Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SB. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 listopada 2023

Witajcie w Ubekistanie!

Bąkiewicz skazany za obronę kościoła św. Krzyża na rok prac społecznych i zapłacenie UB-ckiej emerytce Augustynek 10 tys. PLN. Ten wyrok - wydany przez Malgorzatę Drewin - jasno wskazuje, gdzie my żyjemy. Augustynek, która atakowała wielu ludzi, w tym funkcjonariuszy policji, nie została nigdy skazana, a czyn Bąkiewicza - obrona kościoła przed UB-cką dziczą - zakwalifikowany jako "wybryk chuligański"!!!






Tutaj fragment artykułu z Rzeczpospolitej:

Bąkiewicz prawomocnie skazany za chuligaństwo wobec Babci Kasi
Proces z prywatnego aktu oskarżenia Katarzyny Augustynek dotyczył wydarzeń z 25 października 2020 r. Tego dnia Babcia Kasia była wśród protestujących po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego wprowadzającym zakaz aborcji z powodu wad letalnych płodu. Przed kościołem św. Krzyża w Warszawie stali działacze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości Roberta Bąkiewicza i blokowali wejście do świątyni, szarpali kobiety, a niektóre siłą wynosili.

W zajściu ucierpiała także Babcia Kasia. Narodowcy pod wodzą Bąkiewicza próbowali jej wyrwać torbę z tęczowym emblematem. Następnie zrzucili kobietę ze schodów.

W marcu br. Bąkiewicz został skazany przez Sąd Rejonowy w Warszawie za użycie siły wobec protestujących kobiet na rok prac społecznych i 10 tys. nawiązki dla Katarzyny Augustynek. Sąd oparł się na nagraniach, na których widać, że dwaj mężczyźni zrzucają Babcię Kasię ze schodów.

- Oskarżony twierdził, że bronił kościoła, ale w ocenie sądu twierdzenia te nie znajdują aprobaty w świetle polskiego porządku prawnego. Oskarżony sam sobie określił, co jest zgodne z prawem, a co nie jest zgodne z prawem. To nie oskarżony ma decydować, co jest boskie i co podoba się Bogu, oskarżony ma przestrzegać praw do przestrzegania porządku - mówiła sędzia SR Małgorzata Drewin dodając, że porządek publiczny ma zapewniać policja, a nie osoba, która powołuje się na upoważnienie od księdza proboszcza.

Tekst napisała niejaka Dorota Gajos- Kaniewska i jest to wyjątkowo odrażający wytwór UB-ckiej propagandy. Ani słowa dlaczego kościół musial być broniony przed starą UB-czką i jej kumpelami. Niestety nie wierzę, że zrzucono ową postać ze schodów, bo byłoby to pewne pocieszenie

Na X taki oto komentarz sugerujący bliskie pokrewieństwo sędzi Drewin z osobą poniżej.


Pod zdjęciem - jak rozumiem - cytat z wyroku uniewiniajacego kolegę - złodzieja w todze.

To jest kolejny dowód, że w sądownictwie pilnie potrzebna jest opcja zero i nie tylko tam...








sobota, 16 lipca 2022

Wyjaśniło się kim jest "Babcia Kasia"

Dziś znalazłam na Twitterze (konto Roberta Tekieli tweetu pitu) i nawet się nie zdziwiłam. Historia bardzo smutna i bardzo wiele wyjaśniająca.



P.S.
Nie wiem czy to prawda, ale podejrzewam, że tak.

niedziela, 14 października 2018

Celebrykalizm, czyli czy można krytykować arcybiskupa?

Ks. Isakowicz-Zalewski stwierdził onegdaj, że za komuny SB wręcz polowała na księży homoseksualistów ze względu na idealną wręcz możliwość szantażu, a zwerbowawszy na tajnych współpracowników ułatwiała szybką karierę. Sprzeciw wobec dezubekizacji był więc w dużej mierze dziełem homolobby - ujawnienie tajnych współpracowników byłoby zarazem ujawnieniem sodomitów i ich ciemnych sprawek. Za jednym zamachem można było oczyścić Kościół z obu tych toczących go śmiertelnych chorób. Ponieważ tak się nie stało postacie takie jak np arcybiskup Życiński (TW Filozof) mogły zażywać statusu celebryty, fetowanego przez GW, do końca swych dni.

