Na oficjalnym koncie grupy wyszegradzkiej taka oto wiadomość - Priti Patel (angielska minister spraw wewnętrznych) zarządziła, że ukraińskie kobiety nie będą przyjmowane do kraju bez wiz, bo Putin mógłby ich użyć do zinfiltrowania UK i pogrążenia w totalnym chaosie.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
poniedziałek, 21 marca 2022
O zrytych beretach zachodnich polityków
niedziela, 6 lutego 2022
O recenzjach 2 sezonu Wiedźmina (ciekawszych niż sam serial)
- wyrzucenie przez zespół scenarzystów - nonejmów materiału źródłowego do śmieci i zastąpieniu go własnymi pomysłami o wiele pośledniejszej jakości
- brak logiki scenariusza
- powielanie ad nauseam chwytów kina fantasy kategorii D
- brak spójnego uniwersum
- wiele niezrozumiałych decyzji jeśli chodzi o obsadę (tzn zrozumiałych wyłącznie w kluczu ideologicznym)
piątek, 28 stycznia 2022
Obejrzałam (pobieżnie) drugi sezon Wiedźmina!
Serial jest o tym, że dziwnie ubrany siwy mężczyzna z ekstrawaganckimi soczewkami kontaktowymi w oczach (wiedźmin Geralt) opiekuje się młodą kobietą, o której wiadomo, że jest księżniczką i coś jej grozi (Cirilla, w skrócie zwana Ciri). Co konkretnie widz nie wie, choć daje mu się do zrozumienia, że ma to związek z jej (wysokim) urodzeniem oraz tajemniczą mocą, której sama zainteresowana nie jest świadoma.
Równoległy wątek prezentuje Hinduskę z fioletowymi szkłami kontaktowymi (czarodziejka Yennefer), która często brzydko się wyraża dając wyraz frustracji, że utraciła moc. Jest też grupa osób o szpiczastych uszach i długich włosach (co w przypadku murzynów jest pewnym wyzwaniem). Pulchna murzynka w bardzo gustownej sukni (czarodziejka Fringilla) prowadzi swoją grę polegającą na manipulowaniu szpiczastouchymi i robieniu ich w konia, co skłania ich do strasznej zemsty na osobach postronnych.
Zapomniałabym o jegomościu z głową podobną do dzika, lubiącym uciechy w stylu sado-macho z chętnie obnażającą się kobietą-nietoperzem. Zabicie agresywnej kochanki i zarazem zdjęcie z niego klątwy nie spotkało się z jego aprobatą.
Nie zabrakło i Baby Jagi w chatce na kurzej nodze, o dużej ilości agresywnych potworów nie wspominając. Wszystkie one skaczą i fruwają, na nasz program zapraszają. Walczą z nimi specjalnie do tego powołane służby tzw. wiedźmini. Zazwyczaj działają w terenie, jednak na zimę gromadzą się w nieco podupadłym zamczysku, do którego zapraszają ladacznice, więc widz - chcąc nie chcąc - staje się świadkiem rui i poróbstwa, wyjątkowo nieatrakcyjnych wizualnie.
W finale historii sfrustrowana Hinduska, za podszeptem Baby Jagi, skłania księżniczkę do niebezpiecznej dla niej podróży. Trudno powiedzieć, co chciała osiągnąć, gdyż plany pokrzyżował główny bohater bardzo zniesmaczony jej pomysłem. Zdenerwowana Baba Jaga opętuje księżniczkę, co widać po intensywnie zielonych szkłach kontaktowych. Efektem ubocznym jest duża ilość dinozaurów atakująca wiedźminów.
Hinduska chcąc się zrehabilitować podrzyna sobie żyły, tym samym zachęcając Babę Jagę do wcielenia się w nią. Baba Jaga woli się jednak ulotnić. Hinduska odzyskuje utraconą moc i może leczyć rany potarmoszonych przez dinozaury wiedźminów dotknięciem ręki. Kurtyna.
Myślę, że nie przesadziłam - tyle zobaczy i zrozumie widz, który nie zna literackiego pierwowzoru, gier komputerowych, ani nie oglądał pierwszego sezonu, względnie zapomniał (albo nigdy nie doszedł) o co w nim chodzi.
