kaplicy, nie odegral w tym jakiejś roli).

Nie pamiętam tego kazania, ale kaznodzieja sam przyznał, że nie miał czasu się przygotować, bo przyjechali do niego znajomi i oprowadzal ich po Wrocławiu. Powiedział więc to, co mial najbardziej przemyślanie i co najbardziej czuł. Jego słowa trafiły do serca człowieka, który być może przypadkiem trafił na tą mszę i stał się najprawdziwszy cud! Taki cud cud, o jakich czytamy w ewangeliach. Tylko w przeciwieństwie do świadków cudów Jezusa, którzy albo wielbili Boga albo padał na nich blady strach, w tym przypadku wierni obecni na mszy po prostu taktownie zignorowali dziwne zachowanie starszego Pana i zupełnie nie byli ciekawi, co mu się przydarzyło, a człowiek ewidentnie chciał się tym podzielić!

Wyobraźcie sobie kogoś chodzącego po wodzie albo wskrzeszającego umarłych. W najlepszym wypadku wszyscy udawaliby, że tego nie widzą, a w najgorszym zostałby zwinięty przez policję jako zagrożenie dla porządku publicznego. 

Przypomina mi się kawał o psie myśliwskim, który umiał chodzić po wodzie. Jego właściciel nie wiedział, co o tym myśleć, więc zaprosił znajomego na polowanie. Pies biega po wodzie aportując ustrzelone kaczki w tę i wewtę, a kolega nic. W końcu własciciel pyta, czy nie zauważył czegoś dziwnego w zachowaniu jego psa. "Owszem, to bydle nie umie pływać..." odpowiedział z niesmakiem.

Zważywszy ten rodzaj nastawienia, którym nasiąkamy od kolebki - że cuda sie nie zdarzają, a te, o których czytamy w starożytnych tekstach należy rozumieć metaforycznie - po prostu nie zarejestrowalibyśmy cudu, nawet, gdyby zdarzył się nam pod nosem. Nie chcielibyśmy go widzieć! Zdecydowalibyśmy nie przyjąć do wiadomości...

P.S.

Pewien mój kolega z pierwszej pracy, który został protestantem (obawiam się, że z niewłaściwych przyczyn) opowiedział mi taki oto dowcip: Jezus idzie po wodzie, więc apostołowie za nim, bo też by chcieli i oczywiście zaczynają tonąć (choć jako rybacy zapewne umieli dobrze pływać). Jezus odwraca się więc i pukając się w czoło mówi "po palach, idioci, po palach"

Nie wiem z jaką intencją ów człowiek opowiedział ten dowcip. Chciał mnie zgorszyć czy zaprezentować "protestancki punkt widzenia" na cuda? Obawiam się, że Kościól Katolicki także zmierza w tę stronę...

Papieżu Franciszku, hierarchowie i postępowi teologowie nie idźcie tą drogą! Cuda się zdarzają! Sama widziałam!

środa, 10 stycznia 2024

Coming out przeora Dominikanów we Wrocławiu

Słucham właśnie sobie na YouTube: LISICKI, KRATIUK I CHMIELEWSKI O NAJWIĘKSZYM KRYZYSIE KOŚCIOŁA W HISTORII i czegóż się dowiaduje? Otóż okazuje się, że  

przeor dominikanów we Wrocławiu (Andrzej Kuśmierski OP) twierdzi, że bardzo cieszy się z Fiducia Supplicans, bo błogosławił już wcześniej pary homoseksualne, a teraz będzie to robil legalnie!!!

I wszystko jasne! Wzmożenie w sprawie Pawła M. prawdopodobnie wynikało z faktu, że chędożył panienki ze wspólnoty modlitewnej wyłonionej z DA, a nie współbraci!!!

Współczuję wszystkim normalnym dominikanom, jacy jeszcze ostali się w zdegenerowanym zakonie kaznodziejskim!!!

środa, 6 grudnia 2023

O "Marszymku"

Chodzi oczywiście o marszałka sejmu Szymona Hołownię. Osobiście nie znam, nie sluchałam jego przemówień i nie czytałam książek. Jako ciekawostkę odnotuję, że kiedyś bardzo pozytywnie ocenił mój tekst opublikowany wDrodze. Jacek Piekara (i nie on jeden) nie żałuje nowemu marszalkowi sejmu gorzkich słów:




Podejrzewam, że ma rację, ale zważywszy, że tego cyrku nie oglądam i nie zamierzam oglądać, nie będę się wypowiadać. Natomiast od pewnego czasu nurtuje mnie uporczywa myśl, że ja już gdzieś widziałam kogoś podobnego, mówiącego z podobną manierą i podobnie celebrujacego swoje ego... i nagle: BANG! - Paweł Maliński, nasz nieoceniony dominikański mistyk seksualny!!! (Dziś już osoba świecka)

Jeden do jednego - to samo wrażenie "chłopięcości" u dorosłego mężczyzny po czterdziestce, ta sama fryzurka z grzywką, nawet pewna asymetryczność twarzy (ust) widoczna kiedy mówi. Identyczny sposob mówienia i czarowania widowni oraz - jak wszystko na to wskazuje - wpływ na bezkrytycznych, egzaltowanych słuchaczy. Podobnie rozdęte ego wypełniajace salę sejmową...

A potem przypomnialam sobie jeszcze jednego podobnego człowieka - o.Szustak OP internetowa primadonna duszpasterska, choć w tym przypadku nie ma fizycznego podobieństwa. Sposób mówienia czy raczej "bajerowania" odbiorcy bardzo zbliżony i rozmiary ego takoż.

Wszyscy trzej panowie formowali się w zakonie dominikańskim: nowicjacie, studentacie i dalej (nie wiem do jakiego etapu doszedł Hołownia) i najprawdopodobniej wszyscy trzej nabrali tej maniery przemawiania do ludzi i czarowania ich własnie tam...

Jak ona wygląda? "Sluchajcie, pomyślałem sobie dzisiaj......", "i wiecie, co sobie pomyślalem - ja też takiego Kościoła nienawidzę..." "kolejny list biskupów (przewracanie oczami), wiecie co mam na myśli..." Szczegóły dnia codziennego (niedoszłego) kaznodziei, co sobie pomyślał, kiedy coś sobie robił, ta urocza szczerość i spontaniczność, ten wyćwiczony brak zadęcia i częste-gęste wątki autobiograficzne... "I słuchajcie ja sam bym nie uwierzył, gdyby mi ktoś opowiedział, ale..." (tu następuje opowieść pełna niezwykłych zbiegów okoliczności, która jasno wskazuje, że mówca jest pod szczególną opieką Opatrzności) 

I oczywiście nowa jakość, dystansowanie się od duchowieństwa/Kościoła/klasy politycznej. Bo do czasów Pawła M. Marszymka i o.Szustaka nie było prawdziwych duszpasterzy/polityków, prawdziwy Kościół/działalnośc polityczna zaczyna się od nich jak nie przymierzając nasza era od narodzenia Chrystusa. Publiczność ma niewiarygodne szczęście, że sie załapała, że ten niezwykły, charyzmatyczny człowiek tak bezpośrednio się do nich zwraca "Puścicie mnie?" - pyta niedoszly misjonarz chiński wiernych zebranych w kościele  św. Wojciecha. "Nieeeeee!" - odpowiadają zachwyceni, upojeni wspóluczestnictwem, które im zaofiarował guru.

Charyzmatyczny guru łamany przez showmana  "przyciągajacy mlodzież do Kościoła". Hołownia dokładnie tak rozumie swoją misję. Chce dotrzeć do młodych i przyciągnąc ich do swej namiastki kościoła czyli sejmu RP. Tego nauczył się w zinfantylizowanym zakonie i do tego musiał mieć wrodzone predyspozycję i upodobanie.

Zakon kaznodziejski nie jest oczywiście jedynym miejscem, gdzie ksztaltują się takie postawy. Niemal identycznie przemawiał do swoich słuchaczy niejaki lama Ole Nydahl propagujacy na świecie "Diamentową drogę", czyli buddyzm tybetański sekty Karma Kagju. Co się działo w założonych przez niego wspólnotach, to temat na osobne studium, niestety mało znany. Dość powiedzieć, że grupa modlitewna Pawła Malińskiego to przy nich cienkie Bolki...

Ktoś może mi zarzucic, że takie analogie niczego nie dowodzą i jestem gotowa się z nim zgodzić. Nie wiadomo kim okaże się Szymon Hołownia (choć można prognozować z pewnym prawdopodobieństwem), ale moja intuicja ostrzega mnie przed tym rodzajem showmanów, a jeszcze bardziej przed wpływem jaki mogą mieć na swych wielbicieli...

czwartek, 29 czerwca 2023

O zbeszczeszczonym kościele opuszczonym przez Boga...

Wracajac z politechniki weszłam na chwilę adoracji do kościoła św. Wojciecha. To osmalone okno i część ściany w kaplicy św. Józefa robi koszmarne wrażenie, jakby ślady po wizycie diabła w stylu legendy o Twardowskim. W tej to kaplicy Pawel Maliński miał chędożyć niunie ze swojej wspólnoty na ołtarzu. Nie wiem czy to prawda, ale nie sposob o tym zapomnieć...

W ołtarzu kopia obrazu Chyły z Jezusem Miłosiernym. Patrzę i czuję przygniatające zniechęcenie. Jakby nagle spadły na mnie te trzy czy cztery dekady rozpaczliwych, a calkowicie bezskutecznych modlitw, które swego czasu zanosilam w tym kościele.

Po powrocie do domu wiertara  sąsiada z dołu, o pracy nad analizą tekstów zapomnij. Jestem u kresu psychicznej wytrzymałości. Chwytam za młot i w odwecie walę w podlogę, aż drewniany trzonek się połamał... Jakiś czas już wiercenia nie było, ale jakby adoracja w kościele dominikanów je sprowokowała...

