Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzech. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 kwietnia 2023

O nieoczekiwanych rekolekcjach o. Piotra OSPPE

Wielki Czwartek wieczorem, a ja zamiast w kościele siedzę w domu, gdyż zmogło mnie zapalenie zatok, czyli "moja choroba". Nie tak miało być! Ale skoro już tak siedzę, to napiszę o niespodziewanych rekolekcjach w kościele Bożego Ciała.

Rekolekcje głosił ojciec Piotr (nie pamietam nazwiska) OSPPE, znaczy paulin. To nawiedzony, ascetyczny młodzieniec pozbawiony kokieterii, jak mi sie wydaje. Pojawil się na mszy niedzielnej i zaprezentował zajawkę. Nawiązując do wskrzeszenia Łazarza zapewnił nas, że Pan Jezus przychodzi, aby nas wszystkich powyciągać z grobów, czymkolwiek one są, a może raczej wskrzesić, co pochowaliśmy lub co w nas umarło. Nawet jeśli modlimy się o coś wiele miesięcy albo wiele lat  i nic, to teraz.... nie pamiętam co. Cokolwiek to było, zaciekawiło mnie. Nawet w nocy nie spałam myśląc co właściwie Pan Jezus chce we mnie wskrzesić i czy ja aby tego chce. Faktem jest, że będąc umarlym nie czuje się bólu, nie ma się męczacych pragnień, których nie da sie zaspokoić, ani tęsknot za tym czego nie ma lub jest gdzie indziej...

Czy ja naprawdę chce znowu tak męczyć jak wtedy, kiedy bylam żywa (znaczy młoda i pelna nadziei)? Musialam sobie uczciwie odpowiedzieć w moim czarnym serduszku, że nie! No chyba, że w tym zmartwychwstaniu chodzi o metamorfozę podobną do motyla... Może owo młode ja, pełne nadziei to stadium larwalne czlowieka, które po prostu MUSI obumrzeć, przeksztalcić się w poczwarkę... W kokonie poczwarki wszystko ulega całkowitej desintegracji i powstaje coś zupelnie innego, po czym nowa, dojrzała postać może rozwinąć skrzydła! Taka wizja mogłaby być pociągajaca, ale nie wiem czy o to chodziło o. Piotrowi OSPPE.

Poszłam więc w mroźny poniedziałkowy wieczór po kolejną porcję nauk, a tu zaskok! O tym, czym moglobybyć to zapowiedziane zmartwychwstanie ani słowa! Natomiast pojawił się temat szczęścia. Szczęście wszyscy dostaliśmy dokładnie w takim życiu jakie mamy... Skąd więc frustracja, niezadowolenie itp? Ano wyjaśnil to Ewagriusz z Pontu, ojciec pustyni. Otóż przychodzi demon smutku i mówi nam, że nie jesteśmy szczęśliwi, a bylibyśmy dopiero, gdyby... Gdyby są różne w zależności od osoby, ale zasada jest ta sama.

Czuję intuicyjnie, że to prawda, jednak nie mogę uwolnić sie od kilku zastrzeżeń. Po pierwsze rolę demona smutku pełnią w naszym życiu inni ludzie, których słowa i zachowanie zabija nasze wrodzone, dane nam od Boga, szczęście...

Pamiętam powieść anglielskiej autorki, ktorej nazwiska (ani tytułu jej dzieła) nie pomnę, o dziewczynce doskonale szczęśliwej mimo nieszczególnych okoliczności życia, której sielanka kończy sie wraz z przyjazdem kuzynki z miasta. Kuzynka jest śliczna, dobrze ubrana,wredna, kłamliwa, pospolita i pozbawiona wyobraźni... Bohaterka dowiaduje się o sobie, że jest nieładna, krępa i źle ubrana, a jej niezwykła wyobraźnia i inteligencja są czymś śmiesznym albo wrecz kompromitującym podobnie jak jej prostolinijność...

Wiele lat upłynie zanim bohaterka przezwycięży skutki spotkania z kuzynką, powróci do stanu szczęścia w zmienionych okolicznościach i opisze tę historię z pozycji dojrzałej, spełnionej kobiety...

