Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homoseksualizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą homoseksualizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2024

O koptach i rekolekcjach w Częstochowie


Taka sprawa: koptowie zawieszają dialog ekumeniczny z Kościołem Katolickim z powodu Fiducia Supplicans. Szczerze mowiąc trudno się im dziwić. 

Jak te watykańskie cioty mogą nie rozumieć, że jeśli komuś muzułmanie non stop podkładaja bomby pod kościoły, to ten ktoś ma inne problemy niż czy może oficjalnie pokazać się z boyfriendem, czy raczej nie. Nasi bracia w wierze w Afryce i Azji sa mordowani, a papież nie ma im nic do powiedzenia, bo wlaśnie intensywnie mizdrzy się do możnych tego świata!!!

Byłam na początku marca na rekolekcjach w Częstochowie. Wróciłam z grypą-gigantką i do dziś dnia nie mogę dojść do siebie.

Ojciec Marcin Ciechanowski OSPPE uraczyl nas w sobotę kazaniem, z którego dowiedzieliśmy się, że w przypowieści o synu marnotrawnym tak naprawdę czarnym charakterem jest ten starszy, który się nie cieszy z hojności ojca wobec młodszego brata. Starszy syn ma mentalność niewolnika, co można poznać po wyrzucie, że tyle lat służy ojcu, a nie dostal żadnej nagrody!

Dalej łatwo zgadnąć - to my katolicy, wierzący i praktykujący jesteśmy tymi starszymi synami, którzy nie cieszą sie z Fiducia Supplicans, bo mamy czarne serduszka i mentalność niewolników.
Rekolekcjonista-dominikanin pewnie dodałby jeszcze, że jesteśmy odrażający, brudni źli, a jajka, które przynosimy do poświęcenia w wielką sobotę śmierdzą... Ojciec Ciechanowski się do tego nie posunął, ale z goryczą stwierdził, że w dzisiejszych czasach trzeba bronić papieża przed katolikami, a przecież Kościół się zmienia, bo ŻYJE!

Wszystko to bardzo pięknie, ale ktoś by mógł się upierać, że gdzie Kościół naprawde żyje, tam nie ma problemu pedalstwa tylko prześladowań i do tego problemu papież powinien się odnieść w pierwszym rzędzie, a nie sprzedawać chińskich katolików komunistom za jakieś niejasne ustalenia (najprawdopodobniej chodzi o kasę)


środa, 10 stycznia 2024

Coming out przeora Dominikanów we Wrocławiu

Słucham właśnie sobie na YouTube: LISICKI, KRATIUK I CHMIELEWSKI O NAJWIĘKSZYM KRYZYSIE KOŚCIOŁA W HISTORII i czegóż się dowiaduje? Otóż okazuje się, że  

przeor dominikanów we Wrocławiu (Andrzej Kuśmierski OP) twierdzi, że bardzo cieszy się z Fiducia Supplicans, bo błogosławił już wcześniej pary homoseksualne, a teraz będzie to robil legalnie!!!

I wszystko jasne! Wzmożenie w sprawie Pawła M. prawdopodobnie wynikało z faktu, że chędożył panienki ze wspólnoty modlitewnej wyłonionej z DA, a nie współbraci!!!

Współczuję wszystkim normalnym dominikanom, jacy jeszcze ostali się w zdegenerowanym zakonie kaznodziejskim!!!

niedziela, 28 maja 2023

Znowu w Brideshead, czyli podróż do źródła

Obejrzałam sobie ekranizację powieści Evelyna Wough'a Brideshead revisited z lat osiemdziesiatych z Jeremy Ironsem w roli Charlesa Rydera i Anthony Andrewsem w roli Sebastiana Flyte'a. Świetny serial, intrygujaca powieść, niezłe aktorstwo... Wiele wspomnień z czasu, kiedy oglądałam go po raz pierwszy i czytałam powieść....

Wiem że zrobiono ileś nowszych wersji, ale nie zamierzam ich oglądać, gdyż sądząc po fragmentach, które widzialam, dokonano gwałtu na literackim pierwowzorze i zrobiono z niego historię o "zakazanej milości" - homoseksualnej znaczy - i młodzieńcu z nizin, który dostał sie w świat arystokracji i jest nim zafascynowany... 

Tymczasem powieść jest o grzechu, upadku, nawróceniu, miłości,  przyjaźni i drodze bohatera-agnostyka do Boga. Sam autor taką drogę przeszedł, więc można domniemywać, że Charles Ryder jest - przynajmniej w jakimś aspekcie - jego alter ego.

Robienie z przyjaźni Charlesa i Sebastiana homoseksualnego związku jest głębokim nieporozumieniem. W powieści występuje jawny homoseksualista Antoine, kolega bohaterów z Oxfordu, co raczej wskazuje, że temat nie był bynajmniej zakazany ani nieznany, więc autor nie musiałby kamuflować takiej relacji pod pozorem przyjaźni.

Pisałam już na tym blogu o tym, że nie wierzę w milość lesbijską i drażni mnie niepomierrnie imputowanie takiej "orientacji" postaciom historycznym i bohaterkom literackim tylko dlatego, że przyjaźniły sie z innymi kobietami.

Wszystko zaczyna się chyba od Freuda z jego obrazem człowieka sprowadzonego do genitaliów. Otóż twierdzę z przekonaniem, że jest to obraz głeboko falszywy. Czlowiek nie jest dodatkiem do swojego penisa czy też pochwy. "Niewiele od aniołów jest on umniejszony" dla wierzacych, a dla uczciwych agnostyków jest istotą wysoce skomplikowaną i tajemniczą.

Niewątpliwie istnieją ludzie obsesyjnie zainteresowani seksem na jakimś etapie życia. Miałam nawet takie koleżanki w liceum i na studiach, ale nie bylo ich znowu tak wiele, a mnie bardzo niewiele z nimi łączyło. Będę więc twierdzić z uporem, że sprowadzanie wszystkiego do seksu nie jest żadną normą, tylko poważnym odchyleniem od niej. 

Kobiety są pod dużą presją, żeby znaleźć sobie partnera życiowego w młodym wieku, aby założyc rodzinę, a mimo to relacje z mężczyznami nie są nigdy ich jedynym zainteresowaniem.. Podobnie dla normalnych mężczyzn, nawet w młodym wieku, istnieją sprawy ważniejsze od seksu...

Bardzo mnie bawią te wszystkie "aseksualne" i "demiseksualne" "orientacje wśród najnowszych odkryć LGBT+. Nie, to nie są żadne "orientacje" to jest NORMA! Nikt normalny nie myśli bez przerwy o seksie, ani go nie uprawia z kimkolwiek! Normalne kobiety nie szukają przypadkowego seksu, gdyż nie jest dla nich pociągający w najmniejszym stopniu. 

Bliskie przyjaźnie z osobami tej samej płci nie świadczą o homoseksualiźmie. To jest NORMA w młodości. W ten sposób ludzie się uczą bycia w relacji. Dokładnie tak jest w przypadku Charlesa, dla którego przyjaźń z Sebastianem jest wstępem do milości do jego siostry, Laury, prowadzącej z kolei do nawrócenia, czyli odnalezienia źródła wszelkiej miłości...




środa, 6 lipca 2022

Czy ekshibicjoniści zaliczają się do LGBT?

W czasach mojego dzieciństwa i młodości najbardziej popularnym wyrazem "alternatywnej seksualności" był ekshibicjonizm. Zawsze można było zobaczyć jakiegoś mętnego typa obnażającego się na klatce schodowej, kiedy wracało się ze szkoły, podczas spaceru z psem w parku, na basenie, na plaży, a nawet w pociągu. Zazwyczaj określani byli mianem "zboczeńców". Do tej kategorii zaliczało się również indywidua korzystające z tłoku w miejscach publicznych, np. komunikacji miejskiej, aby macać nieletnie dziewczęta między nogami.

Nie wiem czy wybór dziewczynek świadczył o pedofilskich zapędach owych zboczeńców, czy tez po prostu wybierali dzieci jako najbardziej bezbronne ofiary swoich seksualnych ataków. Faktem jest, że ilość obnażających się ekshibicjonistów zmniejszała się wraz z upływem lat, a ostatniego widziałam na krótko przed czterdziestką (wyglądałam znacznie młodziej niż można by podejrzewać na podstawie daty urodzenia). Obrzuciłam go kamieniami, przedostatniego też.

Najbardziej zaskakujący był przekrój wiekowy i społeczny - od młodych i względnie przystojnych, przez ewidentnie zaburzone, mamroczące indywidua w nieokreślonym wieku, do szanowanych ojców rodzin i dziadków, którzy płynnie przechodzili od zajmowania się wnukami do pokazywania kutasa przechodzącym obok kobietom.

O homoseksualistach mówiło się pederaści. O ich istnieniu wiedziałam głównie z książek o kulturze antycznej. Dopiero na studiach jeden z kolegów wyznał, że zapuścił brodę tylko dlatego, żeby go stare pedały nie zaczepiały w toaletach publicznych.

Tak prezentowała się rodzima różnorodność seksualna za PRL-u i nieco później. To, co widzimy na tzw. paradach równości to głównie import ideologii, aktywistów i PR-u. Nikomu, kto zetknął się ze zboczeńcem za młodu - czy to dziewczynce uraczonej widokiem męskiego organu czy chłopakowi molestowanemu przez pedała w kiblu - nie skojarzyłoby się to doświadczenie z kolorami tęczy. Bardziej z wdepnięciem w gówno lub inną podobną substancję.

Nie wiem czy ekshibicjonistów już niema czy też mój wiek mnie przed nimi chroni, ale nurtuje mnie pytanie czy i oni mają swoją flagę na "paradzie równości". Czy obnażający się uczestnicy tego wydarzenia to właśnie oficjalne występy ekshibicjonistów? A może ukryli się pod etykietą transgender i na skutek wprowadzenia obłąkanego prawodawstwa mogą bezkarnie molestować kobiety w damskich toaletach i szatniach?

Z jakimż zaskoczeniem w dorosłym wieku przeczytałam w literaturze angielskiej, że po zetknięciu się z tzw. flasherem kobieta wzywała policję i miała prawo do opieki psychologa po tak strasznej traumie. Teraz zaś całe pochody ekshibicjonistów gwałcą przez oczy społeczeństwa Europy i wszyscy mają obowiązek się nimi zachwycać.

niedziela, 5 czerwca 2022

LGBT - co się kryje pod czterema literami?

Obejrzałam właśnie świetny film Matta Walsha What is a woman? Chodzi oczywiście o horror transgenderyzmu w USA i Kanadzie.  Mnóstwo czubów, w tym także pracowników naukowych wyższych uczelni i lekarzy, nie potrafiących odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule. Kilka dobrych wywiadów ze szczególnym uwzględnieniem wypowiedzi Jordana Petersona, który odrzucił pojęcie  gender jako niejasne i nie mierzalne, twierdząc, że tak naprawdę chodzi po prostu o temperament. Jedna na 10 kobiet jest wyposażona w zestaw cech typowo męskich (bezwzględność, skłonność do konfrontacji, agresji i  rywalizacji) podobnie równie często zdarzają się mężczyźni obdarzeni cechami zwykle kojarzonymi z kobiecością (zgodność, empatia, wrażliwość, niska samoocena). Czy z tego wynika, że ci wszyscy ludzie są uwięzieni w niewłaściwym ciele? Każdy przyzna, że byłby to absurdalny wniosek. 

