Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmartwychwstanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmartwychwstanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2025

Przy okazji pogrzebu papieża Franciszka o przesłaniu Ewangelii.

Obejrzałam kilka relacji z pogrzebu papieża Franciszka raczej pobieżnie. Trafiłam m.in. na rozmowę z ks. prof. Kobylińskim https://youtu.be/m2bbzQlb5uQ prowadzoną przez jakiegoś czowieka z Wirtualnej Polski. Nie będę jej tu streszczać (dla zainteresowanych link powyżej), skupię się na mantrze liberalno - lewicowych mediów o mniemanym konflikcie przeslania Ewangelii z konserwatywną, hierarchiczną wizją Kościoła, gdyż nieuchronnie i w tym materiale padła z ust prowadzącego.

Panie redaktorze brodaty, o przesłaniu Ewangelii nie masz bladego pojęcia, z tej prostej przyczyny, że jej nigdy  nie czytałeś, bo gdybyś czytał zwrócił byś uwagę jak Jezus zwraca się do ludzi spoza swojego plemienia. Syrofenicjankę proszącą o uleczenie córki dręczonej przez złego ducha porównuje do psa, Samarytance wypomina pięciu mężów, którzy w sumie nie byli jej mężami itp.

Na podstawie samej lektury Ewangelii nigdy nie odważyłabym się zwrócić z czymkolwiek do Jezusa w obawie, że albo zostane zignorowana albo usłyszę coś podobnego... O miłości Boga do człowieka, którego stworzył, wiem z nauki Kościoła rozwijanej przez 2 tys. lat, zawierajacej także doświadczenia mistyków obu płci i różnych narodów...

Bez sprawdzania w tekście przypominam sobie tylko jednego czlowieka, na którego Jezus spojrzal z milością. Był to bogaty młodzieniec, który przez całe życie zachowywal przykazania. Mistrz z Nazaretu spojrzał na niego z miłością, ale natychmiast ustawil mu wyżej poprzeczkę - "sprzedaj wszystko, co posiadasz i idź za mną". Tej próbie chłopak już nie sprostal i odszedł zasmucony...

Kobietę pochwyconą na cudzołóstwie Jezus ratuje przed ukamienowaniem, ale każe jej od tej pory już nie grzeszyć... Zacheusz sam się ofiaruje, że wszystkim, których skrzywdził wynagrodzi poczwórnie, zanim Jezus go do tego zobowiąże...

Jezus sam o sobie mówi, że został posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela, tym samym wykluczająć całą resztę ludzkości - nie tylko osoby transpłciowe, transgatunkowe i Bóg wie jeszcze jakie  - ale nas wszystkich: Europejczyków, Azjatów, Afrykańczyków, Indian, Austalijczyków, Maorysów i Eskimosow ("goyim" jak mówią Żydzi).Do głoszenia Ewangelii wszystkim narodom  zobowiązuję uczniów dopiero po Zmartwychwstaniu...

Wszystkie teksty jak to Jezus wszystkich akceptuje takich, jakimi są i nie stawia żadnych wymagań, na pewno nie sa wzięte z Ewangelii, tylko jej specyficznej interpretacji.

Zarówno język jakim Jezus zwraca się do uczonych w Piśmie (groby pobielane, plemię żmijowe) i jego akcje w stylu wyrzucenia kupców ze Świątyni nijak mają się do jego liberalno-lewicowej karykatury, za pomocą której zawstydza się katolików i oskarża o brak "chrześcijańskiej miłości"...

Jezus ewidentnie nie był miłym, bezkonfliktowym czlowiekiem. Sam zresztą mówi o sobie, że nie przyniósl pokoju, tylko miecz... Naraził się  możnym tego świata i zrobili mu pokazowy mord sądowy, zgodnie z tradycją swoich ojców, którzy zabijali proroków... Ich potomkowie zaś już sami nie wiedzą jakie kłamstwa propagować - podważać historyczność Jezusa, jego Zmartwychwstanie czy też zawstydzać wiernych przesłaniem  Ewangelii, które sami wymyślili nie czytając tekstu źródłowego...