To także jest prawda, którą potwierdza moje doświadczenie. Bylibyśmy szczęsliwi, gdyby nie inni ludzie!!! Demon smutku włazi do naszego życia przez nich... Jest jeszcze gorzej - nauki, ktore slyszymy w kościele także otwieraja dostęp demonowi smutku... Dlaczego młode kobiety są tak głęboko nieszczęśliwe, kiedy nie znajdują odpowiedniego mężczyzny? Czy chodzi tylko o milość, za którą tęsknią? Z pewnością nie! A w każdym razie nie tylko...

Zastanawiam sie czy w ogóle myślałyby o tym, gdyby nie demon smutku ustami księdza pouczal je z ambony jakie powinny mieć powołanie, podczas gdy Pan Bóg działajacy w ich życiu ma ewidentnie inne zdanie na ten temat. Przecież, gdyby nie zewnętrzny nacisk paskudne traktowanie ze strony innych ludzi, w tym rodziny i przedstawicieli Kościoła, te kobiety byłyby DOSKONALE SZCZĘŚLIWE!!!

Więc jak ojcze Piotrze, młody asceto, jeśli jakaś osoba nie znajduje męża, żony, pracy, czy czegokolwiek innego z rzeczy uznanych za istotne to znaczy, że tak ma być, a chęć zmiany jest dziełem demona smutku? Nauki Ewagriusza z Pontu przeznaczone byly dla eremitów...

Czy zwolnieni jestesmy tym samym z poszukiwania? A jeśli to nie demon smutku, tylko zdrowa cześć nas chce wyrwać się z chorego układu albo znaleźć swoje miejsce? To pytanie może zwieść na manowce... Znam ileś historii ludzi, w tym swoją własną, kiedy ktoś chcąc poprawić swoją sytuację, systematycznie i nieodwracalnie ją pogarszał... I dopiero po tym można poznać działanie demona smutku czy jak go zwał...

Poruszona do głębi wybrałam sie w mroźny wtorkowy wieczór po kolejną porcję nauk i dowiedziałam się, że wlasnie owo niezadowolenie z życia takiego, jakie mamy jest początkiem każdego grzechu... Co gorsza karmiąc się tym, co proponuje świat nie jesteśmy zdolni do zycia duchowego. Na mszy czy adoracji sprawy dnia codziennego i wszystko to, czym sie karmimy stoi między nami a Bogiem jak niewidzialny mur...

Wracajac do domu widziałam tzw paradę planet na marcowym niebie nad Wrocławiem. W środę bylo o remedium na demona smutku i grzech, ale z żalem stwierdzam, że zupełnie nie pamiętam co to miałoby być... Widocznie mnie nie przekonało. Zapewne chodzilo o swiadomą decyzję, żeby nie iść w to, o czym wiemy, że jest pokusą... Może nie uważałam, gdyż w pracy dowiedzialam się o przeniesieniu do innego zadania i byłam tym zaniepokojona na wielu poziomach... W czwartek dopadla mnie migrena trzydniówka i zwolnilam tempo w pracy, gdyż miałam poczucie, że jestem karana za wydajność. W sobotę i niedziele palmową moje zatoki oraz sąsiedzi z góry dostali pierdolca, więc w poniedziałek musiałam iść do lekarza. Wracając trafilam do spowiedzi do wyżej wymienionego o. Piotra i bardzo sie rozczarowałam. Mam oczywiście na myśli element ludzki, bo sakrament to sakrament. 

Tak czy siak rekolekcje były na tyle dobre, że bylam na całych, co nie zdarzylo mi się od wielu, wielu lat...





czwartek, 16 grudnia 2021

O rozeznawaniu woli Bożej

W ramach rekolekcji ignacjańskich, w których biorę udział, wysłuchałam w zeszłym tygodniu konferencji o rozeznawaniu. Musiałam o tym czytać wielokrotnie w przeszłości, bo brzmiało bardzo znajomo. Jak więc rozeznać wolę Bożą w swoim życiu? Ano trzeba zacząć od przyjrzenia się swojemu sercu - jego pragnieniom i emocjom, które budzą. O ile dobrze zrozumiałam, zaczynamy właśnie od natury, od tego w co jesteśmy wyposażeni, w jakie talenty i aspiracje. Następnie pytamy Jezusa co on o tym sądzi. W kroku trzecim wypowiada się Kościół czy też świat.

