Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cuda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cuda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 kwietnia 2024

Cud jako "social embarrassment"

Nie wiem dlaczego, ale przypomniało mi się pewne zdarzenie z przed ponad 20 lat, którego byłam świadkiem w kościele św. Wojciecha we Wrocławiu. Musiały to być święta Bożęgo Narodzenia albo Wielkanocy, bo w kościele było sporo ludzi, których się tam zwykle nie widywało. Niektórzy prawdopodobnie  przychodzili kilka razy do roku, a inni zapewne przyjechali w gości do rodziny i wspólnie z gospodarzami wybrali się na mszę.

Siedziałam jak zwykle po lewej stronie prezbiterium stosunkowo blisko ołtarza w czwartej ławce albo nawet bliżej. W pewnym momencie moją uwagę zwrocił glośny szloch i jakieś poruszenie w sąsiedniej ławce. Mocno starszy pan płakał, a towarzysząca mu kobieta (też starsza) dość zażenowana dopywała się co mu się stało. Przypuszczalnie chciala go uspokoić, bo czuła, że zwracają na siebie uwagę. Mężczyzna jednak nie dawał się spacyfikować, gdyż najwyraźnie doświadczył czegoś niezwykłego, więc wszelkie konwenanse miał chwilowo gdzieś.

Kiedy podszedł do komunii i ukląkł przy balaskach (wtedy jeszcze ich nie usunięto!) powiedział do zbliżajacego się z najświętszym sakramentem zakonnika "Ojcze ja widzę!". Ten chyba nie zrozumiał i wziąłszy go za nieszkodliwego wariata, zrobił mu krzyżyk na czole w geście błogosławieństwa.

Dalszą część tej historii znam z relacji owego sceptycznego zakonnika, którego imienia nie podam, bo nie wiem czy by sobie tego życzył. Otóż starszy pan udał się po mszy do zakrystii, aby opowiedzieć, że - ni mniej ni więcej - tylko właśnie odzyskał, utracony przed laty, wzrok (na skutek choroby, o ile dobrze pamiętam)!!!

Słowa o koniecznośći przebaczania, które usłyszał na kazaniu uświadomiły mu, że ciągle nie wybaczyl jakiejś dawnej krzywdy. Niestety nie pamiętam co to było. Poruszony do głębi postanowił odpuscić swemu krzywdzicielowi i dokładnie w tym momencie przejrzał. (Nie jestem pewna, czy bł. Czesław, którego trumna znajduje w bocznej kaplicy, nie odegral w tym jakiejś roli).

Nie pamiętam tego kazania, ale kaznodzieja sam przyznał, że nie miał czasu się przygotować, bo przyjechali do niego znajomi i oprowadzal ich po Wrocławiu. Powiedział więc to, co mial najbardziej przemyślanie i co najbardziej czuł. Jego słowa trafiły do serca człowieka, który być może przypadkiem trafił na tą mszę i stał się najprawdziwszy cud! Taki cud cud, o jakich czytamy w ewangeliach. Tylko w przeciwieństwie do świadków cudów Jezusa, którzy albo wielbili Boga albo padał na nich blady strach, w tym przypadku wierni obecni na mszy po prostu taktownie zignorowali dziwne zachowanie starszego Pana i zupełnie nie byli ciekawi, co mu się przydarzyło, a człowiek ewidentnie chciał się tym podzielić!

Wyobraźcie sobie kogoś chodzącego po wodzie albo wskrzeszającego umarłych. W najlepszym wypadku wszyscy udawaliby, że tego nie widzą, a w najgorszym zostałby zwinięty przez policję jako zagrożenie dla porządku publicznego. 

Przypomina mi się kawał o psie myśliwskim, który umiał chodzić po wodzie. Jego właściciel nie wiedział, co o tym myśleć, więc zaprosił znajomego na polowanie. Pies biega po wodzie aportując ustrzelone kaczki w tę i wewtę, a kolega nic. W końcu własciciel pyta, czy nie zauważył czegoś dziwnego w zachowaniu jego psa. "Owszem, to bydle nie umie pływać..." odpowiedział z niesmakiem.