Co więcej kiedy mówi się o LGBT, też najczęściej nie chodzi o homoseksualizm, zwłaszcza w przypadku ludzi młodych. Ilu z tych tzw. "gejów" to chłopcy, którym najbardziej w życiu brakowało towarzystwa i/lub akceptacji innych mężczyzn, bo np. z jakiegoś powodu wyśmiewani byli przez rówieśników lub odrzuceni przez ojca? Ile tak zwanych "lesbijek' po prostu zraziło się do mężczyzn, nie postrzega siebie jako atrakcyjnych kobiet lub nie doświadczyło miłości matki? Próba nadrobienia zaległości w kontaktach z własna płcią jest w takim przypadku o wiele bardziej nagląca niż realizowanie instynktu rozrodczego. Stosunki "seksualne" (nie wiem czy to słowo ma sens w przypadku osób tej samej płci) nachalnie lansowane przez popkulturę są raczej namiastką bliskości fizycznej nie doświadczonej w swoim czasie ze strony rodziców. Czy próba uporania się z jakimś zaległym deficytem lub traumą zasługuję na miano "orientacji seksualnej"? Do czasu osławionego głosowania w Amerykańskim Towarzystwie Psychologicznym w latach 70-tych XX wieku uznawano takie zachowania za nerwicę.

Co może kryć się pod pojęciem biseksualizmu? Bliskie relacje z mężczyznami i kobietami? Czy wszyscy ludzie takich nie mają? Oczywiście, tylko nie kończą ich w łóżku. To się po prostu nazywa przyjaźń i jest jednym z cenniejszych doświadczeń w życiu. A panseksualizm? Trudno mi uwierzyć w istnienie ludzi gotowych dupczyć wszystko, co się rusza (a nawet to, co się nie rusza). A może to po prostu zachwyt nad światem właściwy wszystkim naturom wrażliwym na piękno?  Człowiek aseksualny z kolei, to ktoś, kto nie traktuje seksu jako hobby, tylko chciałby najpierw zbudować jakąś bliską relację z odpowiednią osobą (bardzo rozpowszechnione podejście wśród normalnych kobiet). Nie znalazłszy takowej nie rzuca się w wir przypadkowych kontaktów seksualnych, tylko żyje we wstrzemięźliwości.

Wszystkie te dziwaczne nazwy i próby kreowania alternatywnych zachowań seksualnych są raczej inżynierią społeczną niż rozpoznaniem rzeczywistości.

Owszem, istnieje gender dysphoria, dotyczy bardzo znikomej grupy osób w skali populacji (części promila), zazwyczaj chłopców. Pojawia się w dzieciństwie i nie znika po okresie dojrzewania.

Homoseksualizm natomiast wydaje się w dużej mierze uwarunkowany kulturowo - vide starożytna Grecja oraz elitarne szkoły dla chłopców  w Anglii. Zawsze istnieli ludzie rozwiąźli dysponujący nadmiarem czasu i środków, którzy znudzeni normalnym sposobem zaspokajania instynktu seksualnego eksperymentowali posuwając się do bardzo dziwnych i dla normalnego człowieka odrażających aktów.  Skojarzenie z tzw. paradami równości jest nieuniknione...



sobota, 6 marca 2021

O samotności niewybieranej - post scriptum

Napisałam dawno temu artykuł "O samotności niewybieranej", który jako jeden z nielicznych moich tekstów został opublikowany w prasie katolickiej (i cieszył się ogromną popularnością). Było to podsumowanie  przemyśleń na temat sytuacji ludzi samotnych, którzy sobie takiego stanu (świadomie) nie wybrali, w Kościele. Oparłam się na tekstach biblijnych oraz doświadczeniach własnych, obserwacji i relacjach znajomych w podobnej sytuacji.

Ten tekst kończył moje osobiste zmagania z tematem. Pisałam go na początku kryzysu wieku średniego, który był właściwie śmiercią młodej mnie. Pewne problemy przestały istnieć, a pojawiły się zupełnie inne. Temat jest zamknięty i nawet pisząc to post scriptum nie chce mi się rzucić okiem na rzeczony artykuł. Pamiętam jednak, że pisząc go w jakiejś mierze przyjmowałam narzucone mi przekonanie, że powołania małżonków i rodziców z jednej strony, a księży i osób konsekrowanych z drugiej są w jakimś stopniu "lepsze", choćby przez fakt świadomej decyzji, która towarzyszy wstąpieniu na jedną z tych dróg i wymóg wierności raz przyjętemu zobowiązaniu. Ponadto rodzicielstwo (także duchowe w przypadku kapłanów) - jak się ogólnie uważa - daje szansę pełnego rozwoju człowieczeństwa, jakiej ludzie samotni są pozbawieni.

W miarę upływu czasu odważyłam się jednak w swoim serduszku wyciągnąć wniosek z tego, co widzę i raczej zaufać świadectwu swoich oczu niż naukom osób, których pretensje do moralnej wyższości są, niestety, całkowicie nieuzasadnione. Przede wszystkim praca w szkolnictwie bardzo sprzyjała wyleczeniu się z pięknego złudzenia o nadzwyczajnym wpływie rodzicielstwa na dojrzałość człowieka. Każdy nauczyciel może potwierdzić, że przeciętny paskudny, rozpuszczony do obrzydliwości, roszczeniowy bachor, ma identycznego rodzica (lub obydwoje rodziców) tylko nieco starszego. Jego poziom ludzkiej dojrzałości niczym się nie różni od poziomu potomka, tylko jest nieco lepiej ukrywany przed ludźmi, jeśli to się opłaca.

Powiem więcej, rodzicielstwo w wielu przypadkach jest przeszkodą w osiągnieciu ludzkiej dojrzałości, a miłość rodzicielska często sprowadza się rozciągnięcia własnego egoizmu na potomka i zintensyfikowania go. Doskonałą ilustracją tego zjawiska jest brytyjski film "Perfect parents", który znalazłam na godnym polecenia kanale Amazing British Crime Drama na YouTube.

Rodzice 11-letniej jedynaczki  przerażeni szkołą do której uczęszcza ich dziecko intensywnie szukają alternatywy. Znajdują ją w końcu w postaci placówki prowadzonej przez zakonnice, do której w pierwszej kolejności przyjmowane są dzieci z praktykujących rodzin katolickich. Niestety oboje są ateistami i takim duchu wychowali swoją córkę. Dochodzą jednak do wniosku, że oszustwa w celu zapewnienia dziecku przyzwoitej edukacji jest moralnie dopuszczalne. Posuwają się do kłamstwa, fałszowania dokumentów, korumpowaniu księdza (który zgadza się na udział w tym procederze pod wpływem szantażu) i świętokradztwa. Udaje im się oszukać siostrę przełożoną i córka zostaje przyjęta, zabierając miejsce dziewczynce z rzeczywiście katolickiej, choć niepełnej, rodziny. Jej matka gotowa jest walczyć jak lwica, żeby pseudo-katoliczkę wyeliminować i zdobyć upragnione miejsce dla swojej córki. Równie zdesperowany jest szantażysta, który "przekonał" księdza do współudziału w oszustwie. On także zrobi wszystko dla dobra swoich dzieci. Nie wzdraga się nawet przed morderstwem z zimną krwią.

W wyniku działań (motywowanych dobrem dziecka) czworga rodziców doskonałych  mamy pod koniec filmu dwa trupy, ciężkie pobicie i prawie śmiertelne postrzelenie, co nie zmienia faktu, że główni bohaterowie odnoszą się z absurdalnym poczuciem moralnej wyższości do zakonnicy kierującej szkołą, jako osoby bezdzietnej. Ona sama stwierdza rezolutnie, że jeżeli rodzicielstwo ma taki wpływ na człowieka, to jest szczęśliwa, że zostało jej oszczędzone. Mogę się pod tym podpisać obydwoma rękami.

Równie wątpliwa jest "moralna wyższość" duchownych  wobec ludzi samotnych w ogóle, a niezamężnych kobiet  w szczególności. Pisząc swój artykuł nie byłam świadoma, że owa trudna do wyjaśnienia upierdliwość i niechęć, to po prostu wrogość homoseksualnych mężczyzn wobec kobiet, które postrzegają jako konkurencję. Wstąpił taki do zakonu lub seminarium w poszukiwaniu okazji, a tu plączą się jakieś "nieuporządkowane baby" odwracając uwagę potencjalnych partnerów... Trzeba je zdecydowanie łajać, odganiać i zniechęcać jednocześnie przywabiając ponętnych młodzieńców do odpowiednich "duszpasterstw".

Pewien dominikanin napisał wprost, że nie chce w swoim duszpasterstwie "pokręconych nastolatek", bo one nie przyciągną odpowiednich chłopaków!!! Pamiętam jak czytałam te słowa z opadniętą szczęką w poszukiwaniu jakiejś możliwej do obrony interpretacji!!! Jakże byłam naiwna! Interpretacja jest oczywista, jeśli weźmiemy pod uwagę nadreprezentację homoseksualistów wśród duchowieństwa, zwłaszcza zakonnego!!!

Ta nadzwyczajna gotowość do zaakceptowania praktykujących "gejów" skontrastowana z wrogością wobec samotnych kobiet, które żyją w czystości, znalazła wreszcie przekonywujące wyjaśnienie. Wyższości moralnej mężczyzn dopuszczających się świętokradczej kpiny z kapłaństwa, żeby móc macać lub chędożyć młodzieńców, nad pogardzanymi "starymi pannami" nie widzę.

Być może jest tak, że owa niechciana i nie wybrana samotność jest najlepszą szansą na osiągnięcie ludzkiej i chrześcijańskiej dojrzałości? Taka myśl coraz częściej przychodzi mi do głowy...





piątek, 19 lutego 2021

W sprawie ks. Dymera

Ks. Dymer umarł w wieku 58 lat. Prowadził w Szczecinie liczne dzieła m. in. ośrodek dla chłopców, ośrodek medyczny, liceum (tu nie jestem pewna prowadził czy  pracował w), przynoszące diecezji kupę kasy. Podobno przy tej okazji macał nieletnich (ponad 15 lat) chłopców. Red. Terlikowski twierdzi, że mogło ich być powyżej 300. Był zaprzyjaźniony z całym lokalnym establishmentem. W to wierzę bez trudu, gdyż inaczej nie mógłby prowadzić działalności na tak szeroką skalę. Wszyscy w Szczecinie podobno wiedzieli o jego "słabości".

W 2008 o. Marcin Mogielski OP poszedł z tym do GW, gdyż Rzeczpospolita odmówiła zajęcia się tematem. obawiając się łatki "antyklerykalnej" (wcześniej m in. ujawnili sprawę arcybiskupa Paetza). Pamiętam to wzmożenie. Biskup nie dawał wiary oskarżeniom, zwracając uwagę - skądinąd słusznie - jak łatwo rzucić fałszywe oskarżenie. Podawał przy okazji przykład jak jego samego usiłowano zniesławić wykorzystując fakt, że rodzona siostra (w ciąży) nocowała na jego kwaterze w czasach seminaryjnych. 

Usiłowano przedstawić sprawę jako "spisek pedałów" wykorzystując okoliczność, że sam o. Mogielski był molestowany jako nieletni przez jakiegoś księdza. Czy od tego sam został "pedałem" nie wiem, ale chyba bym się nie zdziwiła gdyby tak było.

Sąd świecki uniewinnił ks. Dymera, gdyż ofiary miały powyżej 15 lat i się nie skarżyły. Domniemano więc ich przyzwolenie na homoseksualne awanse. Sąd kościelny uznał go winnym zarzucanych mu czynów, więc czasowo odsunięto go od kontaktu z młodzieżą. Od tej decyzji ks. Dymer się odwołał i sprawa się ciągnęła 12 lat. Nie wiem czym się zakończyła.

Na krótko przed śmiercią biskup Dzięga odwołał go z funkcji dyrektora ośrodka im. Jana Pawła II. Według jednej wersji  po wysłuchaniu świadectwa jednej z ofiar, według innej z powodu ciężkiej choroby i związanej z nią niezdolności do pracy.

