Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Katolicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół Katolicki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 lipca 2021

Taki mamy klimat (duchowy)

Ponowna lektura Nie krocz za mną - najbardziej interesującej książki ostatniej dekady - uruchomiła we mnie lawinę wspomnień. Lata 90-te ubiegłego wieku. W każdej szkole podstawowej w wynajętej sali uczeń Sri Chimnoya, hinduskiego guru robiącego kasę na Zachodzie uczy zacofanych Polaczków  medytacji. Na Łokietka  regularna szkoła dla czarownic, gdzie można studiować radiestezję, reiki i Bóg wie co jeszcze, weekendowe kursy z doskonalenia umysłu metodą da Silvy prowadzi pracownik naukowy Politechniki Wrocławskiej (o ile dobrze pamiętam). 

W każdej księgarni wśród bogatej oferty New Age książki lamy Ole Nydahla, a na każdym słupie ogłoszeniowym plakaty reklamujące jego wykłady. To duński uczeń XIV Karmapy, głowy szkoły Karma Kagju, jednej z czterech sekt buddyzmu tybetańskiego. W Polsce prowadzi działalność misjonarską, zakłada liczne ośrodki "diamentowej drogi" w tym dzikim i ciemnym kraju, po czym pisze o tym książki. 

Nie byłam na ani jednym wykładzie, ale książki podczytywałam w ramach mojego ówczesnego zainteresowania Tybetem. Znacznie więcej niż o duchowej tradycji tego kraju można dowiedzieć się o samym  "lamie Ole", który bardzo eksponuje swoje cechy samca alfa. Romanse, szybka jazda samochodem i typ wyznawców, którzy mogliby służyć w kompanii reprezentacyjnej jakiejś armii, a wyznawczynie biegać na wybiegach na pokazach mody. Żadnego "kościółkowego" obciachu (choć liczne kiczowate symbole i rekwizyty buddyjskie widoczne na każdym zdjęciu), to oferta dla inteligentnych i otwartych młodych ludzi. Tacy ludzie źle się czują w Kościele Katolickim z jego dziwacznymi rytuałami i wierzeniami, ale nie mają żadnych oporów, żeby wierzyć, że czarna korona Karmapy wykonana jest z włosów żeńskich bytów duchowych. Nie wydaje im się też dziwne zwracanie do młodych tybetańskich mnichów na występach gościnnych przez "rinpocze" (drogocenny) i traktowanie ich jak nie przymierzając papieża. No cóż widocznie nie jestem dość otwarta, żeby to pojąć.

Celibat wymagany od mnichów nie jest zbyt ściśle przestrzegany, zwłaszcza na występach gościnnych na Zachodzie, gdzie wyzwolone groupies poczytują sobie za zaszczyt ten rodzaj bliskich spotkań. Gdyby jednak nie doceniały takiego zaszczytu, to można je postraszyć przekleństwem na ileś tam wcieleń i spokój (przypadek starożytnego Kalu Rinpocze). Prasa jakoś dziwnie nie interesuje się takimi skandalami wśród wyznawców buddyzmu, choć wobec nieporównywalnie silniejszej pozycji "mistrza duchowego" (który może dowolnie dysponować uczniem) niż duchownego jakiegokolwiek wyznania chrześcijańskiego są one bardziej prawdopodobne, a głosy ofiar bardziej tłumione.

Przyznam, że owo podejście - misjonarz jako samiec alfa, pozyskujący wyznawców urokiem osobistym i dystansujący się wobec oficjalnych przedstawicieli swojej religii, bardzo przypomina mi o. Adama Szóstaka OP. Nie wiem do czego posunie ów charyzmatyczny dominikanin, ale Ole Nydahl nie uznał - wbrew opinii Dalaj Lamy - następcy XIV Karmapy i wypromował zupełnie inne tybetańskie dziecko jako kolejne wcielenie swojego mistrza. Otwarci wyznawcy zgodzili się z nim, choć nie wiem czy byli w stanie samodzielnie rzecz całą zbadać, zamknięci tzn. "kościółkowi" uznali wybór oficjalny. Nastąpił podział majątku buddyjskich ośrodków jak przy rozwodzie...

