Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władca pierścieni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Władca pierścieni. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 grudnia 2025

O gniewie i modlitwie

Szósty dzień w oktawie Bożego Narodzenia. Wyspałam się i smutek zaczyna przechodzić w gniew. Przynajmniej mam więcej energii. "Moja dłoń zaciska się w pięść" jak śpiewała Martyna Jakubowicz, a szczęki się zwierają. Zapłacicie mi za to - powtarzam sobie - drogo mi za to zapłacicie! I od razu mam więcej życia w sobie. Co by człowiek zrobił bez poczciwego gniewu i jemu podobnych silnych emocji negatywnych. Usiadł by w kącie i płakał, tzn gdyby zachował w tym późnym wieku zdolność do płaczu, co w moim przypadku nie zachodzi, więc skazana jestem na zupełnie inne spektrum uczuć.

Kiedyś był jakiś durny film o potworze, który ukradł Boże Narodzenie. Nie mogłam się nadziwić jak można wymyślić coś równie niedorzecznego. A jednak film okazał sie proroczy, z tym że to nie zielony potwór ukradł mi święta tylko ukraińska rodzina. Czy ukraińska i czy rodzina tak naprawdę nie wiem, bo równie dobrze może być to ruska agentura produkująca bomby albo coś w tym stylu, ze złośliwym bachorem dla niepoznaki.

Jednak za tą ruską agenturą czy też ukraińską rodziną stoi ktoś inny, o wiele potężniejszy. Niedawno mialam sen w którym walczę z jakimś złowrogim bytem najbardziej podobnym do Balroga z Władcy Pierścieni. Grzmocę go i grzmocę bronią na długim drzewcu (halabardą?), ale mam świadomość, że moje ciosy nie wyrządzają mu wielkiej szkody i to ja prędzej osłabnę niż on...

Nie, nie zwariowałam. Istoty duchowe wrogie czlowiekowi istnieją, a najlepszym dowodem na to są moi sąsiedzi dręczący mnie jakby według rozpiski - raz uaktywnia się jeden, potem drugi, trzeci i tak dalej. Ich działania są w tajemniczy sposób zsynchronizowane...

A co na to modlitwa? Ano nico! Modlitwa nie przebija się przez betonowy mur, przez który tak łatwo przechodzą odgłosy aktywności toksycznych sąsiadów. Nie twierdzę, że nikt jej nie słyszy, bo ktoś ewidentnie ją słyszy i wykorzystuje, żeby uderzyć precyzyjnie i w punkt.

Tajemniczą rzeczą jest fakt, że modlitwa prośby nie pomaga w bardzo wielu (w żadnych?) trudnych sprawach np braku pracy i środków na zapłacenie czynszu albo w sytuacji dręczenia. W moim przypadku są tylko dwie prośby, których wiadomo kto nie może przechwycić i obrócić przeciwko mnie: o odwagę do życia oraz poznanie prawdy (i wyzwolenie jakie ono daje). Same wypowiadanie tych słów już wlewa we mnie ducha... Jakiego? Mam nadzieję, że męstwa i prawdy właśnie...


niedziela, 6 kwietnia 2025

O Willow z 1988r. na marginesie śmierci Vala Kilmera

Trzeciego kwietnia umarł Val Kilmer. Ani on brat, ani swat, ale dobrze mi się kojarzy dzięki głównej roli w filmie Willow z 1988r, na który przez przypadek trafiłam wczoraj na YouTube i obejrzałam po raz nie pamiętam który.  Więcej razy byłam w kinie chyba tylko na Trzech Muszkieterach z Michaelem Yorkiem w latach 70-tych. 

W Polsce Willow musiał być grany w kinach w 1989 albo nawet 1990. Byłam wtedy świeżo po studiach i pracowałam w Ossolineum. Za pierwszym razem siedziała za mną jakaś niunia, która głośno wyrażała swój dysgust ilekroć na ekranie pojawiało się niemowlę - Elora Danan. Dziecko zapewne wybrano do filmu ze względu na wygląd właśnie. Dziewczynka ma  bardzo jasna skórę, kręcone rude włosy ciemne oczy, a także rzęsy i brwi, co nie jest częste wśród ludzi o takim kolorycie - słowem jest śliczna i urocza, dzięki czemu dobrze pasuje do roli małej księzniczki w opowieści fantasy inspirowanej celtyckim folklorem...

