Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityczna poprawność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityczna poprawność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 marca 2022

O zrytych beretach zachodnich polityków

Na oficjalnym koncie grupy wyszegradzkiej taka oto wiadomość - Priti Patel (angielska minister spraw wewnętrznych) zarządziła, że ukraińskie kobiety nie będą przyjmowane do kraju bez wiz, bo Putin mógłby ich użyć do zinfiltrowania UK i pogrążenia w totalnym chaosie.


Bardzo ciekawe usłyszeć taki tekst w kraju, który przyjmuje od lat muzułmańskich terrorystów, a na ich ataki, w których giną setki niewinnych ludzi, reaguje udawaniem, że nic się nie stało i problemu nie ma! Ba, nawet jeśli w biały dzięń obcinają głowę żołnierzowi w mundurze, jedyną reakcja jest wezwanie do nie chodzenia w mundurach po ulicy! Po co prowokować!!!

W Szwecji natomiast 3 Ukrainki: Marina, Oksana i Vitalina miały dziwne przygody. Jacyś mężczyźni dobijali się do drzwi ich mieszkania w nocy...


...aż pewna posłanka domagała się wyjaśnień od rządu, dlaczego Ukrainki są bezpieczniejsze w Polsce niż w Szwecji...


Musiała się domagać wyjaśnień od rządu, bo ani z artykułu, ani z audycji radiowej nikt się nie dowie, co to byli za mężczyźni i skąd ich dziwaczne zwyczaje. Większość komentujących ten wątek na twitterze wiedziała jednak bez wyjaśnień co o tym sądzić:


Patrząc na to aż się nie chce wierzyć w stopień zidiocenia zachodniej klasy politycznej. Co ci kretyni mają w głowach? Co oni robią i w jakim celu?!!!. Czy oni naprawdę wierzą, że nabranie wszystkich możliwych oprychów, terrorystów i oszustów z krajów 3 świata czyni z nich "humanitarne super potęgi"?!!! To ma być inwestycja w dobry PR?!! A może po prostu lewicy chodzi o przysporzenie sobie wyborców?

niedziela, 6 lutego 2022

O recenzjach 2 sezonu Wiedźmina (ciekawszych niż sam serial)

W zeszłym tygodniu zrobiłam sobie sesję oglądania recenzji 2 sezonu Wiedźmina na YouTube. Było to zajęcie znacznie bardziej fascynujące niż oglądanie samego serialu. Jestem pod wrażeniem sensowności uwag większości młodych recenzentów, ich znajomości materiału źródłowego i rzemiosła filmowego. Niezależnie od narodowości youtuberów, sprawności w posługiwaniu się językiem (polskim lub angielskim), znajomości fachowej terminologii, ich opinie były poparte konkretami, wynikały z logicznych przesłanek i wystawiały bardzo dobre świadectwo swoim autorom. Najczęściej powtarzające się zarzuty to:
  • wyrzucenie przez zespół scenarzystów - nonejmów materiału źródłowego do śmieci i zastąpieniu go własnymi pomysłami o wiele pośledniejszej jakości
  • brak logiki scenariusza
  • powielanie ad nauseam chwytów kina fantasy kategorii D
  • brak spójnego uniwersum
  • wiele niezrozumiałych decyzji jeśli chodzi o obsadę (tzn zrozumiałych wyłącznie w kluczu ideologicznym)
Zbudowana poziomem zdrowego rozsądku wśród młodego pokolenia kliknęłam na koniec w recenzję Tomasza Raczka, mocno już posuniętej w latach, gwiazdy PRL-owskiej krytyki filmowej. I tu zaskoczenie kompletne! Recenzja nie dotyczyła filmu tylko fanów Sapkowskiego i środowiska polskich pisarzy science fiction, z którymi Raczek zetknął się w latach 90-tych.

Serial netflixa recenzentowi się podobał, głównie z tej przyczyny, że został odarty z charakterystycznego dla Sapkowskiego "barokowego" języka, który kojarzy się Raczkowi z domem, gdzie ściany pokryte są boazerią, a róg koronkowej serwetki na telewizorze zasłania pół ekranu.
Można się domyślić, że odarcie adaptacji filmowej, ze wszystkiego (prócz imion bohaterów), co ma  związek z literackim pierwowzorem też go nie zasmuciło, ale dodał wspaniałomyślnie, tonem nieco protekcjonalnym, że rozumie dlaczego serial netflixa tak rozczarował fanów książek.

Przy okazji podzielił się swoim wspomnieniem ze zjazdu pisarzy science - fiction na zamku w Nidzicy, gdzie obecni byli m.in. Sapkowski, Wolski i Ziemkiewicz. Raczek wyjaśnił swoim widzom, że są oni związani z prawicą, która w owym czasie była w Polsce odsunięta od władzy, więc z frustracji wycofali się w świat fantazji, odgrodziwszy się od rzeczywistości parawanem, po wewnętrznej stronie którego malowali kunsztowne freski w złym guście.