Wracając do Nie krocz za mną, to pewne opinie wyrażone, przez skażonych lucyferyczną inicjacją pradziadka członków rodziny autorki są bardzo podobne, do poglądów wypowiadanych przez niektórych dominikanów i wysokich rangą hierarchów Kościoła. 

Rose Mary tak charakteryzuje ich "światopogląd post-spirytystyczny":

  • Mam żywe doświadczenie duchowe
  • Swój światopogląd buduje na tym doświadczeniu (...) Np. (...) kilka spokrewnionych osób (...) doświadczyło wizji bywania w pewnym pokoju - jak gdyby w poczekalni między życiem a śmiercią, w której spotykali zmarłych. Przesłanie tego doświadczenia było takie, że nie należy niepokoić się śmiercią ani powagą grzechu (...).
  • Nie szukam autorytetu na zewnątrz. Autorytet stanowię dla siebie, ja sam i podobne mi osoby. Księża, popi, pastorzy się na tym nie znają, bo nie uczestniczą w tym doświadczeniu, które jest żywym kontaktem z "tamtym" światem. Księża są z ludu i to, co Kościoły mają w swoim nauczaniu jest wersją dla ludu, będąca niezdarnym przybliżeniem tego, czego doświadczam, ponadto zawiera nieprawdziwe pedagogicznie elementy jak np. straszenie piekłem. Źródłem Prawdy nie są Kościół ani Tradycja, ale moje własne doświadczenie (...). Księża z ludu nie maja pojęcia o doświadczeniu elit, nie ma z nimi podstaw do rozmowy (...)

Brzmi znajomo?

Autorka wspomina lekcje religii przed pierwsza komunią, kiedy to mama "odkręcała" po każdej katechezie sens wypowiedzi starej siostry zakonnej:

Moim zdaniem ta moja wiara, którą otrzymałam od prostej zakonnicy była szczera i jeżeli ciągle nie byłaby rozbijana przez - w mniemaniu rodziców "łagodzące", a w istocie dezorientujące - komentarze, można by na tym spokojnie dalej budować ( była to faktycznie niezła teologia, która nawet dzisiaj mi się bardzo podoba). Nasi rodzice oczekiwali jednak czegoś innego. Pamiętam jak mówiono "na Zachodzie jest już inaczej, tam jest świadomość tego, że wszystkie wiary są połączone, że religie to wszystko jedno i to samo" 

Brzmi znajomo?

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że osoba w prawdziwej i bardzo poważnej duchowej potrzebie nie mogła znaleźć w Kościele pomocy od tych, którzy powinni być ekspertami w tej materii. Dezorientacja całkowita - seanse "uzdrowiciela" Clive'a Harrisa po kościołach, ks. Klimuszko popisujący swoim mediumicznym "talentem", zakonnice praktykujące Reiki itp. 

Przy spowiedzi ksiądz wypytuje o grzechy związane z seksualnością dziewczynę, która jeszcze nawet o tym nie myśli, a nie rozumie naprawdę poważnych problemów duchowych, o których usiłuje opowiedzieć. To takie prawdziwe. Właściwie ten jeden szczegół przekonuje mnie do wiarygodności całego świadectwa Rose Mary. 

Nieszczęsna trafia nawet do dominikańskiego ośrodka monitorowania sekt. Jak łatwo się domyślić młody zakonnik nie rozumie o czym ona mówi. Jego studia ewidentnie pominęły cały obszar zjawisk natury duchowej - pomoc ofiarom sekt to w jego mniemaniu uświadomienie im psychomanipulacji jakiej są poddane. Realnego istnienia rzeczywistości duchowej nigdy nie brał pod uwagę. No dobrze, ale po cholerę w takim razie został duchownym katolickim, a nie terapeutą specjalizującym się w przemocy psychicznej? Może mi to ktoś wyjaśnić? Po ki grzyb Kościół, który jest jeszcze jedną poradnią psychologiczną czy organizacją charytatywną? Po co komu świecki aktywista jak np. o. Marcin Mogielski OP przebrany w habit i ornat?  Po co komu zakon ojców niewierzących i zniechęcających do praktykowania wiernych?