Mogę sobie wyobrazić sytuację, kiedy jakiś młody człowiek czuje się powołany do kapłaństwa/ życia konsekrowanego, pan Jezus zdaje się go w tym utwierdzać, a na koniec chłopak zostaje przyjęty do seminarium czy zakonu - czyli wypowiada się Kościół, który dalej rozeznaje przyglądając się mu podczas 5, 6 lat formacji. Jeśli wszystkie trzy elementy (serce, Jezus i Kościół/świat) się zgadzają, a umysł wypełnia  pokój,  można mieć pewność, że wybór jest zgodny z wolą Bożą, ergo jest optymalny pod każdym względem.

W przykładzie ojca rekolekcjonisty młody człowiek jest przekonany, że to ta dziewczyna. Pyta Jezusa na modlitwie, a ten zdaje się to potwierdzać. Tak utwierdzony młodzieniec szoruje do swej wybranki, a ona wypowiada się odmownie. Co wtedy? Kto nie rozpoznał woli Bożej chłopak czy dziewczyna? Młody jezuita jednoznacznej odpowiedzi nie udzielił tylko rozłożył bezradnie ręce, w sensie, że bywa i tak.

Mój własny przykład, niestety, jest bardzo podobny. Zostałam wyposażona w pewien talent, który domaga się realizacji. Co więcej wielokrotnie na modlitwie czułam bardzo silny impuls, żeby wykonać konkretny krok w tym kierunku. Szłam za tym z przekonaniem, że to zgodne z wolą Bożą. Świat wypowiadał się czasem pozytywnie w jakichś drobnych przedsięwzięciach, ale żadna droga (ani nawet ścieżynka) się przede mną nie otworzyła. Mówiąc językiem kościelnym Pan Bóg nie pobłogosławił, czyli świat wypowiedział się odmownie. Nie jestem pewna czy to dokładnie to samo, ale efekt jest identyczny.

Więc zostałam z moim niezrealizowanym darem, kompletnie wyautowana z systemu, gdyż zamiast myśleć o urządzeniu się w życiu, usiłowałam podążać za swoim pragnieniem. Ktoś mógłby przytomnie zapytać "dlaczego więc tego nie robisz, przecież w takiej sytuacji nie brak ci czasu?" Takiemu komuś odpowiedziałabym, że brakuje mi minimalnego poczucia bezpieczeństwa - strach przed brakiem emerytury paraliżuje mnie i każe nerwowo szukać jakiegokolwiek pracy.

Tak więc mój wniosek jest raczej smutny - nieważne dokąd wyrywa się nasze serce, nieważne co mamy na wyposażeniu, ba - nie ważne nawet to, co wydaje nam się słyszeć na modlitwie. To świat ma ostatnie słowo. Muszę przyznać, że w takiej sytuacji proceder pytania własnego serca, czy też Pana Jezusa na modlitwie, wydaje mi się po prostu zbędny. 

Może trzeba wyjść od rzeczywistości i po prostu przyjąć, że każdy z nas jest dokładnie w takim miejscu, w jakim powinien być i ma taką pracę, jaką powinien mieć. Rezygnacja z czegoś, co jest, w imię czegoś, co istnieje jedynie w sferze pragnień, jest zawsze błędem i to takim, który może mieć nieskończone konsekwencje. Wbrew pozorom to nie jest wybór moralnie obojętny. Błąd to gorzej niż grzech, w każdym razie jeśli chodzi o konsekwencje. Św. Paweł pisze "gdzie wzmógł się grzech tam jeszcze obficiej rozlała się łaska". Niczego takiego nie przeczytamy o błędach. Owszem możemy się na nich uczyć, ale czasem taka wiedza jest już do niczego nieprzydatna, bo skutki są nieodwracalne.