Zgadzam się w pełni, że ksiądz nie powinien macać chłopców, co więcej żaden homoseksualista nie powinien być księdzem. Jednak niepokoi mnie fakt, że w tej sprawie, podobnie jak w przypadku kardynała Gulbinowicza moralne wzmożenie zaczyna się, kiedy oskarżony jest na progu śmierci i nie może się bronić. W jednej i drugiej sprawie "wszyscy wiedzieli" o ciągnącej się latami obrzydliwości i nic. Jeśli chodziło o dobro ofiar, to należało nagonkę medialną rozpętać wcześniej.

Sprawę komplikuje fakt, że obaj duchowni są zasłużeni dla swoich diecezji i nie mogę sobie nie zadać pytania, czy przypadkiem właśnie dlatego stali się obiektem tak spektakularnego linczu medialnego. Czy to jest tak, że każdy duchowny ma tego rodzaju kościotrupy w szafie, a wyciąga się je tym najbardziej zasłużonym, żeby tym bardziej skompromitować Kościół? Czy też dewianci dopuszczający się tego rodzaju czynów zasłaniają się wzmożoną aktywnością charytatywną, jak to było w przypadku Jimmy Saville'a z BBC?

Jakkolwiek macanie nieletnich przez księdza jest obrzydliwe, to jak ma się ono do procederu ujawnionego w filmie Patryka Vegi. Ekspertka zajmująca się handlem ludźmi stwierdziła, że w podanych przez niego informacjach nie ma żadnej przesady. Nawet przyloty gości samolotem na sesje w burdelu dziecięcym uznała za całkiem prawdopodobne, zważywszy ceny takich usług. Stać na nie tylko najzamożniejszych wśród możnych tego świata.

Istnieje bardzo wyraźna różnica między niewłaściwym dotykiem, uwiedzeniem, wzięciem kogoś siłą wbrew jego woli, czyli gwałtem, a "porozrywaniem wszystkiego kutasem" w ciele małego dziecka i przerobieniem go na narządy. 

Dysproporcja w nagłośnieniu obu spraw każe mi wątpić w szczerość intencji medialnych funkcjonariuszy. Szczególnie słowo "pedofilia" w tytułach materiałów prasowych na temat ks. Dymera wydaje się dość bezwstydną manipulacją, co zapala w moim mózgu czerwona lampkę.

Proszę sobie przypomnieć ile razy użyto tego słowa w związku z handlem dziećmi do burdeli i ile poświęconych temu tematowi materiałów widzieliście. Żadnego? To by mnie nie zdziwiło! Też bym się nie zdziwiła, gdyby dokładnie w takim przybytku, po szczególnie "satysfakcjonującej sesji", możni tego świata planowali nagonki na księży pederastów mające dwa cele - zdyskredytowanie Kościoła i odwrócenie od nich samych uwagi.

Jeśli rzeczywiście taki burdel istnieje w Trójmieście, a korzystają z niego wyłącznie milionerzy, to grupa podejrzanych jest dość wąska, czyż nie? Z całą pewnością jest ich mniej niż księży katolickich, a zbrodniczość czynów nieporównywalnie większa!

P.S.

Rozumiem intencje ks. Isakowicza-Zaleskiego czy redaktora Terlikowskiego, ale nie jestem pewna czy np. występowanie w filmie Siekielskich jest roztropne. Co do o. Mogielskiego OP natomiast odnoszę wrażenie, że jest to człowiek po prostu niewierzący. Niewierzący zakonnik jest zawsze podejrzany, nawet jeśli jego intencje w tej konkretnej sprawie były krystalicznie czyste.



poniedziałek, 8 lutego 2021

Nie wierzę w "miłość lesbijską", czyli przypadek królowej Krystyny Szwedzkiej

Obejrzałam jakąś prezentację o królowej Krystynie Szwedzkiej na YouTube i mimo nachalnej sugestii, że jest to wypisz wymaluj wczesna feministka i lesbijka zarazem, zainteresowałam się tematem. Zwłaszcza zaciekawił mnie fakt odnalezienia przez młodą dziewczynę w protestanckim kraju w XVII w. drogi do katolicyzmu. Trudno sobie wyobrażać, że ktoś ją do tego zachęcał. Sama musiała znaleźć jakieś pisma i wciągnęły ją do tego stopnia, że przemyciła do kraju dwóch jezuitów, z którymi debatowała i od których uczyła się, aby w końcu się nawrócić.

Szukałam więc jakichś szczegółów na temat tej zadziwiającej drogi duchowej, ale każdy kolejny materiał przypisywał jej związki "seksualne" z kobietami i inne podobne brednie. Na podstawie czego? Ano Krystyna miała podobno widoczne owłosienia na twarzy, często ubierała się jak mężczyzna, jeździła po męsku na koniu i jej sposób wyrażania był uznawany za odpowiedni raczej dla mężczyzn (a konkretnie żołnierzy) niż dam. Co więcej miała przyjaciółkę Ebbę Sparre zwaną "la belle comtesse", z którą dzieliła łoże!!! Nie omieszkała poinformować o tym angielskiego ambasadora, jak to XVII- wieczne szwedzkie lesbijki miały w zwyczaju!! Nie paliła się do małżeństwa ze swoim kuzynem, choć to obiecała. W końcu ustanowiła go swoim następcą, a sama abdykowała, wyjechała do Rzymu i przeszła na katolicyzm, czym zamknęła sobie drogę powrotu do ojczyzny. Co gorsza, pisała do końca życia listy do Ebby, przyjaciółki swej młodości, zapewniając ją o dozgonnej miłości.

Co robi z takimi wiadomościami feministka pisząca "herstory"? Nie mając żadnej wiedzy (podkreślam ŻADNEJ, nie tylko fachowej) o epoce, projektuje na nieszczęsną kobietę, która się nie może bronić. swoje miazmaty rodem z gender studies. Ponieważ jej odbiorcy też nie mają ŻADNEJ wiedzy, gotowi są te bzdury łyknąć, zwłaszcza, że taki "trynd". Skoro homoseksualizm jest zjawiskiem naturalnym i rozpowszechnionym (jak głosi ich dogmat), więc w każdej epoce musi być mnóstwo przypadków - trzeba je tylko odnaleźć (to znaczy przypisać jakiejś nietuzinkowej postaci).

Ludzie z mojego pokolenia w większości znają Pana Wołodyjowskiego Sienkiewicza, jeśli nie z lektury to z filmu kinowego lub telewizyjnego serialu "Przygody Pana Michała". Jest tam scena, gdzie Basia i Krzysia przed pójściem spać omawiają wydarzenia dnia. Rozbawiona Baśka udając Ketlinga rzuca się się przed towarzyszką na kolana i wygłasza owo sławne "tak waćpannę miłuje, że dychać nie mogę, pieszo, konno i po szkocku" itd. Krzysia najpierw się śmieje, potem płacze, a potem przytula i całuje Basię. Jak zinterpretowałaby to feministka-"herstoryczka"? Nietrudno sobie wyobrazić - Krzysia płacze na wspomnienie awansów mężczyzny, gdyż serce jej pragnie tylko Baśki, która - UWAGA! - zaineresowana jest głównie szermierką, jazdą konną i własnoręcznie ubiła Tatara! Śmieszne? Owszem,  ale zarazem straszne!

A Krystyna córka Lavransa Sigrid Undset dzieląca łoże z Ingebjorgą przez cały czas pobytu w klasztorze? Dziewczyny mają wprawdzie nakazane noszenie koszul dla skromności ale jednak!!! Ta sama Krystyna odwiedzając rodzinę narzeczonego - Szymona Darre - sypia z jego siostrą. Co gorsza cała rodzina śpi w jednym pomieszczeniu i jej niedoszła teściowa obserwuje jak syn podchodzi do Krystyny i niezgrabnie próbuję dotknąć jej piersi pod przykryciem. Jest niezadowolona z oziębłości z jaką zostaje przyjęty!!! Skąd ta oziębłość? Nie trudno odgadnąć! Wiadomo - lesbijka!!! A sam Szymon? Czyż gdzieś pod koniec ksiązki nie dzieli łoża z Erlendem?  Wiadomo, Erlend uwiódł mu wprawdzie  narzeczoną, ale tak naprawdę chodziło o Szymona, to przecież jasne!

A ty czytelniczko! Czyż nocując u koleżanki/kuzynki nie spałaś z nią w jednym łóżku? Czyż nie zapewniałaś osoby, którą uważałaś za przyjaciółkę o DOZGONNEJ przyjaźni? Może nawet posunęłaś się do wpisu w jej pamiętniku w tonie: "Na górze róże, na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki" zilustrowanego dwoma czerwonymi, połączonymi sercami?!! A widzisz, ty także zaliczasz się do społeczności LGBTQ.......XYZ czy chcesz tego, czy nie!!!

A ty czytelniku, czy nigdy nie wziąłeś do łóżka swojego psa, kiedy był szczeniakiem i piszczał z tęsknoty za matką i rodzeństwem? Jak więc cię nazwać? Pedofilo-zoofilem czy pedo-zoo-filem? Nie martw się jednak i posłuchaj mojego wyznania. Otóż bardzo przywiązana byłam do RÓŻOWEGO kubka, który dostałam od siostry. Piłam z niego herbatę i inne płyny dotykając krawędzi USTAMI. Niestety upadł i rozbił się. Skleiłam więc go i postawiłam na szafie. Kim mnie to czyni? Fetyszystko-nekrofilką?

A ewangeliczna przypowieść o natrętnym przyjacielu, który dobija się w środku nocy z niedorzecznym żądaniem chlebów dla swojego gościa. Jaką słyszy odpowiedź? "Nie naprzykrzaj mi się, bo drzwi są zamknięte i MOJE DZIECI SA ZE MNĄ W ŁOŻU"!!! No to już naprawdę! 

Można się tak bawić się ad nauseam, ale nie zmienia to faktu, że projektowanie na ludzi żyjących w odległych czasach, w rzeczywistej rzeczywistości wykwitów chorych umysłów indywiduów typu Wilhelm Reich  jest po prostu niedorzeczne. Także w dzisiejszych czasach bardzo niewielu ludzi jest seksualnymi maniakami. Bardzo niewielu ludzi po dniu pracy zarobkowej ma nadmiar energii, którą pragnie spożytkować na całkowicie jałową, nieestetyczną i niebezpieczną aktywność homoseksualną. Normalny człowiek kocha wielu ludzi różnej płci(rodzice, dzieci, rodzeństwo, dziadkowie, przyjaciele, mentorzy itp.), stosunki natury romantyczno-seksualnej łączą go tylko z jedną osobą płci przeciwnej (żona lub mąż). Dotyk, przytulanie, obejmowanie i pocałunki w WIĘKSZOŚCI przypadków nie mają charakteru seksualnego. Wyrażają bliskość i czułość, albo są wyłącznie towarzyskim rytuałem. Kwieciste zwroty o dozgonnej przyjaźni lub miłości w listach były standardem m.in w czasach królowej Krystyny i występują również w jej korespondencji z osobami, których nawet nie miała okazji poznać osobiście. Także wśród mężczyzn zwroty typu 'mój piękny kuzynie" były na porządku dziennym (np. w średniowiecznej Francji) i nie znaczyły dokładnie nic.