Uświadamiam sobie po raz kolejny, że w rozwiązaniu problemów ciągnących się latami pomogła mi Maryja, a konkretnie pielgrzymka do Częstochowy. Pojechałam pod koniec lutego 2020, a już do końca czerwca miałam złożoną pracę i zdane wszystkie egzaminy. W lipcu pojechalam znowu i 25 listopada obroniłam się. 

W lipcu 2022 pojechałam po raz kolejny i znalazłam pracę najpierw na pól etatu, a potem na cały (po kolejnej pielgrzymce). Maryja potrzebowała kilku miesięcy, żeby odpowiedzieć na moja modlitwę!

Zrobiła jeszcze coś, co najpierw umknęło mojej uwadze - odcięła mnie od kościoła dominikanów, którzy w 2020, na poczatku pandemicznej histerii zamknęli się w awangardzie postępu, zanim ktokolwiek o tym pomyślał. Od marca 2020 byłam tam może ze 2 razy na mszy i zupelni mnie tam nie ciągnie.

Dziś pomyslałam sobie, że być może to po prostu złe miejsce. Kościół zbeszczeszczony odbywajacymi się tam obrzydliwościami. O części wiadomo, a o ilu nie? Może to miejsce już dawno Bóg opuścił, a zamieszkał ktoś zupelnie inny? Może dlatego modlitwy tam zanoszone rozbijają się o betonową ścianę?

Wiem, że to, co napisałam brzmi dziwnie, ale wlasnie taka refleksja przyszla mi dzisiaj do głowy.


piątek, 14 kwietnia 2023

Dlaczego ofiarami pedofilii padają dorośli?

Przeczytałam wczoraj dwuczęściowy tekst Pauliny Guzik pt Towarzystwo Maciejowe na stronie Więzi. To opowieść o nadużyciach seksualnych o. Macieja Szczęsnego SJ, który działał najpierw w Kłodzku, potem w Czechowicach-Dziedzicach, a potem został zesłany do Zakopanego. Byl wspóltwórcą ruchu Magis, który miał łączyć oazy z duchowością ignacjańską. (Piszę to wszystko z pamięci, bo nie chce mi się sprawdzać). Z tekstu wynika, że o. Maciej pracował z młodzieżą szkół średnich, którą przyciągał do Kościoła, bo był charyzmatycznym duszpasterzem...

Wszystko byłoby bardzo pięknie, gdyby nie fakt, że dopuścił się nadużyć natury seksualnej wobec dwóch dziewcząt 18-letnich i jednej 16-letniej, a w każdym razie o tych osobach tekst wspomina. Nie dowiemy się z lektury, czy jezuita ograniczył się do macania, czy też było to regularne wspołżycie seksualne. Autorka, zapewne że względu na ofiary, nie podaje szczegołów. 

I tu jest problem z takimi tekstami. Czytelnik ma się oburzyć wzruszyć i współczuć, a nie ma pojęcia jak sytuacja rzeczywiście wyglądała. Moim zdaniem między niewłaściwym dotykiem a penetracją jest przepaść, choć oczywiście zakonnik nie powinien pozwalać sobie na żadne dwuznaczne/seksualne gesty wobec podopiecznych.

W tekście nie ma nic o tym, że ktorakolwiek z dziewczat zaszła w ciążę, co mogłoby sie stać w sytuacji regularnego współzycia trwajacego co najmniej rok. Z tego wnoszę, że chodziło o "inne czynności seksualne". Żadna z dziewcząt nie protestowala - tak były przerażone tym co się dzieje - a co dziwniejsze nadal przychodziły na spotkania.

Chyba jestem bardzo złym człowiekiem, bo nie rozumiem jak można jednego dnia doznać szoku z powodu seksualnych awansów duszpasterza, a na drugi dzień przychodzić do miejsca, gdzie prawie napewno się to powtórzy... To jest dokładnie ten sam problem, jaki mam z ofiarami Pawła  Malińskiego, które mialy być gwałcone ileś razy dziennie i nie zrobiły nic, aby tego uniknąć...

Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że jezuita jednocześnie darzyl względami co najmniej dwie dziewczyny i co najmniej jednej z nich mówil, że ją kocha...

Ofiary o.Macieja są  nieco młodsze od studentek z wspólnoty Malińskiego, ale mechanizm jest bardzo podobny. Jest gwiazda duszpasterska, ktorej przełożeni zostawiają swobodę działania, bo "przyciąga młodzież". Upojona powodzeniem i calkowicie bezkarna zapomina, kogo ma reprezentować i zaczyna czuć się po prostu samcem alfa w swoim stadzie z wszystkimi tego konsekwencjami, jak niekontrolowany dostęp do wszystkich samiczek...

Owo "przyciąganie młodzieży" jest kluczem do zrozumienia problemu. Jest pewien rodzaj osobowości przywódczej, która pociaga ludzi swoim entuzjazmem, energią, talentem, intelektem czy cokolwiek to jest. Ktoś taki moze byc politykiem, dzialaczem społecznym, wodzem, artystą czy guru, a jego wplyw na ludzi i zachowanie wobec nich będzie identyczne... Nikt z otoczenia nie kwestionuje przywilejów wynikajacych z jego pozycji w stadzie, a kobiety, które wyróżnia swoimi względami, czują się zaszczycone i zazdrosne o siebie nawzajem... Każda chciałaby być tą jedyną, wybraną...

Przełożeni w zakonie powinni mieć świadomość, że ich charyzmatyczny współbrat przyciąga ludzi do siebie, a nie do Kościoła. Jesli liczą, że co najmniej część, coś tam z czasem odnajdzie, to muszą mieć świadomość, że inna część zrazi się na całe życie, a nieuchronne skandale pomogą zohydzić Kościół w oczach społeczeństwa...

Poza tym czy przypadkiem mlodzieżowe/studenckie grupy nie są z zasady źródłem patologii? Może bezpieczniej i pożyteczniej dla młodych byloby być we wspólnocie z ludźmi w różnym wieku? Duszpasterz nie czulby się tak swobodny i bezkarny w ich otoczeniu...

Stawiam tezę, że obecny model duszpasterstwa młodzieży, w którym niedojrzały mlody męzczyzna doznaje zawrotu głowy z powodu grona adorujacych go dziewcząt/chlopców jest żródłem patologii i po prostu musi prowadzić do nadużyć...

Przy okazji warto zauważyć, że ani przypadku Malińskiego, ani o. Macieja, nie można podciągnąc pod pedofilię, o której tyle słyszymy. Mamy do czynienia w dwoma niedojrzałymi narcyzami, którzy nigdy nie powinni znaleźć się w żadnym zakonie, a już napewno nie w pobliżu ludzi młodych i bezkrytycznych. 

Z kolei arcybiskup Paetz to po prostu homoseksualista molestujący młodych mężczyzn w seminarium. Nawet ks. Saduś, którego Karol Wojtyła mial wysłać do Austrii, spowodowal skandal natury homoseksualnej, a sugestia, że chodziło o nieletniego pojawiła się w SB-ckich papierach wiele lat poźniej, dopiero po wyborze metropolity krakowskiego na papieża.

Jedyną publicznie znaną "ofiarą pedofila" jest jak dotąd oszust Lisińki, ktory założyl fundację "Nie lękajcie się kłamać w żywe oczy" zachęcony przez Ekke Overbeeka piewcę Gazpromu i syn znanej poslanki, którym zajmował się aktywista LGBT i terapeuta. (Szczecińskie władze lokalne umożliwiły Krzysztofowi F. niekontrolowany dostęp do mlodzieży w trudnej sytuacji tworząc specjalnie dla niego odpowiedni urząd...)

A może o rzeczywistych pedofilach nie można pisać w Więzi, bo okazałoby się, że są homoseksualistami albo rzadko są księżmi? Bo przecież, gdyby można bylo pani Paulina zapewne opisalaby takie przypadki równie dogłębnie...





niedziela, 9 kwietnia 2023

Marcin Mogielski wreszcie się zdecydował

Na stronie dominikańskiej taki oto tekst:
Ze smutkiem informujemy, że nasz br. Marcin Mogielski w minionym tygodniu opuścił wrocławski klasztor. Szanujemy jego osobistą i poważna decyzję. Niezależnie od jego losów i kolejnych kroków na zawsze pozostanie naszym bratem. Modlimy się za niego i prosimy Was o modlitwę.
O sprawie dowiedziałam się z komentarza czytelnika pod poprzednim wpisem. I co? - ktoś zapyta. I nic - odpowiem. Po pierwsze nie szokuje mnie to wcale. Gdzieś na tym blogu są streszczone co najmniej dwa jego kazania (Św. Dominik przewraca sie w grobie z 9.06.2021 https://singletonreview.blogspot.com/2021/06/sw-dominik-przewraca-sie-w-grobie.html i O zepsutej niedzieli, czyli dominikanie przechodza na ciemną stronę mocy z 6.05.2018 https://singletonreview.blogspot.com/2018/05/o-zepsutej-niedzieli-czyli-dominikanie.html) i własciwie bylo dla mnie dziwne dlaczego ten niewierzący czlowiek udaje księdza katolickiego. Myślę, że dobrze sie stało, że postanowił zakończyć tę maskaradę, bo nie będzie wprowadzał ludzi w błąd.

Ktoś może sie oburzyć, że tak sie wyrażam o zakonniku, który przyczynil się do zdemaskowania Malińskiego, a wcześniej oskarżał ks. Dymera. Powiem tak: nawet jeśli jego zarzuty wobec ks. Dymera i o.Malińskiego były w 100% prawdziwe, a intencje krystalicznie czyste, to jak teraz wygląda ta sprawa po jego odejściu? Ta jedna decyzja pozbawila ją wszelkiej wiarygodności, niestety...

Bracia dominikanie pogrążeni w smutku, a może powinni pogrążyć się w refleksji kogo promują i czynią swoją twarzą...

Pisałam poprzednio o rekolekcjach głoszonych przez młodego paulina, o. Piotra. Były naprawdę dobre i skłaniajace do refleksji. Kościół Bożego Ciała przy Świdnickiej jest równie pojemny jak kościół Św. Wojciech na pl. Dominikańskim i równie dobrze położony. Wypelniony był może w połowie, albo nawet nie... Dlaczego? Bo młody zakonnik nie jest obiektem kultu jednostek "przyciągajacych młodzież do Kościoła" praktykowanego od dekad w zakonie kaznodziejskim.