Na którymś etapie swojej opowieści Rose Mary wyznaje jak bardzo irytowały ją świadectwa typu "byłem niedzielnym katolikiem, ograniczałem się do niedzielnej mszy i komunii, ale dopiero na spotkaniu jakiejś tam wspólnoty spotkałem Jezusa" lub coś w tym stylu. Autorka pragnęła z całego serca być tą pogardzaną "niedzielną katoliczką" i choć raz w tygodniu przystępować do komunii, ale na skutek inicjacji pradziadka żyła w stanie lęku przed Bogiem, który jej to uniemożliwiał. Każdy krok w jego kierunku skutkował wzmożoną aktywnością zupełnie innej centrali.

Na szczęście dla siebie spotkała kilku księży, którzy rozumieli co się z nią dzieje, a sama była dość inteligentna, żeby znaleźć stare obśmiane teksty opisujące doświadczenia, które stały się jej udziałem (jak np. Młot na czarownice). Wyszła z tego i napisała świadectwo pomocne innym ludziom w podobnej sytuacji. No cóż dożyliśmy czasów, kiedy to świeccy stają się ekspertami od spraw duchowych, a duchowni przede wszystkim chcą być COOL i boją się tej materii jak ognia piekielnego, w który zresztą nie wierzą.


poniedziałek, 8 lutego 2021

Nie wierzę w "miłość lesbijską", czyli przypadek królowej Krystyny Szwedzkiej

Obejrzałam jakąś prezentację o królowej Krystynie Szwedzkiej na YouTube i mimo nachalnej sugestii, że jest to wypisz wymaluj wczesna feministka i lesbijka zarazem, zainteresowałam się tematem. Zwłaszcza zaciekawił mnie fakt odnalezienia przez młodą dziewczynę w protestanckim kraju w XVII w. drogi do katolicyzmu. Trudno sobie wyobrażać, że ktoś ją do tego zachęcał. Sama musiała znaleźć jakieś pisma i wciągnęły ją do tego stopnia, że przemyciła do kraju dwóch jezuitów, z którymi debatowała i od których uczyła się, aby w końcu się nawrócić.

Szukałam więc jakichś szczegółów na temat tej zadziwiającej drogi duchowej, ale każdy kolejny materiał przypisywał jej związki "seksualne" z kobietami i inne podobne brednie. Na podstawie czego? Ano Krystyna miała podobno widoczne owłosienia na twarzy, często ubierała się jak mężczyzna, jeździła po męsku na koniu i jej sposób wyrażania był uznawany za odpowiedni raczej dla mężczyzn (a konkretnie żołnierzy) niż dam. Co więcej miała przyjaciółkę Ebbę Sparre zwaną "la belle comtesse", z którą dzieliła łoże!!! Nie omieszkała poinformować o tym angielskiego ambasadora, jak to XVII- wieczne szwedzkie lesbijki miały w zwyczaju!! Nie paliła się do małżeństwa ze swoim kuzynem, choć to obiecała. W końcu ustanowiła go swoim następcą, a sama abdykowała, wyjechała do Rzymu i przeszła na katolicyzm, czym zamknęła sobie drogę powrotu do ojczyzny. Co gorsza, pisała do końca życia listy do Ebby, przyjaciółki swej młodości, zapewniając ją o dozgonnej miłości.

Co robi z takimi wiadomościami feministka pisząca "herstory"? Nie mając żadnej wiedzy (podkreślam ŻADNEJ, nie tylko fachowej) o epoce, projektuje na nieszczęsną kobietę, która się nie może bronić. swoje miazmaty rodem z gender studies. Ponieważ jej odbiorcy też nie mają ŻADNEJ wiedzy, gotowi są te bzdury łyknąć, zwłaszcza, że taki "trynd". Skoro homoseksualizm jest zjawiskiem naturalnym i rozpowszechnionym (jak głosi ich dogmat), więc w każdej epoce musi być mnóstwo przypadków - trzeba je tylko odnaleźć (to znaczy przypisać jakiejś nietuzinkowej postaci).

