Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościól Katolicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościól Katolicki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 marca 2026

Gdy rozum śpi, budzą sie potwory.

Na moim obrazku tylko trzy - antysemityzm, rasizm i obciach -  ale jest ich znacznie więcej, każdy sobie może dodać (faszyzm, islamofobia, homofobia, transfobia itp).


Tylko czy one się rzeczywiscie budzą? To by znaczyło, że żyją, a ja mam wrażenie, że to napełnione powietrzem balony z odpowiednio przerażającą etykietką. Ktoś je nadmuchuje i wpuszcza w przestrzeń publiczną powodując zbiorową hipnozę. 

Jaki to ma związek z wojną na bliskim wschodzie, obecną i poprzednimi? Oczywisty! Ilu hierarchów Kościoła Katolickiego wypowiedziało się w obronie żyjących tam chrześcijan?!!! Żyjących tam od starożytności!!! Ilu hierarchów otworzyło usta w obronie chrześcijan w ziemi świętej, w strefie Gazy? Ilu polskich biskupów? A papież? 

Tak bardzo boją się etykiety "antysemityzmu", że nie odezwą się w obronie mordowanych i wypędzanych ze swojej ziemi współbraci w wierze! A może boją się kompromatów? Przy takiej nadreprezentacji homoseksualistów zapewne nagromadziło sie tego trochę...

Co się stanie z chrześcijanami w Iranie, jeśli USA i Izrael zdołają pogrążyć ten wielki kraj w chaosie? Słyszałam, że niektórzy Irańczycy reagują radością na wieść o zamordowaniu Alego Chamenei i atakach na ich kraj. Pewnie mają swoje powody, ale czy wyobrażają sobie, że Izrael, króry wszczął tę awanturę chce ich dobra? Czy destabilizacja i rozbicie państwa podniesie ich jakość życia? Zapewne niektórzy z nich chcieliby więcej swobód obywatelskich (w tym swobody obyczajowej), ale czy kraj rozdrobniony, rządzony przez lokalnych watażków im to zapewni?

Poza tym jaka jest proporcja niezadowolonych do nie kwestionujących obecnych rządów? Nie wydaje mi się, żeby opozycja - jeśli taka istnieje - miała większość potrzebną do zdobycia i sprawowania władzy. Obawiam się, drodzy Irańczycy, że wasz kraj rozwalany jest głównie w interesie bezcennego Izraela, żeby już nikt nie mógł powstrzymać jego ambitnych planów np budowy trzeciej świątyni na wzgórzu, gdzie obecnie stoi meczet al-aksa...

Brytyjscy urzędnicy i policjanci tak bardzo bali się etykietki rasizmu, że pozwolili bezkarnie gwałcić pakistańskim grooming gangs dziewczęta w wieku szkolnym z niezamożnych rodzin w postindustrialnych miasteczkach Anglii. 

Polscy wyborcy tak bardzo bali się "obciachu", że zagłosowali wbrew swoim interesom na ekipę, która rozwaliła wszystkie ambitne, prorozwojowe projekty, zadłużyła kraj w tempie dotąd nieznanym, ma obywateli w d... i ewidentnie reprezentuje interesy obcego (i wrogiego) państwa.

Kościól Katolicki tak bardzo boi się łatki antysemityzmu, że zaprzeczył swojej dotychczasowej nauce (chrzest jest do zbawienia koniecznie potrzebny) zrezygnował ze swojej misji (idźcie i nawracajcie WSZYSTKIE narody) i nie protestuje w obronie eksterminowanych chrześcijan na bliskim wschodzie.

Ktoś mi może zarzucić, że ktoś jednak coś powiedział. Może i powiedzial, ale jeśli porównać ze wzmożeniem episkopatu podczas operacji Śluza w obronie nasłanych przez Łukaszenkę i Putina "uchodźców" w wieku poborowym, to nie ma o czym mówić!

Drodzy bracia i siostry i wy, wasze eminencje, etykiety, którymi podstępny wróg nas straszy i dehumanizuje NIE OPISUJĄ ŻADNEJ RZECZYWISTOŚCI! To tylko puste dźwięki. Czas przekłuć te nadmuchiwane przez wrogów rodzaju ludzkiego balony!


sobota, 27 kwietnia 2024

Cud jako "social embarrassment"

Nie wiem dlaczego, ale przypomniało mi się pewne zdarzenie z przed ponad 20 lat, którego byłam świadkiem w kościele św. Wojciecha we Wrocławiu. Musiały to być święta Bożęgo Narodzenia albo Wielkanocy, bo w kościele było sporo ludzi, których się tam zwykle nie widywało. Niektórzy prawdopodobnie  przychodzili kilka razy do roku, a inni zapewne przyjechali w gości do rodziny i wspólnie z gospodarzami wybrali się na mszę.

