Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezuici. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezuici. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 kwietnia 2023

Dlaczego ofiarami pedofilii padają dorośli?

Przeczytałam wczoraj dwuczęściowy tekst Pauliny Guzik pt Towarzystwo Maciejowe na stronie Więzi. To opowieść o nadużyciach seksualnych o. Macieja Szczęsnego SJ, który działał najpierw w Kłodzku, potem w Czechowicach-Dziedzicach, a potem został zesłany do Zakopanego. Byl wspóltwórcą ruchu Magis, który miał łączyć oazy z duchowością ignacjańską. (Piszę to wszystko z pamięci, bo nie chce mi się sprawdzać). Z tekstu wynika, że o. Maciej pracował z młodzieżą szkół średnich, którą przyciągał do Kościoła, bo był charyzmatycznym duszpasterzem...

Wszystko byłoby bardzo pięknie, gdyby nie fakt, że dopuścił się nadużyć natury seksualnej wobec dwóch dziewcząt 18-letnich i jednej 16-letniej, a w każdym razie o tych osobach tekst wspomina. Nie dowiemy się z lektury, czy jezuita ograniczył się do macania, czy też było to regularne wspołżycie seksualne. Autorka, zapewne że względu na ofiary, nie podaje szczegołów. 

I tu jest problem z takimi tekstami. Czytelnik ma się oburzyć wzruszyć i współczuć, a nie ma pojęcia jak sytuacja rzeczywiście wyglądała. Moim zdaniem między niewłaściwym dotykiem a penetracją jest przepaść, choć oczywiście zakonnik nie powinien pozwalać sobie na żadne dwuznaczne/seksualne gesty wobec podopiecznych.

W tekście nie ma nic o tym, że ktorakolwiek z dziewczat zaszła w ciążę, co mogłoby sie stać w sytuacji regularnego współzycia trwajacego co najmniej rok. Z tego wnoszę, że chodziło o "inne czynności seksualne". Żadna z dziewcząt nie protestowala - tak były przerażone tym co się dzieje - a co dziwniejsze nadal przychodziły na spotkania.

Chyba jestem bardzo złym człowiekiem, bo nie rozumiem jak można jednego dnia doznać szoku z powodu seksualnych awansów duszpasterza, a na drugi dzień przychodzić do miejsca, gdzie prawie napewno się to powtórzy... To jest dokładnie ten sam problem, jaki mam z ofiarami Pawła  Malińskiego, które mialy być gwałcone ileś razy dziennie i nie zrobiły nic, aby tego uniknąć...

Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że jezuita jednocześnie darzyl względami co najmniej dwie dziewczyny i co najmniej jednej z nich mówil, że ją kocha...

Ofiary o.Macieja są  nieco młodsze od studentek z wspólnoty Malińskiego, ale mechanizm jest bardzo podobny. Jest gwiazda duszpasterska, ktorej przełożeni zostawiają swobodę działania, bo "przyciąga młodzież". Upojona powodzeniem i calkowicie bezkarna zapomina, kogo ma reprezentować i zaczyna czuć się po prostu samcem alfa w swoim stadzie z wszystkimi tego konsekwencjami, jak niekontrolowany dostęp do wszystkich samiczek...

Owo "przyciąganie młodzieży" jest kluczem do zrozumienia problemu. Jest pewien rodzaj osobowości przywódczej, która pociaga ludzi swoim entuzjazmem, energią, talentem, intelektem czy cokolwiek to jest. Ktoś taki moze byc politykiem, dzialaczem społecznym, wodzem, artystą czy guru, a jego wplyw na ludzi i zachowanie wobec nich będzie identyczne... Nikt z otoczenia nie kwestionuje przywilejów wynikajacych z jego pozycji w stadzie, a kobiety, które wyróżnia swoimi względami, czują się zaszczycone i zazdrosne o siebie nawzajem... Każda chciałaby być tą jedyną, wybraną...

Przełożeni w zakonie powinni mieć świadomość, że ich charyzmatyczny współbrat przyciąga ludzi do siebie, a nie do Kościoła. Jesli liczą, że co najmniej część, coś tam z czasem odnajdzie, to muszą mieć świadomość, że inna część zrazi się na całe życie, a nieuchronne skandale pomogą zohydzić Kościół w oczach społeczeństwa...

