Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ufność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ufność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 marca 2024

Przypadek Tammy Peterson, czyli o mocy obśmianych praktyk...

Jakiś czas temu Tammy Peterson, żona Jordana Petersona, została uzdrowiona z bardzo rzadkiego rodzaju raka nerek. Statystyki są takie, że dotąd nikt tego nie przeżył. Po diagnozie dano jej góra 10 miesięcy życia. Ponieważ w jej rodzinie wiele osób umierało stosunkowo wcześnie na różne choroby, uznała, że widocznie ma takie geny i zaakceptowała perspektywę śmierci, jako nieuchronną. (W końcu będąc po sześćdziesiątce i mając czworo wnucząt mogła uznać, że już zrobiła co do niej należało.) Dopiero kiedy powiedziała o tym swojemu synowi i zobaczyła w jego oczach wielki smutek uświadomila sobie, jak wielkim ciosem będzie jej śmierć dla bliskich...

W szpitalu odwiedzala ją przyjaciółka, młoda, ładna kobieta o rysach lekko azjatyckich. Jako praktykująca katoliczka nauczyła ją modlić się na różańcu i codziennie towarzyszyła jej w tej modlitwie. To pomoglo chorej i bardzo cierpiącej Tammy skupić się na czymś innym niż ból. Nie modliła się o uzdrowienie, po prostu kontemplowała kolejne tajemnice pod kierunkiem przyjaciółki. Efekt był taki, że została uzdrowiona i na Wielanoc ma zostać przyjęta do Kościoła Katolickiego.

Bardzo mnie ta historia poruszyła, zwłaszcza przyjaciółka, która codziennie odwiedzała starszą kobietę i modliła się z nią ponad godzinę. Abstrahując od jej bezinteresowności, to jest to dla mnie przykład osoby w sposób właściwy czerpiącej ze skarbów, jakie w swoim posiadaniu ma Kościół Katolicki. Nie dość, że sama je znajduje, praktykuje w swoim życiu (ewidentnie z dobrym skutkiem), to jest w stanie dzielić się z tymi, którzy potrzebują, a wcześniej trafnie rozpoznać.

Z jednej stony mamy coś tak pięknego - modlitwę praktykowaną z właściwym nastawieniem w obliczu śmierci, przyjaźń, miłość syna i męża... A z drugiej nieustanny wysilek "tego świata", żeby wiarę w Boga (ze szczególnym uwzględnieniem chrześcijaństwa) obśmiać i obrzucić gównem. Można się tak bawić, kiedy wszystko się układa (o ile to możliwe), ale kiedy pojawia sie cierpienie, nie zostaje nic i wtedy "ten świat" podpowiada wyłącznie samobójstwo. Właśnie po tym można poznać ponad wszelką wątpliwość, że mówi przez niego nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego...

Jest jeszcze trzecia strona tej układanki - niewierzący hierarchowie, którzy zamierzają utwierdzać ludzi praktykujących grzech wołający o pomstę do nieba w ich zlym wyborze za pomoca błogosławieństwa. Nie mając wiary, często sami obarczeni wiadomą skłonnością, której bez oporów folgują, nie są wstanie rozpoznać, że słowa takie jak grzech, błogosławieństwo, modlitwa opisują RZECZYWISTOŚĆ. To nie są tylko puste dźwięki, którymi można się bawić i mamić skołowanych katolików.

Można być Kościołem znudzonym, zniecierpliwionym, a nawet na niego wpieprzonym. Bożna być zniechęconym swoją własną modlitwą, która wydaje sie nic nie poruszać. Wszystko to rozumiem. Mniej mam zrozumienia dla lęku przed obciachem, bo mój instynkt stadny jest raczej słaby, ale widziałam takie przypadki zwłaszcza wśród młodych ludzi. Duchowieństwo nie pomaga, bo samo mierzy się w własnym brakiem wiary, a co za tym idzie pytaniem o sens swego powołania...

Historia Tammy Peterson pokazuje jednak, że najbardziej obśmiana praktyka świata może mieć moc, o jakiej nam się śniło. Być może jest tak, że gdybyśmy odważyli uwierzyć naprawdę, sami doświadczalibyśmy podobnych cudów w naszym życiu. Może tym przychodzącym z zewnątrz jest łatwiej, bo robią to po raz pierwszy bez obciążeń, bez pamięci tych wszystkich godzin niewysłuchanych modlitw i zawiedzionych nadziei... Nie wiem, ale piszę z głębokim przekonaniem, że odwieczna nauka Kościoła trafnie opisuje rzeczywistość duchową, nawet jeśli sami katolicy (ze szczególnym uwzględnieniem hierarchów) w to nie wierzą...