Moja znajomość dzieł Andrzeja Sapkowskiego jest śladowa. Po jednym opowiadaniu (o świątyni Melitele) odrzuciło mnie od "wiedźmińskiego" świata i jego autora. Widziałam natomiast polski serial i pierwszy sezon Netflixa, który zresztą recenzowałam na tym blogu. Teoretycznie więc dysponuję pewną wiedzą, która powinna ułatwić mi odbiór. Twórcy serialu jednak zrobili wszystko, żeby mnie zniechęcić do swojego dzieła.
Skupię się na kilku aspektach szczególnie destrukcyjnych dla efektu całości:
Brak spójnego uniwersum czytelnego dla widza. Nie mamy z tym żadnego problemu we Władcy Pierścieni Tolkiena ani nawet w Grze o Tron Martina - mam na myśli zarówno literackie pierwowzory jak i filmowe adaptacje. Powiem więcej, Wiedźmin komputerowy taką wizję też prezentuje - wspaniała sceneria, każdą krainę o cechach konkretnego państwa europejskiego zamieszkuje określony lud o charakterystycznym wyglądzie i obyczajach. Władcy knują, prowadzą wojny, wiedźmini podróżują po wsiach i miastach zabijając potwory. W serialu netflixa tego po prostu nie ma. Owszem widzimy jakieś lokalizacje, ale nie rozpoznajemy w nich konkretnych królestw. Amerykanie nie znają kultury europejskiej i tego rodzaju subtelności im po prostu umykają. Poprawna politycznie mieszanka ras wprowadza dodatkowe zamieszanie. Murzyn, Hindus, Azjata czy biały może być członkiem dowolnego ludu - jego wygląd nic nam nie mówi, chyba, że ma doklejone uszy (znaczy Elf) albo jest karłem (znaczy krasnolud). Wyobraźmy sobie, że Hobbici we Władcy Pierścieni też musieliby reprezentować wszystkie rasy więc tylko Frodo byłby biały, natomiast Sam Gamgee czarny, Merry żółty, a Pippin czerwony - wszyscy natomiast mieliby doklejone wielkie włochate stopy w odpowiednim kolorze.
Ten rodzaj logiki nakazywałby do każdej regionalnej potrawy dodawać wszystkie możliwe składniki występujące w przyrodzie, więc do bigosu musieliśmy dorzucić małże, winniczki i owoce mango, a Japończycy mieliby obowiązek dodawać kiszonej kapusty i czerwonych buraczków do sushi. Czy ktokolwiek miałby ochotę spróbować? To nie żadna różnorodność tylko urawniłowka. Nic zatem dziwnego, że to co zachwyciło fanów Wiedźmina Sapkowskiego (cokolwiek to jest) rozpuściło się w brei politycznej poprawności i dyżurnych chwytów kina fantasy, identycznych w każdym filmie (np. potwór najpierw rozdziawia paszczę w kierunku widza, a potem odgryza komuś rękę, nogę czy głowę).
Język - górnolotne, bełkotliwe przemowy i niczym nie uzasadniona wulgarność. Z ekranu słyszymy albo całkowicie niezrozumiałe patetyczne przemowy o koniunkcjach, portalach, przeznaczeniu i czym tam chcesz, albo pełne nieuzasadnionej wulgarności dialogi. Niektóre silą się na dowcip i to jest jeszcze gorsze. Wiele słyszałam o inteligentnym dowcipie opowiadań Sapkowskiego, ale w filmie nie ma po nim śladu. Komizm jest niezamierzony - zestawienie patosu z kompletnym idiotyzmem, którego ma on dotyczyć. To tak jak w sowieckiej Rosji - szydzono z chrześcijaństwa, które stworzyło naszą cywilizację, ale dupę Lenina czczono ze śmiertelną powagą.
