Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Częstochowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Częstochowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2024

O koptach i rekolekcjach w Częstochowie


Taka sprawa: koptowie zawieszają dialog ekumeniczny z Kościołem Katolickim z powodu Fiducia Supplicans. Szczerze mowiąc trudno się im dziwić. 

Jak te watykańskie cioty mogą nie rozumieć, że jeśli komuś muzułmanie non stop podkładaja bomby pod kościoły, to ten ktoś ma inne problemy niż czy może oficjalnie pokazać się z boyfriendem, czy raczej nie. Nasi bracia w wierze w Afryce i Azji sa mordowani, a papież nie ma im nic do powiedzenia, bo wlaśnie intensywnie mizdrzy się do możnych tego świata!!!

Byłam na początku marca na rekolekcjach w Częstochowie. Wróciłam z grypą-gigantką i do dziś dnia nie mogę dojść do siebie.

Ojciec Marcin Ciechanowski OSPPE uraczyl nas w sobotę kazaniem, z którego dowiedzieliśmy się, że w przypowieści o synu marnotrawnym tak naprawdę czarnym charakterem jest ten starszy, który się nie cieszy z hojności ojca wobec młodszego brata. Starszy syn ma mentalność niewolnika, co można poznać po wyrzucie, że tyle lat służy ojcu, a nie dostal żadnej nagrody!

Dalej łatwo zgadnąć - to my katolicy, wierzący i praktykujący jesteśmy tymi starszymi synami, którzy nie cieszą sie z Fiducia Supplicans, bo mamy czarne serduszka i mentalność niewolników.
Rekolekcjonista-dominikanin pewnie dodałby jeszcze, że jesteśmy odrażający, brudni źli, a jajka, które przynosimy do poświęcenia w wielką sobotę śmierdzą... Ojciec Ciechanowski się do tego nie posunął, ale z goryczą stwierdził, że w dzisiejszych czasach trzeba bronić papieża przed katolikami, a przecież Kościół się zmienia, bo ŻYJE!

Wszystko to bardzo pięknie, ale ktoś by mógł się upierać, że gdzie Kościół naprawde żyje, tam nie ma problemu pedalstwa tylko prześladowań i do tego problemu papież powinien się odnieść w pierwszym rzędzie, a nie sprzedawać chińskich katolików komunistom za jakieś niejasne ustalenia (najprawdopodobniej chodzi o kasę)


niedziela, 2 lipca 2023

Nie należy upadać na duchu!

Podczas swojej ostatniej bytności w Częstochowie wysłuchałam wielu opowieści o cudach za wstawiennictwem Matki Boskiej, ale największe wrazenie zrobiła na mnie historia żolnierza AK złapanego wraz ze swoim oddziałem przez Niemców. 

Wszyscy mieli być straceni w określonym dniu i ich bliscy wiedzieli o tym. Żona jednego z nich postanowiła szturmować Jasną Górę modlitwą w intencji męża i chciała namówić matki i żony pozostałych do przyłączenia się. One jednak nie miały wiary czy też straciły ducha, co z perspektywy czasu wydaje mi się dość dziwne. Co ryzykowały? Tak czy siak, nie przylączyly się, więc ona sama zamówiła mszę i wysłała wiadomość o tym do swego męża w więzieniu z wezwaniem, żeby ufał. I on rzeczywiście się przejął. W drodze do miejsca straceń zaintonował nawet pieśń maryjną, której nikt ze współwięźniów nie podchwycił - i co ważniejsze - udało mu się jakimś cudem uwolnić związane z tyłu ręce.

Kiedy więc wyprowadzono go z samochodu z zaskoczenia grzmotnął strażników, po czym rzucił się do ucieczki. Zacząl padać śnieg i Niemcy zrezygnowali z pościgu. Człowiek przeżył, po wojnie wrócił do żony i - jak się domyślam - dożyli razem swych dni...

Wiele osób mogloby mogłoby twierdzić, ze nie ma nic cudownego w tym zdarzeniu i zupelnie nie wymagało boskiej interwencji. Nie będę się kłócić. Każdy wierzacy wie, że cuda najczęsciej tak wyglądają i jeśli ktoś chce je tłumaczyc zbiegami okoliczności to droga wolna...

Dla mnie wszystko jest tam cudem począwszy od miłości żony, która nie zwątpiła, jak inne kobiety, poprzez dostarczenie skazanemu wiadomości, jego przytomność umysłu aż do gęstego śniegu na końcu...