Tylko to nie jest przyciąganie "do Kościoła" tylko dominkańskiego kółka wzajemnej adoracji. "Przyciągnięci " podlegają ścisłej selekcji według kryteriów, których nie znam, ale się domyślam... Nie będę o swoich domysłach pisać w pierwszy dzień świąt.

P.S.
Tomasz Terlikowski na Onecie wysmażył laurkę dla Mogielskiego, zasłużonego w ujawnianiu skandali seksualnych,  w stylu "Dzielny wojowniku, rozumiem twoją decyzję!"

Troska o skrzywdzonych piękną rzeczą jest, ale red. Terlikowski nie słyszał kazań Mogielskiego, które ja słyszałam. To nie była katolicka nauka. Zresztą sam Mogielski wyznał na twitterze, że w kościele luterańskim czuje sie nareszcie w domu...

Dlaczego czuje sie w domu? Czy są tam same anioły i nie ma skrzywdzonych? Moja odpowiedź brzmi: bo nie musi udawać, że w coś wierzy. Myślę, że luteranizm to tylko etap przejściowy na drodze do stania sie świeckim aktywistą - agnostykiem albo zgoła ateistą.

Terlikowski twierdzi ostatnio, że skrzywdzeni są wszędzie, więc kilka osób jak Łukasz Warzecha czy o.Dariusz Kowalczyk SJ odpowiedziało mu, że nie znają nikogo takiego...O. Kowalczyk został ministrantem w wieku 5 lat, przeszedł przez jezuickie seminarium, ileś dekad życia w zakonie, był prowincjałem, a obecnie wyklada w Rzymie. Czy kłamie?

Nie sądzę. Myślę, że seksualni drapieżcy molestują tylko osoby, u których widzą jakiś odzew na swoje awanse. Jakiś subtelny sygnał, być moze wysyłany nieświadomie...Tu przypomnam sobie mężczyzn, którzy usilowali mnie uwieść, ale wobec zupelnego niezrozumienia  z mojej strony, o co im chodzi, nie byli w stanie... 

Wydaje mi się możliwe, że jeśli ktoś, jako dziecko, doświadczał bliskości wyłącznie podczas czynności seksualnych ze strony rodzica/opiekuna, to może podświadomie taki sygnał wysyłać i reagować na dotyk w sposób, który go predestynuje do roli ofiary... Jest więc możliwe, że większość osób nigdy się z takim problemem nie zetknęła i go nie rozumie.

Ponadto niepokoi mnie przypadek Lisińskiego - oszusta wylansowanego przez szemranego Holendra Ekke Overbeeka -  i jak cyrk obwoźny prezentowanego we wszystkich "odważnych" materiałach medialnyh, a na koniec zawiezionego przez wdowę Diduszko i poslankę Szajbus-Wielgi do Watykanu. Jeśli więc skrzywdzeni są wszędzie, to dlaczego lansować oszusta? Dlaczego to oszust zakłada fundację? Przecież powinno być tysiące osób lepiej nadających się do takiego celu.

Dlaczego obcy agent wpływu, wynajęty do rozwalania wspólnoty i wszystkiego, co ją spaja, kreuje oszusta na męczennika? Przecież to musi wyjść na jaw? Nasuwa się prosta odpowiedź - nie znalazł nikogo innego!




niedziela, 8 maja 2022

O pięknie, które inspiruje i podnosi na duchu

Byłam wczoraj z okazji pierwszej soboty miesiąca u Paulinów na mszy "maryjnej". Niestety odprawiał o. Maksymilian, przeor i skądinąd życzliwy i sensowny człowiek, obarczony jednak tę przykrą przypadłością, że uwielbia swój głos, który przy takich okazjach nabiera kląskających tonów przyprawiających mnie o mdłości. 

O. Maksymilian rozważał - wszystko na to wskazuje - tajemnicę Zmartwychwstania. Cała swoją uwagą poświęcił uczuciom jakich doznawała Maryja, kiedy Jezus się jej ukazał. Ewangelie milczą na ten temat, ale o. Maksymilian się tym nie zrażał i wymownie rekonstruował dialogi, które - jego zdaniem - miały miejsce przy tym hipotetycznym wydarzeniu. Powtarzał przy tym pytanie: Co czuła Maryja? Co czuło serce matki? Wyglądało, że się zawiesił, a byłam już gotowa wybiec z krzykiem i nigdy tam więcej nie wrócić...

Mam alergię na ten rodzaj pobożności. Dlatego przez większość życia chodziłam do dominikanów, którzy - niestety - się zbiesili i serwują wiernym herezję modernistyczną we wszystkich odsłonach i przy każdej okazji. 

Dziś trafiłam nieoczekiwanie do swojej parafii i mimo rozpaczliwego organisty wróciłam podniesiona na duchu. Piękno barokowego wystroju potrafi wiele wynagrodzić... Zamieszczam kilka zdjęć, żeby dać pewne pojęcie o poziomie artystycznym.

Fragment ołtarza głównego z rzeźbami patronów kościoła św. Doroty i Wacława 

Ołtarz główny w całej okazałości, na pierwszym planie piękne barokowe stalle

Św. Jan Chrzciciel u wejścia do prezbiterium (szaty pokryte płatkowym złotem kładzionym na pulment)

Św. Jan Ewangelista trochę nieostry, na pierwszym planie świeżo odrestaurowany ornat z początku XX albo końca XIX w.



środa, 22 września 2021

Łomot upadających autorytetów

  • O. Maciej Zięba świetny zakonnik i prowincjał, wyznawca sukcesu i wolnego rynku, wychowujący nowe elity i promujący się na spotkaniach z czytelnikami ze swoim przyjacielem Michałem Zioło, też świetnym zakonnikiem, który od  dominikanów przeszedł do trapistów jak nie przymierzając Thomas Merton. (Kto go wtedy nie czytał!) No cóż, miał też innych bliskich przyjaciół jak np. Paweł M., dla ratowania którego grozi jego ofiarom "zniszczę was"! Ponadto choroba alkoholowa! "Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni", ale trudno na kogoś takiego patrzeć jako autorytet. Widząc go w ostatnich latach we Wrocławiu, kiedy odprawiał mszę miałam nieodparte wrażenie, że to człowiek całkowicie niewierzący, za to z dużą starannością wypowiadający wszystkie kwestie, których wymaga liturgia. Według dra Krajskiego należał do komisji trójstronnej - międzynarodowej organizacji masońskiej. Bum!
  • Dominikanie, ze szczególnym uwzględnieniem posługujących we Wrocławiu w latach 1996-2000. Ślepi i głusi na to co działo się im pod nosem. Przeor Konopka, który nic nie pamięta, współbracia Pawła M. zbyt taktowni, żeby go upomnieć, lub zbyt onieśmieleni jego sławą mołojecką... Żaden się nie wychylił, bo by wyglądało, że zazdrości sukcesów w dziedzinie "przyciągania do Kościoła", a także w innej, o której nie wypada mówić... Prężne duszpasterstwo akademickie - duma zakonu, którego głównym targetem jest młodzież studiująca. Może mieć różne zastosowania jak się okazuje. My "pozostali wierni" mogliśmy podziwiać z daleka DA Dominik - i jego creme de la creme Wspólnotę św. Dominika - za pomoc powodzianom, organizowanie "świetlicy na ulicy Nowej" i "wyjazdy ewangelizacyjne" do Chin... "Wszystko to marność i pogoń za wiatrem" jak mówi Kohelet... Traaach!
  • "Piękni ludzie" mojej (późnej) młodości. Kto to taki? Opowiem na przykładzie, który pierwszy przychodzi mi do głowy. Piękna osoba jest absolwentką filologii romańskiej, dzięki czemu może swobodnie poruszać się po Francji i nawiedzać sławne nowe wspólnoty jak Wspólnota św. Jana, Ośmiu Błogosławieństw i czegoś tam jeszcze. Piękna osoba rozeznaje swoje powołanie, czy chciałaby należeć, do którejś z nich czy raczej wyjść za mąż....Piękna osoba chodzi sama po górach i zawsze kogoś w tych górach poznaje...  Piękną osobę daje się za przykład osobom szpetnym, które nie robią tych wszystkich rzeczy... Piękne osoby w pięknych nowych wspólnotach zapewne zdążyły się zorientować w co wdepnęły... Może same były równie nie piękne? Baaach!
  • "Wysoko zrealizowani" mistrzowie duchowi występujący najczęściej w buddyzmie. Jednym jest Kalu (lub Karlu) Rinpocze należący do sekty Karma Kagyu, tej właśnie, którą tak energicznie promuje w Europie i Polsce lama Ole Nydahl. Kalu Rinpocze jest starożytny (teraz pewnie już nie żyje) i wygląda jak zasuszony szkielet z nieproporcjonalnie wielką czaszką - maximum ducha minimum ciała. Nic bardziej mylącego. Jego libido zawstydziłoby niejednego młodzieńca. Wykorzystuje seksualnie kobiety i grozi im, że jeśli będą chciały się tym pochwalić, to czeka je kara na ileś tam wcieleń! Postchrześcijańskie Europejki trudniej jednak spacyfikować niż tybetanki urodzone w tej tradycji i rzecz wychodzi na światło dzienne. Nie jest wprawdzie newsem w światowej prasie (nie chodzi przecież o kler katolicki), ale w środowisku buddystów się przebija. Pokazuje dokładnie ten rodzaj chorej zależności jaki wytwarzał sławny Paweł M. Guru jest ponad mieszczańską moralnością, jeśli chcesz być jego uczniem, to traktuj wszystko, co z tobą robi jako zaszczyt i pomoc w drodze do własnego oświecenia czy czegoś tam innego. Mistrzowie Zen biją uczniów kijem po kręgosłupie, Paweł M lał pasem po gołej pupie...Bęc!
  • Z innej bajki: Ziemkiewicz przypomniał na YouTube książkę Moiry Greyland The last closet. To jej wspomnienia z domu rodzinnego. Dom był niezwykły, bo rodzice nieprzeciętni -Marion Zimmer Bradley i Walter Breen,  pisarka science fiction i fantasy oraz wybitny numizmatyk, oboje eksperymentujący w dziedzinie seksu, oboje identyfikujący się jako homoseksualiści. Walter Breen był czynnym pedofilem i działaczem na rzecz akceptacji pedofilii, popieranym w tym przez żonę. Oboje molestowali swoje dzieci, przy czym matka jeszcze znęcała się nad nimi. Lektura - jak sobie wyobrażam - niewesoła. Moira Greyland stwierdza, że z dwojga złego, to ojciec-pedofil był w porównaniu z matką-potworem zdecydowanie lepszym człowiekiem. Nie powstrzymało jej to od zgłoszenia na policję jego przestępczych czynów, co zaowocowało 12-letnim wyrokiem więzienia. Umarł w trakcie odsiadki. Czytając w czasach odległych co najmniej o 30 lat Mgły Avalonu Marion Zimmer-Bradley (w niemieckim przekładzie, bo polskiego jeszcze nie było) zdawałam sobie sprawę, że autorka jest feministką wrogą wobec Chrześcijaństwa, a mimo to pozostawałam pod wrażeniem jej wizji! Moira Greyland wymienia wiele innych sławnych nazwisk jak Isaac Asimov (ten od Kroniki Akaszy), którzy również mają podobne dokonania na niwie obyczajowej. Łuuups!