Ludzie z mojego pokolenia w większości znają Pana Wołodyjowskiego Sienkiewicza, jeśli nie z lektury to z filmu kinowego lub telewizyjnego serialu "Przygody Pana Michała". Jest tam scena, gdzie Basia i Krzysia przed pójściem spać omawiają wydarzenia dnia. Rozbawiona Baśka udając Ketlinga rzuca się się przed towarzyszką na kolana i wygłasza owo sławne "tak waćpannę miłuje, że dychać nie mogę, pieszo, konno i po szkocku" itd. Krzysia najpierw się śmieje, potem płacze, a potem przytula i całuje Basię. Jak zinterpretowałaby to feministka-"herstoryczka"? Nietrudno sobie wyobrazić - Krzysia płacze na wspomnienie awansów mężczyzny, gdyż serce jej pragnie tylko Baśki, która - UWAGA! - zaineresowana jest głównie szermierką, jazdą konną i własnoręcznie ubiła Tatara! Śmieszne? Owszem,  ale zarazem straszne!

A Krystyna córka Lavransa Sigrid Undset dzieląca łoże z Ingebjorgą przez cały czas pobytu w klasztorze? Dziewczyny mają wprawdzie nakazane noszenie koszul dla skromności ale jednak!!! Ta sama Krystyna odwiedzając rodzinę narzeczonego - Szymona Darre - sypia z jego siostrą. Co gorsza cała rodzina śpi w jednym pomieszczeniu i jej niedoszła teściowa obserwuje jak syn podchodzi do Krystyny i niezgrabnie próbuję dotknąć jej piersi pod przykryciem. Jest niezadowolona z oziębłości z jaką zostaje przyjęty!!! Skąd ta oziębłość? Nie trudno odgadnąć! Wiadomo - lesbijka!!! A sam Szymon? Czyż gdzieś pod koniec ksiązki nie dzieli łoża z Erlendem?  Wiadomo, Erlend uwiódł mu wprawdzie  narzeczoną, ale tak naprawdę chodziło o Szymona, to przecież jasne!

A ty czytelniczko! Czyż nocując u koleżanki/kuzynki nie spałaś z nią w jednym łóżku? Czyż nie zapewniałaś osoby, którą uważałaś za przyjaciółkę o DOZGONNEJ przyjaźni? Może nawet posunęłaś się do wpisu w jej pamiętniku w tonie: "Na górze róże, na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki" zilustrowanego dwoma czerwonymi, połączonymi sercami?!! A widzisz, ty także zaliczasz się do społeczności LGBTQ.......XYZ czy chcesz tego, czy nie!!!

A ty czytelniku, czy nigdy nie wziąłeś do łóżka swojego psa, kiedy był szczeniakiem i piszczał z tęsknoty za matką i rodzeństwem? Jak więc cię nazwać? Pedofilo-zoofilem czy pedo-zoo-filem? Nie martw się jednak i posłuchaj mojego wyznania. Otóż bardzo przywiązana byłam do RÓŻOWEGO kubka, który dostałam od siostry. Piłam z niego herbatę i inne płyny dotykając krawędzi USTAMI. Niestety upadł i rozbił się. Skleiłam więc go i postawiłam na szafie. Kim mnie to czyni? Fetyszystko-nekrofilką?

A ewangeliczna przypowieść o natrętnym przyjacielu, który dobija się w środku nocy z niedorzecznym żądaniem chlebów dla swojego gościa. Jaką słyszy odpowiedź? "Nie naprzykrzaj mi się, bo drzwi są zamknięte i MOJE DZIECI SA ZE MNĄ W ŁOŻU"!!! No to już naprawdę! 

