Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sienkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sienkiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 grudnia 2025

Jeszcze o Magdzie Umer i produkcji komunistycznych elit

Dooglądałam film Magda z 1993 https://youtu.be/dmLfgiZGLZ4 do końca, a tam gdzieś przy końcu najciekawszy wątek - produkcja komunistycznych elit! 

Magda Umer opowiada, że chodziła do komunistycznego żlobka, komunistycznego przedszkola i komunistycznej szkoły (podstawowej i średniej w jednym?) i w związku z tym po raz pierwszy zetknęła się z jakimikolwiek odniesieniami do chrześcijaństwa dopiero na studiach polonistycznych!!! Nie miała na przyklad pojęcia o jaki krzak gorejący może chodzić!!!

Co to w praktyce oznacza?

  1. Musiały istnieć (i pewnie nadal istnieją) specjalne żłobki, przedszkola i szkoły (podstawowe i średnie) dla dzieci nomenklatury i SB-ków.
  2. Z programu tych szkół wycięto większość historii i literatury polskiej, a nauczano np historii komunizmu? Żydów? ZSSR?
  3. Komuniści ewidentnie zainspirowali się angielskimi szkołami publicznymi (tzn prywatnymi w naszym rozumieniu), których głównym zadaniem jest produkcja elit. Te elity miały być kulturowymi cudzoziemcami w kraju, poddanym ich władzy!

Najciekawsze, że Magda chodziła do klasy humanistycznej z łaciną. Jak w klasie humanistycznej można ominąć 90% literatury polskiej pozostaje dla mnie tajemnicą. Jakiej historii tam uczono?

Każdy uczeń liceum już w pierwszej klasie styka się z tekstem Bogurodzicy, Rozmowy Mistrza Polikarpa ze śmiercią, Legendy o św. Aleksym, Pieśni o Rolandzie itp. O poezji Kochanowskiego już nie wspominam. A co z Sienkiewiczem? Jak można czytać np Potop i się nie zauważyć odniesień do chrześcijaństwa? A wielcy romantycy? A Norwid? 

Nawet jeśli nie uczyli się o literaturze polskiej, to w każdej innej europejskiej - z rosyjską włącznie - jest dokładnie to samo! Czy przygotowano dla nich ocenzurowane wersje lektur? (Nowacka chce to teraz wprowadzić we wszystkich szkołach !)

Stanisław Krajski opowiada w jakimś filmie o swojej polonistce-komunistce z liceum, która nie rozumiała, co oznacza zdanie "niech się mury Jerycha porozwalają jak kłody" z wiersza Norwida i miała dziwne pomysły interpretacyjne (niestety, nie przytacza jakie). 

Sama pracowałam w Liceum Sióstr Urszulanek z polonistką, która nie miała żadnej wiedzy (albo śladową) na temat Pisma Świętego Nowego i Starego testamentu i nie rozumiała żadnych odniesień do postaci biblijnych (typu Tobiasz i Sara z Księgi Tobiasza). Nie czytała też Tolkiena, bo - jak wyjaśniła - jest "tradycjonalistką". Do jakiej "tradycji" się odwoływała?

Antoni Macierewicz przy jakiejś okazji opowiadał, że podczas weryfikacji WSI (chyba) zetknął się z bardzo inteligentnymi i wykształconymi ludźmi, których wiadomości z historii Polski ograniczały się do losów pojedynczych komunistów. Mieli zupełnie inaczej umeblowane mózgownice niż większość obywateli naszego kraju, gdyż zapewne byli produktami takich właśnie szkół, o jakich mówiła Magda Umer.

Ciekawe, że PRLowska literatura i filmy dla młodzieży pełne są postaci, których realia życiowe drastycznie odbiegają od sytuacji potencjalnego czytelnika czy widza. Mam na myśli różne Jeziora osobliwości, Szaleństwa Majki Skowron czy inne Jowity. Ten ostatni film nakręcony został na podstawie powieści Dygata (scenariusz Konwickiego), reżyserowany przez Morgensterna, główne role zagrali Daniel Olbrychski, Barbara Kwiatkowska i Kalina Jędrusik. Kultura PRLu w pigułce - sami swoi. Od dyżurnych literatów systemu poprzez reżysera właściwego pochodzenia (etnicznego) do piękności "poziomych" robiących karierę przez łóżko...

Tak mi się skojarzyło przy okazji opowieści Magdy Umer o jej paczce z liceum. Wspomniała na przykład, że kiedy pokłóciła się z chłopakiem i na studniówce tańczyła z kimś innym, wszyscy nauczyciele byli bardzo zmartwieni i usiłowali młodych pogodzić. 

Czy ktoś widział coś takiego w realnym życiu? To brzmi jak żywcem wyjęte z jakigoś PRLowskiego filmu dla mlodzieży typu Beata, albo ten, gdzie niunia zgubiła zegarek, czy też serial z Pacułą - pracującą w szpitalu - w roli głównej. Niestety, nie pamiętam tytułów tych wybitnych dzieł...

Morał z tej historii jest taki, że - przypuszczalnie - te szkoły nadal istnieją pod zmienionym szyldem i nadal hoduje się tam elity kompradorskie, potrzebne do zarządzania kolonią z nadania brukselskiej/berlińskiej metropolii. To jest odpowiedź, skąd się bierze owo wykazywane w sondażach ok. 16 % społeczeństwa, które nienawidzi polskości albo - co najmniej - się z nią nie identyfikuje. 