Z tych i innych niewesołych rozmyślań wyrywają mnie ptaczki (tak ma być: szpak - szpaczek, ptak - ptaczek) przylatujące na wysoki orzech pod moim oknem:


Sikorka bogatka

Sikorka modra - modraszka. 

Gil schowany za gałązką w pochmurny dzień


Gil w całej okazałości na tle błękitnego nieba

Wyznam, że obserwacja tych uroczych stworzeń przynosi mi więcej pożytku duchowego (nie mówiąc już o radości) niż próby rozeznawania woli Bożej czy szukanie swojego "powołania".



czwartek, 13 maja 2021

O gniewie w ujęciu "paulińskim" i "dominikańskim"

Bardzo ciekawe jak podejście do pewnych grzechów głównych może się zmieniać w zależności od tego, gdzie się spowiadamy. U dominikanów mój gniew na rowerzystów terroryzujących pieszych na chodnikach Wrocławia był zrozumiałą reakcją na zjawisko patologiczne. Problemem było jedynie co z tym uczuciem robię, czy bezsilnie miotam przekleństwa, czy w też próbuję wpływać na władze miejskie, rozpocząć dyskusję w mediach albo zorganizować społeczny opór. Do tych konstruktywnych działań, mających na celu wyeliminowanie tej groźnej patologii z przestrzeni publicznej, byłam wręcz przez spowiednika zachęcana.

W ujęciu paulińskim natomiast mój gniew wskazuje na patologię we mnie samej. Nic, co dzieje się w otaczającej rzeczywistości go nie tłumaczy. Innymi słowy to nie rowerzyści są problemem, tylko moja reakcja na nich.

Interesującym zbiegiem okoliczności sama (z pomocą boską) próbowałam zmienić swoje nastawienie do wszystkich, którzy działają mi na nerwy. Modliłam się za wszystkie kategorie takich osób, ze szczególnym uwzględnieniem uciążliwych sąsiadów i aroganckich, bezmyślnych rowerzystów zagrażających bezpieczeństwu pieszych na chodnikach Wrocławia. W wyniku tej modlitwy musiałam po raz enty stanąć do konfrontacji z moimi młodymi sąsiadkami i po raz enty przekonać się o ich zupełnym braku poszanowania dla praw i potrzeb innych ludzi.

Co więcej czekając w kolejce na badania lekarskie usłyszałam dwie starsze panie rozmawiające o chamskich, a bezkarnych rowerzystach. Jedna z nich twierdziła, że zawsze reaguje, choć naraża się przy tym na wyzwiska. Postrzegała to jako swój obywatelski obowiązek, gdyż brak reakcji rozzuchwala ich coraz bardziej. Innymi słowy wypowiedziała dokładnie moje zdanie na ten temat. 

Więc jak to jest, drodzy ojcowie paulini? Jeśli rzeczywistość zewnętrzna nie istnieje, lub nie ma w niej żadnych problemów, to jakim cudem owa starsza dama zobaczyła w niej dokładnie to samo, co ja widzę i wybrała dokładnie taką samą reakcję? A może jednak istnieje i pełna jest patologii, na które chrześcijanin ma obowiązek reagować?

Zapewne nad gniewem - tak samo jak nad wszystkimi innymi uczuciami - człowiek powinien panować jak jeździec nad swoim koniem. Takim wierzchowcem jak gniew powinniśmy posługiwać się umiejętnie - wykorzystać energię, ale nie dopuścić do głosu jego destrukcyjnych (albo autodestrukcyjnych) tendencji.

Wracając od spowiedzi widzę młodego rowerzystę szczególnie ostentacyjnie ignorującego przepisy. W duchu konieczności zmiany swojego nastawienia do rzeczywistości zagaduje go bardzo uprzejmie, nieszczerze szczerząc uzębienie pod maseczką:

- Bardzo pana przepraszam, ale dlaczego właściwie nie korzysta pan ze ścieżki rowerowej- która jest tuż obok - tylko z przejścia dla pieszych? Pytam z czystej ciekawości...