Z dwóch niezależnych źródeł (od Michalkiewicza i Międlara) słyszałam o występach gościnnych arcybiskupa lubelskiego w klubie gejowskim w czeskiej Pradze. Podobno tak się rozochocił, że ów przybytek sodomii zdemolował, doznając przy tym pewnego uszczerbku na zdrowiu. Za zniszczenia oczywiście zapłacił. Nasuwa się uzasadnione pytanie czy z pieniędzy archidiecezji.

Grzegorz Braun podczas jednego ze swoich wykładów na KULu zapytany o arcybiskupa Życińskiego wypowiedział się jednoznacznie negatywnie nazywając go m.in. łajdakiem (o ile dobrze pamiętam). Bardzo to oburzyło środowisko GW, a o.Dostatni posunął się do protestowania przeciwko przyznaniu reżyserowi nagrody (na festiwalu w Niepokalanowie) za znakomity film Eugenika.

Tymczasem o ile mi wiadomo czasownik "łajdaczyć się" oznacza nieuporządkowaną aktywność seksualną. Czy nie w takim celu odwiedza się gej-kluby? Natomiast rzeczownik łajdak jest synonimem nikczemnika, człowieka dopuszczającego się czynów odrażających moralnie. Czy współpraca z SB w przypadku księdza nie należy do tej kategorii? Czy podwójna zdrada wobec Boga i ludzi (jako współpracownik SB i sodomita) nie jest wystarczającym powodem do użycia tak mocnego określenia?

A może tak znaczna persona jak arcybiskup i to jeszcze zaprzyjaźniony z GW nie powinna podlegać krytyce ze strony zwykłych śmiertelników (nawet jeśli są znakomitymi dokumentalistami, propagującymi w swoich filmach katolicki punkt widzenia)? Czy to nie jest ów słynny klerykalizm o którym wspominał papież Franciszek przy okazji kryzysu "pedofilskiego"?. O. Dostatni pouczył nas na stronie dominikańskiej, że polega on na wyłączeniu grupy osób z odpowiedzialności za swoje czyny, zagwarantowanie im bezkarności przez nie dopuszczanie krytyki ze względu na ich status świętych krów.

Wyglądało to tak jakby w oczach o. Dostatniego agenturalna przeszłość i wołająca o pomstę do nieba sodomia arcybiskupa była niczym w porównaniu z bluźnierczym atakiem profana na świętą krowę. Jak to tak cham na pana? Ciemnogrodzianin na światłą elitę (nawet wątpliwej reputacji)?  I tu wracamy do mojej obsesji mianowicie hierarchii stadnej. Nie mam tu na myśli oficjalnego porządku podległości wprowadzonego w jakiejś instytucji w celach organizacyjnych, tylko hierarchię nieoficjalną opartą na przynależności do ekskluzywnego klubu i przyjmowaniu obowiązujących w nim poglądów, które stają się dla członków znacznie ważniejsze niż np dziesięć przykazań Bożych, o Ewangelii nie wspominając.

O. Dostatni oburzając się na gniewne wypowiedzi w Internecie na temat zaplanowanej debaty między biskupem a rabinem i nie dość gorliwą reakcję prokuratury, ujawnił swój własny (łatwy do przewidzenia) katalog grzechów głównych: "antysemityzm", "faszyzm" i "mowa nienawiści". Żadne z tych określeń nic nie znaczy (albo raczej można podłożyć pod nie cokolwiek, wedle zapotrzebowania), ale sygnalizuje przynależność do klubu ludzi światłych (virtue signalling).

Ludzie światli i kulturalni jak to wyraził Jacek Żakowski w rozmowie z Pawłem Lisickim przyjmują np panującą narrację o holokauście, która nie ma dokładnie nic wspólnego z historią i nie wychylają się ze swoim prowincjonalnym punktem widzenia nawet jeśli jest oparty na faktach. Mateusz Morawiecki mówiąc o "Jewish perpetrators" (na co istnieją setki dowodów w postaci ich pamiętników) zachował się jak ostatni cham pierdzący w towarzystwie królowej angielskiej. Przyznam, że na takie dictum szczęka klapnęła mi o bruk. Kategoria prawdy dla takich ludzi po prostu nie istnieje.