Nieszczęsna niunia za mną cierpiała na poważny dysonans poznawczy - dziecko jest rude, więc musi być obrzydliwe, a tu obsadzono je jako małą księżniczkę i wszyscy się zachwycają!!! Ta sama osobopostać nie miała żadnych problemów z Joanne Whalley, której do roli wojowniczej córki złej czarownicy, ufarbowano włosy na ognisto rude, jednak po cerze, kolorze oczu i ich oprawy widać jasno, że to brunetka...

Z całego filmu najbardziej utkwiła mi w pamięci scena kiedy tytułowy Willow usiłuje powierzyć wyżej wspomniane niemowlę ludziom jego rasy. Ustawia się na rozdrożu (Daikinian Crossroads), którędy przeciąga duży oddział zbrojnych. Dopiero trzeci z zaczepionych jeźdźców zatrzymuje się. Najpierw widzimy parę z chrap jego konia, potem kamera prowadzi nas na imponująca postać wojownika w zbroi i hełmie inspirowanym hełmem hoplity greckiego. Moment, kiedy ten hełm ściąga i widzimy twarz Gavana O'Herlihy, jego jasną czuprynę i rudawą brodę,  był dla mnie absolutnym apogeum całego filmu. Dla tej właśnie sceny sześć czy siedem razy wybrałam się do kina...

Gavan O'Herlihy (R.I.P.) jako Airk Thaughbaer w Willow z 1988 r. zrobił na mnie piorunujące wrażenie

Kolumna jeźdźców, imponujacy wódz i jego lud jest wyraźnie inspirowany Rohirrimami z Władcy Pierścieni.  Z kolei jeźdźcy Rohanu z powieści Tolkiena przybywajacy na pomoc oblężonej stolicy Gondoru - Minas Tirith - to w oczywisty sposób nawiązanie do odsieczy wiedeńskiej. Znaczy Rohirrim to my!  Potwierdzają to szydercze słowa Grimy Wormtongue, sączone w uszy Eowyn, na  temat poziomu cywilizacyjnego jej rodaków. Rohańczycy bowiem, w stosunku do Gondoru, są ludem znacznie prymitywniejszym, o bez porównania krótszej historii i niższej pod każdym względem kulturze....

W ekranizacji władcy Pierścieni na Rohirrimów wybrano statystów o jasnym kolorycie i włosach od blond do ciemnorudych, tylko Eomer jest tlenionym brunetem, co wygląda dość perwersyjnie.

W Willow natomiast Airk Thaughbaer jest całkowicie autentyczny i niepodrobiony. Jego odtwórca irlandzko - amerykański aktor charakterystyczny Gavan O'Herlihy specjalizował się raczej w odgrywaniu psychopatów niż herosów, choć moim zdaniem - wizualnie - to czysty archetyp wodza (wysoki wzrost, altletyczna budowa, jasny koloryt i niski głos). Nie wiem nawet czy określenie "przystojny" pasuje do niego. Wiem natomiast, że kiedy ściągnąl helm i odezwał sie głębokim głosem do nieszczęsnego Willowa, a potem roześmiał się na całe gardło rozpoznając Madmartigana (Vala Kilmera) wiszącego w klatce na rozstaju dróg, wbiło mnie z wrażenia w fotel....