Wniosek jest prosty - nie należy upadać na duchu, choćby nie wiem co. Wiem, że łatwiej powiedzieć niż wykonać, zwłaszcza jeżeli trudności ciągną się latami...

czwartek, 29 czerwca 2023

O zbeszczeszczonym kościele opuszczonym przez Boga...

Wracajac z politechniki weszłam na chwilę adoracji do kościoła św. Wojciecha. To osmalone okno i część ściany w kaplicy św. Józefa robi koszmarne wrażenie, jakby ślady po wizycie diabła w stylu legendy o Twardowskim. W tej to kaplicy Pawel Maliński miał chędożyć niunie ze swojej wspólnoty na ołtarzu. Nie wiem czy to prawda, ale nie sposob o tym zapomnieć...

W ołtarzu kopia obrazu Chyły z Jezusem Miłosiernym. Patrzę i czuję przygniatające zniechęcenie. Jakby nagle spadły na mnie te trzy czy cztery dekady rozpaczliwych, a calkowicie bezskutecznych modlitw, które swego czasu zanosilam w tym kościele.

Po powrocie do domu wiertara  sąsiada z dołu, o pracy nad analizą tekstów zapomnij. Jestem u kresu psychicznej wytrzymałości. Chwytam za młot i w odwecie walę w podlogę, aż drewniany trzonek się połamał... Jakiś czas już wiercenia nie było, ale jakby adoracja w kościele dominikanów je sprowokowała...

Uświadamiam sobie po raz kolejny, że w rozwiązaniu problemów ciągnących się latami pomogła mi Maryja, a konkretnie pielgrzymka do Częstochowy. Pojechałam pod koniec lutego 2020, a już do końca czerwca miałam złożoną pracę i zdane wszystkie egzaminy. W lipcu pojechalam znowu i 25 listopada obroniłam się. 

W lipcu 2022 pojechałam po raz kolejny i znalazłam pracę najpierw na pól etatu, a potem na cały (po kolejnej pielgrzymce). Maryja potrzebowała kilku miesięcy, żeby odpowiedzieć na moja modlitwę!

Zrobiła jeszcze coś, co najpierw umknęło mojej uwadze - odcięła mnie od kościoła dominikanów, którzy w 2020, na poczatku pandemicznej histerii zamknęli się w awangardzie postępu, zanim ktokolwiek o tym pomyślał. Od marca 2020 byłam tam może ze 2 razy na mszy i zupelni mnie tam nie ciągnie.

Dziś pomyslałam sobie, że być może to po prostu złe miejsce. Kościół zbeszczeszczony odbywajacymi się tam obrzydliwościami. O części wiadomo, a o ilu nie? Może to miejsce już dawno Bóg opuścił, a zamieszkał ktoś zupelnie inny? Może dlatego modlitwy tam zanoszone rozbijają się o betonową ścianę?

Wiem, że to, co napisałam brzmi dziwnie, ale wlasnie taka refleksja przyszla mi dzisiaj do głowy.


niedziela, 5 marca 2023

Częstochowskie dziady proszalne (wzdłuż ścieżki rowerowej).

Byłam w ostatni weekend lutego na rekolekcjach w Częstochowie. Zatrzymałam się w Hotelu Weneckim (okolice dawnego getta), dzięki czemu dwa razy dziennie przemierzałam prawie całą długość Alei Najświętszej Marii Panny na Jasną Górę i spowrotem. To, co na niej zobaczyłam, dość mocno mną wstrząsnęło. Myślę, że wielu ludzi zgodzi się ze mną, że miasto Częstochowa jest tylko zapleczem Jasnej Góry, dodatkiem do niej i tej alei przecinajacej miasto, którą od wieków pielgrzymi podchodzili pod mury klasztoru. 

Wiem jakie lewactwo ma wpływy w samorządach miejskich, zwłaszcza rządzonych przez lewicę, ale i tak zamienienie najsławniejszego szlaku pielgrzymiego w Polsce na ścieżkę rowerową mocno mnie zaszokowało.....


Aleja zaczyna się (lub kończy w zależności od kierunku marszu) pięknym, zabytkowym kościołem św. Zygmunta.


Przed nim wielki krzyż oparty o ziemię poprzecznym ramieniem i pomnik Jana Pawła II w podeszłym wieku, jako pielgrzyma zdążajacego na Jasną Górę.