Kostiumy i stylizacja. Nie zdecydowano się na stroje nawiązujące do konkretnej epoki (jak to jest w grach komputerowych), ani nie wymyślono charakterystycznych ubiorów mieszkańców określonych krain czy klas społecznych. W efekcie każdy ubrany jest według innej mody z dużym udziałem współczesnych akcesoriów jak buty na wysokim obcasie, skórzany płaszcz czy spodnie zapinane z przodu na guziki. To samo dotyczy fryzur i makijażu. Kompletny chaos i to jeszcze w złym guście. Wyjątkowo nieszczęśliwe są próby dopasowania egzotycznej urody do europejskiego wyglądu literackich bohaterów jak np.ciemnoskóra kobieta z pofarbowanymi na pomarańczowo włosami.
O wszystkim tym pisałam już w recenzji poprzedniego sezonu i nie chce mi się powtarzać. Zamiast tego zadam proste pytanie: Po co nam kostiumowe filmy (czy też filmy fantasy)? Po co ubieramy bohaterkę w długą suknię a włosy zaplatamy w warkocze (lub rozpuszczamy)? Po co przebieramy bohatera za rycerza, skalda, króla lub mędrca? Na pewno nie po to żeby usłyszeć język charakterystyczny dla manifestacji tzw. strajku kobiet lub elit władzy z nagrań z restauracji Sowa i przyjaciele.
Może tęsknimy za takim światem, gdzie istnieją dwa bieguny - męskość i kobiecość - które się wzajemnie przyciągają. Im wyraźniejsze różnice tym intensywniejszy pociąg. Poprawność polityczna jest śmiercią tego rodzaju opowieści. Nie wiem czy Hinduska o fioletowych soczewkach jest pociągająca dla mężczyzn, ale dla mnie jako widza filmowej opowieści zdecydowanie nie. Jej romans z głównym bohaterem odbieram jako skrajnie nieprzekonywujący. Stylizacja na postać tragiczną budzi we mnie głębokie znudzenie i zniecierpliwienie, choć po namyśle można się w niej doszukiwać dylematu "wyzwolonej" kobiety - kariera czy dziecko. Yennefer wybiera "karierę", aby całe życie tęsknić za dzieckiem, którego nigdy nie będzie miała. Być może to problem wielu kobiet, ale nawet one nie mają raczej ochoty przypominać sobie o nim oglądając głupawy serial dla rozrywki.
czwartek, 28 stycznia 2021
O zwodzeniu i uwodzeniu
czwartek, 14 stycznia 2021
O herezjach, które prowadzą do (krypto)satanizmu
Czytałam kiedyś kryminały Henninga Mankella, których głównym bahaterem jest Kurt Wallander, policjant z Ystad cierpiący na cukrzyce, opuszczony przez żonę i zaniepokojony stanem swojego ponad 80-letniego ojca. Dobrze mi się do niedawna kojarzyły. Ponieważ znowu jestem chora i nie mogę się skupić nad niczym poważnym, marnuję czas na oglądanie filmów na YouTube, między innymi szwedzkiego serialu kryminalnego p.t. Wallander opartego właśnie na książkach Mankella.
Zaczęłam od drugiego odcinka pierwszej serii p.t. Bracia, który był taki sobie, ale rzeczywiście kręcono go w Ystad, w porcie widać polski prom ze Świnoujścia (z napisem Świnoujście - Ystad). Samo miasteczko prezentuje się chwilami bardzo malowniczo. Szwedzkie wybrzeże Bałtyku bardzo podobne do naszego tzn. piaszczyste, a nie same kamienie na plaży jak w "Siódmej pieczęci" Bergmana. Melancholijne klimaty jak u nas na Pomorzu Zachodnim.
Zachęcona krajobrazem i klimatem zabrałam się nieopatrznie za odcinek pierwszy - wizytówkę całego cyklu. A tam już w pierwszej scenie ktoś podpala...łabędzie. Tak łabędzie, które potem odlatują płonąc!!! Ten sam ktoś wiesza w kościele wśród modlitw swojej wspólnoty i nastrojowo zapalonych świeczek lekarkę-aborcjonistkę, potem topi w jeziorze dziecko poczęte przez zapłodnienie anonimową spermą samotnej kobiety, a na koniec ma zamiar wysadzić w powietrze inny kościół w którym kobieta - pastor udziela "ślubu" dwóm mężczyznom. Kim jest ten ktoś? Podpowiadam, uzasadnienie dla swoich czynów czerpie z Biblii!!! A ja myślałam, że w Szwecjii to muzułmanie dopuszczają się przemocy uzasadnianej religią! Coś musiało mi się pomylić...