To jest odpowiedź, skąd się biorą politycy, którzy nie wiedzą ilu jest królów albo jednemu z nich nadają imię Belzebub. To wyjaśnia skąd się biorą posłanki tak słabo znające język polski, że potrafią krzyczeć hasło "dość dyktatury kobiet" mając na myśli coś wręcz przeciwnego... 

P.S.

Sprawdziłam liceum Magdy Umer, to XIV LO im. Staszica w Warszawie, które w latach 1953-1990 nosiło imię Klementa Gottwalda. W rankingu Perpektyw z 2024 pierwsza szkoła w Polsce i pierwsza w Warszawie! Wśród znanych absolwentów Jerzy Urban, Helena Łuczywo, tatuś Nowackiej (Jerzy), Jan Lityński, Wanda Rapaczyńska, Marek Borowski i Magda Umer. 

Jest oczywiście wielu zacnych absolwentów przedwojennych, gdyż szkoła powstała w 1906, a w czasie okupacji prowadziła tajne komplety. I tak szacowną instytucję z tradycjami komuchy zamieniły na wylęgarnie swoich elit, które kończąc klasę humanistyczną nie miały nigdy kontaktu z literaturą polską!!! Bo jak to inaczej rozumieć? Kiedyś byl inny program? Bez Kochanowskiego i Mickiewicza? Nie wierzę!!!

środa, 12 czerwca 2024

Krajobraz po eurowyborach

 Jak tam po wyborach do PE?

Ja odnotuje tylko kilka szczegołów

  • Reprezentacja lewicy: państwo Biedroń-Śmiszek i wiceministra kultury Szajbus-Wielgi - która nie słyszała o dyrektywie budynkowej i dobrze jej z tym - mówi wszystko o wyborcach, skali poparcia i profitentach tego rodzaju ugrupowań
  • Gosiewska zamiast Saryusza-Wolskiego! Prezesie Kaczyński shame on you za układanie list!
  • Budka z największą ilością głosów, Pogłos Kierwiński, Joński, Scerba, Gasiuk-Pihowicz, Ślązakowiec-Nie-Polak Kohut oraz przemęczony Sienkiewicz - jest moc!
  • Oficer prowadzący Szymusia uciekł do Brukseli porzucajac swego podopiecznego na pastwę koalicjantożernego Tuska! Dzięki temu Róża von und zu, co strasznie imponuje mu, tym razem nie weszła!
  • Miałeś Kosiniaku-Kamyszu złoty róg, mialeś czapkę z piór, zostało ci się ino dwóch europosłów!!!
  • Ale że Sośnierz nie wejdzie! Szkoda! Bryłka robi dobre wrażenie - super merytoryczna kobieta, a Braun wiadomo! Może i tam zgasi wiadomo co!

Wszyscy się zastanawiali dlaczego onet odpalił njusa o skuciu żołnierzy na granicy przed wyborami i teraz jasne - konsumpcja przystawek! 

Kurwa-Szatan i Ochujska zlożyly kondolecje rodzinie zabitego (przez syryjskie brzemienne kobiety) żołnierza Mateusza Sitko. To jest klasa, te dwie zawsze umieją się zachować!

Nóż przyczepiony do drąga był wymazany fekaliami, żeby ugodzony nim dostał sepsy i umarł nawet przy lekkiej ranie!

Widziałam 2 filmy opublikowane przez obywateli RP (raczej FR). W końcu wiem jakiego rodzaju nagranie tak poruszyło wrażliwe serduszko Kurwy-Szatan. Kręcone jest z białoruskiej strony. Grupa muzułmańskich mężczyzn wepchnęla 2 kobiety i 2 dzieci przez dziurę w płocie z koncertiny na polską stronę granicy. Te wrzeszczą wnieboglosy, chociaż nikt nie robi im krzywdy. Żolnierze mocno zażenowani usiłują zawrócić drące się kobiety tą samą drogą na bialoruską stronę. Te wzmagają swoje wrzaski na potrzeby filmu. Dzieci są na tyle małe, że ich płacz (ze strachu) może być autentyczny. Mężczyźni filmują i komentują swobodnie. Trochę pokrzykują na kobiety (pewnie żeby bardziej się darły) a trochę sie śmieją miedzy sobą. Czasem pada nieśmiertelne "we are dying" albo "no humanity" powtarzane zgodnym chórem dla potrzeb europejskiego odbiorcy.

Bardzo marne aktorstwo, typowa bliskowschodnia mentalność - kobiety i dzieci w charakterze żywych tarcz - i jasny (propagandowy) cel całej produkcji. Widać wyraźnie, że sytuacja została zaaranżowana, żeby coś takiego nakręcić.

W końcu rozumiem o co chodzi z bagnami dzięki Gwiazdowskiemu debatującemu z Matczakiem na kanale zero. Otóż ci ludzie idą przez bagna do naszej granicy, a SG zawraca ich w tym samym miejscu, gdzie przez nią przeszli, czyli wracają po swoich śladach. Gwiazdowski przytomnie stwierdził, że skoro  przez te bagna raz przeszli, to pewnie uda im sie drugi raz. Matczak uważa, że do płotu za łatwo dojść, a jednocześnie zawracanie na bagna niehumanitarne. Rodzi się więc pytanie: jeśli tak łatwo dojść w jedną stronę, to dlaczego w drugą jest "skazaniem na śmierć"?