Poza tym czy przypadkiem mlodzieżowe/studenckie grupy nie są z zasady źródłem patologii? Może bezpieczniej i pożyteczniej dla młodych byloby być we wspólnocie z ludźmi w różnym wieku? Duszpasterz nie czulby się tak swobodny i bezkarny w ich otoczeniu...

Stawiam tezę, że obecny model duszpasterstwa młodzieży, w którym niedojrzały mlody męzczyzna doznaje zawrotu głowy z powodu grona adorujacych go dziewcząt/chlopców jest żródłem patologii i po prostu musi prowadzić do nadużyć...

Przy okazji warto zauważyć, że ani przypadku Malińskiego, ani o. Macieja, nie można podciągnąc pod pedofilię, o której tyle słyszymy. Mamy do czynienia w dwoma niedojrzałymi narcyzami, którzy nigdy nie powinni znaleźć się w żadnym zakonie, a już napewno nie w pobliżu ludzi młodych i bezkrytycznych. 

Z kolei arcybiskup Paetz to po prostu homoseksualista molestujący młodych mężczyzn w seminarium. Nawet ks. Saduś, którego Karol Wojtyła mial wysłać do Austrii, spowodowal skandal natury homoseksualnej, a sugestia, że chodziło o nieletniego pojawiła się w SB-ckich papierach wiele lat poźniej, dopiero po wyborze metropolity krakowskiego na papieża.

Jedyną publicznie znaną "ofiarą pedofila" jest jak dotąd oszust Lisińki, ktory założyl fundację "Nie lękajcie się kłamać w żywe oczy" zachęcony przez Ekke Overbeeka piewcę Gazpromu i syn znanej poslanki, którym zajmował się aktywista LGBT i terapeuta. (Szczecińskie władze lokalne umożliwiły Krzysztofowi F. niekontrolowany dostęp do mlodzieży w trudnej sytuacji tworząc specjalnie dla niego odpowiedni urząd...)

A może o rzeczywistych pedofilach nie można pisać w Więzi, bo okazałoby się, że są homoseksualistami albo rzadko są księżmi? Bo przecież, gdyby można bylo pani Paulina zapewne opisalaby takie przypadki równie dogłębnie...





wtorek, 13 września 2022

O "Jezuitach" Malachi Martina

Przeczytałam w końcu The Jesuits Malachi Martina. Autor był co prawda postacią niejednoznaczną, ale dysponował - jak się zdaje - pewną wiedzą insiderską. Książka powstała w latach 80-tych opisuje transformację zakonu jezuitów i jego wojnę z 3 kolejnymi papieżami. Lektura bardzo wciągająca, choć fakty przerażają. Nie sadzę, żeby od czasu napisania książki coś się zmieniło na lepsze. Czytelnik dowiaduje się, że od czasu generała Pedro Arrupe, którego papież Jan Pawel II usunął ze stanowiska, zakon określił swoją misję jako wprowadzanie sprawiedliwości społecznej na świecie.

Nie chce mi się tego komentować, ani relacjonować, zainteresowanych odsyłam do źródła (jest polski przekład pt Jezuici). Powiem tylko tyle - wszystko, co szokuje w wypowiedziach papieża Franciszka i jego współpracowników już tam jest opisane jako "jezuicki mainstream" Jak bardzo byliśmy chronieni w naszym przytulnym zakątku świata przez te wszystkie lata! Teologia wyzwolenia wydawała się jakąś egzotyczną ekstrawagancją podobnie jaki bracia Cardenal SJ w rządzie nikaraguańskiej junty. Tymczasem nawet dzisiejsi jezuici są bardziej sojusznikami marksizmu niż katolickimi duchownymi. Zastanawiam się jak to jest możliwe, że międzynarodowa organizacja działająca także w krajach satelickich ZSRR zignorowała wiedzę z pierwszej ręki o tym czym marksizm jest w praktyce. A może polscy delegaci położywszy ruki po szwam milczeli na wszystkich zgromadzeniach, żeby nie narazić współbraci na dysonans poznawczy, albo za słabo znali języki obce?