Niestety coś podobnego da się zaobserwować w Kościele. W zakonach i diecezjach istnieją nieoficjalne "katalogi grzechów śmiertelnych" które przyprawiłyby wiernych o zawał serca. Nikt ich expressis verbis nie artykułuje, ale można je stosunkowo łatwo zrekonstruować po objawach. Oto zakonnik urządzający alkoholowe libacje połączone z seksem oralnym i analnym między mężczyznami (w tym studentami z duszpasterstwa akademickiego) jest po prostu przeniesiony do stolicy, gdzie obejmuje urząd przeora, a inny - młodzieniec słabego zdrowia - nietaktownie zgłaszający przełożonym homoseksualne awanse ze strony współbraci - zawieszony (po uprzedniej próbie zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym). Kardynał homoseksualista zaskoczony przez policję na zaprawionej kokainą homoseksualnej orgii, zorganizowanej przez swojego sekretarza, reprezentuje kościół na konferencji międzyreligijnej, a nuncjusz whistleblower ukrywa się w obawie o swoje życie po ujawnieniu kilku nieprzyjemnych faktów. Księdza, który spalił bluźnierczą tęczową flagę z krzyżem, zsyła się do psychuszki, a zakonnika jawnie propagującego grzech sodomski promuje jak primadonnę i obwozi po świecie jak - nie przymierzając - kobietę z brodą.

Lojalność obowiązuje wyłącznie wobec "swoich", więź - jak w mafii - scementowana jest umoczeniem w coś kompromitującego, W tym "kodeksie honorowym" nie istnieje Bóg, ani wierność wobec niego, ani - tym bardziej - świeccy wierni.  Zestaw prawd wiary wyznawanych przez owe elitarne kręgi jest też zupełnie inny od wiary zwykłych ludzi. Ta jest wstydliwym sekretem - demony, anioły, zagrożenia duchowe, rozmnożenie chleba i ryb, piekło, świętych obcowanie (przecież dusza i ciało są nierozdzielne!), grzech pierwszych ludzi, dziewictwo Maryi, niepokalane poczęcie, zmartwychwstanie - tego się już nie nosi!

Teraz "miłość" jest en vogue. Jest tak nieskończenie plastycznym i pojemnym pojęciem, że dokładnie wszystko można pod nie podłożyć -  zatroskanie rodziców o opóźnione w rozwoju dziecko i wizytę w dark roomie, opiekę nad starą matką i niezobowiązujący seks na  imprezie - dla każdego coś miłego.  Czyńcie co chcecie, jeśli tylko nazwiecie to miłością - parafrazując św. Augustyna albo otwartym tekstem: "grzeszcie śmiało" jak ujął to Luter, nowy święty Kościoła Katolickiego.

Równie spostponowane piękne słowo "miłosierdzie" oznacza po prostu akceptację dla grzechu, ze szczególnym uwzględnieniem sodomii wśród kleru.











poniedziałek, 1 stycznia 2018

O nieeleganckich atakach ad personam

Bardzo nie lubię, kiedy nasze życie publiczne poziomem argumentów zaczyna przypominać przedszkole, o czym już pisałam na tym blogu. Typowo przedszkolne zarzuty "a ty głupia jesteś", "ale masz wiejską koszulkę/kurtkę/spódnicę",  "śmierdzi, spierdział się" albo nawet "zesrał się w gacie", klasyfikowanie oponentów do kategorii typu "gruby", "rudy", "siwy"(jasny blondyn), "sekularnik" "zyzol" jako ostateczne potępienie dla całokształtu jego działań, niewybredne przezwiska utworzone z nazwisk i argument ostateczny - "ciebie nikt nie lubi" są bez cienia zahamowań używane wobec przeciwników przez prominentnych polityków, posłów na sejm i tzw opiniotwórcze gremia.

Mam nadzieję, że każdy rozumie, że równie eleganckiej frazy można użyć wobec niego. Trudno mi wyobrazić sobie taki niedorozwój intelektualny(emocjonalny?),  który nie rozróżnia między czynami moralnie nagannymi jak kradzież mienia publicznego, zdrada, pozbawianie tysięcy ludzi dachu nad głową itp, a nie dość "trendy" outfitem, nadwagą/niedowagą, niskim wzrostem, złym stanem uzębienia, nieodpowiednim kolorem włosów czy słabą atrakcyjnością dla płci przeciwnej. 