Zważywszy ten rodzaj nastawienia, którym nasiąkamy od kolebki - że cuda sie nie zdarzają, a te, o których czytamy w starożytnych tekstach należy rozumieć metaforycznie - po prostu nie zarejestrowalibyśmy cudu, nawet, gdyby zdarzył się nam pod nosem. Nie chcielibyśmy go widzieć! Zdecydowalibyśmy nie przyjąć do wiadomości...

P.S.

Pewien mój kolega z pierwszej pracy, który został protestantem (obawiam się, że z niewłaściwych przyczyn) opowiedział mi taki oto dowcip: Jezus idzie po wodzie, więc apostołowie za nim, bo też by chcieli i oczywiście zaczynają tonąć (choć jako rybacy zapewne umieli dobrze pływać). Jezus odwraca się więc i pukając się w czoło mówi "po palach, idioci, po palach"

Nie wiem z jaką intencją ów człowiek opowiedział ten dowcip. Chciał mnie zgorszyć czy zaprezentować "protestancki punkt widzenia" na cuda? Obawiam się, że Kościól Katolicki także zmierza w tę stronę...

Papieżu Franciszku, hierarchowie i postępowi teologowie nie idźcie tą drogą! Cuda się zdarzają! Sama widziałam!

sobota, 16 marca 2024

Przypadek Tammy Peterson, czyli o mocy obśmianych praktyk...

Jakiś czas temu Tammy Peterson, żona Jordana Petersona, została uzdrowiona z bardzo rzadkiego rodzaju raka nerek. Statystyki są takie, że dotąd nikt tego nie przeżył. Po diagnozie dano jej góra 10 miesięcy życia. Ponieważ w jej rodzinie wiele osób umierało stosunkowo wcześnie na różne choroby, uznała, że widocznie ma takie geny i zaakceptowała perspektywę śmierci, jako nieuchronną. (W końcu będąc po sześćdziesiątce i mając czworo wnucząt mogła uznać, że już zrobiła co do niej należało.) Dopiero kiedy powiedziała o tym swojemu synowi i zobaczyła w jego oczach wielki smutek uświadomila sobie, jak wielkim ciosem będzie jej śmierć dla bliskich...

W szpitalu odwiedzala ją przyjaciółka, młoda, ładna kobieta o rysach lekko azjatyckich. Jako praktykująca katoliczka nauczyła ją modlić się na różańcu i codziennie towarzyszyła jej w tej modlitwie. To pomoglo chorej i bardzo cierpiącej Tammy skupić się na czymś innym niż ból. Nie modliła się o uzdrowienie, po prostu kontemplowała kolejne tajemnice pod kierunkiem przyjaciółki. Efekt był taki, że została uzdrowiona i na Wielanoc ma zostać przyjęta do Kościoła Katolickiego.

Bardzo mnie ta historia poruszyła, zwłaszcza przyjaciółka, która codziennie odwiedzała starszą kobietę i modliła się z nią ponad godzinę. Abstrahując od jej bezinteresowności, to jest to dla mnie przykład osoby w sposób właściwy czerpiącej ze skarbów, jakie w swoim posiadaniu ma Kościół Katolicki. Nie dość, że sama je znajduje, praktykuje w swoim życiu (ewidentnie z dobrym skutkiem), to jest w stanie dzielić się z tymi, którzy potrzebują, a wcześniej trafnie rozpoznać.

Z jednej stony mamy coś tak pięknego - modlitwę praktykowaną z właściwym nastawieniem w obliczu śmierci, przyjaźń, miłość syna i męża... A z drugiej nieustanny wysilek "tego świata", żeby wiarę w Boga (ze szczególnym uwzględnieniem chrześcijaństwa) obśmiać i obrzucić gównem. Można się tak bawić, kiedy wszystko się układa (o ile to możliwe), ale kiedy pojawia sie cierpienie, nie zostaje nic i wtedy "ten świat" podpowiada wyłącznie samobójstwo. Właśnie po tym można poznać ponad wszelką wątpliwość, że mówi przez niego nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego...