Wniosek jest jeden: ilekroć słyszymy jakąś haniebną wypowiedź Mądela, Kramera, Oszajcy czy innego Obirka nie dziwmy się, że mogłaby paść równie dobrze z ust Urbana. Dzisiejsi jezuici są mu ideowo bliżsi niż przeciętnemu katolikowi, o św. Ignacym z Loyoli nie wspominając. Nie dziwi też jad z jakim wspominają Jana Pawła II, w końcu to on podniósł rękę na urząd ich umiłowanego przywódcy, potępił teologię wyzwolenia i przyczynił się do obalenia komunizmu w naszym regionie! 

Nie wiem jak radzą sobie w zakonie ludzie wierzący. Nie przyznają się? Zeszli pod ziemię? Jeśli tacy jeszcze istnieją, nie zazdroszczę im!

P.S.

Wiele lat temu jezuicki periodyk Życie Duchowe zamówił u mnie artykuł (o samotności jako czymś tam), który następnie odrzucił jako niezgodny z antropologią chrześcijańską. W kontekście książki Malachi Martina brzmi to wybitnie humorystycznie. (Artykuł jest publikowany jako pierwszy wpis na tym blogu w 2010 roku)

środa, 1 grudnia 2021

O modlitwie, przy okazji rekolekcji ignacjańskich

Biorę udział w rekolekcjach ignacjańskich u jezuitów na Stysia. Zaczęły się w zeszłą środę. Mam znowu ten sam problem, co z każdymi innymi rekolekcjami - budzą we mnie szczerą irytację i zaburzają pokój ducha. Dlaczego?

Z powodu słów, niestety. Nieważne czy są to słowa kaznodziei wygłaszane do wiernych, czy też pewne sformułowania w "punktach", które dostajemy do medytacji. Objawienie, co prawda, jest zawarte w słowach Pisma Świętego, których słuchamy ilekroć jesteśmy na mszy (a co gorliwsi nawet czytają je codziennie). Te mogą być inspirujące lub budzić w nas sprzeciw i zdziwienie, jak np. słowa Jezusa do Syrofenicjanki. Nie o to tu jednak chodzi.

Moje skromne doświadczenie modlitwy uświadamia mi, że Bóg komunikuje się z nami na poziomie o wiele głębszym niż słowa czy nawet obrazy. Na poziomie tak głębokim, że nasz świadomy umysł nie rejestruje żadnej aktywności, jak za słaby czy zbyt oddalony radar. Dlatego też ilekroć słyszę o relacji czy rozmowie z Bogiem/Jezusem nóź mi się w kieszeni otwiera, gdyż taki dobór słów sugeruje coś, co w praktyce nie zachodzi i nie może zajść. Nasz świadomy umysł zaprzątają problemy, które z perspektywy Boga nie istnieją albo nie są problemami. Można modlić się miesiącami, latami albo wręcz dekadami o zmianę jakiejś sytuacji, którą postrzegamy jako patologiczną (i którą z całej siły usiłujemy zmienić) i rozbijać się o monumentalne i absolutne milczenie Boga, jego całkowitą obojętność. Czasem owo milczenie jest złagodzone "polewką Habakuka" przyniesioną nam, jak onegdaj Danielowi do Jaskini Lwów. Owa polewka jest jedynie znakiem życzliwości, ale nie rozwiązaniem problemu...

Ilekroć więc słyszę coś w rodzaju "porozmawiaj z Jezusem o swoich problemach" szlag mnie trafia, bo wiem jak wygląda taka "rozmowa". Ze strony człowieka rozpaczliwe, rozdzierające wołanie, czasem wręcz łzy i szloch, ze strony Boga milczenie, betonowa ściana. Mam wręcz wrażenie, że im częściej ponawiamy tę rozpaczliwą modlitwę, tym owa ściana Boga staje wyższa, grubsza i bardziej jeszcze nieprzenikniona...

Dlaczego tak jest? Oczywiście nie wiem, ale podzielę się kilkoma odpowiedziami, które zazwyczaj przychodzą mi do głowy.