Użycie argumentu "estetycznego" jako ostatecznego uzasadnienia dla uznania kogoś za gorszego także w sensie prawnym istniało i istnieje w wielu kulturach pogańskich, o czym także pisałam na tym blogu. W Eddzie Poetyckiej 3 podstawowe warstwy społeczeństwa wczesnośredniowiecznej Skandynawii rozróżnić można na podstawie wyglądu. Najniższa z nich niewolni (thrael) charakteryzują się ciemną pigmentacją, długimi piętami, chorobami skóry i zwyrodniałymi kostkami, wolni kmiecie (karl) są rudzi i rumiani, estetycznie ubrani, wykwalifikowani i pracujący na swoim,. Najwyższa zaś warstwa - jarlowie - mają jasną skórę, włosy płowe, spojrzenie o przenikliwości węża, ćwiczą się w rzemiośle wojennym, a ich  kobiety o cienkich paluszkach  ubrane w jedwabie pławią się w luksusie all day long. 

Podobne estetyczno-lifestylowe uzasadnienie ma podział na kasty w Indiach. Im wyższa kasta, tym jaśniejsza skóra, bardziej prestiżowy zawód i "lepsze nazwisko" (Hindusi są w stanie ustalić na podstawie brzmienia nazwiska, kto z jakiej kasty się wywodzi).

My jednak po 2 tys. lat Chrześcijaństwa w Europie i tys. lat w Polsce powinniśmy ten sposób dzielenia ludzi dawno porzucić. Wszelka hierarchia w społeczeństwie powinna być kompetencyjna, wszak jesteśmy równi wobec prawa, czyż nie? W oczywisty sposób nie jesteśmy, mimo wielu pięknych zapisów w konstytucji i kodeksach praw. Nadal też używamy argumentu estetyczno -lifestylowego, aby ostatecznie pognębić przeciwnika, gdyż pamiętamy z przedszkola, że tym można zranić najgłębiej, a poza tym w ten sposób opuszczamy dziedzinę Logosu, gdzie w drodze uczciwych sporów i wymiany poglądów można zbliżać się do prawdy i dochodzić do konsensusu w trosce o dobro wspólne. 

Technikę możliwie najobrzydliwszego ataku ad personam stosują z upodobaniem "stare kiejkuty" (copyright by S. Michalkiewicz) co widać po wpisach ich trolli internetowych (i transparentach widocznych w manifestacjach "prodemokratycznych"). Nawet jeśli atakowana osoba jest przystojna, prosperująca i szczęśliwa w związku, zawsze można jej przypisać nieświeży oddech i nieumyte genitalia.

Jaka powinna być odpowiedź na taki atak?  Najlepszej jaką znam dostarcza anegdota o sporze dominikanina z jezuitą. Dominikanin wyraźnie był w nim górą, więc jezuita, wystrzelawszy się ze wszystkich argumentów merytorycznych, zarzucił mu, że jest rudy jak Judasz. Dominikanin na to, że nie wiadomo czy Judasz był rudy, ale ponad wszelką wątpliwość należał do towarzystwa jezusowego.

Bardzo częstym obiektem niskich ataków ad personam jest posłanka Krystyna Pawłowicz, Zarzuca się jej, że jest "starą panną", ma krzywe nogi, nikt jej nie kocha i nigdy już nie pokocha (to się nazywa siła argumentu!). Podczas rozrób "starych kiejkutów" pod sejmem była wręcz fizycznie atakowana, a posłowie opozycji publicznie wyrazili aprobatę dla tych działań. 

Dla porównania jej dawna przyjaciółka Hanna Gronkiewicz-Walc, która ma na sumieniu aferę reprywatyzacyjną i tysiące ludzi wyrzuconych na bruk, nigdy w ten sposób atakowana nie była. Nie wypomniano jej chytrych małych oczek, wąskich warg i twarzy przebiegłej przekupy mocno nadszarpniętej zębem czasu pod ciężką tapetą. W zestawieniu z tą fizjonomią twarz p. Pawłowicz wydaje się pełna szlachetnego piękna i pogody ducha. Upływ czasu był dla niej bez porównania łaskawszy, jak to się zwykle dzieje w przypadku pulchnych kobiet. Poza tym powyżej 45 roku życia każdy ma taką twarz, na jaką zasłużył.