A co dalej? Ano pomnik wystawiony rowerzystom! Coś w rodzaju osławionych pomników wdzięczności armii czerwonej. Rowerzyści bowiem jeżdżą z błogosławieństwem władz samym środkiem tej niezwykłej alei, krórej znaczenie i sens urbanistyczny jest dla każdego jasny. Miasto dziękuje tym zagubionym indywiduom za utrudnianie i zakłócanie najpiękniejszego odcinka pielgrzymki na Jasną Górę.




Przeczytajcie sobie, drodzy czytelnicy, ten lewacki bełkot sami, bo szkoda moich oczu!


Dalej miasto postanowiło obsadzić szlak pielgrzymi świeckimi świętymi jako przeciwwagę, czy raczej konkurencję, dla oczywistej wymowy klasztoru i jego otoczenia. Pierwszy w kolejności pomnik-ławeczka zasłużonego lekarza, którego nazwiska nie pamiętam.


Pomnik sam w sobie nie najgorszy, a w każdym razie dużo lepszy niż to, co nas czeka. Kiedyś stawiano lekarzom pomniki przed szpitalami/klinikami, w których pracowali, dziś muszą siedzieć na ławeczkach przy szlaku na Jasną Górę jak, nie przymierzając, dziady proszalne. No nic, idziemy dalej...



Następna z częstochowskiej kolekcji dziadów, czy raczej bab, proszalnych, poetka Halina Poświatowska (o ile dobrze pamiętam), z kotem oczywiście.


A po przeciwnej stronie Marek Perepeczko z pokaźnym brzuchem, tak jak wyglądał pod koniec życia, jako dyrektor miejscowego teatru.
Z całym szacunkiem dla tej instytucji, ale moje pokolenie zapamiętało Perepeczkę jako Janosika i być może on sam chciałby być tak zapamiętany - u szczytu swej kariery i atrakcyjności fizycznej.
Czy chciał zostać częstochowskim dziadem proszalnym? Czy ktoś go o to zapytał? Czy chciał konkurować z Matką Boską Częstochowską? Instynkt aktora by mu to odradził!!!



Dalej obowiązkowa fontanna bez cembrowiny, żeby bylo nowocześnie, z jakże oryginalną dekoracją rzeźbiarską - dziewczynką z gołębiami. Zastanawiam się, czy w kategorii "oryginalny" pomnik/rzeźba miejska zwyciężyłyby wrzechobecne ławeczki czy fontanny z ptakami i dziećmi.

Dużo pisalam o wątpliwej sensowności pozbawiania pomników cokołu w swojej pracy doktorskiej, która tak bardzo zbrzydzila profesora Dobesza, że ze łzami w oczach apelowal do komisji, aby mnie uwaliła. Nie będę więc tu powtarzać tego wywodu, może kiedyś wrzucę co smakowitsze fragmenty na bloga.

Oceń sam, czytelniku, tą uroczą spontaniczność postaci z brązu , a zwłaszcza jej uśmiech (chciałoby się powiedzieć tężcowy) oraz przestrzenny (i każdy inny) sens takiej lokalizacji!






Na koniec dokonanie artystyczne, przy którym poprzednie dziady proszalne wysiadają - Piotr Machalica. Widzę, że zdjęcia nie oddają sprawiedliwości temu dziełu. Wyjaśnię więc, że skala jest większa, ok. 1,5 do 2 razy wielkości człowieka, co uczyniło figurę za ciężką dla drewnianej ławki i trzeba było wykonać brązową, ale jak widać w Częstochowie nie mają problemu z tym szlachetnym materiałem. Wierz mi czytelniku, to jest coś monstrualnego, karykatura po prostu! Jeśli mi nie wierzysz pojedź sobie sam i zobacz na własne oczy!

Na końcu alei niewielka tabliczka, której już nie sfotografowałam, że tu kończy się szlak rowerowy! Taki jest sens tej alei - ponad dwa kilometry trasy rowerowej nie wiedzieć czemu zakończonej po obu stronach kompleksami budowli sakralnych i przyozdobionej (też nie wiedzieć czemu) pomnikami miejscowych znakomitości!

Dobrze, spójrzmy z punktu widzenia komucha/lewaka - to po prostu najbardziej reprezentacyjna aleja miasta. Tak? To niech mi ktoś wyjaśni, do k..wy nędzy, jaki jest sens zamieniania reprezentacyjnych ulic na ścieżki rowerowe!!!