Młodzieniec nie wie co powiedzieć, wsiada więc na rower i odjeżdża na drugą stronę ulicy środkiem przejścia dla pieszych. Odwrócony do mnie ogonem rzuca na odchodnym:

- Pasy czy ścieżka rowerowa, co to za różnica? Dla wszystkich miejsca wystarczy!!!

Cóż, odpowiedź w duchu prawdziwie paulińskim. Jednak strach pomyśleć, co by było gdyby według tej zasady zaczęli postępować kierowcy ciężarówek...

czwartek, 16 maja 2019

Refleksje przy okazji filmu Sekielskich, którego nie zamierzam oglądać.

Nie zamierzam oglądać  filmu Sekielskich przez czystą, zdrową przekorę, która onegdaj uratowała mi życie. YouTube podsuwa mi go nachalnie. Wszyscy dostali moralnego wzmożenia i się wypowiadają.
Jak rozumiem film pokazuje grzech wołający o pomstę do nieba, obecny w Kościele.

O ile mi wiadomo Kościół naucza, że istnieje zło i grzech. Chyba jest jedyną instytucją na ziemi, która o tym wspomina. Ludzie są grzeszni i nie oznacza to wyłącznie nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, obrabiania znajomych, narzekania i wpadania w gniew. Zło istnieje realnie. Rozwiązłość bardzo mu sprzyja. Jak przewrotne jest to, że to samo środowisko, które nachalnie promuje wszystkie możliwe zboczenia oburza się, że ktoś praktykuje jedno z nich. Diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni.

Smutny jest upadek kapłana, także dlatego, że staje się zgorszeniem dla wielu. Nie wierzę, że chodzi o ofiary i ich cierpienie. Wiem, że takie sytuacje nie są normą. Jak już pisałam, miałam więcej do czynienia z Kościołem niż przeciętny katolik, a nigdy nie zetknęłam się z niestosownym zachowaniem ze strony księdza, choć byłam ładną dziewczynką ganiającą samopas. Dla porównania - liczby świeckich ekshibicjonistów, którzy się przede mną obnażyli w tym czasie, nie jestem w stanie oszacować nawet w przybliżeniu, ani też wulgarnych zaczepek ze strony tzw. normalnych dorosłych mężczyzn.

Nawet jako dziecku zboczeniec jawił mi się przede wszystkim jako ktoś żałosny, biedny, niedorozwinięty. Normalny ojciec rodziny (albo dziadek) zaczepiający dziewczynkę w wieku swojej córki (lub wnuczki) był znacznie bardziej obrzydliwy i przerażający.

Ohyda jaka ujawnia się w człowieku, kiedy ma do czynienia z kimś, z kim nie musi się liczyć jest porażająca. Nie muszę oglądać żadnego filmu, żeby to wiedzieć. Jeśli już miałabym coś zobaczyć to zdecydowanie wolałabym "Pedofili" Latkowskiego, który pokazuje jak bardzo "ponad podziałami" i "solidarne" jest to środowisko. Tego filmu jednak nikt nie zamierza wyemitować, choć był zrobiony dla TVP. Ciekawe dlaczego? Czy dzieci z Dworca Centralnego są mniej godne współczucia?








poniedziałek, 4 marca 2019

Nostalgicznie o robieniu rachunku sumienia

Z okazji zbliżającego się wielkiego postu zamieszczam kolejny rozdział z "Malwinki", książeczki dla dzieci uciemiężonych, traktujący m.in. o rachunku sumienia.