1. Problemu rzeczywiście nie ma (albo jest zupełnie gdzie indziej). Posłużę się przykładem dość typowym, choć może niepoważnym w tym kontekście. Wyobraźmy sobie dziewczynkę czy nastolatkę, która ciągle słyszy od innych, że nie powinna wyglądać tak jak wygląda tylko zupełnie inaczej, przy czym chodzi o cechy genetyczne, a nie np. sposób ubierania. Dziewczynka/nastolatka myśli, że tak rzeczywiście jest skoro wszyscy inni tak twierdzą. Tymczasem ze 100%-ową pewnością można stwierdzić, że jeśli wygląda tak jak wygląda tzn., to Bóg ją taką właśnie wymyślił, ergo problem po prostu nie istnieje. Istnieje inny problem - niepewność dziewczynki na skutek niedoinwestowania emocjonalnego ze strony rodziców/opiekunów oraz zbyt wiele czasu spędzanego we wrogim lub z innych powodów niewłaściwym otoczeniu. Teraz wyobraźmy sobie modlitwę takiej młodej osóbki, kiedy właśnie spotkała ją jakaś wyjątkowo paskudna sytuacja. Prawdopodobnie będzie płakać w zaciszu jakiegoś bezpiecznego kąta, być może powtarzając owo wieczne "dlaczego". Co usłyszy w odpowiedzi? Najprawdopodobniej nic. Być może zmęczona płaczem zaśnie i obudzi się nieco pokrzepiona, może jakieś wydarzenie odwróci jej uwagę. Wiele lat minie zanim zda sobie sprawę, jak kompletnie od czapy był sformułowany jej problem.

2. Problem jest wymyślony. Wyobraźmy sobie młodą osobę - znacznie łatwiej mi myśleć o kobiecie, ale równie dobrze może to być mężczyzna - która szuka swego powołania, bo usłyszała w Kościele, że człowiek z definicji powołany jest do małżeństwa, kapłaństwa lub życia konsekrowanego. Jeśli z jakichś powodów żadna z tych dróg się przed nią nie otworzy, będzie wołać w udręce do Boga: powiedz mi co mam zrobić, oświeć mnie albo po prostu pomóż mi znaleźć odpowiednią osobę na żonę/męża! Nawet jeśli osoba jest bardzo umiarkowanie wierząca i nie będzie brała pod uwagę ani zakonu, ani kapłaństwa, to jednak niemożność znalezienia odpowiedniego partnera będzie - przynajmniej przez jakiś czas - bardzo uciążliwa. Tymczasem osoba może obiektywnie nie nadawać się do takiego związku albo nawet w głębi serca go nie chcieć, np. z powodu negatywnych doświadczeń z przeszłości. Gdyby inni ludzie nie wypowiadali się na temat, jak powinno wyglądać jej życie, całej tej udręki po prostu by nie było, nie byłoby tych rozpaczliwych modlitw odbijających się od ściany.

3. Problem istnieje, ale rozwiązanie jest inne niż sobie wyobrażamy. Wyobraźmy sobie osobę bardzo pragnącą doświadczyć miłości, bliskość, przyjaźni czy też poczucia przynależności po prostu. Co taki ktoś sobie wyobraża? Najprawdopodobniej innego człowieka (innych ludzi). To bardzo interesujące, bo jeśli ktoś w ten sposób formułuje swoje pragnienie, to można z dużą dozą prawdopodobieństwa twierdzić, że jest poważnie niedoinwestowany emocjonalnie. Właśnie jakiś inny (znaczący)  człowiek (ludzie) go odrzucił, zaniedbał lub wykorzystał. Teoretycznie taki ktoś powinien na widok innego człowieka uciekać z wrzaskiem, a on nie, żywi irracjonalna nadzieję, że może być inaczej. Może i może, ale zazwyczaj nie jest. Modlitwa kogoś takiego pełna jest bólu i nadziei, na początku z przewagą tego drugiego, potem coraz bardziej pierwszego. Być może w odpowiedzi na nią pojawiać się będą jacyś ludzie w życiu tej osoby i będzie mogła zobaczyć, jak niedorzeczne były jej oczekiwania. To tak jakby ktoś, kto marzy o morzu, dostał buteleczkę słonej wody. Pusta studnia wyobraża sobie wielki deszcz z nieba, który ją napełni, tymczasem deszczu nie ma, albo jest kapuśniaczek. Nawet jeśli zdarzy się  od czasu do czasu jakaś ulewa, to po krótkim czasie woda znów wysycha. Jak taki problem może być rozwiązany? Ano przez niezauważalne, ale stałe podnoszenie się poziomu wód gruntowych, albo przez kopanie studni coraz głębiej. Najprawdopodobniej ten proces zachodzi także dzięki modlitwie, ale są to lata, jeśli nie dekady. W jakimś momencie widzimy niedorzeczność naszych pragnień i wyobrażeń, a nagląca potrzeba miłości czy przyjaźni po prostu zanika.