Rzecz jest nie do obrony, gdyż Sapkowski akurat jest jednym z nielicznych w owym środowisku, którego poglądy są wyraźnie lewicowo-liberalne. Nawet tego pan wybitny recenzent nie wiedział! Słowem jest to wywód oparty na fałszywych przesłankach, błędnych domniemaniach, nieznajomości tematu i zadziwiającej obojętności wobec ewidentnych słabości serialu, wyraźnej nawet dla osób, które oceniały go jako autonomiczne dzieło, bez związku z literackim pierwowzorem.

Jeśli inne recenzje p. Raczka są podobnej jakości, to nie sposób zadać sobie pytania jak ktoś taki mógł zostać gwiazdą krytyki filmowej? Czy to kwestia wiadomej skłonności rozpowszechnionej w tzw. środowisku? Powiązania resortowe czy przez łóżko? Tego niestety nie wiem, ale zgaduje, że wszystkie PRL-owskie gwiazdy i ich pomioty tego rodzaju czynnikom zawdzięczały karierę. P. Raczek może mieć nieco wiecej ogłady niż przeciętny youtuber, ale co do meritum nie stoi nigdzie w pobliżu najbardziej nieokrzesanego z nich. Takie mamy elity!

piątek, 28 stycznia 2022

Obejrzałam (pobieżnie) drugi sezon Wiedźmina!

Serial jest o tym, że dziwnie ubrany siwy mężczyzna z ekstrawaganckimi soczewkami kontaktowymi w oczach (wiedźmin Geralt) opiekuje się młodą kobietą, o której wiadomo, że jest księżniczką i coś jej grozi (Cirilla, w skrócie zwana Ciri). Co konkretnie widz nie wie, choć daje mu się do zrozumienia, że ma to związek z jej (wysokim) urodzeniem oraz tajemniczą mocą, której sama zainteresowana nie jest świadoma. 

Równoległy wątek prezentuje Hinduskę z fioletowymi szkłami kontaktowymi (czarodziejka Yennefer), która często brzydko się wyraża dając wyraz frustracji, że utraciła moc. Jest też grupa osób o szpiczastych uszach i długich włosach (co w przypadku murzynów jest pewnym wyzwaniem). Pulchna murzynka w bardzo gustownej sukni (czarodziejka Fringilla) prowadzi swoją grę polegającą na manipulowaniu szpiczastouchymi i robieniu ich w konia, co skłania ich do strasznej zemsty na osobach postronnych.

Zapomniałabym o jegomościu z głową podobną do dzika, lubiącym uciechy w stylu sado-macho z chętnie obnażającą się kobietą-nietoperzem. Zabicie agresywnej kochanki i zarazem zdjęcie z niego klątwy nie spotkało się z jego aprobatą.

Nie zabrakło i Baby Jagi w chatce na kurzej nodze, o dużej ilości agresywnych potworów nie wspominając. Wszystkie one skaczą i fruwają, na nasz program zapraszają. Walczą z nimi specjalnie do tego powołane służby tzw. wiedźmini. Zazwyczaj działają w terenie, jednak na zimę gromadzą się w nieco podupadłym zamczysku, do którego zapraszają ladacznice, więc widz - chcąc nie chcąc - staje się świadkiem rui i poróbstwa, wyjątkowo nieatrakcyjnych wizualnie.

W finale historii sfrustrowana Hinduska, za podszeptem Baby Jagi, skłania księżniczkę do niebezpiecznej dla niej podróży. Trudno powiedzieć, co chciała osiągnąć, gdyż plany pokrzyżował główny bohater bardzo zniesmaczony jej pomysłem. Zdenerwowana Baba Jaga opętuje księżniczkę, co widać po intensywnie zielonych szkłach kontaktowych. Efektem ubocznym jest duża ilość dinozaurów atakująca wiedźminów.

Hinduska chcąc się zrehabilitować podrzyna sobie żyły, tym samym zachęcając Babę Jagę do wcielenia się w nią. Baba Jaga woli się jednak ulotnić. Hinduska odzyskuje utraconą moc i może leczyć rany potarmoszonych przez dinozaury wiedźminów dotknięciem ręki. Kurtyna.

Myślę, że nie przesadziłam - tyle zobaczy i zrozumie widz, który nie zna literackiego pierwowzoru, gier komputerowych, ani nie oglądał pierwszego sezonu, względnie zapomniał (albo nigdy nie doszedł) o co w nim chodzi. 

Moja znajomość dzieł Andrzeja Sapkowskiego jest śladowa. Po jednym opowiadaniu (o świątyni Melitele) odrzuciło mnie od "wiedźmińskiego" świata i jego autora. Widziałam natomiast polski serial i pierwszy sezon Netflixa, który zresztą recenzowałam na tym blogu. Teoretycznie więc dysponuję pewną wiedzą, która powinna ułatwić mi odbiór. Twórcy serialu jednak zrobili wszystko, żeby mnie zniechęcić do swojego dzieła.