Stąd do wieczności

      Rodzice Malwinki chodzili do kościoła raczej rzadko i nieregularnie, ale oczywiście posyłali swoje dzieci na naukę religii. Dwa razy w tygodniu, po południa szła więc Malwinka z Anią Kluską przez park nad fosą i Plac Wolności do salki na plebanii  naprzeciwko Kościoła Świętej Doroty. Pobożna, prawie codziennie uczęszczająca na mszę, mama Ani bardzo tego pilnowała. Królewna Żaneta i Magda Szczypalska, których rodzice nie praktykowali, a nawet Asystentka Magdy, córka milicjanta, też tam chodziły. Brakowało jedynie Izki. Problem zbawienia jej duszy zaprzątał więc umysły Ani i Malwinki, a w okolicach Pierwszej Komunii stał się ulubionym tematem ich rozmów. Zasadniczo zgadzały się, że byłoby rażącą niesprawiedliwością, gdyby potępienie wieczne stało się jej udziałem, a ominęło taką Magdę Szczypalską na przykład, ale z drugiej strony Izka strasznie oszukiwała, kłamała, opowiadała świńskie kawały i mówiła brzydkie słowa. Dusza jej niewątpliwie była w niebezpieczeństwie. Ona sama zaś zupełnie tego nieświadoma biegała na przerwach po szkole, jak większość dzieci zaopatrzona w piekło-niebo, wrzeszcząc:
„Piekło, niebo, Abraham
twoja dusza pójdzie tam”
Tu rozwierała dramatycznym ruchem czerwoną czeluść. Musiała to przećwiczyć w domu, bo piekło otwierało się przed wszystkimi, którzy jej się czymś narazili, a niebo zarezerwowane było wyłącznie dla aktualnych przyjaciół.
     Piekło-niebo było niewielkim obiektem przestrzennym wykonanym z kartki papieru. Otwierało się ukazując na przemian raz niebieskie raz czerwone wnętrze. Przy pomocy tego prostego urządzenia można było przewidzieć pośmiertne losy swojej duszy. W pewnym okresie stało się istną manią. Nauczyciele rekwirowali setki piekło-nieb na lekcjach wyśmiewając przy okazji ciemnotę i zabobon swoich podopiecznych. Programowe wysiłki szkoły, aby uformować w nich zdrowy światopogląd naukowy spełzały na nic niczym. Dzieci pozostawały otwarte na tajemnicę.
     Przed pierwszą komunią Ania i Malwinka miały przystąpić do spowiedzi. Wcześniej należało zrobić rachunek sumienia, toteż siedziały teraz obie przy dużym stole w pokoju Malwinki i Marzenki nad pustymi kartkami papieru. Malwinka, ciężko wzdychając napisała drukowanymi literami RACHUNEK SUMIENIA, żeby jakoś zacząć.. Chciała się z przyzwyczajenia podpisać się imieniem, nazwiskiem i klasą, ale po namyśle zrezygnowała z tego pomysłu. Ania poszła za jej przykładem, po czym sięgnęła po kredki i zaczęła robić szlaczek. Malwinka zdecydowanym ruchem napisała jedynkę po lewej stronie, postawiła kropkę i spojrzała w sufit.
- Mówiłam brzydkie słowa – Zaczęła niepewnie.
Zaledwie dziewczynki skończyły pisać wyłonił się poważny dylemat moralny. Kiedy już wyzna się ten grzech i zrobi szczere postanowienie poprawy, co odpowiedzieć komuś, kto będzie chciał wygonić je z podwórka?
- To nie twoje tylko państwowe, nawet Murzyn z Afryki może tu przyjść i …
- Zrobić kupę – Podsunęła Ania z wahaniem
Malwinka skrzywiła się z niesmakiem.