Nie podważam znaczenia modlitwy w życiu człowieka, wręcz przeciwnie, ale nazywanie jej rozmową wydaje mi się skrajnie nieadekwatne. Daje z gruntu fałszywy obraz tej wymiany. Człowiek istnieje w czasie, Bóg w wieczności. Człowiek oczekuje odpowiedzi tu i teraz, Bóg rozkłada ją na całą długość naszego życia. 

poniedziałek, 1 lipca 2019

Virtue signalling u dominikanów i jezuitów

W niedzielę na mszy o 20-tej u wrocławskich dominikanów, główny celebrans o. Marcin Dyjak OP wykorzystał ogłoszenia duszpasterskie, żeby poinformować wiernych, że ani on, ani jego współbracia nie organizują, ani też nie popierają akcji właśnie trwającej pod kościołem (św. Wojciecha). Informacja była podana charakterystycznym - tonem pozornie neutralnym, a jednak komunikującym "ludziom światłym" co należy sądzić o tych oszołomach.

Zaciekawiona, sprawdziłam co to za akcja. Zbieranie podpisów przeciw seksualizacji dzieci przez aktywistów LGBT....

Dziś  znalazłam na koncie twitterowym ks. Isakowicza-Zalewskiego taki oto retwit (a propos bojkotu IKEI, która wyrzuca pracowników nie chcących brać udziału w promocji LGBT)


Wink, wink salonie liberalno-lewicowy! Jesteśmy wprawdzie zakonnikami, ale z nauką Kościoła, ani z przywiazanymi do niej abominacyjnymi fundamentalistami nic nas nie łączy!

Dziękuję, nie mam więcej pytań... 



czwartek, 18 października 2018

Ordo Sanctae Catherinae Sienensis i powrót Świętej Inkwizycji

Oglądałam wczoraj znakomity wywiad Grzegorza Górnego z Pawłem Lisickim (w internetowej telewizji wpolsce), który mówił m.in. o swojej najnowszej książce Epoka Antychrysta. Przy okazji omawiania sytuacji w dzisiejszym Kościele stwierdził, że same dokumenty papieskie (jak instrukcje o nieprzyjmowaniu homoseksualistów do seminariów) nie wystarczą, potrzebna jest inkwizycja, która je fizycznie  przeprowadzi i jakiś nowy zakon, który się podejmie takiego zadania.

O konieczności przywrócenia inkwizycji sama od dłuższego czasu myślę, ale pomysł założenia nowego zakonu uważam za zachwycająco świeży. Zakon kaznodziejski - w zamyśle Św. Dominika  powołany do zwalczania herezji - od dawna się do tego zadania nie nadaje. W dużym stopniu dał się uwieść przez świat, diabła i ciało. Jezuici - którzy mieli nawracać protestantów - stali się V kolumną oligarchów propagujących homoseksualizm. Podejrzewam, że w każdym z tych zakonów - i w wielu innych - są prawowierni katolicy z dobrym przygotowaniem teoretycznym, zdolni odróżnić herezję od ortodoksji. Można by z nich utworzyć zespół do oczyszczenia seminariów diecezjalnych i zakonnych z heretyków i herezjarchów roboczo nazwany Rigid Catholic Doctrinarians (RCD)