Owo projektowanie na wszystkich i wszystko dewiacji pewnych niszowych, ale wpływowych środowisk przyprawia mnie o mdłości. Nachalna seksualizacja wszystkiego co się rusza i to koniecznie już od niemowlęctwa, przy czym ma być to seksualność możliwie jak najbardziej pokręcona. Na YouTube mnóstwo filmików nastolatków pot tytułem "My transition" albo "I am detransitioning". To jest szaleństwo albo raczej szataństwo. Nikt mi nie wmówi, że co drugi nastolatek nie wie jakiej jest płci, albo do jakiej płci ma pociąg. Dziewczyno, chłopaku, może po prostu jesteście za młodzi? Czy nie ma ciekawszych rzeczy na świecie dla osób w waszym wieku? Bliskie intensywne przyjaźnie z osobami tej samej płci w młodości nie wskazują na homoseksualizm, tylko są uczeniem się bliskiej relacji, której nie zaburza seks. Czasem trwają całe życie niezależnie od posiadania męża/żony i dzieci.

Im bardziej skomplikowany człowiek, tym dłużej się rozwija i tym później czuje tzw. Wolę Bożą. Dla kobiet często oznacza to nie wejście w związki małżeńskie. W przypadku królowej Krystyny była to najprawdopodobniej kwestia braku odpowiedniego mężczyzny. Kto ma ochotę poślubiać swojego kuzyna?  Z drugiej strony jaki mężczyzna ma ochotę poślubić kobietę, która góruje nad nim dokładnie pod każdym względem?

Czytałam niedawno na Frondzie kąśliwy tekścik o Marcie Lempart, o której nie mam dobrego zdania. Był nawiązaniem do jakiegoś jej "szczerego wywiadu" w prasie zaprzyjaźnionej, w którym wyznaje, że (w szkole średniej chyba) nie miała chłopaka, a wszystkie koleżanki miały, co stało się źródłem jej kompleksów. Wspomina też o jakichś podchodach zakończonych porażką. To wszystko, jak rozumiem, pomogło jej uświadomić sobie odmienną "orientację seksualną". Dopiero na studiach poznała swoją "pierwszą dziewczynę". No cóż, nie kupuję tego. Taka z niej lesbijka jak z koziej d... trąba.

Rafał Ziemkiewicz w swoim ostatnim nagraniu stwierdził, że w dzisiejszych czasach dziewczyna jeszcze nie zainteresowana nachalnie wciskanym jej seksem oświadcza "jestem niebinarna"., co się tłumaczy "jestem dziewicą i póki co, nie mam ochoty tego zmieniać". Przez analogię twierdzenie "jestem lesbijką" w większości (jeśli nie wszystkich) przypadków oznacza po prostu "jestem kobietą samotną, ale nie zniosę, żeby nazywano mnie starą panną". Owe związki lesbijskie są najczęściej jak taniec dwóch kobiet w parze z braku facetów na balu.

Kobiety są warunkowane od dzieciństwa, żeby na dźwięk słów "stara panna" reagować paniką i podejmować najgłupsze z możliwych decyzji, nawet jeśli brak mężczyzny w życiu jakoś specjalnie im nie ciąży. Tymczasem mimo (podobno) mniej więcej równej ilości mężczyzn i kobiet w populacji, nie wszyscy mężczyźni a)nadają się do małżeństwa b)mają odwagę podejść do dziewczyny, która im się podoba. Co z tego wynika? Ano część kobiet pozostanie bez pary! Najczęściej te późno dojrzewające, zbyt wykształcone, za wysokie, mające jakieś wymagania lub "zawyżone" standardy moralne, introwertyczki, nie rozpoznane powołania do życia konsekrowanego itp. Żadna z tych przypadłości nie hańbi człowieka, niektóre wręcz przynoszą zaszczyt.

Powiem wprost: ja po prostu nie wierzę, że istnieje coś takiego jak "związek lesbijski". Jak ów rzekomy pociąg seksualny miałby się wyrażać wobec braku odpowiedniego organu u każdej ze stron? Owszem, dwie kobiety mogą być sobie bliskie, mogą ze sobą mieszkać (także ze względów ekonomicznych), wspierać się i opiekować w chorobie (mnóstwo takich sytuacji opisuje Lucy Maud Montgomery w Ani z Zielonego Wzgórza i Emilce ze Srebrnego Nowiu), ale nie jest to związek natury romantyczno-seksualnej. 

Swoją drogą różnicę w dojrzewaniu do prawdziwych tego rodzaju związków ilustrują losy dwóch przyjaciółek Ani i Diany z Ani z Zielonego Wzgórza. Ania jako dziewczynka marzy przede wszystkim o przyjaciółce. Diana wydaje się jej bratnią duszą, równie górnolotną jak ona sama. Intensywność przeżywania też przyjaźni uszczęśliwiłaby każdą feministkę, zwłaszcza w zestawieniu z uporem z jakim odrzuca Gilberta. Jakie jest zaskoczenie i rozczarowanie Ani, kiedy Diana w wieku lat ok. 16, a może 17 obwieszcza, że wychodzi za mąż za grubawego, poczciwego i mało wzniosłego Alfreda. Trudno nie podejrzewać, że Ania w końcu zdaje sobie sprawę, że przypisywała przyjaciółce swoje własne cechy, a realna Diana jest dobrą i lojalną dziewczyną, ale znacznie prostszą niż ona sama. Ania wyjeżdża na studia, pozyskuje nowe przyjaciółki, które darzy wielkim uczuciem, a także otrzymuje ileś tam propozycji małżeńskich. Po pierwszej gorzko płacze. Nie może się pogodzić z brutalnością pewnych mechanizmów społecznych i ich brakiem związku z romantyczną miłością, jak ją sobie wyobraziła. Pod koniec studiów dopiero, czyli w wieku ok. lat 22 lub 23 Ania pod wpływem dramatycznych okoliczności uświadamia sobie, że kocha Gilberta. Wychodzi za niego dopiero w wieku lat 25. Marta Lempart nie miała do siebie tyle cierpliwości i już na studiach poszukała sobie "pierwszej dziewczyny". Sama Lucy Maud Montgomery wyszła za mąż mając lat 38. W którymś tomie cyklu, prawdopodobnie w Ani z Avonlea, bohaterka dzieli się z czytelnikiem zabawnymi wypowiedziami swoich uczniów. Jedna dziewczynka na pytanie kim chciałaby być w przyszłości odpowiada: "wdową". Poproszona o wyjaśnienie tłumaczy cierpliwie: "Jak jesteś starą panną ludzie się z ciebie śmieją, a jak masz męża to cię tłucze". Wdowa ma spokój od obu tych przykrych okoliczności, może cieszyć się swoją niezależnością i zarazem szacunkiem należnym zamężnej kobiecie. Wydaje mi się, że tak zwanym lesbijkom w rodzaju Marty Lempart chodzi dokładnie o to samo!!! 

czwartek, 19 marca 2020

O zakonie ojców niewierzących

Wybrałam się dzisiaj do dominikanów na 12 z okazji św. Józefa, a tu - surprise, surprise! - nie ma mszy, ani nawet adoracji. Sprawdzałam niedawno spowiedzi na ich stronie i nie widziałam żadnego komunikatu. W zeszłą niedzielę miałam objawy infekcji, więc zostałam w domu, a tu się dowiaduję, że msze są odwołane już od 14.03. Powiem szczerze: nie sądziłam, że się do tego posuną. Czasem nazywałam ich heretykami, a tu się okazuje, że oni są po prostu niewierzący.

Po namyśle nic mnie nie dziwi. Jakiś czas temu trafiłam na mszę odprawianą przez o. Marcina Mogielskiego, który twierdził otwartym tekstem, że nasza (wiernych) obecność na eucharystii jest zupełnie zbyteczna, podobnie jak nasze modlitwy. Przeciwstawił naszą pobożność rodzicom dzieci niepełnosprawnych okupujących wtedy sejm (pisałam o tym na tym blogu). Wygłosił także swoją stałą "dobrą nowinę", że wszyscy zostaną zbawieni. Jeśli tak, to po co komu wiara i sakramenty, życie duchowe, duchowieństwo i zakony? Jeśli tak, to dlaczego o. Mogielski i jemu podobni wstąpili do zakonu kaznodziejskiego? O. przeor też często porównuje praktykujących katolików do ludzi niewierzących zawsze na korzyść tych drugich. Wniosek podobny - praktyki religijne (jak np uczestnictwo w mszy) są zupełnie zbyteczne - a nawet szkodliwe - skoro bez nich automatycznie zostaje się lepszym człowiekiem.

Wszystko to bardzo pięknie, ale niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego niewierzący młodzi mężczyźni wstępują do zakonów. Muszę być bardzo złym człowiekiem, bo tylko jedna odpowiedź mi się nasuwa - w poszukiwaniu homoseksualnego raju na ziemi.  Nie jestem ciekawa jak ten raj wygląda, ale chcąc nie chcąc naraziłam się na pewien wgląd przez tzw. pop kulturę. W pierwszej połowie lat 80-tych była bardzo popularna piosenka  "Down under", w której mowa o młodych Australijczykach podróżujących po Europie i Azji w poszukiwaniu wrażeń. Np w Brukseli pewien wysoki, umięśniony mężczyzna rozpoznając w podmiocie lirycznym ziomka daje mu "vegemite sandwich". Jeżeli ktoś ma mocny żołądek, może sobie sprawdzić jaką homoseksualną praktykę oznacza zwrot to give somebody vegemite sandwich. 

Pewien nawrócony biseksualista Joe Sciambra (o ile dobrze pamiętam) wyznał, że kobiety - nawet prostytutki - na co bardziej obrzydliwe pomysły w seksie reagują stanowczym nie. Homoseksualni mężczyźni nie mają pod tym względem żadnych zahamowań, przekraczają granicę ohydy trudnej do wyobrażenia dla normalnego człowieka. Nic więc dziwnego, że przy takich upodobaniach i rekordowej ilości partnerów w krótkim czasie łapią wszystkie możliwe choroby weneryczne z HIVem włącznie.

Jak to się więc dzieje, że bywalcy darkroomów w gay clubach nagle boją się grypy? Odpowiedź jest prosta - nie boją się, ale stanowi ona doskonały pretekst, żeby choć na chwilę odpocząć od tych uciążliwych i nieestetycznych wiernych i ich oczekiwań.

Szymon Hołownia jest usatysfakcjonowany doniesieniem do prokuratury na list biskupa Dzięgi wzywający do przyjmowania komunii do ust w pozycji klęczącej. Oczekuję stanowiska o. Szustaka OP popierającego swojego kandydata w wyborach prezydenckich.

niedziela, 23 czerwca 2019

O kobietach i mężczyznach, czyli konieczności akceptacji tego, czego nie wybieramy

Powiem coś skrajnie niepoprawnego politycznie: każdy z nas rodzi się albo mężczyzną albo kobietą (poza skrajnie rzadkimi przypadkami obojnactwa). Nie wybieramy sobie płci, podobnie jak nie wybieramy rodziny, w której przychodzimy na świat czy narodu, z którego pochodzimy. Nie wybieramy w niemowlęctwie języka, który będzie dla nas pierwszy i najważniejszy. Literatura w nim pisana i historia ludu, który się nim posługuje w dużej mierze nas ukształtuje czy tego chcemy, czy nie. Nie wybieramy sobie ludzi, z którymi chodzimy do szkoły, ani tych, z którymi pracujemy. Nie wybieramy sąsiadów, ani przechodniów na ulicy. Nie wybieramy koloru skóry, ani włosów, wzrostu, ani budowy ciała. Nie wybieramy czasów, w których żyjemy, ani statusu społeczno-ekonomicznego naszych rodziców. Nie wybieramy przykrych doświadczeń, które nas spotkają, ani ran które zadadzą nam inni ludzie. Jak się nad tym głębiej zastanowić tak niewiele wybieramy... Cała nasza inteligencja służy nam głównie do tego, jak obrócić sytuacje, których nie wybraliśmy, na swoją korzyść.