Skupię się na kilku aspektach szczególnie destrukcyjnych dla efektu całości:

Brak spójnego uniwersum czytelnego dla widza. Nie mamy z tym żadnego problemu we Władcy Pierścieni Tolkiena ani nawet w Grze o Tron Martina - mam na myśli zarówno literackie pierwowzory jak i filmowe adaptacje. Powiem więcej, Wiedźmin komputerowy taką wizję też prezentuje - wspaniała sceneria, każdą krainę o cechach konkretnego państwa europejskiego zamieszkuje określony lud o charakterystycznym wyglądzie i obyczajach. Władcy knują, prowadzą wojny, wiedźmini podróżują po wsiach i miastach zabijając potwory. W serialu netflixa tego po prostu nie ma. Owszem widzimy jakieś lokalizacje, ale nie rozpoznajemy w nich konkretnych królestw. Amerykanie nie znają kultury europejskiej i tego rodzaju subtelności im po prostu umykają. Poprawna politycznie mieszanka ras wprowadza dodatkowe zamieszanie. Murzyn, Hindus, Azjata czy biały może być członkiem dowolnego ludu - jego wygląd nic nam nie mówi, chyba, że ma doklejone uszy (znaczy Elf) albo jest karłem (znaczy krasnolud). Wyobraźmy sobie, że Hobbici we Władcy Pierścieni też musieliby reprezentować wszystkie rasy więc tylko Frodo byłby biały, natomiast Sam Gamgee czarny, Merry żółty, a Pippin czerwony - wszyscy natomiast mieliby doklejone wielkie włochate stopy w odpowiednim kolorze.

Ten rodzaj logiki nakazywałby do każdej regionalnej potrawy dodawać wszystkie możliwe składniki występujące w przyrodzie, więc do bigosu musieliśmy dorzucić małże, winniczki i owoce mango, a Japończycy mieliby obowiązek dodawać kiszonej kapusty i czerwonych buraczków do sushi. Czy ktokolwiek miałby ochotę spróbować? To nie żadna różnorodność tylko urawniłowka. Nic zatem dziwnego, że to co zachwyciło fanów Wiedźmina Sapkowskiego (cokolwiek to jest) rozpuściło się w brei politycznej poprawności i dyżurnych chwytów kina fantasy, identycznych w każdym filmie (np. potwór najpierw rozdziawia paszczę w kierunku widza, a potem odgryza komuś rękę, nogę czy głowę).

Język - górnolotne, bełkotliwe przemowy i niczym nie uzasadniona wulgarność. Z ekranu słyszymy albo całkowicie niezrozumiałe patetyczne przemowy o koniunkcjach, portalach, przeznaczeniu i czym tam chcesz, albo pełne nieuzasadnionej wulgarności dialogi. Niektóre silą się na dowcip i to jest jeszcze gorsze. Wiele słyszałam o inteligentnym dowcipie opowiadań Sapkowskiego, ale w filmie nie ma po nim śladu. Komizm jest niezamierzony - zestawienie patosu z kompletnym idiotyzmem, którego ma on dotyczyć. To tak jak w sowieckiej Rosji - szydzono z chrześcijaństwa, które stworzyło naszą cywilizację, ale dupę Lenina czczono ze śmiertelną powagą.

Kostiumy i stylizacja. Nie zdecydowano się na stroje nawiązujące do konkretnej epoki (jak to jest w grach komputerowych), ani nie wymyślono charakterystycznych ubiorów mieszkańców określonych krain czy klas społecznych. W efekcie każdy ubrany jest według innej mody z dużym udziałem współczesnych akcesoriów jak buty na wysokim obcasie, skórzany płaszcz czy spodnie zapinane z przodu na guziki. To samo dotyczy fryzur i makijażu. Kompletny chaos i to jeszcze w złym guście. Wyjątkowo nieszczęśliwe są próby dopasowania egzotycznej urody do europejskiego wyglądu literackich bohaterów jak  np.ciemnoskóra kobieta z pofarbowanymi na pomarańczowo włosami.

O wszystkim tym pisałam już w recenzji poprzedniego sezonu i nie chce mi się powtarzać. Zamiast tego zadam proste pytanie: Po co nam kostiumowe filmy (czy też filmy fantasy)? Po co ubieramy bohaterkę w długą suknię a włosy zaplatamy w warkocze (lub rozpuszczamy)? Po co przebieramy bohatera za rycerza, skalda, króla lub mędrca? Na pewno nie po to żeby usłyszeć język charakterystyczny dla manifestacji tzw. strajku kobiet lub elit władzy z nagrań z restauracji Sowa i przyjaciele.