Od tego czasu miewałam przyjemne fantazje o "moim plemieniu" - mniej więcej podobnym do Rohirrimów z filmowej wersji Władcy Pierscieni, w którym ktoś taki jak ja reprezentuje najbardziej oczywisty typ fizyczny... W plemieniu owym nikt nie kazałby mi sie zachwycać chudymi, zamorkowatymi osobopostaciami o farbowanych włosiętach i twarzy wielkości pięści i traktować coś takiego jako "ideal urody kobiecej", do którego winnam dążyć. W plemieniu owym mężczyźni podobni byliby do ludzi (znaczy Airka Thaughbaera z Willow), przy tym odważni i jednocześnie obdarzeni dobrym charakterem jak to bywa u dużych stworzeń, które z racji swoich rozmiarów i siły nie muszą się obawiać niczego. Wychowana w takim plemieniu byłabym zapewne innym człowiekiem, a i moje życie potoczyloby sie inaczej...

Oglądając Willow wczoraj w internecie zwróciłam uwagę na jeszcze jeden aspekt tej produkcji - język. Zero wulgarności, zero przekleństw. Najbardziej naładowany seksualnymi podtestami jest dialog głównego bohatera z wojowniczą Sorshą:

- Lost your skirt? (Zgubiłeś spodnicę?) - pyta Sorsha patrząc z wysokości siodła na związanego jeńca.

- Still got what counts (Ciągle mam to, co się liczy) - odpowiada Val Kilmer dość figlarnie, jak na swoją sytuację.

Iskrzy między nimi wyraźnie, nie tylko filmowymi bohaterami, lecz także samymi aktorami (co zaskutkowało rychłym ślubem). 

Gdzie ten świat filmów bez lejacego się z ekranu wulgarnego ścieku, czewonej farby, kopulacji we wszystkich kombinacjach i innych czynności fizjologicznych w charakterze dania głównego! Świat sprzed rewolucji informatycznej i genderowej! Stracony całkiem czy częściowo do odzyskania?



piątek, 28 stycznia 2022

Obejrzałam (pobieżnie) drugi sezon Wiedźmina!

Serial jest o tym, że dziwnie ubrany siwy mężczyzna z ekstrawaganckimi soczewkami kontaktowymi w oczach (wiedźmin Geralt) opiekuje się młodą kobietą, o której wiadomo, że jest księżniczką i coś jej grozi (Cirilla, w skrócie zwana Ciri). Co konkretnie widz nie wie, choć daje mu się do zrozumienia, że ma to związek z jej (wysokim) urodzeniem oraz tajemniczą mocą, której sama zainteresowana nie jest świadoma. 

Równoległy wątek prezentuje Hinduskę z fioletowymi szkłami kontaktowymi (czarodziejka Yennefer), która często brzydko się wyraża dając wyraz frustracji, że utraciła moc. Jest też grupa osób o szpiczastych uszach i długich włosach (co w przypadku murzynów jest pewnym wyzwaniem). Pulchna murzynka w bardzo gustownej sukni (czarodziejka Fringilla) prowadzi swoją grę polegającą na manipulowaniu szpiczastouchymi i robieniu ich w konia, co skłania ich do strasznej zemsty na osobach postronnych.

Zapomniałabym o jegomościu z głową podobną do dzika, lubiącym uciechy w stylu sado-macho z chętnie obnażającą się kobietą-nietoperzem. Zabicie agresywnej kochanki i zarazem zdjęcie z niego klątwy nie spotkało się z jego aprobatą.

Nie zabrakło i Baby Jagi w chatce na kurzej nodze, o dużej ilości agresywnych potworów nie wspominając. Wszystkie one skaczą i fruwają, na nasz program zapraszają. Walczą z nimi specjalnie do tego powołane służby tzw. wiedźmini. Zazwyczaj działają w terenie, jednak na zimę gromadzą się w nieco podupadłym zamczysku, do którego zapraszają ladacznice, więc widz - chcąc nie chcąc - staje się świadkiem rui i poróbstwa, wyjątkowo nieatrakcyjnych wizualnie.

W finale historii sfrustrowana Hinduska, za podszeptem Baby Jagi, skłania księżniczkę do niebezpiecznej dla niej podróży. Trudno powiedzieć, co chciała osiągnąć, gdyż plany pokrzyżował główny bohater bardzo zniesmaczony jej pomysłem. Zdenerwowana Baba Jaga opętuje księżniczkę, co widać po intensywnie zielonych szkłach kontaktowych. Efektem ubocznym jest duża ilość dinozaurów atakująca wiedźminów.