Jest sporo baśni ludowych pomagających nam to zrozumieć, z których najbardziej znane są Kot w butach i Konik Garbusek. Najmłodszy w rodzinie dostaje w spadku coś, co wydaje się całkowicie bezużyteczne i śmieszne zarazem. Cierpi porównując swoją sytuację do położenia starszych braci tak hojnie obdarowanych przez los. W którymś jednak momencie akceptuje swój pogardzany dar i wtedy właśnie odkrywa jego przydatność w konkretnych okolicznościach w których postawiło go życie. Dar przyjęty (nawet z trudem, po ciężkiej walce wewnętrznej) staje się źródłem błogosławieństwa, którego zazdroszczą starsi bracia tak bardzo - wydawałoby się - uprzywilejowani.

To jest prawda o naszym życiu, o potrzebie wdzięczności za wszystko, co dostaliśmy, a co nie było naszym wyborem. Na tym polega pokora - uznajemy, że ktoś, kto tym wszystkim zarządza, wie lepiej, co nam jest potrzebne i co jest dla nas dobre, niż my sami. Niełatwo jednak wzbudzić w sobie akceptację, nie mówiąc o wdzięczności, za coś, co jest obiektem drwin "starszych braci", pogardy świata i diabła, tak dobrze reprezentowanego w mediach i pop kulturze.

Gdzieś słyszałam, że diabeł szczególnie nienawidzi kobiet. Łatwo w to uwierzyć patrząc na "ideał urody kobiecej" lansowany przez show business, widoczny na obrazku poniżej (po prawej) zestawiony z nastoletnim chłopcem (po lewej) - prawdziwym obiektem pożądania homoseksualnych projektantów. Każdy się zgodzi, że dorosła kobieta nie wygląda jak dorastający chłopiec, co więcej z racji swojej biologii zdecydowanie nie powinna. Jak to się więc stało, że tego rodzaju dziwaczny pomysł zyskał tak wielu zwolenników? Dlaczego pozwolono homoseksualistom dyktować kobietom jak powinny wyglądać? Odpowiedź jest prosta - pieniądze. Przerabianie dorosłych kobiet na nastoletnich chłopców to żyła złota. Nikogo nie wzrusza, że są ofiary śmiertelne - zagłodzone na śmierć modelki i anorektyczne nastolatki.
1. Nastoletni chłopiec - marzenie pederasty 2. Chłopiec zastępczy - zagłodzona modelka o nietypowej budowie

Efektem ubocznym lansowania takiej "wizji kobiecości" jest odrzucenie własnego ciała przez większość kobiet, gdyż nawet te z natury wysokie i smukłe do ideału chudości,  właściwej dorastającemu chłopcu, się nie zbliżają. 

1.Tak wygląda "ideał" 2.3.4.5.6. Tak wyglądają normalne kobiety o różnej budowie ciała w optymalnej formie fizycznej
Nie trzeba być geniuszem, żeby widzieć, że w ciuchach projektowanych na chłopca zastępczego kobiety będą wyglądać po prostu śmiesznie, o wygodzie i zdrowiu nie wspominając. Całkowite niedostosowanie mody do kobiecej anatomii jest nieustannym źródłem frustracji i wrogości wobec własnego ciała, czyli najbardziej podstawowego zasobu, za który winniśmy nieustanną wdzięczność Bogu. Każdy to rozumie, kiedy zdrowie zaczyna mu siadać. Może więc nie warto czekać aż to nastąpi i przyjąć do wiadomości, że zdrowe ciało jest darem bezcennym, a jego wygląd jest dla każdego najwłaściwszy.

Wszystkim paniom zmagającym się ze zrozumieniem tej prostej prawdy polecam "Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy" Sergiusza Piaseckiego, który raz po raz daje wyraz zachwytowi nad coraz to inną niewiastą. Niezależnie czy jest niska i pulchna, wysoka i smukła czy też duża i silna autor zawsze domniemuje, że musi być "wspaniale zbudowana", a za każdym razem, kiedy udaje mu się to ustalić stwierdza, że ma śliczne ciało. Zachwycają go zdrowe zęby i różowe dziąsła widoczne w uśmiechu, grube, ciemne warkocze i rude loki, rumieńce i porcelanowa bladość skóry - wszystko, czym Pan Bóg obdarzył kobiety na jego drodze. Piasecki nie był aniołkiem, mówiąc bardzo oględnie, ale jego szczery zachwyt nad urodą kochanek jest ujmujący.

Ten zachwyt kobiecością w dzisiejszych czasach przejawia się dość perwersyjnie:

1. Wannabe powabna blondynka  2. Prawdziwa powabna blondynka



Mężczyzna po lewej zamiast zainteresować się stojąca obok powabną blondynką sam postanowił nią zostać. Dlaczego? Co mu to robi? Dlaczego właściwie mężczyźni na paradach homoseksualistów przebierają się za kobiety (czy raczej kokoty)? Czy to znacząco nie zmniejsza ich szans w tym towarzystwie? Czy też jest tak jak rudymi włosami - prawdziwe są powodem do regularnych prześladowań w dzieciństwie i młodości, a farbowane mają dodawać urody byłym prześladowczyniom. Są godne szyderstwa i potępienia, a jednocześnie każda baba, która je zobaczy, na drugi dzień ma sztuczną wersję ich koloru, łącznie z charakterystycznymi jaśniejszymi pasmami wypłowiałymi od słońca na wierzchu.

Homoseksualiści nienawidzą kobiet, brzydzą się kobiecością, a jednocześnie wbijają w "seksowną" bieliznę i burdelowe kiecki, a owłosione odnóża w pończochy i buty na obcasach. Widok męskich twarzy z ciężkim makijażem i teatralnych peruk we wszystkich kolorach tęczy na ich głowach jest szczególnie ciężki do zniesienia.

A może to po prostu narcyzm, zwyrodniała męska próżność, którą tak łatwo zaobserwować w niektórych kulturach Afryki i Azji. Mężczyźni z plemienia Masajów czy Tybetańczycy to tamtejsza płeć piękna, wystrojona we wszystkie dostępne  wspaniałości, służąca głównie do funkcji reprezentacyjnych, podczas gdy niepozorne, skromne kobiety - oprócz rodzenia i wychowania potomstwa - odwalają całą robotę. Taki model wprowadzali Sowieci na kresach wschodnich II RP po wojnie - mężczyźni do wszystkich możliwych służb mundurowych, kobiety do ciężkiej fizycznej pracy. Ilość zbieżności między pogaństwem, a komunizmem jest uderzająca.

Jego najnowsza mutacja - genderyzm posuwa się jeszcze dalej - chce przerobić mężczyzn na karykatury kobiecości - wypindrzone kokoty, a kobiety na mrówki robotnice odarte ze swej urody, wychudzone do granic możliwości albo nabite i klocowate, wbite w ciasne gacie i bezkształtny podkoszulek ostrzyżone na jeża, wytatuowane, podziurawione i bezpłodne.

Doznałam szoku na widok nastoletniego młodzieńca przyglądającego mi się z zazdrością, dokładnie tym samym zawistnym spojrzeniem jakim zazwyczaj mierzą mnie kobiety obawiające się konkurencji. Rozsądne pytanie brzmi: w jakiej dziedzinie młody chłopak może konkurować z panią w średnim wieku? Otóż chodziło mu o mój kapelusz - starożytną, mocno wypłowiałą amazonkę, nasuniętą na czoło (celem ochrony zatoki czołowej). Młodzieniec szedł wprawdzie z dziewczyną, ale bardziej zainteresowany był własną "atrakcyjnością". Nie zwróciłam uwagi na jego strój, ale rzucał się w oczy kapelusz zsunięty na tył głowy, noszony nie jako nakrycie głowy, ale ekstrawagancka ozdoba aspirującego do oryginalności początkującego "dandysa".

To, że męska próżność n-krotnie przewyższa kobiecą, każdy wie. Kultura chrześcijańska wypracowała system zabezpieczeń przed jej wynaturzeniem. Mężczyzna ma pracować celem utrzymania swojej rodziny, a gdy trzeba walczyć w jej obronie. Ma być oparciem dla kobiety, a nie wyrośniętą księżniczką na ziarnku grochu. W ten sposób jego energia zostaje skanalizowana i obrócona na dobro wspólne i rozwój własny.

Bez tego rodzaju wychowania uzyskujemy plejadę najdziwniejszych indywiduów: Piotrusiów Panów na hulajnogach roztrącających starsze panie na chodniku lub pływających skuterami wodnym przy brzegu, w wodzie po kolana, wśród kąpiącej się dziatwy albo też męskie kokoty ze sztucznym biustem i piórkiem w zadzie pląsające na paradach homoseksualistów...

Zarówno bycie kobietą jak i mężczyzną ma swoje dobre i złe strony. Nie podejmuję się rozstrzygać co jest trudniejsze albo bardziej niebezpieczne. Nie wiem czy będąc matką bardziej martwiłabym się o syna czy córkę. Świat i diabeł czyha na oboje. Mój ojciec mawiał "ufność trzeba mieć", intuicja podpowiada mi, że wdzięczność jest równie ważna. Mamy to co mamy, a nie to, co chcielibyśmy mieć. To co istnieje jest lepsze niż to, czego nie ma (na tym stwierdzeniu opiera się dowód na istnienie Boga św. Anzelma).




niedziela, 19 maja 2019

Jak pederastia stała się pedofilią, czyli o operacji na języku i emocjach

Obejrzałam wczoraj film "Pedofile" Sylwestra Latkowskiego, zrobiony w 2005 dla TVP, wyświetlony raz, odłożony na półkę i wczoraj wyemitowany ponownie. Wszystkie istotne informacje - jak nazwiska celebrytów korzystajacych z usług nieletnich chłopców-prostytutek - zostały wypikane, z wyjątkiem ks. Jankowskiego (i jego ofiary). Czyżby prezes Kurski grał w drużynie wroga? Słyszałam, że film został pułkownikiem, z powodu ujawnienia nazwiska znanego reżysera, znajomego Jana Dworaka. Wspomniany miał być także przypadek terapeuty Andrzeja Samsona i ministra spraw zagranicznych w rządzie Mazowieckiego - Skubiszewskiego. Żadnego z tych nazwisk jednak nie usłyszymy - i w ogóle nie wiele usłyszymy gdyż, co drugie słowo w, i tak niewyraźnych, wypowiedziach bohaterów filmu jest wypikane.

Można się dowiedzieć jedynie, że nastolatki, które uciekły z patologicznych domów, ośrodków i domów dziecka prostytuują się na Dworcu Centralnym w Warszawie (i innych dworcach dużych miast), a z usług ich korzystają celebryci, politycy, biznesmeni i inni przedstawiciele elit RP. Policja zajmuje się tym niechętnie, a jeśli nawet kogoś namierzy, w sądzie sprawa rozpływa się w niebycie. Prokuratura zaś zapamiętale ściga z urzędu dziennikarzy, którzy odważyli się sprawę nagłośnić, a nazwiska "usługobiorców" ujawnić.

Prawie wszystkie młodociane prostytutki pokazane w filmie to chłopcy ok. 14 lat (od 12 do 15), starszym trudno znaleźć klientów. Wyjątkiem jest 15-letnia dziewczyna, która zaczęła ten proceder 2 lata wcześniej. Widzimy wypikselowane twarze i młodzieńcze ciała o wyraźnych cechach płciowych.
Z czysto biologicznego punktu widzenia są to osoby dojrzałe seksualnie, choć nieletnie. Jeśli pociąg do nich jest pedofilią, to jak nazwać gwałcenie niemowląt lub cztero- czy sześcio- letnich dzieci, które po takiej przygodzie (jeśli ją przeżyją) są okaleczone na całe życie, także fizycznie?