Można się tak bawić się ad nauseam, ale nie zmienia to faktu, że projektowanie na ludzi żyjących w odległych czasach, w rzeczywistej rzeczywistości wykwitów chorych umysłów indywiduów typu Wilhelm Reich  jest po prostu niedorzeczne. Także w dzisiejszych czasach bardzo niewielu ludzi jest seksualnymi maniakami. Bardzo niewielu ludzi po dniu pracy zarobkowej ma nadmiar energii, którą pragnie spożytkować na całkowicie jałową, nieestetyczną i niebezpieczną aktywność homoseksualną. Normalny człowiek kocha wielu ludzi różnej płci(rodzice, dzieci, rodzeństwo, dziadkowie, przyjaciele, mentorzy itp.), stosunki natury romantyczno-seksualnej łączą go tylko z jedną osobą płci przeciwnej (żona lub mąż). Dotyk, przytulanie, obejmowanie i pocałunki w WIĘKSZOŚCI przypadków nie mają charakteru seksualnego. Wyrażają bliskość i czułość, albo są wyłącznie towarzyskim rytuałem. Kwieciste zwroty o dozgonnej przyjaźni lub miłości w listach były standardem m.in w czasach królowej Krystyny i występują również w jej korespondencji z osobami, których nawet nie miała okazji poznać osobiście. Także wśród mężczyzn zwroty typu 'mój piękny kuzynie" były na porządku dziennym (np. w średniowiecznej Francji) i nie znaczyły dokładnie nic.

Owo projektowanie na wszystkich i wszystko dewiacji pewnych niszowych, ale wpływowych środowisk przyprawia mnie o mdłości. Nachalna seksualizacja wszystkiego co się rusza i to koniecznie już od niemowlęctwa, przy czym ma być to seksualność możliwie jak najbardziej pokręcona. Na YouTube mnóstwo filmików nastolatków pot tytułem "My transition" albo "I am detransitioning". To jest szaleństwo albo raczej szataństwo. Nikt mi nie wmówi, że co drugi nastolatek nie wie jakiej jest płci, albo do jakiej płci ma pociąg. Dziewczyno, chłopaku, może po prostu jesteście za młodzi? Czy nie ma ciekawszych rzeczy na świecie dla osób w waszym wieku? Bliskie intensywne przyjaźnie z osobami tej samej płci w młodości nie wskazują na homoseksualizm, tylko są uczeniem się bliskiej relacji, której nie zaburza seks. Czasem trwają całe życie niezależnie od posiadania męża/żony i dzieci.

Im bardziej skomplikowany człowiek, tym dłużej się rozwija i tym później czuje tzw. Wolę Bożą. Dla kobiet często oznacza to nie wejście w związki małżeńskie. W przypadku królowej Krystyny była to najprawdopodobniej kwestia braku odpowiedniego mężczyzny. Kto ma ochotę poślubiać swojego kuzyna?  Z drugiej strony jaki mężczyzna ma ochotę poślubić kobietę, która góruje nad nim dokładnie pod każdym względem?

Czytałam niedawno na Frondzie kąśliwy tekścik o Marcie Lempart, o której nie mam dobrego zdania. Był nawiązaniem do jakiegoś jej "szczerego wywiadu" w prasie zaprzyjaźnionej, w którym wyznaje, że (w szkole średniej chyba) nie miała chłopaka, a wszystkie koleżanki miały, co stało się źródłem jej kompleksów. Wspomina też o jakichś podchodach zakończonych porażką. To wszystko, jak rozumiem, pomogło jej uświadomić sobie odmienną "orientację seksualną". Dopiero na studiach poznała swoją "pierwszą dziewczynę". No cóż, nie kupuję tego. Taka z niej lesbijka jak z koziej d... trąba.

Rafał Ziemkiewicz w swoim ostatnim nagraniu stwierdził, że w dzisiejszych czasach dziewczyna jeszcze nie zainteresowana nachalnie wciskanym jej seksem oświadcza "jestem niebinarna"., co się tłumaczy "jestem dziewicą i póki co, nie mam ochoty tego zmieniać". Przez analogię twierdzenie "jestem lesbijką" w większości (jeśli nie wszystkich) przypadków oznacza po prostu "jestem kobietą samotną, ale nie zniosę, żeby nazywano mnie starą panną". Owe związki lesbijskie są najczęściej jak taniec dwóch kobiet w parze z braku facetów na balu.