Natomiast do wyeliminowania czynnych homoseksualistów potrzebny jest nowy zakon Ordo Rigoristarum Neopelagianorum w skrócie ORN (nie mylić z ONR) albo mniej konfrontacyjnie Ordo Sanctae Catherinae Sienensis  (ze względu na niepozostawiającą żadnych wątpliwości ocenę sodomii przez patronkę). Musiałby składać się z osób dojrzałych, koniecznie po przezwyciężeniu kryzysu wieku średniego, niepodatnych na pedalskie (ani żadne inne) wdzięki, zdolnych kontrolować swoje emocje i wznosić się ponad nie w trzeźwej ocenie sytuacji, ponadto cechujących się silną wolą i determinacją. Być może powinny być to kobiety, które poradziły sobie ze swoją samotnością i nie widzą powodu, żeby księża i zakonnicy nie mogli, albo wszystkie osoby samotne, którym O.Pilśniak OP stręczył adopcję dzieci autystycznych jako rozwiązanie ich problemów życiowych (ci byliby zdeterminowani, że strach). Zakon mógłby zostać powołany na czas pełnienia swej misji, a po jej zakończeniu rozwiązany. Powinien działać pod przykryciem (bez habitów) najlepiej w przebraniu pogardzanych moherów, koniecznie z koszykiem pisanek do poświęcenia. Taki kamuflaż uśpiłby czujność podejrzanych, a nawet skłonił do zaprezentowania całej gamy aroganckich zachowań i heretyckich tekstów, które można od razu zgłosić do RCD.

P.S.
Po namyśle nazwa Ordo Sancti Petri Damiani byłaby jeszcze lepsza!

poniedziałek, 1 stycznia 2018

O nieeleganckich atakach ad personam

Bardzo nie lubię, kiedy nasze życie publiczne poziomem argumentów zaczyna przypominać przedszkole, o czym już pisałam na tym blogu. Typowo przedszkolne zarzuty "a ty głupia jesteś", "ale masz wiejską koszulkę/kurtkę/spódnicę",  "śmierdzi, spierdział się" albo nawet "zesrał się w gacie", klasyfikowanie oponentów do kategorii typu "gruby", "rudy", "siwy"(jasny blondyn), "sekularnik" "zyzol" jako ostateczne potępienie dla całokształtu jego działań, niewybredne przezwiska utworzone z nazwisk i argument ostateczny - "ciebie nikt nie lubi" są bez cienia zahamowań używane wobec przeciwników przez prominentnych polityków, posłów na sejm i tzw opiniotwórcze gremia.

Mam nadzieję, że każdy rozumie, że równie eleganckiej frazy można użyć wobec niego. Trudno mi wyobrazić sobie taki niedorozwój intelektualny(emocjonalny?),  który nie rozróżnia między czynami moralnie nagannymi jak kradzież mienia publicznego, zdrada, pozbawianie tysięcy ludzi dachu nad głową itp, a nie dość "trendy" outfitem, nadwagą/niedowagą, niskim wzrostem, złym stanem uzębienia, nieodpowiednim kolorem włosów czy słabą atrakcyjnością dla płci przeciwnej. 

Użycie argumentu "estetycznego" jako ostatecznego uzasadnienia dla uznania kogoś za gorszego także w sensie prawnym istniało i istnieje w wielu kulturach pogańskich, o czym także pisałam na tym blogu. W Eddzie Poetyckiej 3 podstawowe warstwy społeczeństwa wczesnośredniowiecznej Skandynawii rozróżnić można na podstawie wyglądu. Najniższa z nich niewolni (thrael) charakteryzują się ciemną pigmentacją, długimi piętami, chorobami skóry i zwyrodniałymi kostkami, wolni kmiecie (karl) są rudzi i rumiani, estetycznie ubrani, wykwalifikowani i pracujący na swoim,. Najwyższa zaś warstwa - jarlowie - mają jasną skórę, włosy płowe, spojrzenie o przenikliwości węża, ćwiczą się w rzemiośle wojennym, a ich  kobiety o cienkich paluszkach  ubrane w jedwabie pławią się w luksusie all day long. 