A więc drogi czytelniku jeśli masz zastrzeżenia do własnego środowiska rodzinnego i szukasz kogoś mądrego, kto wie lepiej, to zachowaj daleko posuniętą ostrożność, bo możesz trafić z deszczu pod rynnę.

poniedziałek, 20 września 2021

Na marginesie Traditionis Custodes i raportu komisji Terlikowskiego

Wysłuchałam dziś komentarza o. Remigiusza Recława SJ o tradycjonalistach (Tradycjonaliści - o co tu chodzi? - wyjaśnia o. Remigiusz Recław SJ) przy okazji motu propriu papieża Franciszka Traditionis Custodes. To już drugi komentarz na ten temat (po wczorajszym o. Szustaka) pochodzący od osób nastawionych do mszy trydenckiej i jej zwolenników - delikatnie mówiąc - krytycznie.

Od razu się zastrzegam - nie chodzę na mszę trydencką. Z poważnymi zarzutami pod adresem niektórych ojców soborowych na Vaticanum Secumdum i krytyką tzw. Novus Ordo zapoznałam się stosunkowo niedawno. Nie wpłynęło to na zmianę rytu mszy. Porzuciłam wprawdzie dominikanów, gdyż moim zdaniem skompromitowali się podczas pandemii (zanim sprawa o. Pawła M. wypłynęła w całym fascynującym bogactwie szczegółów), ale nadal uczestniczę w  mszach Novus Ordo odwiedzając różne kościoły w mojej okolicy.

Bardzo smutne wydaje mi się, że inernetowi kaznodzieje typu o. Szustaka czy o. Recława nie mają praktycznie żadnych argumentów na pognębienie tradycjonalistów poza ogólnikami typu:
  • nie idą z duchem czasu (identyfikowanym przez o. Szustaka z Duchem Św., moim zdaniem bezpodstawnie)
  • są "uczonymi w prawie" na podobieństwo faryzeuszy, legalistami, którzy przywiązują nadmierną wagę do nieistotnych szczegółów (o. Recław)
  • "wiedzą  lepiej" i "tylko oni mają rację" stad ich niechęć do ekumenizmu (o. Recław)
  • na skutek nadmiernej koncentracji na prawie nie są w stanie pojąć Boga, który jest miłością (o. Recław) 

Tym ogólnikom towarzyszyło przewracanie oczami i uciekanie wzrokiem (o. Szustak) oraz wymachiwanie rękami i prezentowanie inernetowych stron tradycjonalistów podszywających się pod katolików jak np. P. Ch. 24 (o. Recław) .

Kiedy porównamy ten rodzaj podejścia do tematu, z argumentami (za mszą trydencką, przeciw decyzjom soboru) prezentowanymi np. przez Pawła Lisickiego czy prof. Jacka Bartyzela, mamy intelektualną przepaść. Przede wszystkim możemy się dowiedzieć o faktach tzn.:

  • jak mała grupa progresistów z krajów północnej Europy za pomocą sztuczek proceduralnych dokonała czegoś w rodzaju zamachu stanu na soborze
  • jak odrzucono przygotowane przez kongregację nauki wiary schematy
  • jak celowo niejednoznacznie formułowano dokumenty soborowe, aby je potem móc dowolnie interpretować
  • jak kilkuosobowa komisja wymyśliła nową liturgię praktycznie z powietrza, kilka lat po soborze i niezgodnie z jego wytycznymi
  • jaki wpływ na dalsze losy Kościoła miały przyjęte dokumenty
Nie wydaje mi się dziwne, że wielu innych ludzi zna te fakty i potrafi wyciągać wnioski. Może właśnie dlatego ani sam papież Franciszek, ani popierający go duchowni nie zamierzają rozprawiać się z tradycjonalistami w drodze dyskusji. Nie mają bowiem żadnych argumentów. Pozostaje im jedynie przedstawienie ich jako sztywnych neopelagianistów, których bezwzględnie wyłącza się z "dialogu", do którego zaproszeni są wszyscy ochrzczeni. "Ja kasuje wszystkie komentarze tradycjonalistów" - powiedział o. Szustak z niesmakiem, jaki wzbudziła w nim sama myśl o tych obmierzłych istotach.

Powiedziałam już, że zwolennicy mszy trydenckiej to nie moja bajka, ale otwarcie głoszone herezje, rozmywanie nauki Kościoła, zastępowanie jej infantylnymi bredniami i polityczną poprawnością to zupełnie inna historia. 

Nikt mi nie powie, że knowania mafii Sankt Gallen odbywały się pod natchnieniem Ducha Św., albo że upodobał on sobie kardynała Martiniego i jego duchowych spadkobierców pragnących nadrobić owe 200 lat zapóźnienia (jakie Kościół ma) w stosunku do rewolucji francuskiej.

Nie ma nic bardziej wchrzaniającego u dorosłych ludzi niż infantylizm, i niebezpiecznego zarazem - vide casus o. Pawła M. Sposobem mówienia i epatowania słuchaczy swoimi emocjami nieco przypominał Szymona Hołownię. Na sam wygląd nie sposób było traktować go poważnie, dlatego z trudem przyszło mi uwierzyć w koszmarne zarzuty - jak gwałt i przemoc fizyczna - które na nim ciążą. Po przeczytaniu obszernych fragmentów raportu komisji Terlikowskiego moje nastawienie uległo pewnej zmianie.

Bywałam na tych mszach o uzdrowienie, przed którymi celebrans gwałcił jedną z wyznawczyń w zakrystii lub kaplicy św. Józefa i kazał jej całować "swojego dzidziusia" (sic). "Duch Św." tak go natchnął, żeby było więcej uzdrowień! Potem ta sponiewierana niunia robiła za prorokinię, ogłaszając zachęcana przez swojego guru, kogo Pan Jezus uzdrawia i z czego... Ohyda i brak słów.

Pamiętam owo wielkie dzieło - świetlicę środowiskową przy ulicy Nowej - to jak rozumiem miało być miejsce w którym członkowie Wspólnoty św. Dominika mieli razem mieszkać jak nowe wspólnoty we Francji - św. Jana czy Ośmiu Błogosławieństw. Przy każdej okazji o. Paweł donosił licznie zgromadzonym wiernym jak postępują prace w tym lokalu. Znaczy kłamał od początku, żadna świetlica tylko własna siedziba wspólnoty, gdzie krzyki rozmodlonych członków nie będą zwracać niczyjej uwagi, podobnie " wypędzanie demonów ch....m" jak to ujęli współbracia (jednak mieli jakieś pojęcie o tych niecodziennych praktykach). Rozumiem, że wyłudzone od wyznawców pieniądze poszły na ten cel. Na co konkretnie, skoro lokal przyznało miasto?

Przeor Konopka nic nie widział i nie pamięta, poza działaniem Ducha Św. i tłumami w kościele oczywiście. To bardzo ciekawy wątek. Pamiętam jak udałam się do klasztoru na umówioną spowiedź do jednego z ojców (nie Pawła M.) Przeor był tak zaciekawiony, że pod jakimś kulawym pretekstem próbował wparować do środka. Nie wierzę, że nie interesował się młodymi laskami mieszkającymi za klauzurą i nie zdawał sobie sprawy co się tam odbywa.

Przeor nie radzi sobie ze swoim alkoholizmem, a prowincjał z chorobą alkoholową - sławna demokracja dominikańska! Normą jest wybieranie ludzi słabych i łatwych do skompromitowania - wszyscy mogą robić co chcą (no i robią jak widać w raporcie). No może nie wszyscy, ale gwiazdy przyciągające tłumy zdecydowanie tak. Czy coś się zmieniło w tej kwestii?









sobota, 3 lipca 2021

Taki mamy klimat (duchowy)

Ponowna lektura Nie krocz za mną - najbardziej interesującej książki ostatniej dekady - uruchomiła we mnie lawinę wspomnień. Lata 90-te ubiegłego wieku. W każdej szkole podstawowej w wynajętej sali uczeń Sri Chimnoya, hinduskiego guru robiącego kasę na Zachodzie uczy zacofanych Polaczków  medytacji. Na Łokietka  regularna szkoła dla czarownic, gdzie można studiować radiestezję, reiki i Bóg wie co jeszcze, weekendowe kursy z doskonalenia umysłu metodą da Silvy prowadzi pracownik naukowy Politechniki Wrocławskiej (o ile dobrze pamiętam). 