Siedziałam jak zwykle po lewej stronie prezbiterium stosunkowo blisko ołtarza w czwartej ławce albo nawet bliżej. W pewnym momencie moją uwagę zwrocił glośny szloch i jakieś poruszenie w sąsiedniej ławce. Mocno starszy pan płakał, a towarzysząca mu kobieta (też starsza) dość zażenowana dopywała się co mu się stało. Przypuszczalnie chciala go uspokoić, bo czuła, że zwracają na siebie uwagę. Mężczyzna jednak nie dawał się spacyfikować, gdyż najwyraźnie doświadczył czegoś niezwykłego, więc wszelkie konwenanse miał chwilowo gdzieś.

Kiedy podszedł do komunii i ukląkł przy balaskach (wtedy jeszcze ich nie usunięto!) powiedział do zbliżajacego się z najświętszym sakramentem zakonnika "Ojcze ja widzę!". Ten chyba nie zrozumiał i wziąłszy go za nieszkodliwego wariata, zrobił mu krzyżyk na czole w geście błogosławieństwa.

Dalszą część tej historii znam z relacji owego sceptycznego zakonnika, którego imienia nie podam, bo nie wiem czy by sobie tego życzył. Otóż starszy pan udał się po mszy do zakrystii, aby opowiedzieć, że - ni mniej ni więcej - tylko właśnie odzyskał, utracony przed laty, wzrok (na skutek choroby, o ile dobrze pamiętam)!!!

Słowa o koniecznośći przebaczania, które usłyszał na kazaniu uświadomiły mu, że ciągle nie wybaczyl jakiejś dawnej krzywdy. Niestety nie pamiętam co to było. Poruszony do głębi postanowił odpuscić swemu krzywdzicielowi i dokładnie w tym momencie przejrzał. (Nie jestem pewna, czy bł. Czesław, którego trumna znajduje w bocznej kaplicy, nie odegral w tym jakiejś roli).

Nie pamiętam tego kazania, ale kaznodzieja sam przyznał, że nie miał czasu się przygotować, bo przyjechali do niego znajomi i oprowadzal ich po Wrocławiu. Powiedział więc to, co mial najbardziej przemyślanie i co najbardziej czuł. Jego słowa trafiły do serca człowieka, który być może przypadkiem trafił na tą mszę i stał się najprawdziwszy cud! Taki cud cud, o jakich czytamy w ewangeliach. Tylko w przeciwieństwie do świadków cudów Jezusa, którzy albo wielbili Boga albo padał na nich blady strach, w tym przypadku wierni obecni na mszy po prostu taktownie zignorowali dziwne zachowanie starszego Pana i zupełnie nie byli ciekawi, co mu się przydarzyło, a człowiek ewidentnie chciał się tym podzielić!

Wyobraźcie sobie kogoś chodzącego po wodzie albo wskrzeszającego umarłych. W najlepszym wypadku wszyscy udawaliby, że tego nie widzą, a w najgorszym zostałby zwinięty przez policję jako zagrożenie dla porządku publicznego. 

Przypomina mi się kawał o psie myśliwskim, który umiał chodzić po wodzie. Jego właściciel nie wiedział, co o tym myśleć, więc zaprosił znajomego na polowanie. Pies biega po wodzie aportując ustrzelone kaczki w tę i wewtę, a kolega nic. W końcu własciciel pyta, czy nie zauważył czegoś dziwnego w zachowaniu jego psa. "Owszem, to bydle nie umie pływać..." odpowiedział z niesmakiem.

Zważywszy ten rodzaj nastawienia, którym nasiąkamy od kolebki - że cuda sie nie zdarzają, a te, o których czytamy w starożytnych tekstach należy rozumieć metaforycznie - po prostu nie zarejestrowalibyśmy cudu, nawet, gdyby zdarzył się nam pod nosem. Nie chcielibyśmy go widzieć! Zdecydowalibyśmy nie przyjąć do wiadomości...

P.S.

Pewien mój kolega z pierwszej pracy, który został protestantem (obawiam się, że z niewłaściwych przyczyn) opowiedział mi taki oto dowcip: Jezus idzie po wodzie, więc apostołowie za nim, bo też by chcieli i oczywiście zaczynają tonąć (choć jako rybacy zapewne umieli dobrze pływać). Jezus odwraca się więc i pukając się w czoło mówi "po palach, idioci, po palach"

Nie wiem z jaką intencją ów człowiek opowiedział ten dowcip. Chciał mnie zgorszyć czy zaprezentować "protestancki punkt widzenia" na cuda? Obawiam się, że Kościól Katolicki także zmierza w tę stronę...