Jest jeszcze trzecia strona tej układanki - niewierzący hierarchowie, którzy zamierzają utwierdzać ludzi praktykujących grzech wołający o pomstę do nieba w ich zlym wyborze za pomoca błogosławieństwa. Nie mając wiary, często sami obarczeni wiadomą skłonnością, której bez oporów folgują, nie są wstanie rozpoznać, że słowa takie jak grzech, błogosławieństwo, modlitwa opisują RZECZYWISTOŚĆ. To nie są tylko puste dźwięki, którymi można się bawić i mamić skołowanych katolików.

Można być Kościołem znudzonym, zniecierpliwionym, a nawet na niego wpieprzonym. Bożna być zniechęconym swoją własną modlitwą, która wydaje sie nic nie poruszać. Wszystko to rozumiem. Mniej mam zrozumienia dla lęku przed obciachem, bo mój instynkt stadny jest raczej słaby, ale widziałam takie przypadki zwłaszcza wśród młodych ludzi. Duchowieństwo nie pomaga, bo samo mierzy się w własnym brakiem wiary, a co za tym idzie pytaniem o sens swego powołania...

Historia Tammy Peterson pokazuje jednak, że najbardziej obśmiana praktyka świata może mieć moc, o jakiej nam się śniło. Być może jest tak, że gdybyśmy odważyli uwierzyć naprawdę, sami doświadczalibyśmy podobnych cudów w naszym życiu. Może tym przychodzącym z zewnątrz jest łatwiej, bo robią to po raz pierwszy bez obciążeń, bez pamięci tych wszystkich godzin niewysłuchanych modlitw i zawiedzionych nadziei... Nie wiem, ale piszę z głębokim przekonaniem, że odwieczna nauka Kościoła trafnie opisuje rzeczywistość duchową, nawet jeśli sami katolicy (ze szczególnym uwzględnieniem hierarchów) w to nie wierzą...




niedziela, 2 lipca 2023

Nie należy upadać na duchu!

Podczas swojej ostatniej bytności w Częstochowie wysłuchałam wielu opowieści o cudach za wstawiennictwem Matki Boskiej, ale największe wrazenie zrobiła na mnie historia żolnierza AK złapanego wraz ze swoim oddziałem przez Niemców. 

Wszyscy mieli być straceni w określonym dniu i ich bliscy wiedzieli o tym. Żona jednego z nich postanowiła szturmować Jasną Górę modlitwą w intencji męża i chciała namówić matki i żony pozostałych do przyłączenia się. One jednak nie miały wiary czy też straciły ducha, co z perspektywy czasu wydaje mi się dość dziwne. Co ryzykowały? Tak czy siak, nie przylączyly się, więc ona sama zamówiła mszę i wysłała wiadomość o tym do swego męża w więzieniu z wezwaniem, żeby ufał. I on rzeczywiście się przejął. W drodze do miejsca straceń zaintonował nawet pieśń maryjną, której nikt ze współwięźniów nie podchwycił - i co ważniejsze - udało mu się jakimś cudem uwolnić związane z tyłu ręce.

Kiedy więc wyprowadzono go z samochodu z zaskoczenia grzmotnął strażników, po czym rzucił się do ucieczki. Zacząl padać śnieg i Niemcy zrezygnowali z pościgu. Człowiek przeżył, po wojnie wrócił do żony i - jak się domyślam - dożyli razem swych dni...

Wiele osób mogloby mogłoby twierdzić, ze nie ma nic cudownego w tym zdarzeniu i zupelnie nie wymagało boskiej interwencji. Nie będę się kłócić. Każdy wierzacy wie, że cuda najczęsciej tak wyglądają i jeśli ktoś chce je tłumaczyc zbiegami okoliczności to droga wolna...

Dla mnie wszystko jest tam cudem począwszy od miłości żony, która nie zwątpiła, jak inne kobiety, poprzez dostarczenie skazanemu wiadomości, jego przytomność umysłu aż do gęstego śniegu na końcu...

Wniosek jest prosty - nie należy upadać na duchu, choćby nie wiem co. Wiem, że łatwiej powiedzieć niż wykonać, zwłaszcza jeżeli trudności ciągną się latami...