 

wtorek, 2 kwietnia 2024

O powrocie młodszego brata

Weźmy na przykład amerykańskich protestantów i to takich gorliwych, którzy chcą zostać albo zostają pastorami i dalej się rozwijają - kończą studia, piszą doktoraty, szukają na własna rękę i znajdują ojców Kościoła i to tak wczesnych jak Ireneusz z Lyonu albo Polikarp, uczeń św. Jana Apostoła. Wtedy dopiero odkrywają historię Kościoła i są w szoku. Nie chcą się nawrócić, bo antykatolicyzm jest częścią ich tożsamości, nawet jesli nie zdają sobie z tego sprawy.... Nie chcą, ale nie daje im to spokoju. Wtedy zwykle trafiają po raz pierwszy w życiu na mszę świętą i tam dopiero czad!

Jeden siedzi w ostatniej ławce wpatrzony w dziwne pudełko obok ołtarza (tabernakulum) i płacze, bo w jakis niepojęty sposób wie, że Jezus jest tam realnie obecny... Drugi ze zdziwieniem spostrzega, że wszyscy zebrani zamiast patrzeć na ołtarz odwracają się do drzwi jakby się coś stało -  ktoś umarł albo coś. Sam więc też się w końcu odwraca i na widok kapłana w asyście zaczyna ronić łzy, bo uświadamia sobie sukcesję apostolską ... Inna osoba nie wie dlaczego, ale placze cały czas odkąd weszła na mszę i nie może przestać... Dar łaski - niewątpliwie - dla tych wyjątkowych dusz, ktore nie ustają w poszukiwaniu prawdy, choć pójście za nią będzie ich wyjątkowo drogo kosztować...

Uwielbiam słuchać ich świadectw nawrócenia. Ja także często płakalam po kościołach, ale za zwyczaj nad własnym losem, który jawił mi się jako trudny do uniesienia. Teraz moje oczy są suche i nie potrafię plakać, choćbym chciała, a moje serce twarde jak kamień. Nie doceniam tego co jest mi dane. Przywykłam do bycia katoliczką od zawsze. Irytuje mnie ksiądz albo organista. Irytuje mnie wszystko. Jestem jak ten starszy brat, który był zawsze w pobliżu ojca (co najmniej fizycznie, nawet jeśli nie sercem) a nie potrafił się nigdy tym zachwycić i ucieszyć. Patrzy z fascynacją na tego młodszego, który przybywa z daleka roniąc łzy wzruszenia na widok zabudowań ojcowskiego domu... Patrzy jak ciele na malowane wrota i zachwyca sie wszystkim, czego starszy - na skutek przyzwyczajenia lub uodpornienia - nie zauważa...

Myślę, że te liczne nawrócenia najlepszych, najodważniejszych i najuczciwszych intelektualnie protestantów są wielkim darem dla Kościoła, gdyż Ci ludzie pomagają nam wierzyć, że naprawde jesteśmy dziedzicami Królestwa...

Jest też sporo katolików przechodzących do protestantów, ale dla nich magnesem jest zwykle czynnik ludzki - wspólnota. Do pewnego stopnia to rozumiem i nie powiedziałabym im złego słowa, gdyby to uczciwie przyznali, a nie zaczynali nagle oburzać się kultem maryjnym albo obrazami świętych...

Ruch odbywa się dwukierunkowo do Kościoła w poszukiwaniu Boga i rzeczy boskich i od Kościoła w poszukiwaniu wspólnoty i rzeczy ludzkich... Zastanawiam się jak to połączyć i czy to w ogóle możliwe...

Może tak musi być. Może musimy być znudzeni i poirytowani, bo na poziomie ludzkim nic nie widzimy, a oczy wiary zbyt słabe?  Szczerze mówiąc nie wiem. Kiedyś bardzo pragnęłam doświadczyć wspólnoty w Kościele, ale tak się nie stało. Może ta wspólnota istnieje na jakimś glębszym poziomie niedostępnym naszym zmyslom? Nie wiem tego.

Wiem natomiast, że błędem jest posoborowe "protestantyzowanie" Kościoła, bo wstydząc się rzeczy nadprzyrodzonych odrzucamy to, co najcenniejsze, a nie zyskujemy nic, dokładnie nic.

Piszę to także pod wpływem kazania proboszcza mojej parafii, który podczas wigilii paschalnej nie miał nic do powiedzenia o Zmartwychwstaniu, natomiast sporo o Janie Pawle II i zagrożeniach dla rodzin we współczesnym świecie.

