Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedźmin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiedźmin. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lutego 2023

Rodowód krwi, czyli wrogie przejęcie marki

Na temat serialu netflixa Wiedźmin, rodowód krwi, którego nie ogladałam i nie zamierzam, mam swoją teorię. Jest to po prostu wrogie przejęcie, celem skompromitowania i ośmieszenia marki. 

W dużej mierze dzięki grom, Sapkowski się przebil i zaistniał dla czytelników na całym świecie. Niezaleznie od tego, co ja sądzę o jego prozie, to jest to jakiś sukces literatury, a zatem kultury polskiej, promocja naszego kraju i regionu jako źrodła folkloru, który dzięki swej nowości dla czytelników na zachodzie i w USA, może być bardzo atrakcyjny.

Zaczynam podejrzewać, że istnieje jakaś loża masońska, której głównym zadaniem jest kompromitowanie Polski, jej historii i kultury. Nawet sukces lewicującego pisarza fantasy i takichż twórców gier komputerowych jest dla niej nie do zniesienia.

Nie sposób inaczej wytłumaczyć działalności tzw showrunnerki Lauren Schmidt Hissrich i jej zespołu scenarzystów. Nie jest możliwe, żeby Netflix nie zdawal sobie sprawy, że zarzyna kurę znoszącoą złote jajka. Moim zdaniem to właśnie było celem całej imprezy i Sapkowski, napalony na kasę, podpisal cyrograf, wyrok śmierci na swoje literackie dziecko. Może sądzi, że dzięki temu ludzie tym chętniej chwycą za książki. Nie wiem czy to tak działa.

Od pewnego czasu zauważam, że oglądanie recenzji na YouTube jest o wiele ciekawsze niż samych filmów, które są ich obiektem. Szczególnie polecam komentarz do wyżej wymienionego serialu autorstwa HeelvsBabyface (https://youtu.be/3QhXaSNXs80). Uśmiałam się do łez. Gruby, łysy facet z mikrofonem i poczuciem humoru dostarczył mi o wiele bardziej wyrafinowanej rozrywki niż produkcje, na które zmarnowano miliony dolarów, ale nie zadbano o sensowny scenariusz. No własnie, nie zadbano czy zadbano, aby byl totalną klapą? Obawiam się, że to drugie. Ktoś może mnie wyśmiać jako paranoiczkę, ale ja wierzę bardziej swojej intuicji niż czemukolwiek innemu. 


niedziela, 6 lutego 2022

O recenzjach 2 sezonu Wiedźmina (ciekawszych niż sam serial)

W zeszłym tygodniu zrobiłam sobie sesję oglądania recenzji 2 sezonu Wiedźmina na YouTube. Było to zajęcie znacznie bardziej fascynujące niż oglądanie samego serialu. Jestem pod wrażeniem sensowności uwag większości młodych recenzentów, ich znajomości materiału źródłowego i rzemiosła filmowego. Niezależnie od narodowości youtuberów, sprawności w posługiwaniu się językiem (polskim lub angielskim), znajomości fachowej terminologii, ich opinie były poparte konkretami, wynikały z logicznych przesłanek i wystawiały bardzo dobre świadectwo swoim autorom. Najczęściej powtarzające się zarzuty to:
  • wyrzucenie przez zespół scenarzystów - nonejmów materiału źródłowego do śmieci i zastąpieniu go własnymi pomysłami o wiele pośledniejszej jakości
  • brak logiki scenariusza
  • powielanie ad nauseam chwytów kina fantasy kategorii D
  • brak spójnego uniwersum
  • wiele niezrozumiałych decyzji jeśli chodzi o obsadę (tzn zrozumiałych wyłącznie w kluczu ideologicznym)
Zbudowana poziomem zdrowego rozsądku wśród młodego pokolenia kliknęłam na koniec w recenzję Tomasza Raczka, mocno już posuniętej w latach, gwiazdy PRL-owskiej krytyki filmowej. I tu zaskoczenie kompletne! Recenzja nie dotyczyła filmu tylko fanów Sapkowskiego i środowiska polskich pisarzy science fiction, z którymi Raczek zetknął się w latach 90-tych.