- Narobić – Wtrąciła Marzenka znad książki. Na skutek rozległej lektury miała imponujący zasób słow.
„Niby lepiej, ale to nie to samo” pomyślała Malwinka zrezygnowana „brakuje siły przekonywania”. Napisała dwójkę i wzniosła wzrok ku górze.
- Bawiłam się w brzydkie zabawy! – Wykrzyknęła Ania tryumfalnie.
- Jakie? - Zainteresowała się Malwinka. Nawet Marzenka nadstawiła ucha znad książki. Ania speszona odmówiła wyjaśnień, wobec czego Malwinka niechętnie zaczęła badać własne sumienie pod kątem brzydkich zabaw. „Ach tak, oczywiście” przypomniała sobie mało elegancki epizod pod drzwiami Danusi, koleżanki Marzenki. Obie siostry w towarzystwie Marioli z ich bloku wybrały się do Danusi, której mama była nauczycielką (na szczęśnie nie uczyła żadnej z nich). Zadzwoniły i czekały. Nikt nie otwierał. Kto pierwszy pierdnął Malwinka nie mogła sobie przypomnieć. Im dłużej stały pod drzwiami tym swobodniej puszczały bąki wybuchając śmiechem, przy co głośniejszych. W końcu ulotniły się zostawiając za sobą stężony smród siarkowodoru. „Jeśli to nie brzydka zabawa to co nią jest? – Pytam” Malwinka z czystym sumieniem umieściła brzydkie zabawy pod numerem dwa.
- Obmawiałam koleżankę – Zaczęła z wahaniem – To znaczy Izkę - dodała tonem wyjaśnienia.
Ania skinęła milcząco i zapisała pod numerem trzy, po czym obie tknięte tą samą myślą spojrzały sobie w oczy. Jak będzie wyglądało ich życie, jeśli wyrzekną się obmawiania Izki? Powiało grozą. Po chwili milczenia Ania wyznała:
- Byłam niegrzeczna dla mamy.
Malwinka zapisała ten grzech pod numerem czwartym a następnie „dla taty”  pod piątym i „dla babci” pod szóstym. Tu dotknęła bolesnego miejsca. Dopadło ją uczucie wstydu i żalu. „Nawet bardzo niegrzeczna” pomyślała „nie kocham jej wcale i mała szansa, że kiedykolwiek to się zmieni. Żal mi jej czasami, a jednocześnie nie znoszę jej”. Malwinka zwiesiła głowę pod ciężarem nierozwiązywalnej sytuacji i własnego poczucia winy.
Po chwili otrząsnęła się nieco.
- Sześć grzechów to chyba za mało – zagadnęła – Trzeba by mieć z dziesięć.
- Co najmniej - zgodziła się Ania – Lepiej wymienić za dużo niż za mało.
Biedziły się więc czas jakiś, aż wreszcie dwa bardzo do siebie podobne, ozdobione szlaczkami rachunki sumienia były gotowe.
     W kolejce do konfesjonału Malwinkę ogarnął niepokój „Przecież ksiądz uzna, że odpisywałyśmy od siebie!” pomyślała w panice. Ania, stojąca tuż przed nią podchodziła właśnie do kratek. „Za późno ,żeby teraz odejść” stwierdziła Malwinka i nieco się uspokoiła. Udało jej się nie pomylić żadnej formułki i odczytać rachunek sumienia mimo kiepskiego oświetlenia. Przy brzydkich zabawach ksiądz zaskoczył ją.
-  Bawiłaś się w lekarza? – Zapytał.
Malwinka pomyślała w panice o puszczaniu wiatrów pod drzwiami Danusi. Nigdy, przenigdy nie opowiedziałaby mu o tym.
- Ttak – przytaknęła zgodnie.
Dalej wszystko poszło gładko. Postanowienie poprawy miało żywot raczej krótki, gdyż jak wcześniej podejrzewała życie bez obmawiania Izki po prostu nie było możliwe, a i argument z Murzynem znacznie zyskiwał na sile przekonywania doprawiony mocnym słowem.