Podobne estetyczno-lifestylowe uzasadnienie ma podział na kasty w Indiach. Im wyższa kasta, tym jaśniejsza skóra, bardziej prestiżowy zawód i "lepsze nazwisko" (Hindusi są w stanie ustalić na podstawie brzmienia nazwiska, kto z jakiej kasty się wywodzi).

My jednak po 2 tys. lat Chrześcijaństwa w Europie i tys. lat w Polsce powinniśmy ten sposób dzielenia ludzi dawno porzucić. Wszelka hierarchia w społeczeństwie powinna być kompetencyjna, wszak jesteśmy równi wobec prawa, czyż nie? W oczywisty sposób nie jesteśmy, mimo wielu pięknych zapisów w konstytucji i kodeksach praw. Nadal też używamy argumentu estetyczno -lifestylowego, aby ostatecznie pognębić przeciwnika, gdyż pamiętamy z przedszkola, że tym można zranić najgłębiej, a poza tym w ten sposób opuszczamy dziedzinę Logosu, gdzie w drodze uczciwych sporów i wymiany poglądów można zbliżać się do prawdy i dochodzić do konsensusu w trosce o dobro wspólne. 

Technikę możliwie najobrzydliwszego ataku ad personam stosują z upodobaniem "stare kiejkuty" (copyright by S. Michalkiewicz) co widać po wpisach ich trolli internetowych (i transparentach widocznych w manifestacjach "prodemokratycznych"). Nawet jeśli atakowana osoba jest przystojna, prosperująca i szczęśliwa w związku, zawsze można jej przypisać nieświeży oddech i nieumyte genitalia.

Jaka powinna być odpowiedź na taki atak?  Najlepszej jaką znam dostarcza anegdota o sporze dominikanina z jezuitą. Dominikanin wyraźnie był w nim górą, więc jezuita, wystrzelawszy się ze wszystkich argumentów merytorycznych, zarzucił mu, że jest rudy jak Judasz. Dominikanin na to, że nie wiadomo czy Judasz był rudy, ale ponad wszelką wątpliwość należał do towarzystwa jezusowego.

Bardzo częstym obiektem niskich ataków ad personam jest posłanka Krystyna Pawłowicz, Zarzuca się jej, że jest "starą panną", ma krzywe nogi, nikt jej nie kocha i nigdy już nie pokocha (to się nazywa siła argumentu!). Podczas rozrób "starych kiejkutów" pod sejmem była wręcz fizycznie atakowana, a posłowie opozycji publicznie wyrazili aprobatę dla tych działań. 

Dla porównania jej dawna przyjaciółka Hanna Gronkiewicz-Walc, która ma na sumieniu aferę reprywatyzacyjną i tysiące ludzi wyrzuconych na bruk, nigdy w ten sposób atakowana nie była. Nie wypomniano jej chytrych małych oczek, wąskich warg i twarzy przebiegłej przekupy mocno nadszarpniętej zębem czasu pod ciężką tapetą. W zestawieniu z tą fizjonomią twarz p. Pawłowicz wydaje się pełna szlachetnego piękna i pogody ducha. Upływ czasu był dla niej bez porównania łaskawszy, jak to się zwykle dzieje w przypadku pulchnych kobiet. Poza tym powyżej 45 roku życia każdy ma taką twarz, na jaką zasłużył.

Posłanka Pawłowicz natomiast, która robi na mnie wrażenie dobrodusznej weredyczki, zapędzającej  się czasem o jeden most za daleko, zarzuciła p. Misiło nadmierną dbałość o fryzurę. Zasugerowała wręcz że jest ona dziełem fryzjera damskiego. Tego oczywiście nie wiem, ale podejrzewam, że sadząc po brzmieniu nazwiska rodzina p. Misiło może pochodzić  z  pn terenów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nazwiska zakończone na -o są tam dość rozpowszechnione (Szylko, Szarko, Szyndziałło, Domeyko itp) podobnie jak pewien typ fizyczny charakteryzujący się m.in. gęstymi włosami aż do śmierci (vide kudłaty Żmudzin z Potopu). Jeżeli p. Misiło ma dobre włosy to nic dziwnego, że stara się je wyeksponować. Pani Pawłowicz też ma dobre włosy, które związuje w skromny ogonek i - jak wiele kobiet - nie uświadamia sobie tzw syndromu pawia, czyli rozmiarów próżności męskiej, przy której koncentracja na sobie najbardziej obsesyjnej kokietki to kupa śmiechu.