sobota, 6 czerwca 2020

O grzechu trudnym do nazwania

W czasach mojej młodości dziewczętom opowiadano ad nauseam o niebezpieczeństwach związanych w przedwczesnym wchodzeniu w związki natury romantyczno-seksualnej. Rodzice i duszpasterze byli w tej kwestii zgodni, szkoła różnie. Pamiętam pewną edukatorkę, która wkroczyła nam na godzinę wychowawczą z pogadanką na te tematy i oświadczyła m.in., że nie neguje współżycia seksualnego w naszym wieku. To była I albo II klasa liceum, miałyśmy po 15 góra 16 lat. Po tych słowach poczułam się dość dziwnie i sądząc po minach koleżanek wiele z nich podzielało mój szok i dyskomfort. Tylko jedna lub dwie wystąpiły ze śmiałym coming outem, że one zaczęły w wieku lat 13 czy coś. Nastąpiło kłopotliwe milczenie. Dla większości z nas temat nie istniał. Marzyłyśmy o miłości, jej fizyczny aspekt był raczej kłopotliwy, a nawet odpychający. Może zresztą robię błąd sadząc po sobie i swoich koleżankach...

Tak czy siak ten ogrom przestróg przed zboczeniem z drogi cnoty nie mógł być bardziej niepotrzebny niż w moim przypadku.  Nie było natomiast nikogo, kto by mnie przestrzegł przed niebezpieczeństwem, które mi rzeczywiście groziło, grzechem, który trudno nazwać, a bardzo łatwo popełnić. Może zresztą nie jest to grzech tylko błąd, czyli o wiele gorzej...

Nikt mi nigdy nie powiedział w zrozumiały sposób (choć być może moi rodzice próbowali nieudolnie), że mamy to co mamy i to co jest, jest lepsze od tego czego niema (nawet jeśli umiemy to sobie pięknie wyobrazić). Wolność wyobrażałam sobie jako wybór między wieloma możliwościami, nie wiedziałam, że w rzeczywistości mamy do wyboru akceptacje lub bunt przeciw temu, co jest. To, co jest w bardzo ograniczonym stopniu zależy od nas. Dostajemy to, co jest dla nas odpowiednie, a nawet pod wieloma względami korzystne. Jeśli nie umiemy tego docenić to głównie dlatego, że sugerujemy się opiniami innych ludzi, porównujemy się z nimi lub nie znamy swoich ograniczeń, a przede wszystkim dlatego, że nie ufamy Bogu i jego miłości...

Nie wiem czy ktoś opisał zjawisko, że kiedy ktoś rezygnuje z mało satysfakcjonującej pracy, znajduje następną ... dużo gorszą, więc rezygnuje i z niej, a następna, jeśli w ogóle ją znajdzie, to już zupełny dramat. Znam ileś przypadków takiej smutnej drogi wliczając mój własny.

Dużo się mówiło o duchowych niebezpieczeństwach New Age rozplenionego w latach 90-tych ubiegłego wieku. Trudno się było wtedy nie zetknąć z jakąś jego formą, a świadomość zagrożenia była niska albo żadna. Wtedy to powzięłam przekonanie, że świat pełen jest nieograniczonych możliwości i jeżeli jakaś praca mi nie odpowiada to co ja jeszcze tam robię? Może zresztą przekonanie wywodziło się z moich młodzieńczych fantazji o dorosłym życiu i zostało po prostu wzmocnione. Gdyby nie to, być może wcześniej zostałabym przywrócona do rzeczywistości z korzyścią dla siebie.

Przy okazji pewnej spowiedzi zostałam zrugana,  że realizuje swój program na życie, że to pycha i że "zaparłam się rogami" (sic!) Być może tak jest w istocie, ale pytanie w jaki sposób mam realizować program Boga dla mnie dalej wydaje mi się uprawnione. Impulsy? Owszem są, ale skąd mam znać ich źródło? Inny spowiednik powiedział mi kiedyś, że nikt z nas nie wie, czego chce Bóg... Więc zdani jesteśmy nas swój własny rozsądek i swój własny plan, który pychą mu ubliża?

To wydaje mi się sednem problemu, głównym niebezpieczeństwem w życiu człowieka, że nie doceni tego co dostaje i zamiast ufnie współdziałać z Bogiem, zbuntuje się i pójdzie na bezdroża w poszukiwaniu jakiejś ułudy podsuwanej przez wiadomo kogo. Jeśli nie przekracza przy tym żadnego z dziesięciorga przykazań nie ma pojęcia, że popełnia grzech, więc nie może się nawrócić... Mam silne przeczucie, że nie ma wyborów obojętnych moralnie wliczając w to decyzję jak spędzę wieczór czytając, pisząc, sprzątając czy też oglądając jakiś film w internecie.