Po jednej stronie mamy żołnierzy obrzucanych kamieniami, konarami, dźganych nożami na kijach  (jeden umarł, drugi ma złamaną podstawe czaszki i oczodół, trzeci pokiereszowaną "tulipanem" twarz i stracił oko) a po drugiej białoruskie propagandowe filmiki, którymi podniecają się celebrytki o małych rozumkach, a potem płaczą, że spotkał je "hejt" i nadętych bufonów pełnych moralnej wyższości. Bardzo to wszystko smutne i przewidywalne.

Jestem absolutnie pewna, że te wszystkie grupy granica i obywatele FR powinny być pod stałym nadzorem służb, jeśli takie jeszcze istnieją i są lojalne wobec RP.


czwartek, 11 stycznia 2024

Czy prezydent Duda jest bezpieczny?

Za poprzedniego Tuska prezydent Kaczyński był ośmieszany, umniejszany, a jego decyzje sabotowane. Co więcej Tusk grał przeciw niemu z naszym odwiecznym wrogiem - Rosją. Prezydent Kaczyński zginął i nawet nie bylo żadnego uczciwego śledztwa w celu wyjaśnienia przyczyn katastrofy jego samolotu.

Miesiąc nie minął, a już mamy zapowiedź powtórki tego samego. Zignorowanie prezydenta przy próbie przejecia TVP, odmówienie mu prawa łaski wobec obiektów politycznej zemsty i najście jakichś ludzi w mundurach na pałac, który jest przecież domem Agaty i Andrzeja Dudów.

Czy ktoś w ogóle tych ludzi wylegitymował? Przecież to mogły być prywatne łysole Kierwińskiego analogiczne od zbirów Sienkiewicza!

Dlaczego ochrona prezydenta nie zareagowała na podejrzany autobus blokujący wjazd do pałacu. Przecież to mogl być zamach. Czy te ścierwa zapomniały, że mamy wojnę za wschodnią granicą i jesteśmy sojusznikami jednej ze stron?

środa, 20 grudnia 2023

Pakt migracyjny klepnięty pod osłoną przejęcia TVP





Sienkiewicz przejmuje TVP, a tymczasem w Brukseli za zgodą Tuska klepnięto pakt migracyjny. Mamy to dzięki infantylnym debilom, którzy nie wzięli udziału w referendum!!! Nie chcę nawet pisać co bym z nimi zrobiła!


Relokacja rulez w uśmiechniętej Polsce ośmiu gwiazdek. 



sobota, 8 maja 2021

O serialach kostiumowych i kobietach w literaturze.

Tak się ostatnio złożyło, że obejrzałam 3 pod rząd seriale kostiumowe: Flambards zrealizowany przez Yorkshire TV z 1979 i dwa PRL-owskie: Rodzinę Połanieckich i Lalkę. Wszystkie scenariusze pisane są na podstawie powieści, w przypadku polskich z epoki, o której opowiadają. Nie wiem jak rzecz ma się z angielskim Flambards, a chwilowo nie chce mi się sprawdzać. Faktem jest, że nazwisko autorki widziałam po raz pierwszy w życiu i nie zapamiętałam. 

W literaturze angielskiej pełno jest piszących kobiet - wybitnych i całkiem przeciętnych, a każda z nich ma do opowiedzenia interesującą historię pisaną ze specyficznego punktu widzenia. Jeżeli weźmiemy postacie sztandarowe jak Jane Austen czy siostry Bronte, to rzuca się w oczy, że stosunkowo niska pozycja społeczna i towarzyska - niezamężnej ubogiej krewnej lub guwernantki - predestynuje je do roli obserwatora i kronikarza ignorowanego przez obiekty swojego zainteresowania. Jeśli dodać do tego głębszą znajomość ludzkiej natury właściwą kobietom, intuicję i inteligencję, (w przypadku Jane Austen też dowcip i pewną dozę złośliwości) to efekt musi być interesujący i satysfakcjonujący dla czytelnika. Można obśmiać miałkość intryg ich utworów, ale portrety postaci, mechanizmy rządzące zachowaniem indywiduów i grup są oddane znakomicie. Oczywistą rzeczą są żywe i przekonywujące postacie kobiece, przedstawione w całym swoim bogactwie.

Jeżeli porównamy je z heroinami powieści pisanych przez mężczyzn, to widać wyraźną przepaść. Nie utkwiła mi w pamięci ani jedna bohaterka Dickensa, z Thackeraya jedynie Becky Sharp z Targowiska Próżności i to zapewne z racji wyroku potępienia wydanego na nią przez autora. W Kobiecie w bieli Wilkie Collinsa, główna bohaterka poza słabością i urodą nie ma żadnych właściwości, zdecydowanie ciekawszą postacią jest jej nieładna, ale inteligentna, odważna i energiczna kuzynka. W Ivanhoe Waltera Scotta wybranka tytułowego bohatera, lady Rowena, praktycznie nie istnieje, o wiele bardziej żywa jest żydówka Rebeka, której miłość z wiadomych względów sir Wifrid musi odrzucić. A u Tolkiena, poza wzgardzoną przez Aragorna Eowyn z Władcy Pierścieni postaci kobiecych praktycznie nie ma. 

Podobne zjawisko zachodzi w literaturze polskiej. Z kobiet Sienkiewicza można zapamiętać najwyżej Baśkę, no ewentualnie Oleńkę z racji wysokich wymagań moralnych jakie postawiła swemu narwanemu narzeczonemu (co mu zresztą wyszło na dobre). Helenę pamiętamy z powodu firanek rzęs i omdleń na podobieństwo podciętego kwiatu. Krzysia miała wąsik, Anusia kręciła fartuszkiem, czym pogrążała kolejnych kawalerów, a przez ciało Ligii przeświecało słońce, gdy Winicjusz zobaczył ją po raz pierwszy.