Może tęsknimy za takim światem, gdzie istnieją dwa bieguny - męskość i kobiecość - które się wzajemnie przyciągają. Im wyraźniejsze różnice tym intensywniejszy pociąg. Poprawność polityczna jest śmiercią tego rodzaju opowieści. Nie wiem czy Hinduska o fioletowych soczewkach jest pociągająca dla mężczyzn, ale dla mnie jako widza filmowej opowieści zdecydowanie nie. Jej romans z głównym bohaterem odbieram jako skrajnie nieprzekonywujący. Stylizacja na postać tragiczną budzi we mnie głębokie znudzenie i zniecierpliwienie, choć po namyśle można się w niej doszukiwać dylematu "wyzwolonej" kobiety - kariera czy dziecko. Yennefer wybiera "karierę", aby całe życie tęsknić za dzieckiem, którego nigdy nie będzie miała. Być może to problem wielu kobiet, ale nawet one nie mają raczej ochoty przypominać sobie o nim oglądając głupawy serial dla rozrywki.





czwartek, 28 stycznia 2021

O zwodzeniu i uwodzeniu


W czasach flirtu z New Age namalowałam taki oto obraz, bardzo zresztą skrytykowany przez moją kuzynkę - profesjonalistkę - za niezwykle ubogie środki malarskie (zwłaszcza kolorystykę)  i brak wyobraźni potrzebnej do tego rodzaju metaforycznych przedstawień. Dość mnie to uraziło, bo byłam zadowolona z wyniku swojej pracy. Po latach muszę przyznać jej rację, ale to nie braki formalne zmieniły mój stosunek do tego dzieła.

Kiedy uświadomiłam sobie czym w istocie jest New Age usiłowałam oczyścić swoje życie ze wszystkich jego śladów (niestety wiele decyzji wtedy podjętych miało nieodwracalne skutki). Postanowiłam zniszczyć też wszelkie rysunki powstałe pod jego wpływem, Z zapałem wzięłam się za rzeczony obraz, zdjęłam płótno z blejtramu i pochwyciwszy nożyce zaczęłam je ciąć. Szło mi tak sobie, bo było grube, a nożyczki tępe. W końcu dałam spokój, bo tak do końca nie byłam pewna, co właściwie mój obraz przedstawia. Błękitna postać wyłaniająca się z morskiej głębiny może być przecież interpretowana jako anioł, a nagość kobiety na pierwszym planie ma wymiar wyraźnie  eschatologiczny. Nie wiem więc, czy to anioł ratuje zagubioną duszę, która zapuściła się w niebezpieczne rejony, czy też owa nieszczęsna dusza została zwabiona w niebezpieczne rejony przez kogoś podszywającego się pod anioła światłości i w swej naiwności dobrowolnie podaje mu rękę. Mam wrażenie, że tego rodzaju niepewność często towarzyszy nam w życiu duchowym.

Pani Aleksandra Wojciechowicz opowiada w swoich filmach na YouTube o zwiedzeniu jakiemu sama uległa będąc w Karmelu, kiedy to przez lata brała aktywność wiadomo kogo za łaski mistyczne. Na nas, przeciętnych chrześcijan czasem wystarczy sam świat i własna upadła natura.

Wszystkie te refleksje przyszły mi do głowy pod wpływem obejrzenia do końca szwedzkiego serialu kryminalnego pt. Wallander inspirowanego powieściami Henniga Mankella. Film uwodzi przepięknymi krajobrazami, architekturą, wnętrzami i poziomem życia, o którym możemy tylko pomarzyć. Za tym rajskim sztafażem kryje się smutna prawda o współczesnej Skandynawii. Dojmująca samotność ludzi w rozbitych rodzinach, niezobowiązujący seks traktowany jako sport, kompletny brak jakiegoś duchowego wymiaru, młodzież rozpuszczona do obrzydliwości, wrzeszcząca na swoich rodziców, a nawet atakująca ich fizycznie i jednocześnie bezbronna wobec świata.  Nad tym wszystkim unosi się wszechwładza państwa, które może np. odebrać dzieci rodzicom pod najbardziej idiotycznym pretekstem.

Kryminały, chcą tego czy nie, prezentują odbiorcom poglądy ich twórców na temat moralności i tak też rzecz się ma z książkami Mankella i serialem Wallander. Tytułowy bohater expressis verbis wyraża przekonanie, ze największym złem w życiu społecznym jest samoorganizacja lokalnych społeczności w obliczu  niewydolności policji i zbyt pobłażliwego dla przestępców prawa. Społeczność lokalna niesłusznie podejrzewa wypuszczonego z więzienia pedofila o gwałt i morderstwo, bo winny jest emerytowany policjant. Zanim jednak policja to ustali ginie stara matka pedofila od kamienia przeznaczonego dla syna, a on sam popełnia samobójstwo. Podobnie rzecz się ma z młodym piromanem, który po wyjściu z więzienia zostaje pobity przez lokalsów, a w podpalonym przez nich kiosku ginie niewinny człowiek. Analogiczna grupa samoobrony katuje na śmierć młodego Polaka, podejrzanego - słusznie, jak się później okazuje  - o włamania i kradzieże.

Choć nikt tego wyraźnie nie deklaruje, ale film pokazuje to jasno, że jeszcze gorszym złem, jest chrześcijaństwo, które zajmuje dokładnie takie miejsce w światopoglądzie szwedzkim jak Szatan w katolickim - jest złem metafizycznym. Przypisuje się jego wyznawcom nie tylko hipokryzje i zaburzenia psychiczne, ale przede wszystkim regularne stosowanie przemocy z terroryzmem włącznie. Wojujący islam w filmie nie występuje, choć sławne z "no go zones" Malmo tuż za rogiem.