Serial netflixa recenzentowi się podobał, głównie z tej przyczyny, że został odarty z charakterystycznego dla Sapkowskiego "barokowego" języka, który kojarzy się Raczkowi z domem, gdzie ściany pokryte są boazerią, a róg koronkowej serwetki na telewizorze zasłania pół ekranu.
Można się domyślić, że odarcie adaptacji filmowej, ze wszystkiego (prócz imion bohaterów), co ma  związek z literackim pierwowzorem też go nie zasmuciło, ale dodał wspaniałomyślnie, tonem nieco protekcjonalnym, że rozumie dlaczego serial netflixa tak rozczarował fanów książek.

Przy okazji podzielił się swoim wspomnieniem ze zjazdu pisarzy science - fiction na zamku w Nidzicy, gdzie obecni byli m.in. Sapkowski, Wolski i Ziemkiewicz. Raczek wyjaśnił swoim widzom, że są oni związani z prawicą, która w owym czasie była w Polsce odsunięta od władzy, więc z frustracji wycofali się w świat fantazji, odgrodziwszy się od rzeczywistości parawanem, po wewnętrznej stronie którego malowali kunsztowne freski w złym guście.

Rzecz jest nie do obrony, gdyż Sapkowski akurat jest jednym z nielicznych w owym środowisku, którego poglądy są wyraźnie lewicowo-liberalne. Nawet tego pan wybitny recenzent nie wiedział! Słowem jest to wywód oparty na fałszywych przesłankach, błędnych domniemaniach, nieznajomości tematu i zadziwiającej obojętności wobec ewidentnych słabości serialu, wyraźnej nawet dla osób, które oceniały go jako autonomiczne dzieło, bez związku z literackim pierwowzorem.

Jeśli inne recenzje p. Raczka są podobnej jakości, to nie sposób zadać sobie pytania jak ktoś taki mógł zostać gwiazdą krytyki filmowej? Czy to kwestia wiadomej skłonności rozpowszechnionej w tzw. środowisku? Powiązania resortowe czy przez łóżko? Tego niestety nie wiem, ale zgaduje, że wszystkie PRL-owskie gwiazdy i ich pomioty tego rodzaju czynnikom zawdzięczały karierę. P. Raczek może mieć nieco wiecej ogłady niż przeciętny youtuber, ale co do meritum nie stoi nigdzie w pobliżu najbardziej nieokrzesanego z nich. Takie mamy elity!

piątek, 28 stycznia 2022

Obejrzałam (pobieżnie) drugi sezon Wiedźmina!

Serial jest o tym, że dziwnie ubrany siwy mężczyzna z ekstrawaganckimi soczewkami kontaktowymi w oczach (wiedźmin Geralt) opiekuje się młodą kobietą, o której wiadomo, że jest księżniczką i coś jej grozi (Cirilla, w skrócie zwana Ciri). Co konkretnie widz nie wie, choć daje mu się do zrozumienia, że ma to związek z jej (wysokim) urodzeniem oraz tajemniczą mocą, której sama zainteresowana nie jest świadoma. 

Równoległy wątek prezentuje Hinduskę z fioletowymi szkłami kontaktowymi (czarodziejka Yennefer), która często brzydko się wyraża dając wyraz frustracji, że utraciła moc. Jest też grupa osób o szpiczastych uszach i długich włosach (co w przypadku murzynów jest pewnym wyzwaniem). Pulchna murzynka w bardzo gustownej sukni (czarodziejka Fringilla) prowadzi swoją grę polegającą na manipulowaniu szpiczastouchymi i robieniu ich w konia, co skłania ich do strasznej zemsty na osobach postronnych.