Zosię z Pana Tadeusza pamiętamy jedynie z powodu sukienki gotowej do założenia, w której zakochał się tytułowy bohater, zanim zobaczył właścicielkę.( Podobno nieszczęśliwa miłość Mickiewicza do Maryli Wereszczakówny miała podobny początek) Telimena, znacznie bardziej wyrazista, jest przez autora dość bezlitośnie obśmiana.

Wniosek z tego prosty - kobieta jako człowiek mężczyzn nie interesuje. W roli amantki ma się sprowadzać jedynie do urody i młodości. Nieco większym bogactwem mogą być obdarzone postacie kobiece, które bohater literacki odrzuca, lub które autor zamierza obśmiać, względnie potępić.

Ta poważna słabość powieści pisanych przez mężczyzn jest jeszcze wyraźniej widoczna w ich ekranizacjach. Rodzina Połanieckich jest tego dowodem. Dialogi bohaterów często kręcą się wokół konkretnych pań lub kobiet w ogóle (jak bardzo są niezrozumiałe), jednak żadna z licznych bohaterek nie zapada widzowi w pamięć. A już szczytem wszystkiego jest romans głównego bohatera z żoną przyjaciela, która wypowiada przez cały serial jedno zdanie. Kiedy dziobaty Stach Połaniecki oświadcza "ja panią kocham" widz spada z krzesła z zaskoczenia. Bardzo dziwna jest miłość małej dziewczynki. Lidki, do głównego bohatera i przyjaźń łącząca go z jej matką, młodą wdową - uosobieniem anielskości. Bardzo to męczące przedstawienie. Widzimy aktorki obnoszące swoje starannie uszyte kostiumy i słyszymy sądy o nich wypowiadane przez aktorów starających się, żeby brzmiało to naturalnie. To się, niestety, na ogół nie udaje. Nawet dobrzy aktorzy jak Pawlik nie są w stanie zagrać przekonywująco swojej roli, tak papierowi i udziwnieni są bohaterowie.

Lalka jest o niebo lepszą powieścią i serialem, Pawlik jako subiekt Rzecki to mistrzostwo świata, a i Kamas jako Wokulski jest niezły. Nawet Braunek w roli Izabeli mi nie przeszkadza, no może z wyjątkiem ilości tuszu zlepiającego się w grudki na jej rzęsach. Ładnej Marcie Lipińskiej - nie wiadomo dlaczego - przyklejono sztuczne rzęsy drapiące przeciwległą ścianę, a nieładnej Barbarze Wrzesińskiej prawdopodobnie po to, żeby przekonać nas do jej "atrakcyjności". 

Postacie są na ogół żywe, dialogi naturalnie, tempo akcji dobre. Mnóstwo świetnych aktorów i zapadających w pamięć kreacji. Jednak wspomniana słabość - tzn. brak pogłębienia postaci kobiecych pozostaje. Tytułowa lalka jest przez bohatera ostatecznie odrzucona, czytelnik i widz ma mu w tym towarzyszyć. Jak mogła zlekceważyć TAKĄ miłość TAKIEGO człowieka. Tym czasem ten człowiek zlekceważył uczucia wszystkich kobiet na swej drodze, Izabeli Łęckiej pragnie jedynie jako symbolu statusu. Zakochał się w jej urodzie i pozycji społecznej, nigdy jej nie znał i nie był  ciekawy jakim jest człowiekiem. Wzdychał do własnej fantazji na jej temat. (Izabela książkowa nie jest tak odpychająca jak filmowa)

Tymczasem kochała się w nim (dla niego samego) niewinna dziewczyna, Kasia, córka pierwszego pracodawcy - nawet jej nie zauważył. Majętna wdowa, dużo starsza, wzięła go za męża - nie kochał jej ale się zgodził z przyczyn merkantylnych. Piękna pani Stawska, odpowiednia pod każdym względem, jest w nim zakochana i... nic. Podobnie Kazia Wąsowska, którą sam zaliczył do istot swojego gatunku i odbył kilka interesujących rozmów.

Wokulski mnie irytuje, nie mniej niż Izabela. Jest jasne, że z jego miłością coś jest nie tak. Wygląda jakby w wieku lat czterdziestu paru był na etapie rozwoju uczuciowego nastolatka. Fakt, że jego "ukochana" pozycją społeczną tak bardzo nad nim góruje, wskazuje raczej na to, że to owa pozycja jest obiektem jego prawdziwego pożądania... Kiedy utyskuje nad płytkością panien na wydaniu i ich manipulacyjnymi sztuczkami, Kazia Wąsowska przypomina mu jak mężczyźni postrzegają naiwne, prostoduszne dziewczęta, nie wprawione w sztuce kokieterii i że to oni sami produkują owe Izabele, których zdobywaniem mogą sobie urozmaicać czas wolny...

Stach Połaniecki natomiast opisując swój ideał żony stwierdza, że musiałaby być "ogromnie dobra i strasznie kochana". Dokładnie taka mu się trafia, a uczucie do niej znacząco się zmniejsza na skutek znudzenia jeszcze przed ślubem. Nic zatem dziwnego, że zdradza ją ochoczo, kiedy nieco straciła na urodzie w pierwszej ciąży...