Żeby byla jasność uważam Jana Pawła II za świętego człowieka i wiem, że zagrożenia (duchowe) zarówno dla rodzin jak i ludzi samotnych są ogromne, to jednak świętowaliśmy ZMARTWYCHWSTANIE i tylko o tym należało mówić lub zamilknąć i poprzestać na pięknej liturgii.

Mam wrażenie, ze kryzys wiary w Kościele dotyczy w pierwszym rzędzie osób duchownych, niestety...




czwartek, 6 kwietnia 2023

O nieoczekiwanych rekolekcjach o. Piotra OSPPE

Wielki Czwartek wieczorem, a ja zamiast w kościele siedzę w domu, gdyż zmogło mnie zapalenie zatok, czyli "moja choroba". Nie tak miało być! Ale skoro już tak siedzę, to napiszę o niespodziewanych rekolekcjach w kościele Bożego Ciała.

Rekolekcje głosił ojciec Piotr (nie pamietam nazwiska) OSPPE, znaczy paulin. To nawiedzony, ascetyczny młodzieniec pozbawiony kokieterii, jak mi sie wydaje. Pojawil się na mszy niedzielnej i zaprezentował zajawkę. Nawiązując do wskrzeszenia Łazarza zapewnił nas, że Pan Jezus przychodzi, aby nas wszystkich powyciągać z grobów, czymkolwiek one są, a może raczej wskrzesić, co pochowaliśmy lub co w nas umarło. Nawet jeśli modlimy się o coś wiele miesięcy albo wiele lat  i nic, to teraz.... nie pamiętam co. Cokolwiek to było, zaciekawiło mnie. Nawet w nocy nie spałam myśląc co właściwie Pan Jezus chce we mnie wskrzesić i czy ja aby tego chce. Faktem jest, że będąc umarlym nie czuje się bólu, nie ma się męczacych pragnień, których nie da sie zaspokoić, ani tęsknot za tym czego nie ma lub jest gdzie indziej...

Czy ja naprawdę chce znowu tak męczyć jak wtedy, kiedy bylam żywa (znaczy młoda i pelna nadziei)? Musialam sobie uczciwie odpowiedzieć w moim czarnym serduszku, że nie! No chyba, że w tym zmartwychwstaniu chodzi o metamorfozę podobną do motyla... Może owo młode ja, pełne nadziei to stadium larwalne czlowieka, które po prostu MUSI obumrzeć, przeksztalcić się w poczwarkę... W kokonie poczwarki wszystko ulega całkowitej desintegracji i powstaje coś zupelnie innego, po czym nowa, dojrzała postać może rozwinąć skrzydła! Taka wizja mogłaby być pociągajaca, ale nie wiem czy o to chodziło o. Piotrowi OSPPE.

Poszłam więc w mroźny poniedziałkowy wieczór po kolejną porcję nauk, a tu zaskok! O tym, czym moglobybyć to zapowiedziane zmartwychwstanie ani słowa! Natomiast pojawił się temat szczęścia. Szczęście wszyscy dostaliśmy dokładnie w takim życiu jakie mamy... Skąd więc frustracja, niezadowolenie itp? Ano wyjaśnil to Ewagriusz z Pontu, ojciec pustyni. Otóż przychodzi demon smutku i mówi nam, że nie jesteśmy szczęśliwi, a bylibyśmy dopiero, gdyby... Gdyby są różne w zależności od osoby, ale zasada jest ta sama.

Czuję intuicyjnie, że to prawda, jednak nie mogę uwolnić sie od kilku zastrzeżeń. Po pierwsze rolę demona smutku pełnią w naszym życiu inni ludzie, których słowa i zachowanie zabija nasze wrodzone, dane nam od Boga, szczęście...

Pamiętam powieść anglielskiej autorki, ktorej nazwiska (ani tytułu jej dzieła) nie pomnę, o dziewczynce doskonale szczęśliwej mimo nieszczególnych okoliczności życia, której sielanka kończy sie wraz z przyjazdem kuzynki z miasta. Kuzynka jest śliczna, dobrze ubrana,wredna, kłamliwa, pospolita i pozbawiona wyobraźni... Bohaterka dowiaduje się o sobie, że jest nieładna, krępa i źle ubrana, a jej niezwykła wyobraźnia i inteligencja są czymś śmiesznym albo wrecz kompromitującym podobnie jak jej prostolinijność...