Kobiety są warunkowane od dzieciństwa, żeby na dźwięk słów "stara panna" reagować paniką i podejmować najgłupsze z możliwych decyzji, nawet jeśli brak mężczyzny w życiu jakoś specjalnie im nie ciąży. Tymczasem mimo (podobno) mniej więcej równej ilości mężczyzn i kobiet w populacji, nie wszyscy mężczyźni a)nadają się do małżeństwa b)mają odwagę podejść do dziewczyny, która im się podoba. Co z tego wynika? Ano część kobiet pozostanie bez pary! Najczęściej te późno dojrzewające, zbyt wykształcone, za wysokie, mające jakieś wymagania lub "zawyżone" standardy moralne, introwertyczki, nie rozpoznane powołania do życia konsekrowanego itp. Żadna z tych przypadłości nie hańbi człowieka, niektóre wręcz przynoszą zaszczyt.

Powiem wprost: ja po prostu nie wierzę, że istnieje coś takiego jak "związek lesbijski". Jak ów rzekomy pociąg seksualny miałby się wyrażać wobec braku odpowiedniego organu u każdej ze stron? Owszem, dwie kobiety mogą być sobie bliskie, mogą ze sobą mieszkać (także ze względów ekonomicznych), wspierać się i opiekować w chorobie (mnóstwo takich sytuacji opisuje Lucy Maud Montgomery w Ani z Zielonego Wzgórza i Emilce ze Srebrnego Nowiu), ale nie jest to związek natury romantyczno-seksualnej. 

Swoją drogą różnicę w dojrzewaniu do prawdziwych tego rodzaju związków ilustrują losy dwóch przyjaciółek Ani i Diany z Ani z Zielonego Wzgórza. Ania jako dziewczynka marzy przede wszystkim o przyjaciółce. Diana wydaje się jej bratnią duszą, równie górnolotną jak ona sama. Intensywność przeżywania też przyjaźni uszczęśliwiłaby każdą feministkę, zwłaszcza w zestawieniu z uporem z jakim odrzuca Gilberta. Jakie jest zaskoczenie i rozczarowanie Ani, kiedy Diana w wieku lat ok. 16, a może 17 obwieszcza, że wychodzi za mąż za grubawego, poczciwego i mało wzniosłego Alfreda. Trudno nie podejrzewać, że Ania w końcu zdaje sobie sprawę, że przypisywała przyjaciółce swoje własne cechy, a realna Diana jest dobrą i lojalną dziewczyną, ale znacznie prostszą niż ona sama. Ania wyjeżdża na studia, pozyskuje nowe przyjaciółki, które darzy wielkim uczuciem, a także otrzymuje ileś tam propozycji małżeńskich. Po pierwszej gorzko płacze. Nie może się pogodzić z brutalnością pewnych mechanizmów społecznych i ich brakiem związku z romantyczną miłością, jak ją sobie wyobraziła. Pod koniec studiów dopiero, czyli w wieku ok. lat 22 lub 23 Ania pod wpływem dramatycznych okoliczności uświadamia sobie, że kocha Gilberta. Wychodzi za niego dopiero w wieku lat 25. Marta Lempart nie miała do siebie tyle cierpliwości i już na studiach poszukała sobie "pierwszej dziewczyny". Sama Lucy Maud Montgomery wyszła za mąż mając lat 38. W którymś tomie cyklu, prawdopodobnie w Ani z Avonlea, bohaterka dzieli się z czytelnikiem zabawnymi wypowiedziami swoich uczniów. Jedna dziewczynka na pytanie kim chciałaby być w przyszłości odpowiada: "wdową". Poproszona o wyjaśnienie tłumaczy cierpliwie: "Jak jesteś starą panną ludzie się z ciebie śmieją, a jak masz męża to cię tłucze". Wdowa ma spokój od obu tych przykrych okoliczności, może cieszyć się swoją niezależnością i zarazem szacunkiem należnym zamężnej kobiecie. Wydaje mi się, że tak zwanym lesbijkom w rodzaju Marty Lempart chodzi dokładnie o to samo!!! 