Papieżu Franciszku, hierarchowie i postępowi teologowie nie idźcie tą drogą! Cuda się zdarzają! Sama widziałam!

wtorek, 2 kwietnia 2024

O powrocie młodszego brata

Weźmy na przykład amerykańskich protestantów i to takich gorliwych, którzy chcą zostać albo zostają pastorami i dalej się rozwijają - kończą studia, piszą doktoraty, szukają na własna rękę i znajdują ojców Kościoła i to tak wczesnych jak Ireneusz z Lyonu albo Polikarp, uczeń św. Jana Apostoła. Wtedy dopiero odkrywają historię Kościoła i są w szoku. Nie chcą się nawrócić, bo antykatolicyzm jest częścią ich tożsamości, nawet jesli nie zdają sobie z tego sprawy.... Nie chcą, ale nie daje im to spokoju. Wtedy zwykle trafiają po raz pierwszy w życiu na mszę świętą i tam dopiero czad!

Jeden siedzi w ostatniej ławce wpatrzony w dziwne pudełko obok ołtarza (tabernakulum) i płacze, bo w jakis niepojęty sposób wie, że Jezus jest tam realnie obecny... Drugi ze zdziwieniem spostrzega, że wszyscy zebrani zamiast patrzeć na ołtarz odwracają się do drzwi jakby się coś stało -  ktoś umarł albo coś. Sam więc też się w końcu odwraca i na widok kapłana w asyście zaczyna ronić łzy, bo uświadamia sobie sukcesję apostolską ... Inna osoba nie wie dlaczego, ale placze cały czas odkąd weszła na mszę i nie może przestać... Dar łaski - niewątpliwie - dla tych wyjątkowych dusz, ktore nie ustają w poszukiwaniu prawdy, choć pójście za nią będzie ich wyjątkowo drogo kosztować...

Uwielbiam słuchać ich świadectw nawrócenia. Ja także często płakalam po kościołach, ale za zwyczaj nad własnym losem, który jawił mi się jako trudny do uniesienia. Teraz moje oczy są suche i nie potrafię plakać, choćbym chciała, a moje serce twarde jak kamień. Nie doceniam tego co jest mi dane. Przywykłam do bycia katoliczką od zawsze. Irytuje mnie ksiądz albo organista. Irytuje mnie wszystko. Jestem jak ten starszy brat, który był zawsze w pobliżu ojca (co najmniej fizycznie, nawet jeśli nie sercem) a nie potrafił się nigdy tym zachwycić i ucieszyć. Patrzy z fascynacją na tego młodszego, który przybywa z daleka roniąc łzy wzruszenia na widok zabudowań ojcowskiego domu... Patrzy jak ciele na malowane wrota i zachwyca sie wszystkim, czego starszy - na skutek przyzwyczajenia lub uodpornienia - nie zauważa...

Myślę, że te liczne nawrócenia najlepszych, najodważniejszych i najuczciwszych intelektualnie protestantów są wielkim darem dla Kościoła, gdyż Ci ludzie pomagają nam wierzyć, że naprawde jesteśmy dziedzicami Królestwa...

Jest też sporo katolików przechodzących do protestantów, ale dla nich magnesem jest zwykle czynnik ludzki - wspólnota. Do pewnego stopnia to rozumiem i nie powiedziałabym im złego słowa, gdyby to uczciwie przyznali, a nie zaczynali nagle oburzać się kultem maryjnym albo obrazami świętych...

Ruch odbywa się dwukierunkowo do Kościoła w poszukiwaniu Boga i rzeczy boskich i od Kościoła w poszukiwaniu wspólnoty i rzeczy ludzkich... Zastanawiam się jak to połączyć i czy to w ogóle możliwe...

Może tak musi być. Może musimy być znudzeni i poirytowani, bo na poziomie ludzkim nic nie widzimy, a oczy wiary zbyt słabe?  Szczerze mówiąc nie wiem. Kiedyś bardzo pragnęłam doświadczyć wspólnoty w Kościele, ale tak się nie stało. Może ta wspólnota istnieje na jakimś glębszym poziomie niedostępnym naszym zmyslom? Nie wiem tego.

Wiem natomiast, że błędem jest posoborowe "protestantyzowanie" Kościoła, bo wstydząc się rzeczy nadprzyrodzonych odrzucamy to, co najcenniejsze, a nie zyskujemy nic, dokładnie nic.

Piszę to także pod wpływem kazania proboszcza mojej parafii, który podczas wigilii paschalnej nie miał nic do powiedzenia o Zmartwychwstaniu, natomiast sporo o Janie Pawle II i zagrożeniach dla rodzin we współczesnym świecie.

Żeby byla jasność uważam Jana Pawła II za świętego człowieka i wiem, że zagrożenia (duchowe) zarówno dla rodzin jak i ludzi samotnych są ogromne, to jednak świętowaliśmy ZMARTWYCHWSTANIE i tylko o tym należało mówić lub zamilknąć i poprzestać na pięknej liturgii.