Hinduska chcąc się zrehabilitować podrzyna sobie żyły, tym samym zachęcając Babę Jagę do wcielenia się w nią. Baba Jaga woli się jednak ulotnić. Hinduska odzyskuje utraconą moc i może leczyć rany potarmoszonych przez dinozaury wiedźminów dotknięciem ręki. Kurtyna.

Myślę, że nie przesadziłam - tyle zobaczy i zrozumie widz, który nie zna literackiego pierwowzoru, gier komputerowych, ani nie oglądał pierwszego sezonu, względnie zapomniał (albo nigdy nie doszedł) o co w nim chodzi. 

Moja znajomość dzieł Andrzeja Sapkowskiego jest śladowa. Po jednym opowiadaniu (o świątyni Melitele) odrzuciło mnie od "wiedźmińskiego" świata i jego autora. Widziałam natomiast polski serial i pierwszy sezon Netflixa, który zresztą recenzowałam na tym blogu. Teoretycznie więc dysponuję pewną wiedzą, która powinna ułatwić mi odbiór. Twórcy serialu jednak zrobili wszystko, żeby mnie zniechęcić do swojego dzieła.

Skupię się na kilku aspektach szczególnie destrukcyjnych dla efektu całości:

Brak spójnego uniwersum czytelnego dla widza. Nie mamy z tym żadnego problemu we Władcy Pierścieni Tolkiena ani nawet w Grze o Tron Martina - mam na myśli zarówno literackie pierwowzory jak i filmowe adaptacje. Powiem więcej, Wiedźmin komputerowy taką wizję też prezentuje - wspaniała sceneria, każdą krainę o cechach konkretnego państwa europejskiego zamieszkuje określony lud o charakterystycznym wyglądzie i obyczajach. Władcy knują, prowadzą wojny, wiedźmini podróżują po wsiach i miastach zabijając potwory. W serialu netflixa tego po prostu nie ma. Owszem widzimy jakieś lokalizacje, ale nie rozpoznajemy w nich konkretnych królestw. Amerykanie nie znają kultury europejskiej i tego rodzaju subtelności im po prostu umykają. Poprawna politycznie mieszanka ras wprowadza dodatkowe zamieszanie. Murzyn, Hindus, Azjata czy biały może być członkiem dowolnego ludu - jego wygląd nic nam nie mówi, chyba, że ma doklejone uszy (znaczy Elf) albo jest karłem (znaczy krasnolud). Wyobraźmy sobie, że Hobbici we Władcy Pierścieni też musieliby reprezentować wszystkie rasy więc tylko Frodo byłby biały, natomiast Sam Gamgee czarny, Merry żółty, a Pippin czerwony - wszyscy natomiast mieliby doklejone wielkie włochate stopy w odpowiednim kolorze.

Ten rodzaj logiki nakazywałby do każdej regionalnej potrawy dodawać wszystkie możliwe składniki występujące w przyrodzie, więc do bigosu musieliśmy dorzucić małże, winniczki i owoce mango, a Japończycy mieliby obowiązek dodawać kiszonej kapusty i czerwonych buraczków do sushi. Czy ktokolwiek miałby ochotę spróbować? To nie żadna różnorodność tylko urawniłowka. Nic zatem dziwnego, że to co zachwyciło fanów Wiedźmina Sapkowskiego (cokolwiek to jest) rozpuściło się w brei politycznej poprawności i dyżurnych chwytów kina fantasy, identycznych w każdym filmie (np. potwór najpierw rozdziawia paszczę w kierunku widza, a potem odgryza komuś rękę, nogę czy głowę).