Jeśli pamięć mnie nie myli, w książkach niczego tak skrajnie idiotycznego nie spotkałam. Owszem, muzułmańscy imigranci z Afryki zawsze są podejrzewani niesłusznie - bo wszystkiemu winni są przybysze z krajów postkomunistycznych Rosjanie, Łotysze, Czesi - ale chrześcijan jako terrorystów nie przypominam sobie. Mankell dostał wprawdzie nagrodę za osiągnięcia na niwie politycznej poprawności, ale twórcy filmu postanowili jeszcze podnieść poprzeczkę!
W książkach córka Wallandera, Linda, studiuje w Lund i chodzi, a nawet chyba mieszka, z Nigeryjczykiem. W filmie wraca do Ystad po szkole policyjnej i zaczyna pracę w lokalnym komisariacie. Po powieściowym Nigeryjczyku nie ma śladu. Na pytanie koleżanki czy ma chłopa odpowiada żartem, że jest lesbijką. Ta sama koleżanka, Anna, jest głęboka zdegustowana pomysłem ich wspólnej znajomej, żeby mieć dziecko bez ojca, przez zapłodnienie anonimową spermą. Uważa to za obrzydliwe i nienaturalne. Scena, w której wypowiada ten pogląd sygnalizuje, że to zła kobieta i może mieć coś wspólnego ze strasznymi zdarzeniami rozgrywającymi się dookoła. Rzeczywiście ma i na koniec musi zginąć, dla takich ludzi nie ma miejsca w szwedzkim tolerancyjnym raju.
W trzecim odcinku Linda Wallander nie chcąc mieszkać z ojcem wynajmuje domek wraz z kolegą z pracy. Oboje są podwładnymi Kurta Wallandera. Młoda policjantka zaczyna wspólne mieszkanie od zainicjowania seksu, choć rodzaj i długość znajomości niczego podobnego nie uzasadnia. Jej współlokator czuje się po tym bardzo nieswojo, zwłaszcza kiedy ojciec dziewczyny, a jego szef, wpada do nich rano. Linda natomiast nie zaburzona chodzi po domu nago, jedynie owinięta kołdrą, na oczach swego ojca i kolegi z pracy, a zarazem przedwczesnego kochanka.
Moją pierwszą reakcją po obejrzeniu tego dzieła filmowego było utwierdzenie się w przekonaniu, że wszelkie herezje w końcu prowadzą do satanizmu. Herezja Lutra siłą narzucona Skandynawii doprowadziła do duchowej śmierci tego regionu. Przewrotność z jaką Chrześcijaństwo przedstawia się w pop kulturze jako źródło wszelkiego zła i przemocy jest prawdziwie szatańska!
czwartek, 26 grudnia 2019
Wiedźmin netflixa, czyli wiecej pięniędzy niż rozumu
piątek, 14 września 2018
Nie mówmy, że nie zostaliśmy uprzedzeni!
Jeżeli seminaria preferują odrzucających naukę Kościoła, politycznie poprawnych homoseksualistów to o czym my mówimy!!! Jeżeli każdy normalny, nie daj Boże wierzący i pobożny, młody mężczyzna kierowany jest na przymusową reedukację czyli tzw psychoterapię to czego możemy się spodziewać. Skąd wzięła się w tych seminariach taka kadra, kto o tym decydował? Czy nie można ich wszystkich zweryfikować negatywnie? Czy to biskupi ich chronią?
E.Michael Jones ma rację, Kościół amerykański stał się celem ataku sił zagrożonych jego pozycją i autorytetem: elity WASP i lobby żydowskiego. Wszystko na to wskazuje, że operacja zniszczenia go od środka powiodła się co najmniej w 90%. Kolejne wzmożenia pt nadużycia seksualne kleru uciszą ewentualne protesty Kościoła w ważkich kwestiach jak np kolejna wojna prowadzona w interesie Izraela.