Dlaczego zamieniono adekwatnie opisujące rzeczywistość słowo "pederastia" na "pedofilia"? To oczywiście pytanie retoryczne. Pederasta, w skrócie pedał, w języku potocznym oznacza po prostu homoseksualistę. Wywodzi się od greckiego "pederasteia" określenia relacji o charakterze seksualnym starszego mężczyzny o wysokim statusie społeczno-ekonomicznym (przedstawiciela elity greckiej polis) i urodziwego, nastoletniego młodzieńca, który może na tym związku skorzystać. W starożytnej Grecji specjalny niewolnik zwany "paidagogos" odprowadzał chłopców do szkoły, aby strzec ich  na drodze przed zakusami dorosłych mężczyzn, którzy do samej szkoły mieli wstęp wzbroniony.

Środowiska lewicowo-liberalne mają niełatwy orzech do zgryzienia - jak promując homoseksualizm, ukryć fakt, że jego najbardziej typowymi ofiarami są nieletni. Jeżeli taki proceder zdarza się w Kościele bez wahania określa się go więc mianem pedofilii, nawet jeśli wykorzystane "dzieci" są klerykami w seminarium.

Typowym pedofilem był, jeśli wierzyć świadectwu ofiar, Michael Jackson, który interesował się nimi do wieku ok. 8 - 9 lat, a potem znajdował sobie inny obiekt (czy raczej odbyt), Woody Allen gwałcący swoją 6-letnią córeczkę czy Daniel Cohn-Bendit molestujący przedszkolaki (o czym sam opowiadał w telewizji). Pociąg do nastoletnich chłopców elegancko nazywa się efebofilią, a dziewczynek nimfofilią. To drugie zboczenie bardzo wnikliwie opisał Nabokov w Lolicie. Bohater jego powieści poluje na nimfetki czyli urodziwe dziewczynki w wieku 12 do 14 lat., 16-letnie określa jako "postarzałe" i traci całe zainteresowanie.

Roman Polański spółkujący z odurzoną 13-latką i wykorzystujacy 15-letnią Nastasję Kinsky na planie Tessy d'Uberville to raczej przypadek starego rozpustnika (niż nimfofila), którego z wiekiem pociągają coraz młodsze kobiety. Na podobny syndrom cierpiał Witkacy, który pod koniec życia "mógł" tylko z młódkami. Polański, odpowiadając na pytanie dziennikarza o któryś ze swoich romansów, uznał za rzecz oczywistą, że im kobieta młodsza tym atrakcyjniejsza.

Być może wszyscy mężczyźni maja tego rodzaju skłonności, ale trzyma ich w karbach wychowanie w kulturze chrześcijańskiej. W Islamie nie ma dolnej granicy wieku potencjalnej partnerki seksualanej, mężczyzna może współżyć nawet z niemowlęciem, ale jeśli je uszkodzi musi łożyć na utrzymanie do śmierci. Talmud, o ile się nie mylę, określa wiek minimalny na lat 3, a współżycie z chłopcem do lat 12 (albo 9?) uważa za dopuszczalne, gdyż nie jest on jeszcze mężczyzną (a Bóg potępia tylko współżycie z mężczyznami). O seksualnych wyczynach pogan daje pewne pojęcie mitologia grecka - Leda z łabędziem, Pazyfae z bykiem, Zeus z jałówka, lub pod postacią orla porywający młodocianego Ganimeda itp.

Folgowanie seksualnym apetytom zdaje się prowadzić do coraz dziwaczniejszych zachowań w poszukiwaniu coraz mocniejszych doznań dla stępionych rozpustą zmysłów. Rację ma E. Michael Jones, że wyzwolenie seksualne, jest w istocie formą zniewolenia doskonałego. Jednym z jego przydatnych aspektów są kompromaty. Wspomniany już minister Skubiszewski negocjując umowę z Niemcami był szantażowany przez BND (Bundes Nachrichten Dienst?) ujawnieniem swoich homoseksualnych wyczynów, co bardzo przyczyniło się do jej asymetrycznych (na niekorzyść Polski) zapisów. Michał Boni dał się zwerbować na TW pod groźba ujawnienia pozamałżeńskiego związku z Barbarą Engelking. O ilu rzeczach nie wiemy? Kogo jeszcze służby obcych państw trzymają za jaja? Czy np uległości rządu wobec niedorzecznych żądań Izraela nie można wyjaśnić czymś podobnym?

Całe to "pedofilskie" wzmożenie tuż przed finałem kampanii pozostawia mnie dziwnie obojętną. Drodzy Umiłowani Przywódcy i Ty Nieubłagana Opozycjo (copyright by Stanisław Michalkiewicz) nie machajcie nam tu kutasami przed nosem, to co usiłujecie ukryć i tak wyjdzie na jaw, a wtedy strzeżcie się!

czwartek, 16 maja 2019

Limeryków wybór krótki na kłopoty profesora Legutki

Pan profesor Legutko
popadł w kłopot przez wypowiedź krótką
Powiedział "PEDERASTEIA",
co oznacza starego geja,
który chwyta młodzieńca za udko.

Jak wiadomo homoseksualista
to nazwa bardzo korzystna,
Może posuwać każdego,
nieletniego czy dorosłego,
szczególnie gdy jest to artysta.

Niezła jest jednak uciecha,
gdy robi to samo klecha
Zostaje pedofilem
nawet, gdy zabawiał się chwilę
z kimś, komu stuknęła trzydziecha!

środa, 15 maja 2019

Limeryki z kręgu obyczajowej tematyki

Pan Trzaskowski, prezydent Warszawy
sodomickie promuje zabawy.
Pląsając na paradzie
z piórkiem tęczowym w zadzie
wykreuje image ciekawy!

Krzysztof Śmiszek, ten sodomita
homofobom biedy napyta.
Zamknie ich do więzienia
z samej racji istnienia,
a sam dorwie się do koryta!

Jan Hartman, profesor z UJ-u
z pedofilią ma dużo kłopotu
Raz jest straszna, raz słuszna,
zależy, kto się dopuszcza
Faryzeizmu przykładem kto tu?

Zawyły wzburzone lewaki:
"księża gwałcą nieletnie dzieciaki!"
Wysiłki trzeba pomnożyć,
by mogły je chędożyć
wyłącznie nasze chłopaki!

sobota, 23 lutego 2019

O naiwności polskich polityków, hucpie i talmudycznej logice

Irytuje mnie reakcja polskich polityków na oszczerstwa, którymi Izrael i środowiska żydowskie posługują się, aby osłabić nasza wiarygodność, pozycję negocjacyjną, a przy okazji wyłudzić pieniądze, które im się nie należą.

Nasi przedstawiciele reagują na owe oczywiste kłamstwa jak prostoduszna dziewczynka w wieku szkolnym, przekonana, że nikt świadomie nie czyni zła, a wszystko co wydaje się świadczyć o czyjejś złej woli jest po prostu nieporozumieniem, które wymaga wyjaśnienia. Sama byłam kimś takim i zapewne nadal w pewnym stopniu jestem, ale życie uświadomiło mi, że istnieją ludzie, dla którym pojęcie prawdy po prostu nie istnieje, a posługiwanie się kłamstwem jest równie dobrą taktyką jak każda inna, a może nawet lepszą ze względu na swoją skuteczność. Doszło też do mojej świadomości, że istnieją ludzie, którzy nas nienawidzą ze względu na to z czym się im kojarzymy i to co robimy, mówimy lub zaniedbujemy nie ma na to żadnego wpływu.

Wystarczyć spojrzeć na atak na Kościół Katolicki, który posłanka Szajbus-Wielgi chce postawić przed Trybunałem w Hadze (po uprzedniej wizycie u papieża Franciszka. Zawiozła tam ex-wdowę Diduszko i raport własnej produkcji o stanie Kościoła w Polsce. Przez miłosierdzie nie będę tematu rozwijać, gdyż wyżej wymieniona parlamentarzystka kojarzy mi się z zabiedzonym, wyliniałym, zarobaczonym kotkiem, któremu bardzo współczuje, a jednocześnie brzydzę się go dotknąć.) Celem jest nierozerwalne skojarzenie Oblubienicy Chrystusa z pedofilią, obrzydliwością, którą w większości wyobrażamy sobie jako gwałt dokonany przez obleśnego starego dziada na ślicznym małym aniołeczku lat 6. Wszystkie  dane wskazują na to, że tego rodzaju przypadki zdarzają się w Kościele znacznie rzadziej niż w innych środowiskach. Prawdziwym obrazem jego upadku jest raczej owa zaprawiana kokainą homoseksualna orgia w budynku kongregacji Nauki Wiary, której przewodniczył kardynał Coccopalmerio.

Kościół oskarżany jest o grzech który popełniają znacznie częściej jego oszczercy. Polsce przypisywana jest zbrodnia, której winni są jej oskarżyciele - potomkowie SS-manów, członków Judenratów, policjantów z getta, bankierów finansujących działalność Hitlera i kolaborantów z państw europejskich. W obu przypadkach wina którą obarcza się obiekt ataku nie jest wybrana ze względu na prawdopodobieństwo tylko na zdolność wywoływania odrazy w opinii publicznej, przy czym jest to zwykle dokładnie ta wina, która obciążałaby sumienie napastnika, gdyby je posiadał.

Przypominam, ze w Talmudzie Maryja jest ladacznicą, która zadała się z rzymskim żołnierzem zwanym Panthera, a owoc tego związku, Jezus, smaży się zanurzony po szyję w ekskrementach przez całą wieczność. Uzdrawiający chorych i nakazujący miłość nieprzyjaciół Jezus, którego Sanhedryn wydał na ukrzyżowanie utożsamiany jest z Hamanem zamierzającym wytracić Żydów za perskiego króla Aswerusa. W radosne święto Purim dochodziło do niszczenia krucyfiksów, profanowania hostii, zawieszania jagniąt na krzyżu, znęcania się nad nimi i równie sympatycznych radosnych manifestacji  uczuć wobec chrześcijańskich sąsiadów, mieszkańców krajów, które udzieliły im gościny. Tego rodzaju logika jest niedostępna wychowanym poza tradycją talmudyczną.

Dlaczego po 2000 lat nagle straciliśmy pamięć i świadomość z kim mamy do czynienia ?!!! Zapomnieliśmy już z jakiego języka pochodzi adekwatne do obu sytuacji wdzięczne słowo "hucpa"?!!!

piątek, 22 lutego 2019

Ku pokrzepieniu serc!

No i dzień dobry!

Przeżyliśmy haniebną konferencję wstydu w Warszawie, za którą podziękowano nam festiwalem żydowskich obelg pod naszym adresem i amerykańskiego chamstwa, mamy szczyt na temat nadużyć seksualnych w Kościele, na którym postanowiono nie poruszać tematu homoseksualizmu duchownych i hierarchów. Św Piotr Damiani przewraca się w grobie.  O konsulu wydalonym z Norwegii za zapobieganie porywaniu dzieci z polskich rodzin nawet nie wspominam, bo to nie na moje nerwy. Nic dodać nic ująć!

Jeśli ogarnia kogoś przygnębienie, nastrój beznadziei i znikąd ratunku, to spieszę z pocieszeniem, że to nie tylko w naszym nieszczęśliwym kraju dzieją się rzeczy niewyobrażalne. Pod względem kłamliwości mediów, korupcji policji, urzędników państwowych itp nasi mocarstwowi "sojusznicy" nie pozostają daleko w tyle.

W Ameryce medialna tłuszcza rzuciła się na uczniów z Covington Catholic School wracających z Marszu dla Życia w Washingtonie pod pretekstem, że mają niewłaściwy wyraz twarzy kiedy lewicowy aktywista bębni im w twarz, a agresywna czarna sekta obrzuca obrzydliwymi, rasistowskimi obelgami.