W każdej księgarni wśród bogatej oferty New Age książki lamy Ole Nydahla, a na każdym słupie ogłoszeniowym plakaty reklamujące jego wykłady. To duński uczeń XIV Karmapy, głowy szkoły Karma Kagju, jednej z czterech sekt buddyzmu tybetańskiego. W Polsce prowadzi działalność misjonarską, zakłada liczne ośrodki "diamentowej drogi" w tym dzikim i ciemnym kraju, po czym pisze o tym książki. 

Nie byłam na ani jednym wykładzie, ale książki podczytywałam w ramach mojego ówczesnego zainteresowania Tybetem. Znacznie więcej niż o duchowej tradycji tego kraju można dowiedzieć się o samym  "lamie Ole", który bardzo eksponuje swoje cechy samca alfa. Romanse, szybka jazda samochodem i typ wyznawców, którzy mogliby służyć w kompanii reprezentacyjnej jakiejś armii, a wyznawczynie biegać na wybiegach na pokazach mody. Żadnego "kościółkowego" obciachu (choć liczne kiczowate symbole i rekwizyty buddyjskie widoczne na każdym zdjęciu), to oferta dla inteligentnych i otwartych młodych ludzi. Tacy ludzie źle się czują w Kościele Katolickim z jego dziwacznymi rytuałami i wierzeniami, ale nie mają żadnych oporów, żeby wierzyć, że czarna korona Karmapy wykonana jest z włosów żeńskich bytów duchowych. Nie wydaje im się też dziwne zwracanie do młodych tybetańskich mnichów na występach gościnnych przez "rinpocze" (drogocenny) i traktowanie ich jak nie przymierzając papieża. No cóż widocznie nie jestem dość otwarta, żeby to pojąć.

Celibat wymagany od mnichów nie jest zbyt ściśle przestrzegany, zwłaszcza na występach gościnnych na Zachodzie, gdzie wyzwolone groupies poczytują sobie za zaszczyt ten rodzaj bliskich spotkań. Gdyby jednak nie doceniały takiego zaszczytu, to można je postraszyć przekleństwem na ileś tam wcieleń i spokój (przypadek starożytnego Kalu Rinpocze). Prasa jakoś dziwnie nie interesuje się takimi skandalami wśród wyznawców buddyzmu, choć wobec nieporównywalnie silniejszej pozycji "mistrza duchowego" (który może dowolnie dysponować uczniem) niż duchownego jakiegokolwiek wyznania chrześcijańskiego są one bardziej prawdopodobne, a głosy ofiar bardziej tłumione.

Przyznam, że owo podejście - misjonarz jako samiec alfa, pozyskujący wyznawców urokiem osobistym i dystansujący się wobec oficjalnych przedstawicieli swojej religii, bardzo przypomina mi o. Adama Szóstaka OP. Nie wiem do czego posunie ów charyzmatyczny dominikanin, ale Ole Nydahl nie uznał - wbrew opinii Dalaj Lamy - następcy XIV Karmapy i wypromował zupełnie inne tybetańskie dziecko jako kolejne wcielenie swojego mistrza. Otwarci wyznawcy zgodzili się z nim, choć nie wiem czy byli w stanie samodzielnie rzecz całą zbadać, zamknięci tzn. "kościółkowi" uznali wybór oficjalny. Nastąpił podział majątku buddyjskich ośrodków jak przy rozwodzie...

Wracając do Nie krocz za mną, to pewne opinie wyrażone, przez skażonych lucyferyczną inicjacją pradziadka członków rodziny autorki są bardzo podobne, do poglądów wypowiadanych przez niektórych dominikanów i wysokich rangą hierarchów Kościoła. 

Rose Mary tak charakteryzuje ich "światopogląd post-spirytystyczny":

  • Mam żywe doświadczenie duchowe
  • Swój światopogląd buduje na tym doświadczeniu (...) Np. (...) kilka spokrewnionych osób (...) doświadczyło wizji bywania w pewnym pokoju - jak gdyby w poczekalni między życiem a śmiercią, w której spotykali zmarłych. Przesłanie tego doświadczenia było takie, że nie należy niepokoić się śmiercią ani powagą grzechu (...).
  • Nie szukam autorytetu na zewnątrz. Autorytet stanowię dla siebie, ja sam i podobne mi osoby. Księża, popi, pastorzy się na tym nie znają, bo nie uczestniczą w tym doświadczeniu, które jest żywym kontaktem z "tamtym" światem. Księża są z ludu i to, co Kościoły mają w swoim nauczaniu jest wersją dla ludu, będąca niezdarnym przybliżeniem tego, czego doświadczam, ponadto zawiera nieprawdziwe pedagogicznie elementy jak np. straszenie piekłem. Źródłem Prawdy nie są Kościół ani Tradycja, ale moje własne doświadczenie (...). Księża z ludu nie maja pojęcia o doświadczeniu elit, nie ma z nimi podstaw do rozmowy (...)

Brzmi znajomo?

Autorka wspomina lekcje religii przed pierwsza komunią, kiedy to mama "odkręcała" po każdej katechezie sens wypowiedzi starej siostry zakonnej:

Moim zdaniem ta moja wiara, którą otrzymałam od prostej zakonnicy była szczera i jeżeli ciągle nie byłaby rozbijana przez - w mniemaniu rodziców "łagodzące", a w istocie dezorientujące - komentarze, można by na tym spokojnie dalej budować ( była to faktycznie niezła teologia, która nawet dzisiaj mi się bardzo podoba). Nasi rodzice oczekiwali jednak czegoś innego. Pamiętam jak mówiono "na Zachodzie jest już inaczej, tam jest świadomość tego, że wszystkie wiary są połączone, że religie to wszystko jedno i to samo" 

Brzmi znajomo?

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że osoba w prawdziwej i bardzo poważnej duchowej potrzebie nie mogła znaleźć w Kościele pomocy od tych, którzy powinni być ekspertami w tej materii. Dezorientacja całkowita - seanse "uzdrowiciela" Clive'a Harrisa po kościołach, ks. Klimuszko popisujący swoim mediumicznym "talentem", zakonnice praktykujące Reiki itp. 

Przy spowiedzi ksiądz wypytuje o grzechy związane z seksualnością dziewczynę, która jeszcze nawet o tym nie myśli, a nie rozumie naprawdę poważnych problemów duchowych, o których usiłuje opowiedzieć. To takie prawdziwe. Właściwie ten jeden szczegół przekonuje mnie do wiarygodności całego świadectwa Rose Mary. 

Nieszczęsna trafia nawet do dominikańskiego ośrodka monitorowania sekt. Jak łatwo się domyślić młody zakonnik nie rozumie o czym ona mówi. Jego studia ewidentnie pominęły cały obszar zjawisk natury duchowej - pomoc ofiarom sekt to w jego mniemaniu uświadomienie im psychomanipulacji jakiej są poddane. Realnego istnienia rzeczywistości duchowej nigdy nie brał pod uwagę. No dobrze, ale po cholerę w takim razie został duchownym katolickim, a nie terapeutą specjalizującym się w przemocy psychicznej? Może mi to ktoś wyjaśnić? Po ki grzyb Kościół, który jest jeszcze jedną poradnią psychologiczną czy organizacją charytatywną? Po co komu świecki aktywista jak np. o. Marcin Mogielski OP przebrany w habit i ornat?  Po co komu zakon ojców niewierzących i zniechęcających do praktykowania wiernych?

Na którymś etapie swojej opowieści Rose Mary wyznaje jak bardzo irytowały ją świadectwa typu "byłem niedzielnym katolikiem, ograniczałem się do niedzielnej mszy i komunii, ale dopiero na spotkaniu jakiejś tam wspólnoty spotkałem Jezusa" lub coś w tym stylu. Autorka pragnęła z całego serca być tą pogardzaną "niedzielną katoliczką" i choć raz w tygodniu przystępować do komunii, ale na skutek inicjacji pradziadka żyła w stanie lęku przed Bogiem, który jej to uniemożliwiał. Każdy krok w jego kierunku skutkował wzmożoną aktywnością zupełnie innej centrali.

Na szczęście dla siebie spotkała kilku księży, którzy rozumieli co się z nią dzieje, a sama była dość inteligentna, żeby znaleźć stare obśmiane teksty opisujące doświadczenia, które stały się jej udziałem (jak np. Młot na czarownice). Wyszła z tego i napisała świadectwo pomocne innym ludziom w podobnej sytuacji. No cóż dożyliśmy czasów, kiedy to świeccy stają się ekspertami od spraw duchowych, a duchowni przede wszystkim chcą być COOL i boją się tej materii jak ognia piekielnego, w który zresztą nie wierzą.


środa, 9 czerwca 2021

Św. Dominik przewraca się w grobie...

 ... patrząc na zakon, który założył do walki z herezją.

Wracając z przychodni na pl. Dominikańskim (gdzie z pewną panią zrobiłyśmy niezłą akcję wyrzucania przedstawiciela handlowego z gabinetu dermatologa) z przyzwyczajenia weszłam do Kościoła św. Wojciecha. Trafiłam na Ewangelię i kazanie sławnego o. Marcina Mogielskiego, który tak porządnie się zachował, opowiadając się po stronie ofiar o. Pawła Malińskiego, w tzw. skandalu wrocławskim.

Jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć na czym polega herezja modernizmu w czystej postaci, to powinien posłuchać wywodu o. Marcina luźno zainspirowanego dzisiejszym czytaniem z Ewangelii św. Mateusza (5, 17-19). Najkrócej rzecz ujmując nie należy wyśmiewać się z tego, co przekazały nam przeszłe pokolenia, choć to takie głupie i naiwne. Wszyscy bowiem jesteśmy w procesie ewolucji i przyszłe pokolenia będą wyśmiewać się z nas (np. z tego, że dominikanie chodzili w habitach). Depozyt wiary też ciągle ewoluuje i to co niegdyś wydawało się prawdą, teraz nią już nie jest. 