Wiele lat upłynie zanim bohaterka przezwycięży skutki spotkania z kuzynką, powróci do stanu szczęścia w zmienionych okolicznościach i opisze tę historię z pozycji dojrzałej, spełnionej kobiety...

To także jest prawda, którą potwierdza moje doświadczenie. Bylibyśmy szczęsliwi, gdyby nie inni ludzie!!! Demon smutku włazi do naszego życia przez nich... Jest jeszcze gorzej - nauki, ktore slyszymy w kościele także otwieraja dostęp demonowi smutku... Dlaczego młode kobiety są tak głęboko nieszczęśliwe, kiedy nie znajdują odpowiedniego mężczyzny? Czy chodzi tylko o milość, za którą tęsknią? Z pewnością nie! A w każdym razie nie tylko...

Zastanawiam sie czy w ogóle myślałyby o tym, gdyby nie demon smutku ustami księdza pouczal je z ambony jakie powinny mieć powołanie, podczas gdy Pan Bóg działajacy w ich życiu ma ewidentnie inne zdanie na ten temat. Przecież, gdyby nie zewnętrzny nacisk paskudne traktowanie ze strony innych ludzi, w tym rodziny i przedstawicieli Kościoła, te kobiety byłyby DOSKONALE SZCZĘŚLIWE!!!

Więc jak ojcze Piotrze, młody asceto, jeśli jakaś osoba nie znajduje męża, żony, pracy, czy czegokolwiek innego z rzeczy uznanych za istotne to znaczy, że tak ma być, a chęć zmiany jest dziełem demona smutku? Nauki Ewagriusza z Pontu przeznaczone byly dla eremitów...

Czy zwolnieni jestesmy tym samym z poszukiwania? A jeśli to nie demon smutku, tylko zdrowa cześć nas chce wyrwać się z chorego układu albo znaleźć swoje miejsce? To pytanie może zwieść na manowce... Znam ileś historii ludzi, w tym swoją własną, kiedy ktoś chcąc poprawić swoją sytuację, systematycznie i nieodwracalnie ją pogarszał... I dopiero po tym można poznać działanie demona smutku czy jak go zwał...

Poruszona do głębi wybrałam sie w mroźny wtorkowy wieczór po kolejną porcję nauk i dowiedziałam się, że wlasnie owo niezadowolenie z życia takiego, jakie mamy jest początkiem każdego grzechu... Co gorsza karmiąc się tym, co proponuje świat nie jesteśmy zdolni do zycia duchowego. Na mszy czy adoracji sprawy dnia codziennego i wszystko to, czym sie karmimy stoi między nami a Bogiem jak niewidzialny mur...

Wracajac do domu widziałam tzw paradę planet na marcowym niebie nad Wrocławiem. W środę bylo o remedium na demona smutku i grzech, ale z żalem stwierdzam, że zupełnie nie pamiętam co to miałoby być... Widocznie mnie nie przekonało. Zapewne chodzilo o swiadomą decyzję, żeby nie iść w to, o czym wiemy, że jest pokusą... Może nie uważałam, gdyż w pracy dowiedzialam się o przeniesieniu do innego zadania i byłam tym zaniepokojona na wielu poziomach... W czwartek dopadla mnie migrena trzydniówka i zwolnilam tempo w pracy, gdyż miałam poczucie, że jestem karana za wydajność. W sobotę i niedziele palmową moje zatoki oraz sąsiedzi z góry dostali pierdolca, więc w poniedziałek musiałam iść do lekarza. Wracając trafilam do spowiedzi do wyżej wymienionego o. Piotra i bardzo sie rozczarowałam. Mam oczywiście na myśli element ludzki, bo sakrament to sakrament. 

Tak czy siak rekolekcje były na tyle dobre, że bylam na całych, co nie zdarzylo mi się od wielu, wielu lat...





niedziela, 12 września 2021

Zmartwychwstanie wg o. Szyrszenia

Pewien salwatorianin usłyszał od uczestnika rekolekcji, że najbardziej (w przerabianym tekście z  Ewangelii św. Łukasza) niepokoi go  fakt przebywania Jezusa w łodzi, podczas gdy tłumy pozostają na brzegu. Chodził  z tym i chodził, dlaczego Jezus na jeziorze, a ludzie na brzegu.... Aż wreszcie uświadomił sobie, że jezioro ma także drugi brzeg i tylko Jezus może tych ludzi tam przewieść (jak nie przymierzając Charon przez Styks). 