Nasz rodzimy Diduszko, który umarl i zmartwychstał podczas niesławnego Ciamajdanu to naprawdę cienki Bolek w porównaniu ze skalą kłamstwa i manipulacji zastosowanej aby zniszczyć życie Bogu ducha winnym 16-latkom z Kentucky, których jedyną winą było noszenie czapeczek z napisem Make America Great Again (hasło wyborcze Trumpa). Rzecz wydaje się jeszcze bardziej surrealistyczna w sytuacji, kiedy cale nagranie było od początku dostępne w internecie i każdy mógł bez trudu zobaczyć jak było naprawdę. Mimo to wszystkie lewackie celebrytany aktywne na Twitterze rzuciły się na nieszczęsnego Nicka Sandmana - chłopca którego upatrzył sobie fałszywy weteran z Wietnamu, aby bębnić mu w twarz na swoim tam-tamie.

Wzywano do pobicia go, wyrzucenia ze szkoły, nie przyjęcia na studia a nawet spalenia szkoły z zamkniętymi wewnątrz wszystkimi uczniami. Dane chłopców opublikowano w internecie,w efekcie zasypały ich groźby karalne. Ze względów bezpieczeństwa musiano zamknąć szkołę na kilka dni.

Rodzina Nicka wytoczyła procesy o zniesławienie 50 podmiotom w tym Washington Post (zwany przez tubylców Washington Compost), New York Times (New York Slimes) i znana nam ze swej dogłębnej wiedzy historycznej Andrea Mitchell. Sandmanowie domagają się 250 000 $ odszkodowania.

Czy polski rząd lub jakaś jego agenda nie może postąpić podobnie i zainkasować analogicznego odszkodowania? Pan Świrski - o ile dobrze pamiętam - przed wyborami 2015 miał takie pomysły. Co się z nimi stało? Czym zajmuje się Reduta Dobrego Imienia? Coś słuch po niej zaginął.

Jeśli wyżej wspomniana historia Cię, Drogi Czytelniku, nie pocieszyła to obejrzyj sobie przesłuchania policjantów i pracowników opieki społecznej z Rotherham przed brytyjską komisją parlamentarną w związku ze sprawą  pakistańskich "grooming gangs". Szef policji zapytany o reakcję na wiadomość, że jeden z jego podwładnych dał wiarę zapewnieniom, sprawców, ze 12 latka uprawiała seks z kilkoma pakistańskimi, dorosłymi mężczyznami za swoją 100% zgodą , odpowiada "I have no recollection of such incident". Jedyną reakcją na cytowanie raportu i notatek służbowych przez parlamentarzystów jest "nie pamiętam" na przemian z "nie przypominam sobie". Skąd my to znamy!!!

Mało pocieszające? Prawdopodobnie, ale dobra psu i mucha, jak mawiali starożytni Słowianie!






czwartek, 27 grudnia 2018

O świątecznych kazaniach u wrocławskich dominikanów

Powstrzymywałam się ostatnio od recenzowania wrocławskich dominikanów w ramach ascezy adwentowej, ale kazanie o. przeora w drugi dzień świąt przelało kielich goryczy.

Było ono zasadniczo oparte na zaleceniu pewnego prowincjała (o.przeor nie pamiętał jego imienia) do współbraci : "jeżeli nie kochacie świata, to nie nauczajcie go, lepiej głoście kazania do siebie nawzajem" czy jakoś tak. Ojciec przeor zaprezentował siebie jako tego, kto słucha argumentów strony przeciwnej życzliwie, jako przykład podał swoją posługę w Petersburgu, gdzie przychodziło do klasztoru mnóstwo ludzi dalekich od Kościoła i jego zadaniem była rozmowa z nimi. Potem zaś był w innym klasztorze, gdzie bracia pochodzili z wielu kontynentów i mieli różne poglądy - także teologiczne - i też należało się życzliwie wsłuchiwać w ich argumenty. (Czy nauka Kościoła Katolickiego nie obowiązuje na wszystkich kontynentach tak samo?)

Wszystko to bardzo pięknie, ale skąd w tak cierpliwym i pełnym miłości zakonniku tyle upierdliwości i poczucia wyższości, kiedy zwraca się do wiernych obecnych na mszy? Wtedy ta  słynna "miłość", o której tyle słyszymy, w tajemniczy sposób wyparowuje (a może jej nie starcza?).

Na pasterce usłyszeliśmy, że świat nie wydaje się zbawiony, bo źli ludzie chcą stawiać mury na granicach i szukają wszędzie wrogów (w przeszłości szukali przyjaciół, a teraz moda się zmieniła).

Drogi Ojcze-Przeorze-Pełny-Miłości-do-Świata-z-Wyjątkiem-Wiernych-w-Kościele jest gorzej! Jakiś zły człowiek zamyka drzwi kościoła dominikanów we Wrocławiu na noc i co gorsza zamontował alarm we wnętrzu. Nie można podejść do ołtarza w kaplicy bł. Czesława i pogłaskać rzeźbionych zwierzątek! Skąd to ciągłe szukanie wrogów, dopatrywanie się złych intencji? Po co te zamki, alarmy i klucze? Czemu ten zły człowiek, pełen niegodziwej podejrzliwości uniemożliwia korzystanie z kościoła wszystkim, o każdej porze i w każdy możliwy sposób?

Może ma swoje racje w które należy się z cierpliwością wsłuchiwać i potem z nimi chodzić?

Może przeciwnicy nieograniczonej emigracji z krajów muzułmańskich do Europy też mają swoje racje? Może mają sensowne argumenty, których należałoby bez uprzedzeń wysłuchać? Może powodowani są rzadką i piękną cnotą roztropności albo miłością do swoich najbliższych lub też odpowiedzialnością za współobywateli (ze szczególnym uwzględnieniem tych najsłabszych)?

Nigdy nie słyszałam, żeby obrona granic była czynem "nieuporządkowanym moralnie", w katechizmie Kościoła Katolickiego nie ma o tym wzmianki, w przeciwieństwie np do aktów homoseksualnych, które - jak się dowiadujemy - nie są szczególnie rzadkie, ani szczególnie potępiane czy zwalczane wśród kleru. Ojciec James Martin SJ - oficjalny homolobbysta - promowany niczym primadonna przyjmowany jest w wielu diecezjach, a kardynał Blaise Cupich - protegowany McCarricka - został organizatorem szczytu na temat nadużyć seksualnych kleru.

W takiej sytuacji upierdliwość wobec wiernych wydaje mi się nie na miejscu, prezentowanie poglądów politycznych na pasterce jeszcze bardziej. Mam wrażenie, że zalecenie, żeby nie mówić do tych których się nie kocha O. Przeor powinien wziąć przede wszystkim do siebie.



niedziela, 28 października 2018

A jednak rewolucja w Kościele!

Dziś na LifeSiteNews fragmenty końcowego dokumentu Synodu młodych zaakceptowanego przez 2/3 celowo w tym celu wybranych biskupów (Vatican Youth Synod final doc approved. Read the most controversial passages autorstwa Diane Montagna). Niemcy przepchnęli wszystko o co im chodziło:

Po pierwsze artykuł 150, przeciwko któremu głosowało 65 z 248 biskupów:
150. There are questions concerning the body, affectivity and sexuality which require a deepened anthropological, theological and pastoral elaboration, to be carried out in the most appropriate ways and at the most appropriate levels, from the local to the universal. Among these, those relating in particular to the difference and harmony between male and female identity and to sexual inclinations emerge. In this regard the Synod reaffirms that God loves every person and so does the Church, renewing its commitment against all discrimination and violence on a sexual basis. It also reaffirms the decisive anthropological relevance of the difference and reciprocity between man and woman and considers it reductive to define the identity of persons solely on the basis of their “sexual orientation”
Nie chce mi się nawet tego bełkotu tłumaczyć, ale jest to otwarcie pola dla "pogłębionej antropologicznej, teologicznej i pastoralnej refleksji nad kwestią ciała, uczuciowości i seksualności" innymi słowy "kobietą i mężczyzną ich stworzył (na swój obraz)" nie jest już takie oczywiste, można to poddawać obróbce do uzyskania dowolnego zamierzonego efektu.

Po drugie:
In many Christian communities there are already paths of accompaniment in the faith of homosexual persons: the Synod recommends that these paths be encouraged. In these paths people are helped to understand their own [personal] history; to adhere freely and responsibly to their own baptismal call; to recognize the desire to belong to and contribute to the life of the community; and to discern the best ways of achieving it. In this way we help every young person, no one excluded, to integrate the sexual dimension more and more into their personality, growing in the quality of relationships and walking towards the gift of self.
Istniejące ścieżki towarzyszenia  osobom homoseksualnym są dwojakiego rodzaju: grupy typu Odwaga (Courage), które pomagają osobom o takich skłonnościach żyć w czystości i takie które domagają się zaakceptowania aktów homoseksualnych i tzw gejowskich małżeństw oraz komunii św. i oficjalnego błogosławieństwa dla żyjących w takich związkach. Dokument wydaje się nie zauważać różnicy między nimi.

Po trzecie artykuł 121 przeciwko któremu glosowało 51 ojców o "synodalności" Kościoła:

121. The experience of the Synod made the participants aware of the importance of a synodal form of the Church for the proclamation and transmission of the faith. The participation of young people has contributed to “awakening” synodality, which is a “constitutive dimension of the Church. [...] As Saint John Chrysostom says, ‘Church and Synod are synonyms’ - because the Church is none other than the ‘walking together’ of God’s flock on the paths of history meeting Christ the Lord” (FRANCESCO, Address for the Commemoration of the 50th Anniversary of the Establishment of the Synod of Bishops, 17 October 2015). Synodality characterizes both the life and mission of the Church, which is the People of God formed by young and old, men and women of every culture and horizon, and the Body of Christ, in which we are members of one another, starting with those who are marginalized and trampled underfoot. In the course of the exchanges and through the testimonies, the Synod has brought out some fundamental traits of a synodal style, towards which we are called to convert
Te słowa są zwykle rozumiane jako postulat  demokratyzacji i decentralizacji Kościoła i przesunięcia magisterium od papieża w stronę kościołów lokalnych. Wśród pionierów idei Kościoła Synodalnego był kardynał Martini znany z otwartego odrzucenia Humanae Vitae, jawny przeciwnik nauczania Jana Pawła II.

Kwestia synodalności Kościoła nie była poruszana podczas dyskusji, ani nie została umieszczona w dokumencie końcowym przez komitet redakcyjny, tylko przemycona przez ludzi Franciszka za jego wiedza i zgodą.

Ojcowie synodu mieli głosować część pierwszą i druga dokumentu po południu, po uprzednim zapoznaniu się z nimi rano. Po głosowaniu nad częścią 1 i 2 nieoczekiwanie odczytano im po raz pierwszy część 3 (o synodalności) w tłumaczeniu symultanicznym i zarządzono natychmiastowe glosowanie także nad nią. Ojcowie, nie bardzo biegli we włoskim nie mieli możliwości zapoznać się z jej tekstem wcześniej, co zdaje się było celem tego wybiegu. Duchowi Świętemu należało nieco pomóc, skoro papież Franciszek uważa, "że droga synodalności, jest drogą, której Bóg pragnie dla Kościoła w trzecim tysiącleciu".

Kardynał Vincent Nichols z Westminster przeciwstawił się pomysłowi otwarcie mówiąc, że inne wspólnoty jak np Kościół Anglikański wcześniej taką drogę wybrały z opłakanym skutkiem.