Wszystko to przygnębiłoby mnie, gdybym była młodą osobą marzącą o "prawdziwej miłości" i opartym na niej małżeństwie "bratnich dusz". To bardzo przyjemna fantazja, ale z życiem nie ma związku. Na szczęście od dawna ten temat mnie nie dotyczy. Patrząc z perspektywy czasu na swoje młodzieńcze oczekiwania względem życia widzę jasno, że nie mogły być spełnione... Miłość, o jakiej marzyłam po prostu nie istnieje.







poniedziałek, 8 lutego 2021

Nie wierzę w "miłość lesbijską", czyli przypadek królowej Krystyny Szwedzkiej

Obejrzałam jakąś prezentację o królowej Krystynie Szwedzkiej na YouTube i mimo nachalnej sugestii, że jest to wypisz wymaluj wczesna feministka i lesbijka zarazem, zainteresowałam się tematem. Zwłaszcza zaciekawił mnie fakt odnalezienia przez młodą dziewczynę w protestanckim kraju w XVII w. drogi do katolicyzmu. Trudno sobie wyobrażać, że ktoś ją do tego zachęcał. Sama musiała znaleźć jakieś pisma i wciągnęły ją do tego stopnia, że przemyciła do kraju dwóch jezuitów, z którymi debatowała i od których uczyła się, aby w końcu się nawrócić.

Szukałam więc jakichś szczegółów na temat tej zadziwiającej drogi duchowej, ale każdy kolejny materiał przypisywał jej związki "seksualne" z kobietami i inne podobne brednie. Na podstawie czego? Ano Krystyna miała podobno widoczne owłosienia na twarzy, często ubierała się jak mężczyzna, jeździła po męsku na koniu i jej sposób wyrażania był uznawany za odpowiedni raczej dla mężczyzn (a konkretnie żołnierzy) niż dam. Co więcej miała przyjaciółkę Ebbę Sparre zwaną "la belle comtesse", z którą dzieliła łoże!!! Nie omieszkała poinformować o tym angielskiego ambasadora, jak to XVII- wieczne szwedzkie lesbijki miały w zwyczaju!! Nie paliła się do małżeństwa ze swoim kuzynem, choć to obiecała. W końcu ustanowiła go swoim następcą, a sama abdykowała, wyjechała do Rzymu i przeszła na katolicyzm, czym zamknęła sobie drogę powrotu do ojczyzny. Co gorsza, pisała do końca życia listy do Ebby, przyjaciółki swej młodości, zapewniając ją o dozgonnej miłości.

Co robi z takimi wiadomościami feministka pisząca "herstory"? Nie mając żadnej wiedzy (podkreślam ŻADNEJ, nie tylko fachowej) o epoce, projektuje na nieszczęsną kobietę, która się nie może bronić. swoje miazmaty rodem z gender studies. Ponieważ jej odbiorcy też nie mają ŻADNEJ wiedzy, gotowi są te bzdury łyknąć, zwłaszcza, że taki "trynd". Skoro homoseksualizm jest zjawiskiem naturalnym i rozpowszechnionym (jak głosi ich dogmat), więc w każdej epoce musi być mnóstwo przypadków - trzeba je tylko odnaleźć (to znaczy przypisać jakiejś nietuzinkowej postaci).

Ludzie z mojego pokolenia w większości znają Pana Wołodyjowskiego Sienkiewicza, jeśli nie z lektury to z filmu kinowego lub telewizyjnego serialu "Przygody Pana Michała". Jest tam scena, gdzie Basia i Krzysia przed pójściem spać omawiają wydarzenia dnia. Rozbawiona Baśka udając Ketlinga rzuca się się przed towarzyszką na kolana i wygłasza owo sławne "tak waćpannę miłuje, że dychać nie mogę, pieszo, konno i po szkocku" itd. Krzysia najpierw się śmieje, potem płacze, a potem przytula i całuje Basię. Jak zinterpretowałaby to feministka-"herstoryczka"? Nietrudno sobie wyobrazić - Krzysia płacze na wspomnienie awansów mężczyzny, gdyż serce jej pragnie tylko Baśki, która - UWAGA! - zaineresowana jest głównie szermierką, jazdą konną i własnoręcznie ubiła Tatara! Śmieszne? Owszem,  ale zarazem straszne!

A Krystyna córka Lavransa Sigrid Undset dzieląca łoże z Ingebjorgą przez cały czas pobytu w klasztorze? Dziewczyny mają wprawdzie nakazane noszenie koszul dla skromności ale jednak!!! Ta sama Krystyna odwiedzając rodzinę narzeczonego - Szymona Darre - sypia z jego siostrą. Co gorsza cała rodzina śpi w jednym pomieszczeniu i jej niedoszła teściowa obserwuje jak syn podchodzi do Krystyny i niezgrabnie próbuję dotknąć jej piersi pod przykryciem. Jest niezadowolona z oziębłości z jaką zostaje przyjęty!!! Skąd ta oziębłość? Nie trudno odgadnąć! Wiadomo - lesbijka!!! A sam Szymon? Czyż gdzieś pod koniec ksiązki nie dzieli łoża z Erlendem?  Wiadomo, Erlend uwiódł mu wprawdzie  narzeczoną, ale tak naprawdę chodziło o Szymona, to przecież jasne!

A ty czytelniczko! Czyż nocując u koleżanki/kuzynki nie spałaś z nią w jednym łóżku? Czyż nie zapewniałaś osoby, którą uważałaś za przyjaciółkę o DOZGONNEJ przyjaźni? Może nawet posunęłaś się do wpisu w jej pamiętniku w tonie: "Na górze róże, na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki" zilustrowanego dwoma czerwonymi, połączonymi sercami?!! A widzisz, ty także zaliczasz się do społeczności LGBTQ.......XYZ czy chcesz tego, czy nie!!!

