Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2025

O kazaniu o. Marcina OSPPE

Minionej niedzieli o. Marcin OSPPE uraczył nas tylko jednym kazaniem, bo był chrzest.

Dowiedzielismy, że:

  • chrześcijanin to ktoś kto zaprosił Boga do swego życia i ten Bóg w nim działa (albo jakoś tak - odtwarzam z pamięci), a nie jakaś zdewociała osoba , która dokłada coraz to nowe modlitwy (do tych odmawianych rutynowo?), które nic nie pomagają.
  • jeśli człowiek nie widzi działania Boga w swoim życiu, łatwo się zniechęca i traci wiarę
  • kiedy upadamy przychodzi zrozumienie, że to nie my jesteśmy bogami
Więcej mądrości o. Marcina nie pamiętam.

W drodze do domu upadłam w sensie dosłownym przechodząc przez ulicę. Wyłożyłam się na calą długość i przez chwile leżałam ogłuszona. W końcu wstałam i ubłocona pociągnęlam się do bramy. Jakiś życzliwy czlowiek zapytał czy wszystko w porządku. Odpowiedziałam, że mam nadzieję. Śmiejąc sie pod nosem ze swojej przygody wgramoliłam sie po schodach. Owszem, jestem potłuczona, ale poza  tym, nic mi się nie stało.

W poniedziałek dwa maile od potencjalnych pracodawców, u których byłam na rozmowach. Oba odmowne. Mimo spektakularnego upadku zrozumienie nie przyszło. Widocznie jestem tą zdewociałą osobą, która dokłada coraz to więcej modlitw (odmowiłam ostatnio 3 nowenny), z których nic nie wynika.



No coż, o. Marcinie, nie widzę działania Boga w moim życiu, a co gorsza upadki nie pomagaja mi nic zrozumieć. Nie mam "intymnej relacji z Jezusem" ani żadnej innej. Byłam ochrzczona jako niemowlę, przystepowałam do kolejnych sakramentów z taką wiarą, na jaką mnie było stać i dalej to robię.

Albo jestem więc wyjątkowo złym człowiekiem, albo to, co Ojciec opowiada, to banialuki.

Zwracam uwagę, że Bóg jest calkowicie autonomiczny. To nie jest jakaś funkcja naszej pobożności, woli czy pragnienia. Może działać w naszym życiu jeśli chce, albo nie działać, jeśli nie chce. To czy my sie otwieramy, modlimy czy przystepujemy do sakramentów nie ma żadnego wpływu na jego decyzje.

Istnieje mozliwość, że działa w sposób dla nas niezauważalny, ale wlaśnie dlatego, nie możemy owego działania odczuć ani zobaczyć w historii naszego życia. Możemy w to wierzyć. Jednak wiara to nie to samo, co wiedza, czyż nie?

Rozumiem więc, że powinnam sie bardzo wstydzić, że jestem ową zdewociałą osobą odmawiajacą nieskuteczne modlitwy, ale co dalej?  Co poza "diagnozą" ma Ojciec do powiedzenia takim właśnie ludziom, którzy nie widzą działania Boga w swoim życiu i nic nie rozumieją? Co mają ZROBIĆ? 

W ciemnej d...

P.S.
Proszę nie opowiadać o relacjach, bo do tego potrzeba dwojga! 


sobota, 16 marca 2024

Przypadek Tammy Peterson, czyli o mocy obśmianych praktyk...

Jakiś czas temu Tammy Peterson, żona Jordana Petersona, została uzdrowiona z bardzo rzadkiego rodzaju raka nerek. Statystyki są takie, że dotąd nikt tego nie przeżył. Po diagnozie dano jej góra 10 miesięcy życia. Ponieważ w jej rodzinie wiele osób umierało stosunkowo wcześnie na różne choroby, uznała, że widocznie ma takie geny i zaakceptowała perspektywę śmierci, jako nieuchronną. (W końcu będąc po sześćdziesiątce i mając czworo wnucząt mogła uznać, że już zrobiła co do niej należało.) Dopiero kiedy powiedziała o tym swojemu synowi i zobaczyła w jego oczach wielki smutek uświadomila sobie, jak wielkim ciosem będzie jej śmierć dla bliskich...