Kiedyś wierzono, że Pan Bóg karze ludzi piekłem za złe życie (choć już Orygenes i św. Grzegorz z Nyssy mieli inne zdanie), a teraz wiemy, że to nieprawda, bo Chrystus umarł za wszystkich i zbawił wszystkich (tzn. wszyscy są zbawieni, choćby nawet nie chcieli). Dobre uczynki są tylko wyrazem bezinteresownej miłości i nic nie zmieniają w naszej sytuacji. Coś takiego głosił też Luter, a potem był zdziwiony całkowitym upadkiem wszelkich dzieł miłosierdzia wśród swoich wyznawców kontrastującym z ich rozkwitem w Kościele Katolickim.

Kiedyś bito dzieci!!! Strachem zmuszano je do uległości! Wychowywano niewolników, a nie ludzi wolnych. A tymczasem z niewolnika nie ma pracownika! Wszystko ewoluuje, znaczy wszystko jest płynne jak nie przymierzając u Baumana... Znaczy Prawdy po prostu nie ma! Uznajemy za nią raz to, raz coś innego jak nam się w danym momencie wydaje...

Rozglądam się po kościele- wszyscy słuchają spokojnie, a mnie tymczasem bardzo świerzbi ręka i nie tylko od egzemy... Po kazaniu wychodzę. Mam całkowitą jasność, że nie powinnam pozostawać tu ani chwili dłużej. Jeśli tak ma wyglądać Kościół przyszłości, to dziękuję bardzo.

P.S.

  1. Zastosowanie teorii ewolucji do chrześcijaństwa proponowane przez Teilharda de Chardin zostało w swoim czasie przez Kościół potępione, podobnie zresztą jak poglądy Orygenesa. Czy od tego czasu pojawiło się jakieś nowe sekretne objawienie, które nakazuje zrewidować dotychczasową doktrynę? Czy jest to odkrycie bardzo otwartego o. Marcina Mogielskiego, papieża Franciszka czy jakiegoś niewierzącego niemieckiego teologa? 
  2. Nic mi nie wiadomo, żeby absurdalna wiara w postęp była oficjalną doktryną Kościoła. Gdyby tak było musielibyśmy uznać o. Marcina Mogielskiego, za lepszego teologa niż św. Tomasz z Akwinu, a jego autorytet w sprawach wiary i moralności większy niż wszystkich Ojców Kościoła, papieży i soborów przeszłości. 
  3. Postęp ludzkości  jest szczególnie dobrze widoczny w dziedzinie sztuki, wystarczy porównać malarstwo Tycjana z beczką pełną odchodów słonia- "dzieło" holenderskiego "artysty", którego nazwiska nie pamiętam. 
  4. Masowa aborcja, doświadczenia na płodach, zabijanie na narządy, surogacja, wymuszona akceptacja dla pederastii, programowe zaburzanie dzieciom identyfikacji płciowej, eutanazja - to ewidentne dowody na postęp w dziedzinie moralności...
  5. Kiedyś bito dzieci w celach wychowawczych. Cóż za okrucieństwo! Dziś się je zabija milionami w łonach matek, zabiera rodzicom pod najbardziej idiotycznymi pretekstami, sprzedaje do burdeli albo na części zamienne. Postęp moralny ludzkości jest imponujący. Kościół musi za nim nadążyć!
  6. Piekło będzie puste! O. Mogielski jest lepiej poinformowany niż Pan Jezus, który na kartach Ewangelii wielokrotnie twierdzi coś przeciwnego! Ach, przecież to nie jego słowa! To głupi ewangeliści włożyli mu w usta stan świadomości swoich współczesnych! Ach, przecież to nie ewangeliści znani z imienia są autorami Ewangelii, tylko ktoś całkiem inny. Skąd to wiadomo? No właśnie nie wiadomo! Ktoś musiał mieć sekretne objawienie wyższej rangi niż Pismo Święte...
  7. Powinniśmy mieć szacunek, dla tych głupich i śmiesznych ignorantów, którzy przekazali nam wiarę? Właściwie dlaczego, skoro tyle prywatnych objawień zdarza się ludziom otwartym na Ducha Świętego. Tylko w samym zakonie kaznodziejskim o. Paweł Maliński i o. Marie-Dominique Philippe wnieśli świeże podejście do seksu rytualnego jako narzędzia uzdrowienia!
  8. Słowa o szacunku dla pogardzanych prostaczków były - jak podejrzewam - zainspirowane komentarzem Pawła Lisickiego do wywiadu z o. Szustakiem, z tym że publicysta nie traktował naszych przodków protekcjonalnie, tylko wskazywał na obiektywną wartość ich pobożności i wierności.
  9. Było coś jeszcze o formowaniu dogmatów wiary, że jest bardzo niewłaściwe, bo ogranicza Ducha Świętego. Nauka Kościoła powinna być bezkształtną magmą, aby wszystkie, dokładnie wszystkie poglądy się zmieściły, bo po co ludzi dzielić!
  10. O. Mogielski nie wspomniał o akceptacji dla związków homoseksualnych, choć miałam nieodparte wrażenie, że całe jego kazanie jest do tego wstępem (tu mogę się mylić i krzywdzić przykładnego zakonnika brzydkimi podejrzeniami).

czwartek, 13 maja 2021

O gniewie w ujęciu "paulińskim" i "dominikańskim"

Bardzo ciekawe jak podejście do pewnych grzechów głównych może się zmieniać w zależności od tego, gdzie się spowiadamy. U dominikanów mój gniew na rowerzystów terroryzujących pieszych na chodnikach Wrocławia był zrozumiałą reakcją na zjawisko patologiczne. Problemem było jedynie co z tym uczuciem robię, czy bezsilnie miotam przekleństwa, czy w też próbuję wpływać na władze miejskie, rozpocząć dyskusję w mediach albo zorganizować społeczny opór. Do tych konstruktywnych działań, mających na celu wyeliminowanie tej groźnej patologii z przestrzeni publicznej, byłam wręcz przez spowiednika zachęcana.

W ujęciu paulińskim natomiast mój gniew wskazuje na patologię we mnie samej. Nic, co dzieje się w otaczającej rzeczywistości go nie tłumaczy. Innymi słowy to nie rowerzyści są problemem, tylko moja reakcja na nich.

Interesującym zbiegiem okoliczności sama (z pomocą boską) próbowałam zmienić swoje nastawienie do wszystkich, którzy działają mi na nerwy. Modliłam się za wszystkie kategorie takich osób, ze szczególnym uwzględnieniem uciążliwych sąsiadów i aroganckich, bezmyślnych rowerzystów zagrażających bezpieczeństwu pieszych na chodnikach Wrocławia. W wyniku tej modlitwy musiałam po raz enty stanąć do konfrontacji z moimi młodymi sąsiadkami i po raz enty przekonać się o ich zupełnym braku poszanowania dla praw i potrzeb innych ludzi.

Co więcej czekając w kolejce na badania lekarskie usłyszałam dwie starsze panie rozmawiające o chamskich, a bezkarnych rowerzystach. Jedna z nich twierdziła, że zawsze reaguje, choć naraża się przy tym na wyzwiska. Postrzegała to jako swój obywatelski obowiązek, gdyż brak reakcji rozzuchwala ich coraz bardziej. Innymi słowy wypowiedziała dokładnie moje zdanie na ten temat. 

Więc jak to jest, drodzy ojcowie paulini? Jeśli rzeczywistość zewnętrzna nie istnieje, lub nie ma w niej żadnych problemów, to jakim cudem owa starsza dama zobaczyła w niej dokładnie to samo, co ja widzę i wybrała dokładnie taką samą reakcję? A może jednak istnieje i pełna jest patologii, na które chrześcijanin ma obowiązek reagować?

Zapewne nad gniewem - tak samo jak nad wszystkimi innymi uczuciami - człowiek powinien panować jak jeździec nad swoim koniem. Takim wierzchowcem jak gniew powinniśmy posługiwać się umiejętnie - wykorzystać energię, ale nie dopuścić do głosu jego destrukcyjnych (albo autodestrukcyjnych) tendencji.

Wracając od spowiedzi widzę młodego rowerzystę szczególnie ostentacyjnie ignorującego przepisy. W duchu konieczności zmiany swojego nastawienia do rzeczywistości zagaduje go bardzo uprzejmie, nieszczerze szczerząc uzębienie pod maseczką:

- Bardzo pana przepraszam, ale dlaczego właściwie nie korzysta pan ze ścieżki rowerowej- która jest tuż obok - tylko z przejścia dla pieszych? Pytam z czystej ciekawości...

Młodzieniec nie wie co powiedzieć, wsiada więc na rower i odjeżdża na drugą stronę ulicy środkiem przejścia dla pieszych. Odwrócony do mnie ogonem rzuca na odchodnym:

- Pasy czy ścieżka rowerowa, co to za różnica? Dla wszystkich miejsca wystarczy!!!

Cóż, odpowiedź w duchu prawdziwie paulińskim. Jednak strach pomyśleć, co by było gdyby według tej zasady zaczęli postępować kierowcy ciężarówek...

wtorek, 27 kwietnia 2021

Co się stało z kościołem św. Wojciecha?

Wybrałam się dzisiaj pieszo do sklepu z drewnem celem zaopatrzenia się w listwy potrzebne mi do "odremontowania" szafek kuchennych, oraz oprawiania dużych płócien. Szłam przez Plac Dominikański i oczywiście wstąpiłam do kościoła św. Wojciecha, w którym spędziłam setki, a może tysiące godzin na mszach, adoracji i czekając do spowiedzi przez ostatnie ponad 30 lat. To miejsce było moim "duchowym domem". 

Nie chodzę tam od czasu zeszłorocznego niesławnego zamknięcia pod pretekstem pandemii, zanim jakiekolwiek oficjalne obostrzenia weszły w życie. Potem byłam jeszcze kilka razy na mszy i u spowiedzi, ale odkąd odmówiono mi komunii do ust, mimo, że podeszłam na końcu, jak tam jest przyjęte, nie mam ochoty narażać się na coś podobnego. Niemniej siłą przyzwyczajenia zawsze tam wstępuję na chwilę modlitwy, kiedy jestem w pobliżu.