piątek, 20 kwietnia 2018

O żalu za grzechy

Wracając z wizyty kontrolnej w klinice dermatologicznej (po wycięciu narośli o charakterze nowotworowym) robiłam po drodze zakupy na weekend. W sklepie Krasnal na Sądowej odezwałam się niezbyt grzecznie do starszego pana, który mnie niechcący potrącił kilka razy. Za każdym razem przepraszał mnie z pewnym zdziwieniem, że znowu to zrobił, Wyjaśniłam mu, że pewnie dlatego, że się nieco nie posunął (widząc, że oboje jesteśmy obsługiwani jednocześnie), co byłoby logiczne zważywszy okoliczności. Starszy Pan bardzo się poczuł dotknięty tymi słowy. Przecież mogłam powiedzieć, żeby się posunął. Ucięłam to lakonicznym zapewnieniem, że nie mam o nic pretensji.

Już na Grabiszyńskiej dopadły mnie wyrzuty sumienia, że zachowałam się nieprzyjemnie wobec starszego,kruchego i kulturalnego człowieka, będąc o wiele młodsza i silniejsza . Im bardziej posuwałam się w stronę samu tym fatalniej się czułam. Spontanicznie grzmotnęłam się w klatkę piersiową mówiąc "mea culpa, mea maxima culpa".  W samie przy kasie zabrakło mi pieniędzy i kobieta wielkodusznie zaproponowała, żebym doniosła, co uczyniłam z wdzięcznością. Tym dogłębniej przyszło mi uznać wielkość mojej winy, że po niechlubnym postępku zetknęłam się z ponadstandardową życzliwością osoby, której bym nie podejrzewała o coś takiego.

Nie mogłam jednak oprzeć się przewrotnej refleksji, jak prosty i oczywisty jest żal za grzechy, kiedy jest się sprawcą zła. Gdybym to ja została nieprzyjemnie, chamsko, agresywnie lub niesprawiedliwie potraktowana - i nie umiała natychmiast adekwatnie zareagować - przez co najmniej tydzień zmagałabym się się z bezsilną wściekłością, która z czasem przeszłaby w gorycz. Powierzanie sytuacji Bogu na modlitwie byłoby w istocie prośbą o zemstę, która do niego należy. Co więcej nie wyspowiadałabym się z tego, gdyż uczucia grzechem nie są, ale gorycz i pretensje o wiele skuteczniej oddzielają od Boga niż pochopne słowa, których się natychmiast żałuje.

Być może to wyjaśnia częste i spektakularne nawrócenia, przestępców, alkoholików, prostytutek, aborterów i temu podobnych "oczywistych grzeszników". O nawróceniach ofiar toksycznych matek, ludzi latami wykorzystywanych przez najbliższych (i/lub obcych), niezdolnych do przeciwstawienia się temu, lub robiących to zbyt nieudolnie, nie słyszałam nigdy. Gdyby tak zajrzeć pod pokrywę anielskiej cierpliwości, z którą znoszą swój los, można by ujrzeć istne kłębowisko żmij - tony goryczy, żalu, frustracji i pretensji do Boga.

Myśl nie wydaje mi się zbyt odkrywcza, jestem absolutnie pewna, że spowiednicy są świadomi  skali i powagi zjawiska. Ta świadomość jednak nigdy nie przedostaje się do nauk, które słyszymy w Kościele. Wygląda na to, że dla duchowieństwa pokusa oznacza gołą panienkę (w naturze lub czasopiśmie dla mężczyzn) i żadna wiedza pozyskana w konfesjonale tego nie zmieni.

Ostatnio u dominikanów, zakonnik  głoszący kazanie zauważył przytomnie, że w Kościele zawsze słyszy się nauki przeznaczone dla nieobecnych, co nie powstrzymało go jednak przed uraczeniem nas tym absurdalnym podejściem. Na popołudniowej mszy w dzień powszedni przekonywał wiernych, że uczestnictwo w eucharystii nie jest przymusem ("z niewolnika nie ma pracownika"). Co za ulga dla tych nadgorliwych dewotów marnujących swój cenny czas po pracy!!!

Mistrzostwo świata należy jednak do franciszkanina, z którym umówiłam się na rozmowę po rekolekcjach pt "Kryzys a Jezus Chrystus".Wypytawszy mnie o środowisko rodzinne zupełnie nie wiedział co zrobić z informacją, że to moja matka ma siłę sowieckiego czołgu, a ojciec jest człowiekiem łagodnym i wycofanym. Pomilczał chwilę marszcząc czoło od widocznego wysiłku intelektualnego, w końcu stwierdził, że zwykle jednak jest odwrotnie i on będzie do mnie mówił jakby tak było. Po czym uraczył mnie całkowicie zbytecznym monologiem, a na koniec dał do zrozumienia, że nie widzi dla mnie wyjścia.

Chciałoby się powiedzieć "nie ma takiego zwierzęcia" (jak nie pamiętam kto na widok żyrafy) czy raczej "nie ma takiego kretyna", a jednak jest i to nie jeden. Zastanawiam się czy kapłani nie są uczeni, żeby unikać wszelkiej wiedzy na temat świata oraz ludzkiej natury i ignorować problemy swoich słuchaczy (bądź rozmówców), a mówić wyłączne do nieobecnych o rzeczach teoretycznie możliwych.