A ty czytelniku, czy nigdy nie wziąłeś do łóżka swojego psa, kiedy był szczeniakiem i piszczał z tęsknoty za matką i rodzeństwem? Jak więc cię nazwać? Pedofilo-zoofilem czy pedo-zoo-filem? Nie martw się jednak i posłuchaj mojego wyznania. Otóż bardzo przywiązana byłam do RÓŻOWEGO kubka, który dostałam od siostry. Piłam z niego herbatę i inne płyny dotykając krawędzi USTAMI. Niestety upadł i rozbił się. Skleiłam więc go i postawiłam na szafie. Kim mnie to czyni? Fetyszystko-nekrofilką?

A ewangeliczna przypowieść o natrętnym przyjacielu, który dobija się w środku nocy z niedorzecznym żądaniem chlebów dla swojego gościa. Jaką słyszy odpowiedź? "Nie naprzykrzaj mi się, bo drzwi są zamknięte i MOJE DZIECI SA ZE MNĄ W ŁOŻU"!!! No to już naprawdę! 

Można się tak bawić się ad nauseam, ale nie zmienia to faktu, że projektowanie na ludzi żyjących w odległych czasach, w rzeczywistej rzeczywistości wykwitów chorych umysłów indywiduów typu Wilhelm Reich  jest po prostu niedorzeczne. Także w dzisiejszych czasach bardzo niewielu ludzi jest seksualnymi maniakami. Bardzo niewielu ludzi po dniu pracy zarobkowej ma nadmiar energii, którą pragnie spożytkować na całkowicie jałową, nieestetyczną i niebezpieczną aktywność homoseksualną. Normalny człowiek kocha wielu ludzi różnej płci(rodzice, dzieci, rodzeństwo, dziadkowie, przyjaciele, mentorzy itp.), stosunki natury romantyczno-seksualnej łączą go tylko z jedną osobą płci przeciwnej (żona lub mąż). Dotyk, przytulanie, obejmowanie i pocałunki w WIĘKSZOŚCI przypadków nie mają charakteru seksualnego. Wyrażają bliskość i czułość, albo są wyłącznie towarzyskim rytuałem. Kwieciste zwroty o dozgonnej przyjaźni lub miłości w listach były standardem m.in w czasach królowej Krystyny i występują również w jej korespondencji z osobami, których nawet nie miała okazji poznać osobiście. Także wśród mężczyzn zwroty typu 'mój piękny kuzynie" były na porządku dziennym (np. w średniowiecznej Francji) i nie znaczyły dokładnie nic.

Owo projektowanie na wszystkich i wszystko dewiacji pewnych niszowych, ale wpływowych środowisk przyprawia mnie o mdłości. Nachalna seksualizacja wszystkiego co się rusza i to koniecznie już od niemowlęctwa, przy czym ma być to seksualność możliwie jak najbardziej pokręcona. Na YouTube mnóstwo filmików nastolatków pot tytułem "My transition" albo "I am detransitioning". To jest szaleństwo albo raczej szataństwo. Nikt mi nie wmówi, że co drugi nastolatek nie wie jakiej jest płci, albo do jakiej płci ma pociąg. Dziewczyno, chłopaku, może po prostu jesteście za młodzi? Czy nie ma ciekawszych rzeczy na świecie dla osób w waszym wieku? Bliskie intensywne przyjaźnie z osobami tej samej płci w młodości nie wskazują na homoseksualizm, tylko są uczeniem się bliskiej relacji, której nie zaburza seks. Czasem trwają całe życie niezależnie od posiadania męża/żony i dzieci.

Im bardziej skomplikowany człowiek, tym dłużej się rozwija i tym później czuje tzw. Wolę Bożą. Dla kobiet często oznacza to nie wejście w związki małżeńskie. W przypadku królowej Krystyny była to najprawdopodobniej kwestia braku odpowiedniego mężczyzny. Kto ma ochotę poślubiać swojego kuzyna?  Z drugiej strony jaki mężczyzna ma ochotę poślubić kobietę, która góruje nad nim dokładnie pod każdym względem?

Czytałam niedawno na Frondzie kąśliwy tekścik o Marcie Lempart, o której nie mam dobrego zdania. Był nawiązaniem do jakiegoś jej "szczerego wywiadu" w prasie zaprzyjaźnionej, w którym wyznaje, że (w szkole średniej chyba) nie miała chłopaka, a wszystkie koleżanki miały, co stało się źródłem jej kompleksów. Wspomina też o jakichś podchodach zakończonych porażką. To wszystko, jak rozumiem, pomogło jej uświadomić sobie odmienną "orientację seksualną". Dopiero na studiach poznała swoją "pierwszą dziewczynę". No cóż, nie kupuję tego. Taka z niej lesbijka jak z koziej d... trąba.

Rafał Ziemkiewicz w swoim ostatnim nagraniu stwierdził, że w dzisiejszych czasach dziewczyna jeszcze nie zainteresowana nachalnie wciskanym jej seksem oświadcza "jestem niebinarna"., co się tłumaczy "jestem dziewicą i póki co, nie mam ochoty tego zmieniać". Przez analogię twierdzenie "jestem lesbijką" w większości (jeśli nie wszystkich) przypadków oznacza po prostu "jestem kobietą samotną, ale nie zniosę, żeby nazywano mnie starą panną". Owe związki lesbijskie są najczęściej jak taniec dwóch kobiet w parze z braku facetów na balu.