Nic na to nie poradzę ale odkąd nie ma tam adoracji miejsce wydaje mi opuszczone przez Boga, wręcz zdesakralizowane. Wiem, że to brzmi dramatycznie i przesadnie, ale mam takie odczucie jakbym odwiedzała opuszczony, popadający w ruinę dom kogoś bliskiego, gdzie spędziłam pół życia.

Klęcząc w kaplicy bł. Czesława wspominałam wszystkie godziny spędzone przed najświętszym sakramentem w czasach kiedy adoracja się tam odbywała, swoje rozpaczliwe modlitwy tak intensywne, że powinny zrobić dziurę w sklepieniu, a nie poruszały nic, zupełnie nic, jakby odbijały się od betonowej ściany. Pomyślałam, że zawsze modliłam się nie o to, co trzeba... No cóż, nigdy nie wiedziałam o co trzeba i niewiele się pod tym względem zmieniło.

Wszystkie te słowa, których tak uważnie słuchałam, wszyscy ci ludzie, którzy wypowiadali je z przejęciem, jakby rzeczywiście wierzyli w to, co głoszą... Wszystko już nie aktualne? 



wtorek, 6 kwietnia 2021

O fałszywych mistykach i równie fałszywych powołaniach

Z poczucia kronikarskiego obowiązku przeczytałam tekst Pauliny Guzik w Więzi (Recydywa u dominikanów) i dwa artykuły Sebastiana Dudy w tym w tymże samym periodyku (U dominikanów nie było superwizji, tylko struktura klerykalnej władzy; Mistyczne wodzenie na pokuszenie). Dwa pierwsze teksty były bardzo interesujące (a komentarze pod nimi jeszcze bardziej), trzeci natomiast zaskoczył mnie śmiałą tezą, że KAŻDE doświadczenie mistyczne jest rodzajem patologii prowadzącej do nadużyć seksualnych. W takiej pespektywie o. Paweł M. byłby PRAWDZIWYM MISTYKIEM ze wszystkimi tego nieuchronnymi konsekwencjami. Twierdzenie, moim zdaniem dość karkołomne i nie trzymające się kupy. 

W całej historii Kościoła świadomość, że doświadczenia mistyczne mogą być zwodzeniem wiadomo kogo istniała zawsze. Istniała również kompetentna kadra radząca sobie z oceną konkretnych przypadków. Założenie, że p. Sebastian Duda wie lepiej, bo czuje się  zażenowany jakimś passusem z dzieł św. Teresy Wielkiej wydaje mi się słabe.  A już wniosek, że ponieważ opis rozkosznego bólu zadawanego mistyczce przez anioła budzi erotyczne skojarzenia, tego rodzaju doświadczenie musiało prowadzić do (albo być skutkiem) realnych nadużyć seksualnych, wydaje mi mocno naciągany. Jakich nadużyć seksualnych mogłaby dopuszczać się hiszpańska święta, albo nasza rodzima siostra Faustyna? Wydaje się, że p. Duda mocno wykracza poza swoje kompetencje coś takiego sugerując, tylko dlatego, że kilku dominikanów (bracia Philippe i Paweł M.) oraz jeden świecki (Jean Vanier) w 20 wieku wykorzystywali seksualnie kobiety pod pozorem "kierownictwa duchowego". 

Bardzo irytują mnie próby powiązania rzekomej wiary czy też pobożności tego rodzaju ludzi z ich aktywnością seksualną. Bardziej realistyczny wydaje się wniosek, że oni po prostu byli seksualnymi drapieżcami i poszukali sobie dobrego kamuflażu jak nie przymierzając Jimmy Saville z BBC, kardynał McCarrick czy o. Marcial Maciel Degollado. Ewentualnie ich coraz śmielsze ekscesy "duszpasterskie" wynikały z bezkrytycznego uwielbienia powierzonych sobie ludzi z jednej strony, a braku jakiejkolwiek kontroli przełożonych z drugiej. 

Każdy, kto miał szansę widzieć o. Pawła w akcji musiał zauważyć, że  poziom jego "pobożności" był wprost proporcjonalny do ilości widzów gotowych ją podziwiać. Praktyk religijnych używał, jak Freud swojej psychoanalizy i kozetki, do uwodzenia .

Muszę być bardzo złym człowiekiem, bo stwierdzenie jednej z ofiar "charyzmatycznego duszpasterza", że była gwałcona trzy razy dziennie nasunęło mi proste pytanie: co ona jeszcze robiła w zasięgu jego wzroku  po pierwszym razie?!!! Czekała na kolejne dwa?!!! Jeszcze ciekawszy jest przypadek najświeższej ofiary, siostry zakonnej, która z własnej inicjatywy skontaktowała się z obłożonym karami dominikaninem w 2011, odbyła z nim co najmniej jedną rozmowę duszpasterską w pozycji leżącej oraz liczne wielogodzinne nocne sesje telefoniczne, aż wreszcie doszło do "przekroczenia granicy" w 2018 roku, kiedy to gościł w jej klasztorze w charakterze rekolekcjonisty.

Sama nie wiem dlaczego poświęcam tyle czasu i energii temu niechlujnemu ptaszysku i jego nieszczęsnym wielbicielkom. Tak naprawdę najbardziej wkurzyło mnie uświadomienie sobie jak bardzo my, świeccy wierni, jesteśmy gotowi traktować poważnie sugestie szemranych indywiduów tylko dlatego, że noszą habit. Rzeczony Paweł M. wmówił iluś tam młodym mężczyznom powołanie zakonne. Twierdził, ze to Bóg żąda od nich rozstania z dziewczyną, z którą planowali spędzić życie, tak jak żądał od patriarchy Abrahama złożenia w ofierze jedynego syna Izaaka. Im więcej takich "powołań" napędził zakonowi, tym mocniejszą miał w nim pozycję i tym trudniej było go ruszyć.

Wygląda wręcz na to, że tzw. duszpasterstwa akademickie są rewirami łowieckimi. gdzie poluje się na przystojnych młodych mężczyzn. Ciągnące tam licznie dziewczęta są tolerowane wyłącznie jako przynęta, co zresztą otwartym tekstem napisał swego czasu o. Popławski. Ilu młodych ludzi ma tą świadomość, a ilu w swojej naiwności oczekuje chrześcijańskiej zdrowej formacji, nawiązania licznych przyjaźni, a może nawet znalezienia  miłości?

Jakie kompetencje ma dwudziestoparo- albo trzydziestoparolatek żeby sugerować komukolwiek jaką drogę życia powinien obrać? Jakie kompetencje ma zakonnik, żeby namawiać młodych mężczyzn do rezygnacji z miłości kobiety i narażać się na homoseksualne awanse w toczonym zepsuciem zakonie? Jakie kompetencje ma zakonnik, żeby wskazywać samotnym młodym kobietom adopcję dzieci autystycznych jako jedyny sposób usprawiedliwienia ich "bezwartościowej egzystencji"? Najbardziej "nieudane" życie świeckiego człowieka wydaje się mieć więcej sensu niż wstąpienie do zakonu bez wiary, a jedynie w celu bezkarnego dupczenia współbraci (i wszystkiego innego, co się rusza).

Ludzie miewają ekstremalne pomysły - wdrapują się na wysokie góry w odległych krajach przy złej pogodzie, pływają na kruchych żaglówkach dookoła świata, narażają na śmierć robiąc zdjęcia niebezpiecznym zwierzętom lub zjawiskom. Inni wyjeżdżają na misje do targanych wojnami zakątków świata, zostają pustelnikami lub adoptują dzieci, których właśni rodzice nie chcieli... Cokolwiek myślimy o takich pomysłach, nie można ich zakazać dorosłemu i świadomemu ryzyka człowiekowi, zwłaszcza jeśli jest to głębokie pragnienie jego serca... Natomiast namawianie kogoś niezainteresowanego, do tego rodzaju aktywności na pewno nie wynika z życzliwości i  jest w swej istocie namawianiem do samobójstwa...

Mam wrażenie, że na zakon dominikański w obecnym kształcie należy patrzeć nie jako źródło jakiekolwiek autorytetu, gdyż zrezygnował ze swego właściwego celu tzn. walki z herezją i przekazywania owoców kontemplacji, lecz jako na klub (w dużej części homoseksualnych) kawalerów chcących się dobrze bawić lub dobrze ukryć, a nade wszystko podobać światu. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że istnieją wyjątki od tej reguły. Jaki stanowią procent? Nie wiem.


niedziela, 4 kwietnia 2021

O "przyciąganiu tłumów" oraz ślepych i głuchych współbraciach

 Z docierających do opinii publicznej odgłosów skandalu u dominikanów z końca ubiegłego wieku wyłania się kilka interesujących dla mnie wątków:

  • jak "ekscesy duszpasterskie" o. Pawła M. były możliwe w klasztorze, w którym oprócz braci mieszkały w tym czasie także siostry dominikanki
  • wmawianie chłopakom owych poszkodowanych dziewcząt powołania do dominikanów
  • formatowanie o. Pawła M. jako religijnego maniaka, czego dowodem mają być jego słowa o realności istnienia diabła
Jeszcze raz pragnę podkreślić z pozycji świadka jego kaznodziejskiej działalności we Wrocławiu, że była to postać w moim odbiorze przede wszystkim zabawna ze swoim przerostem ego, a chwilami żałosna w swoim infantylizmie. Podtrzymuje moje wcześniejsze stwierdzenie, że bardzo mało wiarygodne są dla mnie oskarżenia o gwałt i przemoc, z powodu wątłej postury oskarżonego. Trudno doprawdy wyobrazić sobie takiego cherlawego kurdupla jako zagrożenie fizyczne dla kogokolwiek poza małym dzieckiem lub kruchą staruszką. Raczej chodziło o manipulację, uwiedzenie i wykorzystanie. Jakiś rodzaj zgody poszkodowanych osób był niezbędny, żeby do sytuacji opisywanych w mediach mogło dojść.