Zapomniałabym o jegomościu z głową podobną do dzika, lubiącym uciechy w stylu sado-macho z chętnie obnażającą się kobietą-nietoperzem. Zabicie agresywnej kochanki i zarazem zdjęcie z niego klątwy nie spotkało się z jego aprobatą.

Nie zabrakło i Baby Jagi w chatce na kurzej nodze, o dużej ilości agresywnych potworów nie wspominając. Wszystkie one skaczą i fruwają, na nasz program zapraszają. Walczą z nimi specjalnie do tego powołane służby tzw. wiedźmini. Zazwyczaj działają w terenie, jednak na zimę gromadzą się w nieco podupadłym zamczysku, do którego zapraszają ladacznice, więc widz - chcąc nie chcąc - staje się świadkiem rui i poróbstwa, wyjątkowo nieatrakcyjnych wizualnie.

W finale historii sfrustrowana Hinduska, za podszeptem Baby Jagi, skłania księżniczkę do niebezpiecznej dla niej podróży. Trudno powiedzieć, co chciała osiągnąć, gdyż plany pokrzyżował główny bohater bardzo zniesmaczony jej pomysłem. Zdenerwowana Baba Jaga opętuje księżniczkę, co widać po intensywnie zielonych szkłach kontaktowych. Efektem ubocznym jest duża ilość dinozaurów atakująca wiedźminów.

Hinduska chcąc się zrehabilitować podrzyna sobie żyły, tym samym zachęcając Babę Jagę do wcielenia się w nią. Baba Jaga woli się jednak ulotnić. Hinduska odzyskuje utraconą moc i może leczyć rany potarmoszonych przez dinozaury wiedźminów dotknięciem ręki. Kurtyna.

Myślę, że nie przesadziłam - tyle zobaczy i zrozumie widz, który nie zna literackiego pierwowzoru, gier komputerowych, ani nie oglądał pierwszego sezonu, względnie zapomniał (albo nigdy nie doszedł) o co w nim chodzi. 

Moja znajomość dzieł Andrzeja Sapkowskiego jest śladowa. Po jednym opowiadaniu (o świątyni Melitele) odrzuciło mnie od "wiedźmińskiego" świata i jego autora. Widziałam natomiast polski serial i pierwszy sezon Netflixa, który zresztą recenzowałam na tym blogu. Teoretycznie więc dysponuję pewną wiedzą, która powinna ułatwić mi odbiór. Twórcy serialu jednak zrobili wszystko, żeby mnie zniechęcić do swojego dzieła.

Skupię się na kilku aspektach szczególnie destrukcyjnych dla efektu całości:

Brak spójnego uniwersum czytelnego dla widza. Nie mamy z tym żadnego problemu we Władcy Pierścieni Tolkiena ani nawet w Grze o Tron Martina - mam na myśli zarówno literackie pierwowzory jak i filmowe adaptacje. Powiem więcej, Wiedźmin komputerowy taką wizję też prezentuje - wspaniała sceneria, każdą krainę o cechach konkretnego państwa europejskiego zamieszkuje określony lud o charakterystycznym wyglądzie i obyczajach. Władcy knują, prowadzą wojny, wiedźmini podróżują po wsiach i miastach zabijając potwory. W serialu netflixa tego po prostu nie ma. Owszem widzimy jakieś lokalizacje, ale nie rozpoznajemy w nich konkretnych królestw. Amerykanie nie znają kultury europejskiej i tego rodzaju subtelności im po prostu umykają. Poprawna politycznie mieszanka ras wprowadza dodatkowe zamieszanie. Murzyn, Hindus, Azjata czy biały może być członkiem dowolnego ludu - jego wygląd nic nam nie mówi, chyba, że ma doklejone uszy (znaczy Elf) albo jest karłem (znaczy krasnolud). Wyobraźmy sobie, że Hobbici we Władcy Pierścieni też musieliby reprezentować wszystkie rasy więc tylko Frodo byłby biały, natomiast Sam Gamgee czarny, Merry żółty, a Pippin czerwony - wszyscy natomiast mieliby doklejone wielkie włochate stopy w odpowiednim kolorze.