Język - górnolotne, bełkotliwe przemowy i niczym nie uzasadniona wulgarność. Z ekranu słyszymy albo całkowicie niezrozumiałe patetyczne przemowy o koniunkcjach, portalach, przeznaczeniu i czym tam chcesz, albo pełne nieuzasadnionej wulgarności dialogi. Niektóre silą się na dowcip i to jest jeszcze gorsze. Wiele słyszałam o inteligentnym dowcipie opowiadań Sapkowskiego, ale w filmie nie ma po nim śladu. Komizm jest niezamierzony - zestawienie patosu z kompletnym idiotyzmem, którego ma on dotyczyć. To tak jak w sowieckiej Rosji - szydzono z chrześcijaństwa, które stworzyło naszą cywilizację, ale dupę Lenina czczono ze śmiertelną powagą.

Kostiumy i stylizacja. Nie zdecydowano się na stroje nawiązujące do konkretnej epoki (jak to jest w grach komputerowych), ani nie wymyślono charakterystycznych ubiorów mieszkańców określonych krain czy klas społecznych. W efekcie każdy ubrany jest według innej mody z dużym udziałem współczesnych akcesoriów jak buty na wysokim obcasie, skórzany płaszcz czy spodnie zapinane z przodu na guziki. To samo dotyczy fryzur i makijażu. Kompletny chaos i to jeszcze w złym guście. Wyjątkowo nieszczęśliwe są próby dopasowania egzotycznej urody do europejskiego wyglądu literackich bohaterów jak  np.ciemnoskóra kobieta z pofarbowanymi na pomarańczowo włosami.

O wszystkim tym pisałam już w recenzji poprzedniego sezonu i nie chce mi się powtarzać. Zamiast tego zadam proste pytanie: Po co nam kostiumowe filmy (czy też filmy fantasy)? Po co ubieramy bohaterkę w długą suknię a włosy zaplatamy w warkocze (lub rozpuszczamy)? Po co przebieramy bohatera za rycerza, skalda, króla lub mędrca? Na pewno nie po to żeby usłyszeć język charakterystyczny dla manifestacji tzw. strajku kobiet lub elit władzy z nagrań z restauracji Sowa i przyjaciele.

Może tęsknimy za takim światem, gdzie istnieją dwa bieguny - męskość i kobiecość - które się wzajemnie przyciągają. Im wyraźniejsze różnice tym intensywniejszy pociąg. Poprawność polityczna jest śmiercią tego rodzaju opowieści. Nie wiem czy Hinduska o fioletowych soczewkach jest pociągająca dla mężczyzn, ale dla mnie jako widza filmowej opowieści zdecydowanie nie. Jej romans z głównym bohaterem odbieram jako skrajnie nieprzekonywujący. Stylizacja na postać tragiczną budzi we mnie głębokie znudzenie i zniecierpliwienie, choć po namyśle można się w niej doszukiwać dylematu "wyzwolonej" kobiety - kariera czy dziecko. Yennefer wybiera "karierę", aby całe życie tęsknić za dzieckiem, którego nigdy nie będzie miała. Być może to problem wielu kobiet, ale nawet one nie mają raczej ochoty przypominać sobie o nim oglądając głupawy serial dla rozrywki.





sobota, 8 maja 2021

O serialach kostiumowych i kobietach w literaturze.

Tak się ostatnio złożyło, że obejrzałam 3 pod rząd seriale kostiumowe: Flambards zrealizowany przez Yorkshire TV z 1979 i dwa PRL-owskie: Rodzinę Połanieckich i Lalkę. Wszystkie scenariusze pisane są na podstawie powieści, w przypadku polskich z epoki, o której opowiadają. Nie wiem jak rzecz ma się z angielskim Flambards, a chwilowo nie chce mi się sprawdzać. Faktem jest, że nazwisko autorki widziałam po raz pierwszy w życiu i nie zapamiętałam. 