W szpitalu odwiedzala ją przyjaciółka, młoda, ładna kobieta o rysach lekko azjatyckich. Jako praktykująca katoliczka nauczyła ją modlić się na różańcu i codziennie towarzyszyła jej w tej modlitwie. To pomoglo chorej i bardzo cierpiącej Tammy skupić się na czymś innym niż ból. Nie modliła się o uzdrowienie, po prostu kontemplowała kolejne tajemnice pod kierunkiem przyjaciółki. Efekt był taki, że została uzdrowiona i na Wielanoc ma zostać przyjęta do Kościoła Katolickiego.

Bardzo mnie ta historia poruszyła, zwłaszcza przyjaciółka, która codziennie odwiedzała starszą kobietę i modliła się z nią ponad godzinę. Abstrahując od jej bezinteresowności, to jest to dla mnie przykład osoby w sposób właściwy czerpiącej ze skarbów, jakie w swoim posiadaniu ma Kościół Katolicki. Nie dość, że sama je znajduje, praktykuje w swoim życiu (ewidentnie z dobrym skutkiem), to jest w stanie dzielić się z tymi, którzy potrzebują, a wcześniej trafnie rozpoznać.

Z jednej stony mamy coś tak pięknego - modlitwę praktykowaną z właściwym nastawieniem w obliczu śmierci, przyjaźń, miłość syna i męża... A z drugiej nieustanny wysilek "tego świata", żeby wiarę w Boga (ze szczególnym uwzględnieniem chrześcijaństwa) obśmiać i obrzucić gównem. Można się tak bawić, kiedy wszystko się układa (o ile to możliwe), ale kiedy pojawia sie cierpienie, nie zostaje nic i wtedy "ten świat" podpowiada wyłącznie samobójstwo. Właśnie po tym można poznać ponad wszelką wątpliwość, że mówi przez niego nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego...

Jest jeszcze trzecia strona tej układanki - niewierzący hierarchowie, którzy zamierzają utwierdzać ludzi praktykujących grzech wołający o pomstę do nieba w ich zlym wyborze za pomoca błogosławieństwa. Nie mając wiary, często sami obarczeni wiadomą skłonnością, której bez oporów folgują, nie są wstanie rozpoznać, że słowa takie jak grzech, błogosławieństwo, modlitwa opisują RZECZYWISTOŚĆ. To nie są tylko puste dźwięki, którymi można się bawić i mamić skołowanych katolików.

Można być Kościołem znudzonym, zniecierpliwionym, a nawet na niego wpieprzonym. Bożna być zniechęconym swoją własną modlitwą, która wydaje sie nic nie poruszać. Wszystko to rozumiem. Mniej mam zrozumienia dla lęku przed obciachem, bo mój instynkt stadny jest raczej słaby, ale widziałam takie przypadki zwłaszcza wśród młodych ludzi. Duchowieństwo nie pomaga, bo samo mierzy się w własnym brakiem wiary, a co za tym idzie pytaniem o sens swego powołania...

Historia Tammy Peterson pokazuje jednak, że najbardziej obśmiana praktyka świata może mieć moc, o jakiej nam się śniło. Być może jest tak, że gdybyśmy odważyli uwierzyć naprawdę, sami doświadczalibyśmy podobnych cudów w naszym życiu. Może tym przychodzącym z zewnątrz jest łatwiej, bo robią to po raz pierwszy bez obciążeń, bez pamięci tych wszystkich godzin niewysłuchanych modlitw i zawiedzionych nadziei... Nie wiem, ale piszę z głębokim przekonaniem, że odwieczna nauka Kościoła trafnie opisuje rzeczywistość duchową, nawet jeśli sami katolicy (ze szczególnym uwzględnieniem hierarchów) w to nie wierzą...