Salwatorianin powiódł wzrokiem po wiernych zgromadzonych w kaplicy domu rekolekcyjnego w Międzywodziu, upewniając się czy historia zrobiła na nich odpowiednie wrażenie. Najwyraźniej usatysfakcjonowany, coraz bardziej się rozkręcał. Popatrzmy na niektóre kartki wielkanocne z przedstawieniem Zmartwychwstania, jakże są naiwne. Zmartwychwstania przecież nikt nie widział. Zdjęta trwogą straż upada z powodu... trzęsienia ziemi, skutkiem czego kamień się przesunął, ale Jezus nie wyszedł z grobu, który jest po naszej stronie rzeczywistości, gdyż PRZESZEDŁ NA DRUGI BRZEG.

Czujecie temat? Zmartwychwstanie polegało na tym, ze Jezus przeszedł na drugi brzeg! Żołnierze rzymscy byli świadkami trzęsienia ziemi ( nie pierwszego w swoim życiu) i opowiadanie, że uczniowie wykradli ciało zapewne nie obciążało zbytnio ich sumień. Przecież mogli to zrobić korzystając z odsuniętego kamienia, kiedy to strażnicy z obawy o swoje życie nie mieli głowy do pilnowania zwłok skazańca.

Kogo więc widziała Maria Magdalena, uczniowie w drodze do Emaus i apostołowie w wieczerniku i na brzegu jeziora (znowu ten brzeg!). Kim był tajemniczy nieznajomy, dla którego Piotr pospiesznie się ubrał i skoczył z łodzi do wody, bo nie chciał stanąć przed nim prawie nagi (z szacunku). 

Pewien Paulin wyraził się, że  Jezus "wyświetlił" się płaczącej Marii Magdalenie! A więc coś w rodzaju halogramu! Bardzo pięknie, ale w takim razie w co niewierny Tomasz wkładał palce? W pokaz multimedialny? Ach wiem tekst ewangelii musi być zanieczyszczony! Odczuwanie głodu? Jedzenie ryby? Nie bądźmy dziećmi. Jakie są dowody na zanieczyszczenie tekstu? Ano takie, że przecież nikt zabity na śmierć nie mógł zmartwychwstać! Niewierzący bibliści nigdy nie spotkali się z takim zjawiskiem w całym swoim życiu i nikt z ich znajomych i krewnych też nie!!! (Z tego samego powodu całun turyński MUSI być obiektem wytworzonym w XIV wieku przez kosmitów, posługujących się potężniejszymi laserami niż jakiekolwiek współczesne laboratoria!)

Salwatorianin znowu rozgląda się po ludziach zgromadzonych w kaplicy. Coś go jednak zaniepokoiło w wyrazie twarzy kilku osób, bo pośpiesznie dodaje, że jego intencją nie było wyśmiewanie owych idiotycznych wielkanocnych kartek, jeśli jacyś naiwni  chrześcijanie wciąż jeszcze w nich gustują. Czuje, że ręka mnie świerzbi, choć wszelkie ślady po egzemie zbladły na skutek kąpieli morskich w chłodnych wodach Bałtyku.

Cóż ojcze (nomen omen) Szyrszeniu, pięknie śpiewasz, czujesz liturgię i dobrze przygotowałeś się do swoich konferencji.  Nie przyjdę jednak więcej cię słuchać, choć temat bardzo mnie interesuje, bo nie zniosę, żeby ktokolwiek podważał moją wiarę w Zmartwychwstanie Jezusa. "Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest nasza wiara", czyż nie?

Co mnie obchodziłby jakiś żydowski mesjasz, który Syrofenicjankę, kobietę spoza swego narodu bez mrugnięcia powieką porównuje do psa, a do setnika rzymskiego z Kafarnaum udaje się tylko dlatego, że ten wybudował synagogę i cieszy się względami miejscowej starszyzny? Dla kogoś takiego wszyscy (z wyjątkiem współplemieńców) bylibyśmy po prostu Goyim, bydlętami o ludzkich twarzach, których życia nawet nie ratuje się w szabat. Gdyby nie był tym, kim twierdzi, że jest (a fakt Zmartwychwstania to potwierdza) pozostałby w moich oczach jedną z postaci historii kultury.