Polityczna poprawność nie chroni przybyszów z krajów postkomunistycznych - Polacy to złodzieje pijący wódkę, tłukący swoje żony, a przy tym zabierający pracę poczciwym Szwedom, co prowadzi do samobójstw, Rumunki to prostytutki gotowe sprzedać swoje dzieci za pieniądze, Bałtowie chętnie oddają się pracy niewolniczej w obozie prowadzonym przez demonicznych Jugosłowian trzęsących całym miastem, rosyjska mafia złożona z kryptogejów dybie na życie wychowanej w Szwecji wiolonczelistki i nie boi się policji.

Tytułowy Wallander nie raz nie dwa pobity jest przez przesłuchiwanych lub dzieci swojej znajomej. Nigdy się nie skarży tylko znosi to łagodnie jak baranek na rzeź prowadzony, podobnie inni policjanci. Doskonała karykatura chrześcijaństwa. Pani prokurator pyta łagodnie swoją córkę, dlaczego ukradła znaczną ilość telefonów komórkowych, ta wzrusza ramionami i rzuca od niechcenia "fun". Na to matka jeszcze pokorniej: "co tak strasznego zrobiłam?" Okazuje się, że chodzi o przeprowadzkę ze stołecznego Sztokholmu do prowincjalnego Ystad. "Nienawidzę tego miejsca" mówi smarkula siedząc w domu jak z bajki z widokiem na Morze Bałtyckie. Gdybym ja się znalazła w takiej sytuacji tłukłaby i kopała gówniarę do nieprzytomności, trzeba by mnie było odciągać siłą. Pozwolenie na skrajne chamstwo i agresję wobec dorosłych wcale nie chroni gnojstwa przed niebezpieczeństwami świata. W szkole nastolatki są wrabiane w prostytucje i tak dalece nie wiedzą co zrobić, że popełniają samobójstwa. Dorośli, których można bezkarnie popychać i na nich wrzeszczeć nie są brani pod uwagę jako sprzymierzeńcy w walce z przekraczającym ich możliwości złem.

Jeden jedyny raz ktoś krzyknął na dziecko. To matka Polka, żona wspomnianego złodzieja. Obecny przy tym policjant wytrzeszcza gały ze zdziwienia, nigdy nie widział nic tak potwornego! W następnej chwili matka Polka przytula to samo dziecko, a policjant wytrzeszcza gały jeszcze szerzej. No cóż, wiadomo, Polacy.

Za dużo naczytałam się w młodości Sigrid Undset, Very Hendriksen i Islandzkich Sag. Średniowieczna Skandynawia bardzo pobudzała moją wyobraźnię. Sama proporcja liczby mieszkańców do powierzchni wprawiała mnie w zachwyt, nie mówiąc już o długości linii brzegowej. Potem katalogi IKEI wzmagały moją tęsknotę za własnym domem,. takim właśnie przestrzennym, pełnym światła i urządzonym z gustowną prostotą. Jednak moje wyobrażenia miały się tak do rzeczywistości jak Dorian Gray z powieści Oscara Wilde'a do swojego portretu.

Bardzo ciekawe, jak wiele przekleństw w języku szwedzkim zawiera słowo Szatan. Nie brzmi to jak nasze "idź do diabła", tylko jak wzywanie jego imienia. Mam nieodparte wrażenie, że zostało wysłuchane i wezwany przybył podszywając się pod anioła światłości...



 

czwartek, 14 stycznia 2021

O herezjach, które prowadzą do (krypto)satanizmu


Czytałam kiedyś kryminały Henninga Mankella, których głównym bahaterem jest Kurt Wallander, policjant z Ystad cierpiący na cukrzyce, opuszczony przez żonę i zaniepokojony stanem swojego ponad 80-letniego ojca. Dobrze mi się do niedawna kojarzyły. Ponieważ znowu jestem chora i nie mogę się skupić nad niczym poważnym, marnuję czas na oglądanie filmów na YouTube, między innymi szwedzkiego serialu kryminalnego p.t. Wallander opartego właśnie na książkach Mankella.

Zaczęłam od drugiego odcinka pierwszej serii p.t. Bracia, który był taki sobie, ale rzeczywiście kręcono go w Ystad, w porcie widać polski prom ze Świnoujścia (z napisem Świnoujście - Ystad). Samo miasteczko prezentuje się chwilami bardzo malowniczo. Szwedzkie wybrzeże Bałtyku bardzo podobne do naszego tzn. piaszczyste, a nie same kamienie na plaży jak w "Siódmej pieczęci" Bergmana. Melancholijne klimaty jak u nas na Pomorzu Zachodnim.

Zachęcona krajobrazem i klimatem zabrałam się nieopatrznie za odcinek pierwszy - wizytówkę całego cyklu. A tam już w pierwszej scenie ktoś podpala...łabędzie. Tak łabędzie, które potem odlatują płonąc!!! Ten sam ktoś wiesza w kościele wśród modlitw swojej wspólnoty i nastrojowo zapalonych świeczek lekarkę-aborcjonistkę, potem topi w jeziorze dziecko poczęte przez zapłodnienie anonimową spermą samotnej kobiety, a na koniec ma zamiar wysadzić w powietrze inny kościół w którym kobieta - pastor udziela "ślubu" dwóm mężczyznom. Kim jest ten ktoś? Podpowiadam, uzasadnienie dla swoich czynów czerpie z Biblii!!! A ja myślałam, że w Szwecjii to muzułmanie dopuszczają się przemocy uzasadnianej religią! Coś musiało mi się pomylić...