Kobiety są warunkowane od dzieciństwa, żeby na dźwięk słów "stara panna" reagować paniką i podejmować najgłupsze z możliwych decyzji, nawet jeśli brak mężczyzny w życiu jakoś specjalnie im nie ciąży. Tymczasem mimo (podobno) mniej więcej równej ilości mężczyzn i kobiet w populacji, nie wszyscy mężczyźni a)nadają się do małżeństwa b)mają odwagę podejść do dziewczyny, która im się podoba. Co z tego wynika? Ano część kobiet pozostanie bez pary! Najczęściej te późno dojrzewające, zbyt wykształcone, za wysokie, mające jakieś wymagania lub "zawyżone" standardy moralne, introwertyczki, nie rozpoznane powołania do życia konsekrowanego itp. Żadna z tych przypadłości nie hańbi człowieka, niektóre wręcz przynoszą zaszczyt.

Powiem wprost: ja po prostu nie wierzę, że istnieje coś takiego jak "związek lesbijski". Jak ów rzekomy pociąg seksualny miałby się wyrażać wobec braku odpowiedniego organu u każdej ze stron? Owszem, dwie kobiety mogą być sobie bliskie, mogą ze sobą mieszkać (także ze względów ekonomicznych), wspierać się i opiekować w chorobie (mnóstwo takich sytuacji opisuje Lucy Maud Montgomery w Ani z Zielonego Wzgórza i Emilce ze Srebrnego Nowiu), ale nie jest to związek natury romantyczno-seksualnej. 

Swoją drogą różnicę w dojrzewaniu do prawdziwych tego rodzaju związków ilustrują losy dwóch przyjaciółek Ani i Diany z Ani z Zielonego Wzgórza. Ania jako dziewczynka marzy przede wszystkim o przyjaciółce. Diana wydaje się jej bratnią duszą, równie górnolotną jak ona sama. Intensywność przeżywania też przyjaźni uszczęśliwiłaby każdą feministkę, zwłaszcza w zestawieniu z uporem z jakim odrzuca Gilberta. Jakie jest zaskoczenie i rozczarowanie Ani, kiedy Diana w wieku lat ok. 16, a może 17 obwieszcza, że wychodzi za mąż za grubawego, poczciwego i mało wzniosłego Alfreda. Trudno nie podejrzewać, że Ania w końcu zdaje sobie sprawę, że przypisywała przyjaciółce swoje własne cechy, a realna Diana jest dobrą i lojalną dziewczyną, ale znacznie prostszą niż ona sama. Ania wyjeżdża na studia, pozyskuje nowe przyjaciółki, które darzy wielkim uczuciem, a także otrzymuje ileś tam propozycji małżeńskich. Po pierwszej gorzko płacze. Nie może się pogodzić z brutalnością pewnych mechanizmów społecznych i ich brakiem związku z romantyczną miłością, jak ją sobie wyobraziła. Pod koniec studiów dopiero, czyli w wieku ok. lat 22 lub 23 Ania pod wpływem dramatycznych okoliczności uświadamia sobie, że kocha Gilberta. Wychodzi za niego dopiero w wieku lat 25. Marta Lempart nie miała do siebie tyle cierpliwości i już na studiach poszukała sobie "pierwszej dziewczyny". Sama Lucy Maud Montgomery wyszła za mąż mając lat 38. W którymś tomie cyklu, prawdopodobnie w Ani z Avonlea, bohaterka dzieli się z czytelnikiem zabawnymi wypowiedziami swoich uczniów. Jedna dziewczynka na pytanie kim chciałaby być w przyszłości odpowiada: "wdową". Poproszona o wyjaśnienie tłumaczy cierpliwie: "Jak jesteś starą panną ludzie się z ciebie śmieją, a jak masz męża to cię tłucze". Wdowa ma spokój od obu tych przykrych okoliczności, może cieszyć się swoją niezależnością i zarazem szacunkiem należnym zamężnej kobiecie. Wydaje mi się, że tak zwanym lesbijkom w rodzaju Marty Lempart chodzi dokładnie o to samo!!! 

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Quo vadis? x 3

W ramach mojej acedii obejrzałam sobie 3 ekranizacje Quo vadis pod rząd.
Pierwszą - z 1951 z Robertem Taylorem i Deborah Kerr - oglądałam za czasów PRLu 3 razy: w kościele w Międzyzdrojach, w sali katechetycznej przy kościele św. Klemensa Dworzaka we Wrocławiu i w podziemiach konwiktu na KULu w Lublinie. Do dziś pamiętam te emocje... Miałam nawet pewną obawę, że po latach film wyda mi się po prostu śmieszny, ale nie. Ma oczywiście wszystkie wady hollywoodzkich produkcji tego czasu - fatalne dekoracje, koszmarną muzykę, a kostiumy, makijaż i fryzury pominę miłosiernym milczeniem. Oczywiście scenarzysta poszalał z dialogami i nieco skomplikował intrygę wprowadzając romans Winicjusza z Poppeą, ale zasadniczo film opowiada historię znaną z powieści Sienkiewicza. Pierwsza część dość frywolna, gdzie oglądamy zbytek, zepsucie, namiętność itp. przechodzi w drugą zdecydowanie bardziej poważną, gdzie widzimy życie codzienne pierwszych chrześcijan a la Hollywood i stopniowe nawrócenie głównego bohatera, wszystko zakończone dramatycznym finałem i cudownym ocaleniem głównej bohaterki. Jest sporo całkiem dobrego aktorstwa jak np. Peter Ustinov w roli Nerona, a nawet para głównych bohaterów jest dość przekonywująca, nawet jeśli Robert Taylor gra Winicjusza dokładnie tak samo jak wszystkich swoich poprzednich amantów, nie wspominając o eternal middle-age, którym jest obdarzony....