Wcielenie Boga jest karkołomną koncepcją dla ludzkiego umysłu. Niektórzy kaznodzieje lubują się w eksponowaniu  ludzkiej strony relacji z nim, opowiadają o przytulaniu, zakochiwaniu się, a nawet pocałunkach. Szczerze mnie to mierzi, gdyż jestem boleśnie świadoma niedoskonałości ludzkiej natury i relacji do jakich jest zdolna przy takich ograniczeniach. Dlaczego nie pozwolić Bogu być Bogiem?

Złodziej, który mnie onegdaj okradł na kąpielisku wyrzucił mój zamszowy plecak z ubraniem, bielizną, butami. zegarkiem, komórką, dokumentami i kluczami. Jedynie aparat fotograficzny i mały różaniec ze szklanych paciorków (pamiątka z rekolekcji w Częstochowie) wydały mu się godne zachowania i tylko te przedmioty policja odzyskała.  Na różańcu można odmawiać tylko jedną dziesiątkę. Jeśli mam wybrać tą najważniejszą to jest to Zmartwychwstanie i tego się będę trzymać.


sobota, 27 kwietnia 2019

Breaking: Potomkowie żołnierzy pilnujących grobu Jezusa pozwani!!!


Rabbi Simcha Goldzug-Kohn z Telavivu i Icchak Cohen-Bandite z Waszyngtonu pozywają Giuseppe Cincinatiego zamieszkałego w Orvieto oraz Benito Pompeo mieszkańca Villa Nuova koło Neapolu. Chodzi o pobranie zaliczki i niewywiązanie się z zakontraktowanej usługi. Sprawa jest o tyle niezwykła, że zarówno pozywający jak i pozwani są dalekimi potomkami stron sporu.

Chodzi bowiem o zamówienie przez starszyznę żydowską usługi z zakresu Public Relations. Zleceniobiorcami byli żołnierze  rzymscy służący w Judei w roku 33 n.e., za czasów namiestnika Poncjusza Piłata. Pilnowali oni grobu pewnego kłopotliwego skazańca, którego ciało w niewytłumaczalny sposób ulotniło się w nocy. Żołnierze w zamian za pewną sumę pieniędzy zobowiązali się do rozpowszechnia informacji, że ukradli je uczniowie owego człowieka, kiedy zdarzyło się im zdrzemnąć na warcie.

Zadanie obarczone było sporym ryzykiem dla wykonawców, gdyż zasypianie na warcie karane było w armii rzymskiej śmiercią przez zaćwiczenie batogami. Zleceniodawcy w zamian za ochronę oczekiwali skuteczności. Ta okazała się na tyle niesatysfakcjonująca, że wyznawcy owego kłopotliwego skazańca tak zapamiętale rozpowiadali o jego zmartwychwstaniu i rozpowszechniali jego naukę, że przyniosło to nieoszacowane szkody interesom rodzin pozywających. Tereny środkowej i wschodniej Europy, z których pozyskiwały silnych i wytrzymałych niewolników także ją przyjęły, czego nieprzyjemnym skutkiem ubocznym był koniec procederu sprzedawania przez lokalnych kacyków własnych poddanych w niewolę żydowskim i arabskim kupcom.

Goldzug–Koln i Cohen-Bandite szacują że od 966 r. n.e. dochód ich przodków z wyżej wymienionego procederu zmniejszył się o 99%. Musieli przestawić się na lichwę i sprzedaż alkoholu, co nie zrekompensowało ich strat, które oceniają  na 300 mld dolarów amerykańskich.

Pozwani zaprzeczają, jakoby mieli cokolwiek wspólnego z żołnierzami pilnującymi grobu. Przedstawili w sądzie akty zgonu swoich protoplastów wystawione w roku 32 n.e. Sąd jak dotąd nie podważył ich autentyczności.

Pojawiły się informacje - na razie nie potwierdzone - że w razie nieuzyskania żądanej sumy od Cincinatiego i Pompeo. Goldzug-Kohn i Cohen-Bandite będą pozywać kolejno wszystkie państwa, na terenie których ich przodkowie pozyskiwali niewolników, za uniemożliwienie im tej działalności z powodu przyjęcia nauki kłopotliwego skazańca, którego ciało w niewyjaśniony sposób ulotniło się w nocy z 8.04 na 9.04 33 r.n.e.