Jeśli pamięć mnie nie myli, w książkach niczego tak skrajnie idiotycznego nie spotkałam. Owszem, muzułmańscy imigranci z Afryki zawsze są podejrzewani niesłusznie - bo wszystkiemu winni są przybysze z krajów postkomunistycznych Rosjanie, Łotysze, Czesi - ale chrześcijan jako terrorystów nie przypominam sobie. Mankell dostał wprawdzie nagrodę za osiągnięcia na niwie politycznej poprawności, ale twórcy filmu postanowili jeszcze podnieść poprzeczkę!

W książkach córka Wallandera, Linda, studiuje w Lund i chodzi, a nawet chyba mieszka, z Nigeryjczykiem. W filmie wraca do Ystad po szkole policyjnej i zaczyna pracę w lokalnym komisariacie. Po powieściowym Nigeryjczyku nie ma śladu. Na pytanie koleżanki czy ma chłopa odpowiada żartem, że jest lesbijką. Ta sama koleżanka, Anna, jest głęboka zdegustowana pomysłem ich wspólnej znajomej, żeby mieć dziecko bez ojca, przez zapłodnienie anonimową spermą. Uważa to za obrzydliwe i nienaturalne. Scena, w której wypowiada ten pogląd sygnalizuje, że to zła kobieta i może mieć coś wspólnego ze strasznymi zdarzeniami rozgrywającymi się dookoła. Rzeczywiście ma i na koniec musi zginąć, dla takich ludzi nie ma miejsca w szwedzkim tolerancyjnym raju.

W trzecim odcinku Linda Wallander nie chcąc mieszkać z ojcem wynajmuje domek wraz z kolegą z pracy. Oboje są podwładnymi Kurta Wallandera. Młoda policjantka zaczyna wspólne mieszkanie od zainicjowania seksu, choć rodzaj i długość znajomości niczego podobnego nie uzasadnia. Jej współlokator czuje się po tym bardzo nieswojo, zwłaszcza kiedy ojciec dziewczyny, a jego szef, wpada do nich rano. Linda natomiast nie zaburzona chodzi po domu nago, jedynie owinięta kołdrą, na oczach swego ojca i kolegi z pracy, a zarazem przedwczesnego kochanka.

Moją pierwszą reakcją po obejrzeniu tego dzieła filmowego było utwierdzenie się w przekonaniu, że wszelkie herezje w końcu prowadzą do satanizmu. Herezja Lutra siłą narzucona Skandynawii doprowadziła do duchowej śmierci tego regionu. Przewrotność z jaką Chrześcijaństwo przedstawia się w pop kulturze jako źródło wszelkiego zła i przemocy jest prawdziwie szatańska!

czwartek, 26 grudnia 2019

Wiedźmin netflixa, czyli wiecej pięniędzy niż rozumu

Mój kontakt z prozą Sapkowskiego byl bardzo ograniczony. Po jednym opowiadaniu o wiedźminie zorientowałam się, że to stanowczo nie dla mnie. Męski punkt widzenia, męskie fantazje seksualne, burdele, bijatki i zupełnie współczesne przekleństwa kontrastujące z fragmentami bardziej archaizowanych tekstów (o krasnoludzkiej rzyci na przykład).

Polski serial obejrzałam z ciekawości. Super muzyka, kilku dobrych aktorów i atmosfera nie były w stanie przykryć braku pieniędzy na odpowiednie lokalizacje. Co gorsza dialogi były kiepsko napisane, a ich odtworzenie raziło sztucznością. O potworach i efektach specjalnych sie nie wypowiadam, bo mnie nie obchodzą.  Film wymagał od widza pracy wyobraźni - wysiłku wiary, że te ruiny to naprawdę zamek, swojski krajobraz to fantastyczna kraina itp.

Twórcy gier o Wiedźminie wykreowali zapierającą dech w piersiach scenerię, przylożyli się do strojów, uzbrojenia itp. Fragmenty, które widziałam w internecie są rewelacyjne. Muzyka - zwłaszcza piosenka Priscilli - porusza do łez. Świat, w który wchodzi odbiorca, jest spójny i przekonywujący, stąd  - jak sądzę - światowy sukces.

Serial Netflixa przypomina mi natomiast jedno z tych świetnie zrobionych amatorskich przedstawień teatralnych w szkołach jednopłciowych. Ani profesjonalna reżyseria, ani stroje wypożyczone z teatru, ani całkiem przyzwoita gra młodych aktorów nie może przykryć faktu, że wszystkie postacie odgrywane są przez nastoletnie dziewczęta lub chłopców. Widz musi nieustannie brać w nawias ten fakt, jeśli chce się dobrze bawić. Bez dobrej woli widza efekt jest raczej komiczny. Nikt nie weźmie 16-latki z przyczepioną brodą za starca, ani młodzieńca w peruce z warkoczami za dziewczynkę.