Posłanka Pawłowicz natomiast, która robi na mnie wrażenie dobrodusznej weredyczki, zapędzającej  się czasem o jeden most za daleko, zarzuciła p. Misiło nadmierną dbałość o fryzurę. Zasugerowała wręcz że jest ona dziełem fryzjera damskiego. Tego oczywiście nie wiem, ale podejrzewam, że sadząc po brzmieniu nazwiska rodzina p. Misiło może pochodzić  z  pn terenów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nazwiska zakończone na -o są tam dość rozpowszechnione (Szylko, Szarko, Szyndziałło, Domeyko itp) podobnie jak pewien typ fizyczny charakteryzujący się m.in. gęstymi włosami aż do śmierci (vide kudłaty Żmudzin z Potopu). Jeżeli p. Misiło ma dobre włosy to nic dziwnego, że stara się je wyeksponować. Pani Pawłowicz też ma dobre włosy, które związuje w skromny ogonek i - jak wiele kobiet - nie uświadamia sobie tzw syndromu pawia, czyli rozmiarów próżności męskiej, przy której koncentracja na sobie najbardziej obsesyjnej kokietki to kupa śmiechu.

"Prawicowi publicyści" zarzucają feministkom, że są brzydkie i zaniedbane. Może niektóre i są, ale jeśli weźmiemy kilka sztandarowych, to np p. Środa wydaje mi się przeciętną kobietą w średnim wieku o standardowym stopniu zadbania, p. Szczuka wykazuje ślady dużej urody, a p. Gretkowską można było uznać za super laskę za młodu, a i teraz trzyma się dobrze.

Obśmiany kawaler z kotem "kurdupel" Kaczyński nigdy, o ile mi wiadomo, nie aspirował do tytułu mister universum, ani arbiter elegantiae, a i on widziany życzliwym okiem może wydawać się "ładniutki", jak to ujęła pewna pani stojąca obok mnie na wiecu wyborczym. W polskiej klasie politycznej jest zapewne wielu przystojniejszych od niego mężczyzn, ale jeśli chodzi o intelekt czy talent strategiczny sprawa wygląda inaczej. Jego oponenci nie są oczywiście w stanie tego ocenić, bo po prostu porównywalnym narzędziem nie dysponują. Stąd np cytat z Asnyka (o którym zapewne nie słyszeli) "inni tu byli czynni szatani" obśmiali jako przejaw katolickiego zabobonu. Nic zatem dziwnego, że pozostaje im niski wzrost, kot, kawalerski stan i nazwisko

Ciekawe, że dość egzotycznie brzmiące imię Donald i nazwisko Tusk nigdy nie było obiektem podobnych żartów. Częściej kolor włosów rudo-blond, czyli z rosyjska ryży znaczy wredny. O ile z drugą częścią oceny p. Tuska się zgadzam, to z tak ujętym związkiem przyczynowo-skutkowym nie. Niewątpliwie ciążą na "królu Europy" bardzo poważne zarzuty jak np rezygnacja z interesu narodowego Polski w zamian za europejską synekurę, ale nie mają one żadnego związku z jego kolorytem, który -inaczej niż w kraju - na zachodzie kojarzy się jednoznacznie dobrze.

Pan Brudziński zasugerował opozycji totalnej, żeby na czas obchodów kolejnej miesięcznicy smoleńskiej wzięła p. Kasprzaka, lidera tzw obywateli RP, do dentysty. Wyznaję, ze skruchą, że sama się uśmiechnęłam.  Pan Marszałek zrobił by jednak lepiej ustalając, kto tego pana wynajął i przedsięwziął odpowiednie kroki prawne.