Mam wrażenie, ze kryzys wiary w Kościele dotyczy w pierwszym rzędzie osób duchownych, niestety...




sobota, 16 marca 2024

Przypadek Tammy Peterson, czyli o mocy obśmianych praktyk...

Jakiś czas temu Tammy Peterson, żona Jordana Petersona, została uzdrowiona z bardzo rzadkiego rodzaju raka nerek. Statystyki są takie, że dotąd nikt tego nie przeżył. Po diagnozie dano jej góra 10 miesięcy życia. Ponieważ w jej rodzinie wiele osób umierało stosunkowo wcześnie na różne choroby, uznała, że widocznie ma takie geny i zaakceptowała perspektywę śmierci, jako nieuchronną. (W końcu będąc po sześćdziesiątce i mając czworo wnucząt mogła uznać, że już zrobiła co do niej należało.) Dopiero kiedy powiedziała o tym swojemu synowi i zobaczyła w jego oczach wielki smutek uświadomila sobie, jak wielkim ciosem będzie jej śmierć dla bliskich...

W szpitalu odwiedzala ją przyjaciółka, młoda, ładna kobieta o rysach lekko azjatyckich. Jako praktykująca katoliczka nauczyła ją modlić się na różańcu i codziennie towarzyszyła jej w tej modlitwie. To pomoglo chorej i bardzo cierpiącej Tammy skupić się na czymś innym niż ból. Nie modliła się o uzdrowienie, po prostu kontemplowała kolejne tajemnice pod kierunkiem przyjaciółki. Efekt był taki, że została uzdrowiona i na Wielanoc ma zostać przyjęta do Kościoła Katolickiego.

Bardzo mnie ta historia poruszyła, zwłaszcza przyjaciółka, która codziennie odwiedzała starszą kobietę i modliła się z nią ponad godzinę. Abstrahując od jej bezinteresowności, to jest to dla mnie przykład osoby w sposób właściwy czerpiącej ze skarbów, jakie w swoim posiadaniu ma Kościół Katolicki. Nie dość, że sama je znajduje, praktykuje w swoim życiu (ewidentnie z dobrym skutkiem), to jest w stanie dzielić się z tymi, którzy potrzebują, a wcześniej trafnie rozpoznać.

Z jednej stony mamy coś tak pięknego - modlitwę praktykowaną z właściwym nastawieniem w obliczu śmierci, przyjaźń, miłość syna i męża... A z drugiej nieustanny wysilek "tego świata", żeby wiarę w Boga (ze szczególnym uwzględnieniem chrześcijaństwa) obśmiać i obrzucić gównem. Można się tak bawić, kiedy wszystko się układa (o ile to możliwe), ale kiedy pojawia sie cierpienie, nie zostaje nic i wtedy "ten świat" podpowiada wyłącznie samobójstwo. Właśnie po tym można poznać ponad wszelką wątpliwość, że mówi przez niego nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego...

Jest jeszcze trzecia strona tej układanki - niewierzący hierarchowie, którzy zamierzają utwierdzać ludzi praktykujących grzech wołający o pomstę do nieba w ich zlym wyborze za pomoca błogosławieństwa. Nie mając wiary, często sami obarczeni wiadomą skłonnością, której bez oporów folgują, nie są wstanie rozpoznać, że słowa takie jak grzech, błogosławieństwo, modlitwa opisują RZECZYWISTOŚĆ. To nie są tylko puste dźwięki, którymi można się bawić i mamić skołowanych katolików.

Można być Kościołem znudzonym, zniecierpliwionym, a nawet na niego wpieprzonym. Bożna być zniechęconym swoją własną modlitwą, która wydaje sie nic nie poruszać. Wszystko to rozumiem. Mniej mam zrozumienia dla lęku przed obciachem, bo mój instynkt stadny jest raczej słaby, ale widziałam takie przypadki zwłaszcza wśród młodych ludzi. Duchowieństwo nie pomaga, bo samo mierzy się w własnym brakiem wiary, a co za tym idzie pytaniem o sens swego powołania...

Historia Tammy Peterson pokazuje jednak, że najbardziej obśmiana praktyka świata może mieć moc, o jakiej nam się śniło. Być może jest tak, że gdybyśmy odważyli uwierzyć naprawdę, sami doświadczalibyśmy podobnych cudów w naszym życiu. Może tym przychodzącym z zewnątrz jest łatwiej, bo robią to po raz pierwszy bez obciążeń, bez pamięci tych wszystkich godzin niewysłuchanych modlitw i zawiedzionych nadziei... Nie wiem, ale piszę z głębokim przekonaniem, że odwieczna nauka Kościoła trafnie opisuje rzeczywistość duchową, nawet jeśli sami katolicy (ze szczególnym uwzględnieniem hierarchów) w to nie wierzą...