W literaturze angielskiej pełno jest piszących kobiet - wybitnych i całkiem przeciętnych, a każda z nich ma do opowiedzenia interesującą historię pisaną ze specyficznego punktu widzenia. Jeżeli weźmiemy postacie sztandarowe jak Jane Austen czy siostry Bronte, to rzuca się w oczy, że stosunkowo niska pozycja społeczna i towarzyska - niezamężnej ubogiej krewnej lub guwernantki - predestynuje je do roli obserwatora i kronikarza ignorowanego przez obiekty swojego zainteresowania. Jeśli dodać do tego głębszą znajomość ludzkiej natury właściwą kobietom, intuicję i inteligencję, (w przypadku Jane Austen też dowcip i pewną dozę złośliwości) to efekt musi być interesujący i satysfakcjonujący dla czytelnika. Można obśmiać miałkość intryg ich utworów, ale portrety postaci, mechanizmy rządzące zachowaniem indywiduów i grup są oddane znakomicie. Oczywistą rzeczą są żywe i przekonywujące postacie kobiece, przedstawione w całym swoim bogactwie.

Jeżeli porównamy je z heroinami powieści pisanych przez mężczyzn, to widać wyraźną przepaść. Nie utkwiła mi w pamięci ani jedna bohaterka Dickensa, z Thackeraya jedynie Becky Sharp z Targowiska Próżności i to zapewne z racji wyroku potępienia wydanego na nią przez autora. W Kobiecie w bieli Wilkie Collinsa, główna bohaterka poza słabością i urodą nie ma żadnych właściwości, zdecydowanie ciekawszą postacią jest jej nieładna, ale inteligentna, odważna i energiczna kuzynka. W Ivanhoe Waltera Scotta wybranka tytułowego bohatera, lady Rowena, praktycznie nie istnieje, o wiele bardziej żywa jest żydówka Rebeka, której miłość z wiadomych względów sir Wifrid musi odrzucić. A u Tolkiena, poza wzgardzoną przez Aragorna Eowyn z Władcy Pierścieni postaci kobiecych praktycznie nie ma. 

Podobne zjawisko zachodzi w literaturze polskiej. Z kobiet Sienkiewicza można zapamiętać najwyżej Baśkę, no ewentualnie Oleńkę z racji wysokich wymagań moralnych jakie postawiła swemu narwanemu narzeczonemu (co mu zresztą wyszło na dobre). Helenę pamiętamy z powodu firanek rzęs i omdleń na podobieństwo podciętego kwiatu. Krzysia miała wąsik, Anusia kręciła fartuszkiem, czym pogrążała kolejnych kawalerów, a przez ciało Ligii przeświecało słońce, gdy Winicjusz zobaczył ją po raz pierwszy.

Zosię z Pana Tadeusza pamiętamy jedynie z powodu sukienki gotowej do założenia, w której zakochał się tytułowy bohater, zanim zobaczył właścicielkę.( Podobno nieszczęśliwa miłość Mickiewicza do Maryli Wereszczakówny miała podobny początek) Telimena, znacznie bardziej wyrazista, jest przez autora dość bezlitośnie obśmiana.

Wniosek z tego prosty - kobieta jako człowiek mężczyzn nie interesuje. W roli amantki ma się sprowadzać jedynie do urody i młodości. Nieco większym bogactwem mogą być obdarzone postacie kobiece, które bohater literacki odrzuca, lub które autor zamierza obśmiać, względnie potępić.

Ta poważna słabość powieści pisanych przez mężczyzn jest jeszcze wyraźniej widoczna w ich ekranizacjach. Rodzina Połanieckich jest tego dowodem. Dialogi bohaterów często kręcą się wokół konkretnych pań lub kobiet w ogóle (jak bardzo są niezrozumiałe), jednak żadna z licznych bohaterek nie zapada widzowi w pamięć. A już szczytem wszystkiego jest romans głównego bohatera z żoną przyjaciela, która wypowiada przez cały serial jedno zdanie. Kiedy dziobaty Stach Połaniecki oświadcza "ja panią kocham" widz spada z krzesła z zaskoczenia. Bardzo dziwna jest miłość małej dziewczynki. Lidki, do głównego bohatera i przyjaźń łącząca go z jej matką, młodą wdową - uosobieniem anielskości. Bardzo to męczące przedstawienie. Widzimy aktorki obnoszące swoje starannie uszyte kostiumy i słyszymy sądy o nich wypowiadane przez aktorów starających się, żeby brzmiało to naturalnie. To się, niestety, na ogół nie udaje. Nawet dobrzy aktorzy jak Pawlik nie są w stanie zagrać przekonywująco swojej roli, tak papierowi i udziwnieni są bohaterowie.