Argument estetyczno-lifestylowy bywa stosowany szczególnie często wobec elektoratu PIS. Za koalicji PO-PSL określano wyborców Prawa i Sprawiedliwości jako starszych, gorzej wykształconych z mniejszych miejscowości względnie mohery (zabierz babci paszport), obecnie zaś jako chamów na salonach. To bardzo ciekawy wątek. Dowiadujemy się oto z licznych wypowiedzi przedstawicieli samozwańczej elity, że spora część społeczeństwa nie powinna mieć praw wyborczych, bo została uznana przez panów Cimoszewicza, Chełstowskiego czy Łozińskiego (obecnego lidera KODu) za gorszych, za chamów ergo - jak w I RP - nie powinna mieć głosu. Prawa wyborcze w owym czasie przysługiwały wyłącznie szlachcie. Znaczy mamy jakąś nową szlachtę? Kto jej nadał szlachectwo? "Ona jest z domu von und zu, co znowu strasznie imponuje mu" jak to ujął Witkacy - von sowiecki czołg zu firma założona przez WSI, von Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy zu Agora, von UB zu WSI, von KPP zu SB,  von Solidarność zu zniknięte pieniądze Solidarności, von Stare Kiejkuty zu KOD itd. 
 Boże, miej nas w swojej opiece!

niedziela, 24 stycznia 2016

O czynniku niejawnym w błyskotliwych karierach

Pewien 14 letni uczeń szkoły podstawowej Adaś Michnik pojawił się onegdaj na spotkaniu tzw. Klubu Krzywego Koła - zalążku loży masońskiej reaktywowanej po latach PRLu. Nie było to bynajmniej kółko młodzieżowe. Ten sam Adaś na swoje 18 urodziny wyjechał na zachód, gdzie spotkał się z wszystkimi ważnymi lewicowymi politykami jak np. Daniel Cohn-Bendit i temu podobne osobistości, a samą imprezę zorganizowano mu - o ile dobrze pamiętam - w Berlinie Zachodnim (czy nie w ambasadzie?) Następnie zrobił karierę jako opozycjonista i za swoje zasługi chciał dostać monopol medialny, który to cel raczej mu się wymknął, ale sądząc po obecnej nagonce na Polskę jego wpływy nadal są nie małe.

Pewien uczeń szkoły podstawowej Ryszard Petru wyjechał do Związku Sowieckiego, gdzie jego rodzice - fizycy - pracowali na projektem bomby mezonowej. Ten sam Rysio jeszcze jako student był asystentem posła Frasyniuka, następnie nosił teczkę za Balcerowiczem, a także pracował w BRE banku - założonym i prowadzonym przez służby wojskowe. Dorobił się pokaźnego majątku, a następnie z niczego urósł do drugiej siły politycznej w Polsce.

Pewien harcerz patriota o ziemiańskich korzeniach Bronek Komorowski poślubił resortową dziedziczkę i nagle z represjonowanego opozycjonisty stał się fanem WSI z pokaźnym majątkiem, który ewidentnie spadł mu z nieba, marszałkiem sejmu i prezydentem, po czym źli ludzie "zabili go kartą do głosowania", choć druga kadencja należała mu się jak psu micha.

Jest więcej takich błyskotliwych karier w polityce vide Janusz Palikot czy Radek Sikorski o Tusku nie wspominając. Jawna część biografii jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Informacje naprawdę interesujące są dla naszych oczu zakryte. Do pewnego stopnia przyjmujemy to jako nieuniknione w polityce, ale podobny mechanizm działa w przypadku wszystkich innych błyskotliwych karier.

Książki Joanny Siedleckiej "Biografie odtajnione" (o ile dobrze pamiętam) jeszcze nie czytałam - widziałam relację ze spotkania autorskiego. Pewnym szokiem było dla mnie, że nawet taka Marta Tomaszewska, Krystyna Siesicka czy Jerzy Broszkiewicz nie odnieśli sukcesu na niwie literatury dla młodzieży o własnych siłach. Nigdy by się nie przebili gdyby nie największa w PRLu agencja promocyjna - SB.

Czy można zrobić jakąkolwiek karierę bez takiego wsparcia? Myślę, że wątpię. Można coś opublikować, zwłaszcza za własne pieniądze, zrobić jakąś wystawę, ale żeby z tego żyć?!!

Widziałam niedawno wywiad z Tomkiem Bagińskim, który zamierza zrobić nową ekranizację Wiedźmina Sapkowskiego (w 2017). Zapytany jak wyjaśnić sukces polskich gier komputerowych na rynku światowym stwierdził, że otworzyła się zupełnie nowa dziedzina i weszli w nią ludzie nieobciążeni, a zdolni. Może i tak, może promocja by SB nie była im potrzebna, a może sukces gier komputerowych zdominowanych przez przemoc i seks wspiera jakaś bardziej uniwersalna centrala?