Jest tylko jedno wyjaśnienie - roweryzm (jak już wcześniej pisałam na tym blogu) to konkurencyjna wobec chrześcijaństwa religia. Trasa pielgrzymki zamieniona na para-liturgiczne jeżdżenie rowerem środkiem alei wtę i wewtę.

Dla porównania rzeźby pozostajace w związku z funkcją architektury, w której bliskości się znalazły:




Pomnik prymasa Wyszyńskiego klęczacego pod murami Jasnej Góry.


Posąg św. Rocha (o ile dobrze pamiętam) z końca XVIIIw.




Dwie stacje drogi krzyżowej, którą można odprawiać z wałów wokół klasztoru.

Drodzy lewacy, czy wam się to podoba czy nie, żadna atrakcja turystyczna nie jest większym magnesem dla turystów, niż miejsce cudami słynące. Módlcie się więc do Marksa i Lenina, żeby klasztor jasnogórski takiej sławy dalej zażywał, bo kiedy to się skończy miasto Częstochowa zamieni się w kupę gruzów zamieszkałą przez indywidua, które teraz zaczepiają pielgrzymów pod Jasną Górą. Nie ważne ile ścieżek rowerowych zrobicie, nie ważne ile ławeczek z celebrytami, których sława nie przetrwala ich śmierci, postawicie na poboczach, bez Jasnej Góry Częstochowy nie ma. Szlak Orlich Gniazd też was nie uratuje!!! 




niedziela, 7 sierpnia 2022

Luźne refleksje osłabionej głodem blogerki

Jestem na diecie Dąbrowskiej. Dla niewtajemniczonych to wyłącznie niskokaloryczne warzywa z niewielkim dodatkiem niskokalorycznych owoców. Autorka obiecuje cuda wianki zwłaszcza przy schorzeniach stawów, a ja boję się RZS-u (reumatoidalnego zapalenia stawów), na które cierpiała moja świętej pamięci mama przed śmiercią. Wielokrotnie w przeszłości przeprowadzałam dwutygodniowe lub tygodniowe głodówki ze skutkiem umiarkowanym, ale z jakichś powodów ciągle wracam do tego pomysłu. Niestety brak energii i problemy z koncentracją towarzyszą mi nieodmiennie od pierwszego dnia.

W lipcu bardzo namawiano mnie na pielgrzymkę do Medjugoria. Miała się odbyć akurat podczas fali afrykańskich upałów, co zdecydowanie pomogło mi odrzucić tę propozycję. Zamiast tego pojechałam do Częstochowy na jeden dzień, w środku tygodnia, kiedy nie ma tłumów. Pociąg powrotny spóźnił się o 180 minut, a moja komórka sama ustawiła mi spotkanie o 2.30 i dwie noce z rzędu budziła mnie sygnałem przypominającym, zanim się zorientowałam co jest grane...

Podejmowanie podróży, w tym pielgrzymki, wiąże się nieuchronnie z ryzykiem, także ryzykiem śmierci. Wypadek polskiego autobusu w Chorwacji (wiozącego pielgrzymów do Medjugoria) jest smutnym przypomnieniem tego faktu.

Obejrzałam wczoraj wywiad Jordana Petersona w dwoma katolickimi teologami (sadząc po nazwiskach - Kaczor i Petrusek - polskiego pochodzenia). Po raz kolejny powtórzył swą myśl, że instynkt religijny wrodzony człowiekowi sprawia, że odrzuciwszy Boga, czyli wartość najwyższą, czyni on swoją religią sprawy na to nie zasługujące. Degrengoladę moralną towarzyszącą takiemu wyborowi można zaobserwować na przykładzie niektórych komentarzy po wypadku w Chorwacji. Autor jednego z nich, prof. Hartman, wykłada etykę na UJ.

Peterson zastanawiał się nad fenomenem popularności swoich wykładów na temat Księgi Rodzaju. Myślę, że jednym z czynników jest jego świeże, nieuprzedzone i śmiertelnie poważne podejście do tych opowieści. Nie ma w nim nic z lęku Kościoła, przed narażeniem się na śmieszność.

Niestety, nawet odwaga Jordana Petersona ma swoje wyraźne granice. Przy okazji zniszczenia Sodomy stwierdził, że chodziło raczej o brak gościnności niż potępienie homoseksualizmu. Innym razem zapytany o książkę Sołżenicyna "200 lat razem", w której autor porusza temat Żydów w Rosji, Peterson nie odpowiedział nic. Wiem, że nie da się walczyć na raz z całym światem, ale nie miałam ochoty słuchać go dalej...