Ten rodzaj logiki nakazywałby do każdej regionalnej potrawy dodawać wszystkie możliwe składniki występujące w przyrodzie, więc do bigosu musieliśmy dorzucić małże, winniczki i owoce mango, a Japończycy mieliby obowiązek dodawać kiszonej kapusty i czerwonych buraczków do sushi. Czy ktokolwiek miałby ochotę spróbować? To nie żadna różnorodność tylko urawniłowka. Nic zatem dziwnego, że to co zachwyciło fanów Wiedźmina Sapkowskiego (cokolwiek to jest) rozpuściło się w brei politycznej poprawności i dyżurnych chwytów kina fantasy, identycznych w każdym filmie (np. potwór najpierw rozdziawia paszczę w kierunku widza, a potem odgryza komuś rękę, nogę czy głowę).

Język - górnolotne, bełkotliwe przemowy i niczym nie uzasadniona wulgarność. Z ekranu słyszymy albo całkowicie niezrozumiałe patetyczne przemowy o koniunkcjach, portalach, przeznaczeniu i czym tam chcesz, albo pełne nieuzasadnionej wulgarności dialogi. Niektóre silą się na dowcip i to jest jeszcze gorsze. Wiele słyszałam o inteligentnym dowcipie opowiadań Sapkowskiego, ale w filmie nie ma po nim śladu. Komizm jest niezamierzony - zestawienie patosu z kompletnym idiotyzmem, którego ma on dotyczyć. To tak jak w sowieckiej Rosji - szydzono z chrześcijaństwa, które stworzyło naszą cywilizację, ale dupę Lenina czczono ze śmiertelną powagą.

Kostiumy i stylizacja. Nie zdecydowano się na stroje nawiązujące do konkretnej epoki (jak to jest w grach komputerowych), ani nie wymyślono charakterystycznych ubiorów mieszkańców określonych krain czy klas społecznych. W efekcie każdy ubrany jest według innej mody z dużym udziałem współczesnych akcesoriów jak buty na wysokim obcasie, skórzany płaszcz czy spodnie zapinane z przodu na guziki. To samo dotyczy fryzur i makijażu. Kompletny chaos i to jeszcze w złym guście. Wyjątkowo nieszczęśliwe są próby dopasowania egzotycznej urody do europejskiego wyglądu literackich bohaterów jak  np.ciemnoskóra kobieta z pofarbowanymi na pomarańczowo włosami.

O wszystkim tym pisałam już w recenzji poprzedniego sezonu i nie chce mi się powtarzać. Zamiast tego zadam proste pytanie: Po co nam kostiumowe filmy (czy też filmy fantasy)? Po co ubieramy bohaterkę w długą suknię a włosy zaplatamy w warkocze (lub rozpuszczamy)? Po co przebieramy bohatera za rycerza, skalda, króla lub mędrca? Na pewno nie po to żeby usłyszeć język charakterystyczny dla manifestacji tzw. strajku kobiet lub elit władzy z nagrań z restauracji Sowa i przyjaciele.

Może tęsknimy za takim światem, gdzie istnieją dwa bieguny - męskość i kobiecość - które się wzajemnie przyciągają. Im wyraźniejsze różnice tym intensywniejszy pociąg. Poprawność polityczna jest śmiercią tego rodzaju opowieści. Nie wiem czy Hinduska o fioletowych soczewkach jest pociągająca dla mężczyzn, ale dla mnie jako widza filmowej opowieści zdecydowanie nie. Jej romans z głównym bohaterem odbieram jako skrajnie nieprzekonywujący. Stylizacja na postać tragiczną budzi we mnie głębokie znudzenie i zniecierpliwienie, choć po namyśle można się w niej doszukiwać dylematu "wyzwolonej" kobiety - kariera czy dziecko. Yennefer wybiera "karierę", aby całe życie tęsknić za dzieckiem, którego nigdy nie będzie miała. Być może to problem wielu kobiet, ale nawet one nie mają raczej ochoty przypominać sobie o nim oglądając głupawy serial dla rozrywki.