I pomyśleć, że wszystko to było od dawna przepowiedziane - objawienia z Quito w Ekwadorze z początku XVII wieku, Fatima w 1917 i Akita w 1973. Kardynał przeciw kardynałowi, biskup przeciw biskupowi, zwolennicy kompromisu ze złem u steru, wzmożony atak na rodzinę itp skąd my to znamy?!! Widziałam wczoraj na YouTube wywiad z siostrą Agnes Sasagawa, której objawiła się Matka Boska w Akita. Jak odświeżająco czysta, skromna i żyjąca wiarą kobieta! Równie pozytywne wrażenie zrobiła na mnie jej siostra przełożona, ksiądz kapelan, a nawet lokalny biskup, który uznał oficjalnie objawienia. Być może to kwestia starej kultury, może Japończycy są po prostu są dużo lepiej wychowani od nas.
Potem z pewną satysfakcją zauważyłam, że tradycjonaliści, którzy z wyższością nazywają nas "neokatolikami" zestawiają Fatimę z Akitą. Nawet nie przeszkadza im, że habit siostry Agnes jest typowo posoborowy, podobnie jak architektura kaplicy czy styl rzeźby. Msze też raczej odprawiane są po japońsku niż łacinie, a szaty liturgiczne są takie jakich można w danych okolicznościach oczekiwać. Swoją drogą język japoński w ustach tej niesamowitej osoby brzmiał jakby był zaprojektowany do modlitwy i głoszenia ewangelii .
Wniosek z tego jest jeden: cokolwiek robią książęta Kościoła w swoich okazałych siedzibach, jakkolwiek umizgają się do możnych tego świata i na jakie podejrzane kompromisy chodzą, Kościół istnieje dzięki tym pięknym, pokornym i wiernym duszom żyjącym gdzieś na peryferiach. Używanie łaciny w liturgii ma swoje dobre strony, ale nikt mnie nie przekona że msza po japońsku w klasztorze w Akita nie podoba się Bogu, albo, że krzywo patrzy na posoborowe habity tych pobożnych, skromnych kobiet.
niedziela, 1 kwietnia 2018
O prawdzie poświęconej na ołtarzu politycznej poprawności
Słyszałam wypowiedź pewnego nawróconego Żyda (profesora z Harvardu jak go przedstawiono). Był zbulwersowany, że aż do czasu swojego nawrócenia - czyli mniej więcej połowy życia - nie słyszał o Fatimie. Nie mógł zrozumieć jak to możliwe w świecie pełnym katolików. Uznał, że jesteśmy jak bogacz z przypowieści o ubogim Łazarzu, mamy do dyspozycji skarby i nie dzielimy się nimi z głodującymi leżącymi u naszych bram. Co więcej był zdania, że powinniśmy zostać potraktowani podobnie po śmierci za zatrzymywanie dla siebie tego, co przeznaczone jest dla całej ludzkości.
Z perspektywy wiary trudno nie przyznać mu racji. Wiara jest jednak dobrem rzadkim, być może rzadszym jeszcze w gronie hierarchów i duchowieństwa niż wśród nas - ludu Bożego pełnego półpogan, jak pisząca te słowa. Gdyby biskupi niemieccy rzeczywiście wierzyli w realność grzechu cudzołóstwa i realną obecność Chrystusa w sakramencie ołtarza czy dla zachowania podatku kościelnego wiedli by powierzonych sobie ludzi na potępienie? Myślę, że wątpię.
Prawda została poświęcona na ołtarzu politycznej poprawności i holokaustianizmu, w imię "miłosierdzia". Słowo miłość i wszelkie pochodne to ulubione narzędzie manipulatora. Apelowanie do chrześcijańskiej miłości na przemian z wzbudzaniem poczucia winy za niepopełnione grzechy okazuje się skuteczne nie tylko w przypadku pozbawionych poczucia własnej wartości produktów dysfunkcyjnych rodzin. Działa na najświetniejsze umysły wsparte powagą urzędu i 2 tysiącami tradycji, o łasce nie wspominając.
Naiwność nie jest cnotą. Błąd miewa skutki gorsze niż grzech. Rezygnacja z prawdy jest jednym i drugim jednocześnie.