Szokujące dla mnie jest, że przy takim budżecie zaryzykowano ów komiczny efekt - murzyn w zbroji, negroidalny bardzo czarny elf z przyczepionymi uszami, Hinduska z garbem w europejsko wygladajacej wsi, ta sama Hinduska (już bez garbu) w płaszczu o współczesnym kroju i równie współczesnym makijażu bierze udział w polowaniu na smoka wśród karłów i rycerzy, minstel we współczesnych spodniach z rozporkiem na zamek uprawia muzykę pop posługując się lutnią i tak dalej.

W znanych wielkich produkcjach fantasy jak Willow, Władca Pierscieni czy Gra o Tron było dla twórców oczywiste, że określone krainy zamieszkują charakterystyczne dla nich ludy. Zadano sobie trud, żeby wybrać np ludzi o jasnej pigmentacji na Rohirrimów, a ciemnowłosych na Gondorczyków. Elfy musiały być wysokie i smukłe z charakterystyczną fryzurą itp. Wszystko to miało służyć wykreowaniu spójnego, sugestywnego  uniwersum wciągajacego odbiorcę. 

Twórcy Wiedźmina postanowili natomiast zgwałcić widza przez oczy (i uszy). Nic tam się nie trzyma kupy. Stroje to jakiś niewiarygodny wprost koszmar - główny bohater przez cały film gania w krótkiej kurtce i obcisłych spodniach zapinanych z przodu na wyraźnie wyeksponowane guziki. Pomysl skrajnie perwersyjny i wybitnie niepraktyczny. Suknie Yennefer, jej płaszcze, buty, fryzura i makijaż sa wybitnie współczesne i rażą w każdej scenie. Nie wspomnę miłosiernie o zbrojach i uzbrojeniu. Współczesna muzyka pop ma się nijak do dziwacznej scenerii. Patos i zadęcie licznych przemów o przeznaczeniu, losach świata itp wyglaszanych przez kolejnych bohaterów jest równie irytujące jak współczesne przekleństwa często gęsto sypiące się z ekranu. Serial jest głupi, męczący i nieatrakcyjny wizualnie. Szkoda tych pieniędzy i zmarnowanej okazji. 

Gdyby jedną dziesiątą budżetu podarowano twórcom polskiego Wiedźmina powstałoby dzielo - przez porównanie - wybitne. Wystarczyłoby zadbać o bardziej przekonywujace lokalizacje, poprawić dialogi i lepiej wybrać odtwórczynie ról kobiecych. W serialu z 2001 jedynie Karolina Gruszka jest podobna do ludzi i nie musimy sobie jej urody wyobrażać, po prostu ją widzimy na ekranie. Pozostałe aktorki, poza nieszczególnym wygladem (wielkie nosy, plaskie potylice, trwała na rzadkich włosiętach), mają bardzo irytującą, manierę wygłaszania swoich kwestii ni to teatralną ni to już nie wiem jaką. Może łatwiej byłoby się im odnaleźć, gdyby wszystkie dialogi napisane bylyby w jednej konwencji np bajkowo-archaizowanej.

W sieci dostępny jest film, inspirowany światem Wiedźmina, zrobiony przez fanów dla fanów pod wdzięcznym tytułem "Pół wieku poezji później". Nie jestem szczególnie zachwycona rezultatem, ale podziwiam zapał twórców. Brak środków jest wyraźnie mniej niebezpieczny dla efektu całości niż nadmiar.


piątek, 14 września 2018

Nie mówmy, że nie zostaliśmy uprzedzeni!

Trafiłam przypadkiem na prezentację książki Goodbye good men (o której wspominam w poprzednim wpisie), Michaela Rose'a, z 2002 roku. Jeżeli katolicka opinia publiczna w USA co najmniej od 16 lat wie jak wygląda sytuacja w seminariach duchownych, a mimo to jest zaszokowana kolejnymi skandalami z klerem w roli głównej, to ja się dziwię. Szokujące jest raczej, że ostali się tam jeszcze jacyś wierzący, wierni nauczaniu Kościoła księża, kontrolujący swoje popędy.

Jeżeli seminaria preferują odrzucających naukę Kościoła, politycznie poprawnych homoseksualistów  to o czym my mówimy!!! Jeżeli każdy normalny, nie daj Boże wierzący i pobożny, młody mężczyzna kierowany jest na przymusową reedukację czyli tzw psychoterapię to czego możemy się spodziewać. Skąd wzięła się w tych seminariach taka kadra, kto o tym decydował? Czy nie można ich wszystkich  zweryfikować negatywnie? Czy to biskupi ich chronią?

E.Michael Jones ma rację, Kościół amerykański stał się celem ataku sił zagrożonych jego pozycją i autorytetem: elity WASP i lobby żydowskiego. Wszystko na to wskazuje, że operacja zniszczenia go od środka powiodła się co najmniej w 90%. Kolejne wzmożenia pt nadużycia seksualne kleru uciszą ewentualne protesty Kościoła w ważkich kwestiach jak np kolejna wojna prowadzona w interesie Izraela.