Lalka jest o niebo lepszą powieścią i serialem, Pawlik jako subiekt Rzecki to mistrzostwo świata, a i Kamas jako Wokulski jest niezły. Nawet Braunek w roli Izabeli mi nie przeszkadza, no może z wyjątkiem ilości tuszu zlepiającego się w grudki na jej rzęsach. Ładnej Marcie Lipińskiej - nie wiadomo dlaczego - przyklejono sztuczne rzęsy drapiące przeciwległą ścianę, a nieładnej Barbarze Wrzesińskiej prawdopodobnie po to, żeby przekonać nas do jej "atrakcyjności". 

Postacie są na ogół żywe, dialogi naturalnie, tempo akcji dobre. Mnóstwo świetnych aktorów i zapadających w pamięć kreacji. Jednak wspomniana słabość - tzn. brak pogłębienia postaci kobiecych pozostaje. Tytułowa lalka jest przez bohatera ostatecznie odrzucona, czytelnik i widz ma mu w tym towarzyszyć. Jak mogła zlekceważyć TAKĄ miłość TAKIEGO człowieka. Tym czasem ten człowiek zlekceważył uczucia wszystkich kobiet na swej drodze, Izabeli Łęckiej pragnie jedynie jako symbolu statusu. Zakochał się w jej urodzie i pozycji społecznej, nigdy jej nie znał i nie był  ciekawy jakim jest człowiekiem. Wzdychał do własnej fantazji na jej temat. (Izabela książkowa nie jest tak odpychająca jak filmowa)

Tymczasem kochała się w nim (dla niego samego) niewinna dziewczyna, Kasia, córka pierwszego pracodawcy - nawet jej nie zauważył. Majętna wdowa, dużo starsza, wzięła go za męża - nie kochał jej ale się zgodził z przyczyn merkantylnych. Piękna pani Stawska, odpowiednia pod każdym względem, jest w nim zakochana i... nic. Podobnie Kazia Wąsowska, którą sam zaliczył do istot swojego gatunku i odbył kilka interesujących rozmów.

Wokulski mnie irytuje, nie mniej niż Izabela. Jest jasne, że z jego miłością coś jest nie tak. Wygląda jakby w wieku lat czterdziestu paru był na etapie rozwoju uczuciowego nastolatka. Fakt, że jego "ukochana" pozycją społeczną tak bardzo nad nim góruje, wskazuje raczej na to, że to owa pozycja jest obiektem jego prawdziwego pożądania... Kiedy utyskuje nad płytkością panien na wydaniu i ich manipulacyjnymi sztuczkami, Kazia Wąsowska przypomina mu jak mężczyźni postrzegają naiwne, prostoduszne dziewczęta, nie wprawione w sztuce kokieterii i że to oni sami produkują owe Izabele, których zdobywaniem mogą sobie urozmaicać czas wolny...

Stach Połaniecki natomiast opisując swój ideał żony stwierdza, że musiałaby być "ogromnie dobra i strasznie kochana". Dokładnie taka mu się trafia, a uczucie do niej znacząco się zmniejsza na skutek znudzenia jeszcze przed ślubem. Nic zatem dziwnego, że zdradza ją ochoczo, kiedy nieco straciła na urodzie w pierwszej ciąży...

Wszystko to przygnębiłoby mnie, gdybym była młodą osobą marzącą o "prawdziwej miłości" i opartym na niej małżeństwie "bratnich dusz". To bardzo przyjemna fantazja, ale z życiem nie ma związku. Na szczęście od dawna ten temat mnie nie dotyczy. Patrząc z perspektywy czasu na swoje młodzieńcze oczekiwania względem życia widzę jasno, że nie mogły być spełnione... Miłość, o jakiej marzyłam po prostu nie istnieje.