Obawiam się, że znaleźliśmy się w sytuacji norweskich wieśniaków czasów reformacji, którzy byli święcie przekonani, że nadal są równie dobrymi katolikami jak ich przodkowie, podczas gdy odgórnie, bez ich wiedzy i zgody zmieniono im Kościół na luterański.

P.S.
Strzelanina w synagodze w Pittsburghu. 11 zabitych i kilkoro rannych w tym napastnik. Bardzo bym chciała widzieć taki klangor w mediach i takie reakcje najpotężniejszych polityków na świecie, kiedy giną Chrześcijanie prześladowani za wiarę. No cóż my Polacy wiemy już - dzięki nieocenionej prof. Barbarze Engelking - że śmierć Żyda ma wymiar metafizyczny, a Goj  umiera (zdycha?) jak zwierzę.

czwartek, 18 października 2018

Ordo Sanctae Catherinae Sienensis i powrót Świętej Inkwizycji

Oglądałam wczoraj znakomity wywiad Grzegorza Górnego z Pawłem Lisickim (w internetowej telewizji wpolsce), który mówił m.in. o swojej najnowszej książce Epoka Antychrysta. Przy okazji omawiania sytuacji w dzisiejszym Kościele stwierdził, że same dokumenty papieskie (jak instrukcje o nieprzyjmowaniu homoseksualistów do seminariów) nie wystarczą, potrzebna jest inkwizycja, która je fizycznie  przeprowadzi i jakiś nowy zakon, który się podejmie takiego zadania.

O konieczności przywrócenia inkwizycji sama od dłuższego czasu myślę, ale pomysł założenia nowego zakonu uważam za zachwycająco świeży. Zakon kaznodziejski - w zamyśle Św. Dominika  powołany do zwalczania herezji - od dawna się do tego zadania nie nadaje. W dużym stopniu dał się uwieść przez świat, diabła i ciało. Jezuici - którzy mieli nawracać protestantów - stali się V kolumną oligarchów propagujących homoseksualizm. Podejrzewam, że w każdym z tych zakonów - i w wielu innych - są prawowierni katolicy z dobrym przygotowaniem teoretycznym, zdolni odróżnić herezję od ortodoksji. Można by z nich utworzyć zespół do oczyszczenia seminariów diecezjalnych i zakonnych z heretyków i herezjarchów roboczo nazwany Rigid Catholic Doctrinarians (RCD)

Natomiast do wyeliminowania czynnych homoseksualistów potrzebny jest nowy zakon Ordo Rigoristarum Neopelagianorum w skrócie ORN (nie mylić z ONR) albo mniej konfrontacyjnie Ordo Sanctae Catherinae Sienensis  (ze względu na niepozostawiającą żadnych wątpliwości ocenę sodomii przez patronkę). Musiałby składać się z osób dojrzałych, koniecznie po przezwyciężeniu kryzysu wieku średniego, niepodatnych na pedalskie (ani żadne inne) wdzięki, zdolnych kontrolować swoje emocje i wznosić się ponad nie w trzeźwej ocenie sytuacji, ponadto cechujących się silną wolą i determinacją. Być może powinny być to kobiety, które poradziły sobie ze swoją samotnością i nie widzą powodu, żeby księża i zakonnicy nie mogli, albo wszystkie osoby samotne, którym O.Pilśniak OP stręczył adopcję dzieci autystycznych jako rozwiązanie ich problemów życiowych (ci byliby zdeterminowani, że strach). Zakon mógłby zostać powołany na czas pełnienia swej misji, a po jej zakończeniu rozwiązany. Powinien działać pod przykryciem (bez habitów) najlepiej w przebraniu pogardzanych moherów, koniecznie z koszykiem pisanek do poświęcenia. Taki kamuflaż uśpiłby czujność podejrzanych, a nawet skłonił do zaprezentowania całej gamy aroganckich zachowań i heretyckich tekstów, które można od razu zgłosić do RCD.

P.S.
Po namyśle nazwa Ordo Sancti Petri Damiani byłaby jeszcze lepsza!

środa, 17 października 2018

O "szlachetności" kardynała Wuerla i lojalności papieża Franciszka

Słuchałam właśnie (robiąc obiad) mojego ulubionego duetu - dr Taylor Marshall i Timothy Gordon - komentującego odpowiedź Franciszka na rezygnację Donalda Wuerla. Papież, co prawda ją przyjął, ale wyznaczył skompromitowanego hierarchę administratorem swojej dotychczasowej archidiecezji waszyngtońskiej tzn de facto pozostawił na stanowisku. Wuerl zachowa także tytuł kardynała i arcybiskupa oraz pozostanie członkiem kongregacji do spraw biskupów tzn będzie miał władzę nad wszystkimi protestującymi przeciw niemu księżmi (będzie mógł ich wysłać do psychuszek jak Cupich) oraz wpływ na wybór nowych biskupów na całym świecie.

Amerykańscy komentatorzy, dobrzy katolicy, po każdym zdaniu listu papieża do kardynała zbierają szczęki z bruku. Po prostu nigdy nie widzieli takich standardów, ani takiej przewrotności. Człowiek ewidentnie mający udział w kryciu nadużyć seksualnych kleru, na co są dowody znane opinii publicznej, pozostaje na stanowisku! Nawet administracja Obamy rzuciłaby go na pożarcie (feed to the dogs), żeby zachować twarz. Co więcej jest publicznie chwalony za swoją szlachetność, przy której pewne drobne pomyłki jak krycie McCarricka to pikuś, i zapewniony, że mimo knowań złych ludzi nagroda go nie minie, może spać spokojnie. Owa słynna szlachetność miała polegać na tym, ze tak niecnie atakowany mógł się bronić, ale tego nie zrobił. W rzeczywistości nie robił nic innego tylko łaził po CNN -ach i się usprawiedliwiał, że nic nie wiedział. To najbardziej poraziło Marshalla & Gordona - nieznana w "English speaking world" przewrotność - chwalenie kogoś za powstrzymanie się od działań, którym de facto oddawał się bez przerwy. Tak samo papież Franciszek oskarżony przez arcybiskupa Vigano, ogłosił, że jak - nie przymierzając - baranek prowadzony na rzeź nie powie ani słowa na ten temat, a od tej chwili nie minął dzień bez aluzji do "wielkiego oskarżyciela" szerzącego podział ujawniając grzechy biskupów i intensywnego knucia jak przypisać odpowiedzialność za krycie McCarricka zmarłemu Janowi Pawłowi II, który nie może się bronić.
Obaj komentatorzy uznali to za "perronizm", mi raczej kojarzy się  z marksizmem i leninizmem tak drogim wrażliwemu społecznie serduszku papieża.

Cała ta historia świetnie ilustruje kwestię prawdziwej przynależności różnych osób i jak bardzo ona odległa od formalnej. Papież na każdym kroku dystansuje się od sztywnych i przeciętnych chrześcijan, faryzejskich neopelagianistów, którym się wydaje, że są doskonali , a wyciąga miłosierne ramiona do chińskich komunistów, proaborcyjnych  aktywistów, oszustów klimatycznych, zawodowych homoseksualistów i ludzi żyjących w konkubinacie z wolnego wyboru. Prawdziwie lojalny jest  jedynie wobec ludzi, którym zawdzięcza swój wybór i którzy popierają jego linię destrukcji Kościoła. Mogą mieć na sumieniu grzechy niewyobrażalne dla przeciętnego śmiertelnika, a włos im z głowy nie spadnie.

czwartek, 13 września 2018

Klerykalizm czy rewolucja seksualna i obyczajowa?

Najpierw trochę danych z raportu na temat nadużyć seksualnych kleru w Pensylwanii  ze strony Lifesitenews:

Summary of Pennsylvania Predator Priest Activity
Heterosexual Predation – 23%
  • child - 6%
  • female teenage victims- 16%
  • female adult victims -1 %
Homosexual Predation – 73%
  • child victims 11%
  • male teenage victims – 60%
  • male adult victims -2%
Child Porn 
  • Gender Non-Specific - 4%
Table 1 Alleged victims of sexual abuse incidents, grouped by gender and age 
Age in years      1–7                 8–10                   11–14                    15–17
Male 
Number             203                   992                    4,282                      2,892
Female
Number             284                   398                     734                        502
(Source: John Jay College, The Nature and Scope of Sexual Abuse of Minors, 53, table 3.54.)

81%  ofiar molestowania było płci męskiej. Ciekawe jest też rozłożenie w czasie w latach 50-tych i na początku 60 - tych takich przypadków prawie nie ma, potem nagle pojawiają się lawinowo.  To okres posoborowego zamieszania i totalnego chaosu w Kościele. Od początku lat osiemdziesiątych ich liczba się znacząco zmniejsza (potem praktycznie wraca do tej sprzed soboru). To początek pontyfikatu Jana Pawła II i podjęj przez niego próby przywrócenia ładu organizacyjnego i doktrynalnego.

O tym jak wyglądały po soborze seminaria pisze Michael Rose w książce Goodbye, Good Men: How Liberals Brought Corruption into the Catholic Church. Świadectwo anonimowego księdza z Niemiec na Lifesitenews (https://www.lifesitenews.com/blogs/priest-describes-cesspool-of-homosexual-immorality-in-german-dioceses) dokładnie ten obraz potwierdza - normalny chłopak, przejęty nauką Kościoła i pobożny nie miał szans na przyjęcie do seminarium, nie wspominając o wyświęceniu. Nic więc dziwnego, że i w Kościele niemieckim liczba ofiar molestowania wynosi 3677 w większości nastoletnich chłopców, a oskarżonych o molestowanie jest 1670 duchownych (według raportu zamówionego prze episkopat).

No cóż owo sławne aggiornamento ewidentnie nie było najlepszym pomysłem. Przez otwarte szeroko okna i drzwi naszło do Kościoła to samo g...., które od rewolucji seksualnej lat sześćdziesiątych zalewa świat. Fałszywa wizja człowieka (z natury dobry), wychowania (bezstresowe) i seksualności (wiele równorzędnych "orientacji") sprawiła, że praca w normalnej świeckiej szkole jest sportem ekstremalnym, pop kultura jest skrajnie toksyczna, prawo jest gorzką drwiną ze sprawiedliwości i nawet chodząc po mieście można zostać zabitym przez rozpędzonego rowerzystę lub stratowanym przez stado młodzieży szkolnej na oczach ich bezradnego nauczyciela.

W przeciwieństwie do tzw tradycyjnych katolików czy innych sedewakantystów nie wierzę, że Jan Paweł II i Benedykt XVI byli nieważnie wybranymi antypapieżami. Podejrzewam, że byli o wiele lepszymi ludźmi i nauczycielami niż większość papieży przed Soborem Watykańskim II. Nawet Paweł VI, o którym różne informacje krążą po internecie, ogłosił Humanae Vitae, co w określonych okolicznościach nie było pójściem na łatwiznę. Jednak bycie świetnym nauczycielem nie koniecznie idzie w parze z talentem administracyjnym, a dusze dobre i czyste często nawet nie potrafią sobie wyobrazić otchłani zła, w której pogrążeni są ich upadli bracia ani ocenić ich perfidii. Benedykt skonfrontowany z tą wiedzą ustąpił. Szkoda.

Franciszek ma dług wdzięczności wobec "klubu Sankt Gallen", któremu zawdzięcza swój wybór i go spłaca. Spiritus movens tej grupy liberałów był kardynał Martini, były jezuita, arcybiskup Mediolanu, który od czasu Humanae Vitae jawnie i intensywnie kontestował oficjalne nauczanie Kościoła. Marzył mu się "młody Kościół" i zakładał, że wymaganie czystości czy dyscypliny moralnej stoi z tą wizją w jaskrawej sprzeczności. Był mentorem kardynała Bergoglio, umarł na rok przed jego wyborem.