I pomyśleć, że wszystko to było od dawna przepowiedziane - objawienia z Quito w Ekwadorze z początku XVII wieku, Fatima w 1917 i Akita w 1973. Kardynał przeciw kardynałowi, biskup przeciw biskupowi, zwolennicy kompromisu ze złem u steru, wzmożony atak na rodzinę itp skąd my to znamy?!! Widziałam wczoraj na YouTube wywiad z siostrą Agnes Sasagawa, której objawiła się Matka Boska w Akita. Jak odświeżająco czysta, skromna i żyjąca wiarą kobieta! Równie pozytywne wrażenie zrobiła na mnie jej siostra przełożona, ksiądz kapelan, a nawet lokalny biskup, który uznał oficjalnie objawienia. Być może to kwestia starej kultury, może Japończycy są po prostu są dużo lepiej wychowani od nas.

Potem z pewną satysfakcją zauważyłam, że tradycjonaliści, którzy z wyższością nazywają nas "neokatolikami" zestawiają Fatimę z Akitą. Nawet nie przeszkadza im, że habit siostry Agnes jest typowo posoborowy, podobnie jak architektura kaplicy czy styl rzeźby. Msze też raczej odprawiane są po japońsku niż łacinie, a szaty liturgiczne są takie jakich można w danych okolicznościach oczekiwać. Swoją drogą język japoński w ustach tej niesamowitej osoby brzmiał jakby był zaprojektowany do modlitwy i głoszenia ewangelii .

Wniosek z tego jest jeden: cokolwiek robią książęta Kościoła w swoich okazałych siedzibach, jakkolwiek umizgają się do możnych tego świata i na jakie podejrzane kompromisy chodzą, Kościół istnieje dzięki tym pięknym, pokornym i wiernym duszom żyjącym gdzieś na peryferiach. Używanie łaciny w liturgii ma swoje dobre strony, ale nikt mnie nie przekona że msza po japońsku w klasztorze w Akita nie podoba się Bogu, albo, że krzywo patrzy na posoborowe habity tych pobożnych, skromnych kobiet.




niedziela, 1 kwietnia 2018

O prawdzie poświęconej na ołtarzu politycznej poprawności

Wielki Piątek - znowu brak modlitwy o nawrócenie Żydów. Jest tylko prośba o to by byli wierni swojemu przymierzu. Więc przyjście Chrystusa i jego ofiara nie miały żadnego znaczenia. Można go przyjąć lub uznać, że to właściwie drugi Haman z Ksiegi Estery i słusznie smaży w piekle zanurzony we wrzących ekskrementach przez całą wieczność (jak poucza Talmud). Polecenie Chrystusa "idźcie i nawracajcie wszystkie narody" jest jakąś smutną pomyłką i namawianiem do czynów jawnie niemoralnych. Mam przykre poczucie, ze Kościół nie tylko przestał wierzyć w swoją naukę, ale zaczął jej się wstydzić co najmniej od Soboru Watykańskiego II.

Słyszałam wypowiedź pewnego nawróconego Żyda (profesora z Harvardu jak go przedstawiono). Był zbulwersowany, że aż do czasu swojego nawrócenia - czyli mniej więcej połowy życia - nie słyszał o Fatimie. Nie mógł zrozumieć jak to możliwe w świecie pełnym  katolików. Uznał, że jesteśmy jak bogacz z przypowieści o ubogim Łazarzu, mamy do dyspozycji skarby i nie dzielimy się nimi z głodującymi leżącymi u naszych bram. Co więcej był zdania, że powinniśmy zostać potraktowani podobnie po śmierci za zatrzymywanie dla siebie tego, co przeznaczone jest dla całej ludzkości.

Z perspektywy wiary trudno nie przyznać mu racji. Wiara jest jednak dobrem rzadkim, być może rzadszym jeszcze w gronie hierarchów i duchowieństwa niż wśród nas - ludu Bożego pełnego półpogan, jak pisząca te słowa. Gdyby biskupi niemieccy rzeczywiście wierzyli w realność grzechu cudzołóstwa i realną obecność Chrystusa w sakramencie ołtarza czy dla zachowania podatku kościelnego wiedli by powierzonych sobie ludzi na potępienie? Myślę, że wątpię.

Prawda została poświęcona na ołtarzu politycznej poprawności i holokaustianizmu, w imię "miłosierdzia". Słowo miłość i wszelkie pochodne to ulubione narzędzie manipulatora. Apelowanie do chrześcijańskiej miłości na przemian z wzbudzaniem poczucia winy za niepopełnione grzechy okazuje się skuteczne nie tylko w przypadku pozbawionych poczucia własnej wartości produktów dysfunkcyjnych rodzin. Działa na najświetniejsze umysły wsparte powagą urzędu i 2 tysiącami tradycji, o łasce nie wspominając.

Naiwność nie jest cnotą. Błąd miewa skutki gorsze niż grzech. Rezygnacja z prawdy jest jednym i drugim jednocześnie.