Jedna z nich wspomina, że praktycznie mieszkała w duszpasterstwie, bo rano szła na zajęcia, po południe do pracy, a wieczorem na spotkania grupy modlitewnej, które ciągnęły się długo w noc, więc nie opłacało jej się już wracać do domu. To jedno stwierdzenie daje nam cenny wgląd w życie wrocławskiej wspólnoty dominikańskiej. Co do k...wy nędzy robią młode studentki w środku nocy na terenie męskiego klasztoru?!!! Nikogo to nie zastanawiało?!!! Ojciec przeor Konopka ogłuchł i oślepł?
A co z współbraćmi? Też nic nie wiedzieli i nie słyszeli? Zarzuty dotyczą przecież gwałtów i pobić, których ślady były długo widoczne!

Cała ta sytuacja pokazuje patologię tzw. duszpasterstw akademickich, które są w swej istocie towarzystwami wzajemnej adoracji lub adoracji jakiejś niedowarzonej primadonny zakonnej w rodzaju o. Pawła M. Tenże popularny duszpasterz utworzył jeszcze wewnętrzny krąg, creme de la creme, do obsługi potrzeb własnej osoby, złożony głównie z podatnych na manipulację studentek. Jeśli miały chłopaków, byli oni przekonywani (skutecznie) o swoim rzekomym powołaniu do dominikanów...
Wielu dominikanów pracujących we Wrocławiu także "odkryło" swoje powołanie w duszpasterstwie akademickim prowadzonym przez ten zakon... Czy to powód do powątpiewania o ich autentyczności?
Według mnie - tak.

W jednym z tekstów o tej sprawie widać było wyraźny wysiłek powiązania "dosłownej wiary" o. Pawła w byty duchowe z jego dziwacznymi praktykami. Jest to manipulacja czystej wody. Na dowód przytoczę jeden z jego popisów kaznodziejskich. O. Paweł referował (szokującą dla siebie) porażkę swoich rekolekcji w Skierniewicach (lub Pabianicach). Po pierwszym dniu nie mógł pojąć wyraźnego braku zainteresowania parafian dla pozytywnych treści, które głosił (miłość, miłości, miłością, o miłości). Dopiero później odkrył powód. Otóż rok wcześniej rekolekcjonista urządził prawdziwy horror. W ciemnym kościele uczestnicy słyszeli najpierw tylko podzwanianie łańcuchów, aż wreszcie jakiś przeraźliwy głos obwieścił: "Diabeł idzie na Pabianice (czy tez Skierniewice)!" Tak przygotowani duchowo parafianie otworzyli czem prędzej swoje serduszka na głoszoną naukę... Nic więc dziwnego, że w porównaniu z takimi efektami popisy o. Pawła wypadły blado!!!

To także pokazuje, że jego wdzięk działał wyłącznie na określone osoby, najczęściej młode, bezkrytyczne, egzaltowane z silną potrzebą kultu jakiegoś "mistrza" czy tez "bohatera". O. Paweł się na kogoś takiego kreował podobnie jak wielu innych dominikańskich duszpasterzy akademickich. Taki typ osoby jest ewidentnie preferowany, nagradzany i popierany w zakonie. "Przyciąganie tłumów" stanowi najważniejsze kryterium skuteczności działalności duszpasterskiej.

O. Paweł w poszukiwaniu tłumów do przyciągania chciał nawet uszczęśliwić swoją osobą -  w charakterze misjonarza - dalekie Chiny, ale sprawa się rypła. Pamiętam owo słynne kazanie relacjonujące wyprawę naszego charyzmatycznego duszpasterza z kręgiem najbliższych wielbicielek do Kraju Środka. Jedna z nich dostała w pociągu "daru łez" i chińscy współpasażerowie jęli ją pocieszać na wyścigi oferując chusteczki, a nawet jedzenie (myśleli, że płacze z głodu).

Na koniec owej fascynującej opowieści. o. Paweł obwieścił swój zamiar udania się na misje do Chin i zadał zebranym dramatyczne pytanie "Puścicie mnie?" w oczekiwaniu na głośne protesty, które  - rzecz jasna - nastąpiły. Nie muszę nikomu tłumaczyć jak żenujące było to widowisko dla osób odpornych na wdzięki infantylnych narcyzów.





sobota, 20 marca 2021

Jeszcze o skandalu sprzed lat u wrocławskich dominikanów

Nieoceniona  GW po rozmowie z o. Marcinem Mogielskim OP dostarczyła czytelnikom nieco pikantnych szczegółów na temat skandalu u wrocławskich dominikanów z końca ubiegłego wieku (i tysiąclecia).

Ówczesny duszpasterz akademicki miał według niej:

  • osoby poranione w sferze seksualnej wypytywać na spowiedzi o szczegóły
  • umawiać się z nimi na modlitwę i rozbierać się nakazując im to samo, po czym dotykać w miejsca intymne
  • twierdzić, że seks z nim leczy takie zranienia
  • uprawiać - jak rozumiem - seks z chętnymi do wyleczenia
  • podczas modlitw we wspólnocie grzmocić osoby "opierające się woli Bożej" skórzanym paskiem po uprzednim rozebraniu, w czym brali pozostali uczestnicy spotkania
  • twierdzić, że prowincjał (o. Maciej Zięba OP) wie o wszystkim i go popiera
  • nie zastosować się do nałożonych na niego kar (jak np. zakaz kontaktowania się z ludźmi z Wrocławia)
Moje zaufanie do rzetelności GW jest bardzo ograniczone, a o. Marcin Mogielski - jako niewierzący zakonnik - tez budzi moje liczne zastrzeżenia. Pozwolę więc sobie na pewien dystans wobec tych rewelacji, zwłaszcza, że nasuwają wiele wątpliwości.
  • Np. gdzie w klasztorze można się umówić na rozmowę podczas której uczestnicy rozbierają się do naga bez niebezpieczeństwa wejścia jakiegoś "bardziej pruderyjnego" brata?
  • Przemoc seksualna to znaczy gwałt, a tu jak rozumiem oferta duszpasterska przeznaczona była dla chętnych (w domyśle niedoinwestowanych emocjonalnie, zadurzonych studentek), więc chodzi raczej o uwodzenie i wykorzystywanie.
  • Bardzo trudno uwierzyć mi w gromadne rozbieranie i bicie jakiejś nieszczęsnej osoby przez całą grupę i fakt, że jej głośne krzyki nikogo w klasztorze nie zaalarmowały. Jeśli tak rzeczywiście było, to co dzieje się w tym klasztorze, że nie słychać czegoś takiego?!! (Głośne akty homoseksualne w każdej celi?)
  • Pojawia się też pytanie o współodpowiedzialność biorących w tym udział członków wspólnoty i brak reakcji ówczesnego przeora, a także innych współbraci.
Podobno ówczesny prowincjał o. Zięba miał mieć słabość do o. Pawła. Ukarał go dopiero, kiedy dostarczono mu podpisane przez poszkodowanych relacje pisemne na temat jego praktyk "duszpasterskich". Być może dlatego właśnie spóźnione wzmożenie moralne ma miejsce dopiero po jego śmierci...

Zastanawiam się ciągle czemu to ma służyć. Pamiętam, że bezpośrednio po tym skandalu było odczytywane kościele oświadczenie, że nadużyto sakramentu spowiedzi i wszystkim osobom poszkodowanym oferowano (zdaje się) pomoc psychologiczną czy coś w tym rodzaju. Prowincjał zareagował szybko, wysłał ojca Pawła do kamedułów na miesiąc, zakazał sprawowania sakramentów na rok i oczywiście przeniósł go z Wrocławia  wyraźnie zabroniwszy kontaktowania z byłymi podopiecznymi.

Czy to było wystarczające? Nie wiem. Co jeszcze można by zrobić? Zgłosić na policje pobicia, jeśli rzeczywiście miały miejsce? A wtedy co z współwinnymi, osobami ze wspólnoty, które w tym uczestniczyły czynnie? Czy one także odpowiadałyby przed sądem? 

Pisałam onegdaj o innym skandalu u dominikanów związanego z o. Adamem Wyszyńskim OP. Jego rewelacji GW, ani inne podobne media jakoś nie podchwyciły, gdyż dotyczyły homoseksualizmu w zakonie i dominikańskich duszpasterstwach akademickich. Ojciec Adam, który w bardzo młodym wieku został kierownikiem krakowskiego ośrodka zajmującego się monitorowaniem sekt, stwierdził, że zdecydowana większość spraw tam zgłaszanych dotyczyła właśnie "charyzmatycznych duszpasterzy" pracujących z młodzieżą akademicką. Założył więc każdej z takich gwiazd ( z o. Szustakiem włącznie) personalną teczkę, do której wkładał napływające materiały.

Czy tzw. duszpasterstwa akademickie powierzone zakonnikom niewiele starszym od swych podopiecznych są rzeczywiście dobrym pomysłem? Nawet jeśli duszpasterz nie jest psychopatą, narcyzem lub praktykującym homoseksualistą, przekroczenie pewnych granic może się zdarzyć bardzo łatwo. Co dopiero jeśli jego osobowość ma pewne poważne defekty, które na skutek uwielbienia i poczucia bezkarności, mogą się rozwinąć w coś bardzo dziwnego i niebezpiecznego!

Jeżeli akcja wrocławskich dominikanów miała na celu wyłącznie virtue signalling w stronę lewicowych mediów, to gratuluję sukcesów. Kiedy wpisałam w Googla "Skandal u wrocławskich dominikanów" wyskoczyły mi nagłówki w stylu "Dominikanie we Wrocławiu żyli jak sekta" itp. Jakoś nie wydaje mi się, żeby obecna ekipa wsławiona zamknięciem kościoła na trzy spusty zanim jakiekolwiek obostrzenia weszły w życie, górowała moralnie czy duchowo nad ludźmi, którzy pracowali tam pod koniec ubiegłego wieku. Jeśli chodzi o o. Pawła, to myślę, że podobnych do niego w zakonie nie brakuje i gdyby nie dawano im tak wielkiej autonomii, problem by nie istniał.

Proszę się przyjrzeć osobie i działalności o. Adama Szustaka OP. Stawiam dolary przeciw orzechom, że i jego "posługa" doczeka sławy nieco innej niż w zamierzeniu autora...