"Prawicowi publicyści" zarzucają feministkom, że są brzydkie i zaniedbane. Może niektóre i są, ale jeśli weźmiemy kilka sztandarowych, to np p. Środa wydaje mi się przeciętną kobietą w średnim wieku o standardowym stopniu zadbania, p. Szczuka wykazuje ślady dużej urody, a p. Gretkowską można było uznać za super laskę za młodu, a i teraz trzyma się dobrze.

Obśmiany kawaler z kotem "kurdupel" Kaczyński nigdy, o ile mi wiadomo, nie aspirował do tytułu mister universum, ani arbiter elegantiae, a i on widziany życzliwym okiem może wydawać się "ładniutki", jak to ujęła pewna pani stojąca obok mnie na wiecu wyborczym. W polskiej klasie politycznej jest zapewne wielu przystojniejszych od niego mężczyzn, ale jeśli chodzi o intelekt czy talent strategiczny sprawa wygląda inaczej. Jego oponenci nie są oczywiście w stanie tego ocenić, bo po prostu porównywalnym narzędziem nie dysponują. Stąd np cytat z Asnyka (o którym zapewne nie słyszeli) "inni tu byli czynni szatani" obśmiali jako przejaw katolickiego zabobonu. Nic zatem dziwnego, że pozostaje im niski wzrost, kot, kawalerski stan i nazwisko

Ciekawe, że dość egzotycznie brzmiące imię Donald i nazwisko Tusk nigdy nie było obiektem podobnych żartów. Częściej kolor włosów rudo-blond, czyli z rosyjska ryży znaczy wredny. O ile z drugą częścią oceny p. Tuska się zgadzam, to z tak ujętym związkiem przyczynowo-skutkowym nie. Niewątpliwie ciążą na "królu Europy" bardzo poważne zarzuty jak np rezygnacja z interesu narodowego Polski w zamian za europejską synekurę, ale nie mają one żadnego związku z jego kolorytem, który -inaczej niż w kraju - na zachodzie kojarzy się jednoznacznie dobrze.

Pan Brudziński zasugerował opozycji totalnej, żeby na czas obchodów kolejnej miesięcznicy smoleńskiej wzięła p. Kasprzaka, lidera tzw obywateli RP, do dentysty. Wyznaję, ze skruchą, że sama się uśmiechnęłam.  Pan Marszałek zrobił by jednak lepiej ustalając, kto tego pana wynajął i przedsięwziął odpowiednie kroki prawne.

Argument estetyczno-lifestylowy bywa stosowany szczególnie często wobec elektoratu PIS. Za koalicji PO-PSL określano wyborców Prawa i Sprawiedliwości jako starszych, gorzej wykształconych z mniejszych miejscowości względnie mohery (zabierz babci paszport), obecnie zaś jako chamów na salonach. To bardzo ciekawy wątek. Dowiadujemy się oto z licznych wypowiedzi przedstawicieli samozwańczej elity, że spora część społeczeństwa nie powinna mieć praw wyborczych, bo została uznana przez panów Cimoszewicza, Chełstowskiego czy Łozińskiego (obecnego lidera KODu) za gorszych, za chamów ergo - jak w I RP - nie powinna mieć głosu. Prawa wyborcze w owym czasie przysługiwały wyłącznie szlachcie. Znaczy mamy jakąś nową szlachtę? Kto jej nadał szlachectwo? "Ona jest z domu von und zu, co znowu strasznie imponuje mu" jak to ujął Witkacy - von sowiecki czołg zu firma założona przez WSI, von Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy zu Agora, von UB zu WSI, von KPP zu SB,  von Solidarność zu zniknięte pieniądze Solidarności, von Stare Kiejkuty zu KOD itd. 
 Boże, miej nas w swojej opiece!