Quo vadis Kawalerowicza z 2001 oglądałam wielokrotnie i zostało w mojej pamięci jako ekranizacja modelowa z rewelacyjnymi wnętrzami, plenerami, kostiumami i generalnie dbałością o szczegół historyczny, najwierniejsza jeśli chodzi o przebieg akcji i dialogi. Wszystko to prawda, ale uderzyła mnie tym razem zupełnie beznadziejna gra Pawła Deląga zwłaszcza na początku, nad Magdaleną Mielcarz, ani nad Kubackim w roli Ursusa nie będę się wyzwierzęcać mając w pamięci, że nie są aktorami i inne względy zadecydowały o ich obsadzeniu. Trzeba przyznać, że wizualnie prezentują się świetnie. Rzadko ogląda się na ekranie autentyczną urodę taką jak młoda Mielcarz (tylko zdecydowanie nie powinna się odzywać). Jednak nasi młodzi i prawdziwie piękni bohaterowie nie są tak przekonywujący jak starszy od nich o 20 lat Robert Taylor i Deborah Kerr ze sztucznymi rzęsami, uczernionym brwiami i dopiętymi włosami. Natomiast wszystkie pozostałe gwiazdy ekranu - może z wyjątkiem Majchrzaka w roli Tygellina - grają samych siebie Bajor gra Bajora, Linda Lindę, Trela Trelę a Pieczka Pieczkę. Jego św. Piotr mógłby być spokojnie Jańciem Wodnikiem i odwrotnie. W ogóle przedstawianie świętych na filmie jest przedsięwzięciem skazanym na niepowodzenie, gdyż doświadczenie świętości czy obcowania ze świętością jest raczej rzadkie i twórcy filmowi zdani są na swoje własne wyobrażenia na ogół dość zabawne - a to mówienie trzęsącym się głosem, a to wznoszenie oczu w niebo i temu podobne figle.
Poza tym uderzyła mnie sztuczność dialogów, zwłaszcza partii Petroniusza, które są dość wierne wersji sienkiewiczowskiej. Wszystkie te porównania manier, upodobań i umiejętności Winicjusza do kowala, cieśli, tkacza, kamieniarza brzmią dość idiotycznie, zwłaszcza w filmie gdzie prości ludzie, w tym rzemieślnicy, są bohaterami pozytywnymi.
Generalnie byłam lekko rozczarowana, choć nadal widzę wszystkie walory tego filmu.

Trzecia wersja - włoski miniserial z międzynarodową obsadą z 1985 - zniesmaczyła mnie gruntownie. Nasz osławiony minister Sienkiewicz powinien domagać się usunięcia z czołówki nazwiska swego pradziada i zmiany tytułu. Zawsze się zastanawiam dlaczego ktoś usiłuje swój własny pomysł przemycić jako ekranizację czyjejś powieści tylko dlatego, że zapożyczył imiona niektórych bohaterów.  Jest  to autorska wizja konfrontacji chrześcijaństwa z Rzymem pogańskim, gdzie obie strony są równie mroczne i odrażające.  Główni bohaterowie o imionach zapożyczonych z Sienkiewicza to pechowa, niezrównoważona, chuda dziewczynina, która przez większość czasu od pierwszego odcinka siedzi w więzieniu patrząc w jeden punkt i miniaturowy ubogi żołnierz, który z niezrozumiałych względów się jej czepił.
Jeśli chodzi o intrygę to czego tam nie ma! - 4 spiskowców zbyt niezdecydowanych, aby działać, prefekt - homoseksualista prowadzący śledztwo i przesłuchujący Ligię w więzieniu, a potem zamordowany, Petroniusz prowadzący śledztwo w sprawie zamordowanego prefekta, Max von Sydow jako św. Piotr, Klaus Maria Brandauer jako Neron, Tygellinus jako człowiek szlachetny broniący Rzymu przed upadkiem, Poppea jako kobieta skrzywdzona i temu podobne pomysły.
Jedna z najukochańszych lektur mojej młodości szpetnie spostponowana, oblepiona czymś paskudnym!

Nawiasem mówiąc to jest chyba ten moment kiedy w kinematografii nastąpił wyraźny zwrot - zaczęły się filmy najpierw subtelnie, a potem nachalnie antychrześcijańskie. To wyraźnie widać na przykładzie ekranizacji innej lektury mojej młodości Ivanhoe Waltera Scotta. W wersji z lat 50-tych (z Robertem Taylorem w roli tytułowej oczywiście) Brian de Bois-Gilbert nie jest templariuszem - czarny charakter nie mógł przecież nosić płaszcza z krzyżem! Wersji z lat 80-tych z Samem Neilem nie mogę nic zarzucić - jest po prostu dobrze zrobioną ekranizacją klasyki, gdzie akcenty rozłożone są tak jak w literackim pierwowzorze. Natomiast serial BBC z lat 90-tych jest jawnie antychrześcijański - templariusze to banda wyjątkowo odrażających degeneratów itp. itd.

Wracając do Quo vadis, to zawsze grozą napawało mnie prześladowanie pierwszych chrześcijan, jego okrucieństwo i brutalność. Nigdy nie spodziewałam się, że będę żyć w czasach, gdzie zamordowano i nadal morduje się n-krotnie więcej chrześcijan niż w Rzymie czasów Nerona, który to fakt nie może przebić się do opinii publicznej karmionej fikcyjnymi problemami.