niedziela, 24 stycznia 2016

O czynniku niejawnym w błyskotliwych karierach

Pewien 14 letni uczeń szkoły podstawowej Adaś Michnik pojawił się onegdaj na spotkaniu tzw. Klubu Krzywego Koła - zalążku loży masońskiej reaktywowanej po latach PRLu. Nie było to bynajmniej kółko młodzieżowe. Ten sam Adaś na swoje 18 urodziny wyjechał na zachód, gdzie spotkał się z wszystkimi ważnymi lewicowymi politykami jak np. Daniel Cohn-Bendit i temu podobne osobistości, a samą imprezę zorganizowano mu - o ile dobrze pamiętam - w Berlinie Zachodnim (czy nie w ambasadzie?) Następnie zrobił karierę jako opozycjonista i za swoje zasługi chciał dostać monopol medialny, który to cel raczej mu się wymknął, ale sądząc po obecnej nagonce na Polskę jego wpływy nadal są nie małe.

Pewien uczeń szkoły podstawowej Ryszard Petru wyjechał do Związku Sowieckiego, gdzie jego rodzice - fizycy - pracowali na projektem bomby mezonowej. Ten sam Rysio jeszcze jako student był asystentem posła Frasyniuka, następnie nosił teczkę za Balcerowiczem, a także pracował w BRE banku - założonym i prowadzonym przez służby wojskowe. Dorobił się pokaźnego majątku, a następnie z niczego urósł do drugiej siły politycznej w Polsce.

Pewien harcerz patriota o ziemiańskich korzeniach Bronek Komorowski poślubił resortową dziedziczkę i nagle z represjonowanego opozycjonisty stał się fanem WSI z pokaźnym majątkiem, który ewidentnie spadł mu z nieba, marszałkiem sejmu i prezydentem, po czym źli ludzie "zabili go kartą do głosowania", choć druga kadencja należała mu się jak psu micha.

Jest więcej takich błyskotliwych karier w polityce vide Janusz Palikot czy Radek Sikorski o Tusku nie wspominając. Jawna część biografii jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Informacje naprawdę interesujące są dla naszych oczu zakryte. Do pewnego stopnia przyjmujemy to jako nieuniknione w polityce, ale podobny mechanizm działa w przypadku wszystkich innych błyskotliwych karier.

Książki Joanny Siedleckiej "Biografie odtajnione" (o ile dobrze pamiętam) jeszcze nie czytałam - widziałam relację ze spotkania autorskiego. Pewnym szokiem było dla mnie, że nawet taka Marta Tomaszewska, Krystyna Siesicka czy Jerzy Broszkiewicz nie odnieśli sukcesu na niwie literatury dla młodzieży o własnych siłach. Nigdy by się nie przebili gdyby nie największa w PRLu agencja promocyjna - SB.

Czy można zrobić jakąkolwiek karierę bez takiego wsparcia? Myślę, że wątpię. Można coś opublikować, zwłaszcza za własne pieniądze, zrobić jakąś wystawę, ale żeby z tego żyć?!!

Widziałam niedawno wywiad z Tomkiem Bagińskim, który zamierza zrobić nową ekranizację Wiedźmina Sapkowskiego (w 2017). Zapytany jak wyjaśnić sukces polskich gier komputerowych na rynku światowym stwierdził, że otworzyła się zupełnie nowa dziedzina i weszli w nią ludzie nieobciążeni, a zdolni. Może i tak, może promocja by SB nie była im potrzebna, a może sukces gier komputerowych zdominowanych przez przemoc i seks wspiera jakaś bardziej uniwersalna centrala?