środa, 6 stycznia 2021

O ekspresowych mszach

 Nie wiem czy to "trynd" ogólnopolski, czy ograniczony wyłącznie do centrum Wrocławia, gdzie trudno - mimo mnogości kościołów - znaleźć taki, po wyjściu z którego (po mszy) człowiek nie jest zirytowany lub przygnębiony. Msza odprawiana w ekspresowym tempie, organista ścigający się sam ze sobą z wyraźną intencją zgubienia wiernych, przy czym zmieniający melodie, które wszyscy znają na takie, których nikt nie zna (łącznie z nim samym). Myślę, że to wyraźniej ukazuję istotę kryzysu Kościoła niż wszystkie skandale obyczajowe i finansowe razem wzięte. Naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że sami celebransi nie wierzą w sens tego, co robią. To trochę jak wizyta w kawiarni w PRLu - ty jesteś tam dla rozrywki, a obsługa w pracy, co bardzo wyraźnie okazuje. Ty przychodzisz na mszę niedzielną/ świąteczną/pasterkę z własnej woli, z potrzeby serca, w swoim czasie wolnym, a ksiądz i organista są w pracy, którą nie bardzo lubią i chcą skończyć jak najszybciej.

Dziś trafiłam do kościoła, który ma taką tradycję, że w Trzech Króli zamiast kazania śpiewa się kolędy. Organista zaczyna śpiewać w takim tempie, że nikt nie jest w stanie nadążyć, po czym milknie i tylko grzmoci energicznie w organy. Zdezorientowani wierni mruczą coś pod nosem każdy we własnym tempie. Zawzięłam się i śpiewałam głośno i wyraźnie, co mnie tak wyczerpało, że wciąż dzwoni mi w uszach z osłabienia.

Ktoś może powiedzieć, że powinnam skakać z radości, że mam dostęp do sakramentów kiedy tylko zapragnę i będzie miał rację. Nie mniej owo PRL-owskie podejście do sprawowania liturgii dobrze na przyszłość nie wróży...

środa, 8 kwietnia 2020

Sprawa kardynała Pella

Moja wiedza na ten temat pochodzi wyłącznie z Internetu i nie mam możliwości jej zweryfikować.

Australijski kardynał, George Pell, został skazany na podstawie nie potwierdzonego oskarżenia jednego człowieka, zaburzonego psychicznie zresztą (czego nie powiedziano ławie przysięgłych). Nie wzięto pod uwagę okoliczności uniemożliwiających popełnienia czynu, o który został oskarżony, w określonym miejscu i czasie.

Kardynał był znienawidzony przez liberalno-lewicowe media jak ABC prowadzące nagonkę na niego latami. Nie było jednak żadnych skarg, więc policja stanu Victoria dała ogłoszenie, żeby potencjalne ofiary się zgłaszały... Zgłosiło się dwóch, z których jeden się przed śmiercią (z powodu przedawkowania heroiny)wycofał ze swych zeznań. Drugi wydał się sądowi tak wiarygodny, że nie dostrzeżono fizycznej niemożliwości popełnienia zbrodniczego czynu, o który oskarżył kardynała.

Sąd apelacyjny obejrzał video z rozprawy i też uznał świadka za wiarygodnego, na podstawie okazywanych przez niego emocji. Nie zadał sobie trudu przejrzenia dowodów. Tylko jeden z trzech sędziów uznał, że nie ma wystarczających podstaw do skazania kardynała i wyrok sądu niższej instancji nie powinien był nigdy zapaść.

Dopiero Sąd Najwyższy jednogłośnie (wszystkich 7 sędziów) orzekł, że wobec tak wątpliwych dowodów istnieje realna możliwość, że skazano niewinnego człowieka. Zanim to nastąpiło kardynał Pell odsiedział 14 miesięcy (z 6 lat na które go skazano) w więzieniu o zaostrzonym rygorze, jego reputacja została całkowicie zszargana, katedra św, Patryka w Melbourne (którego był arcybiskupem) zdewastowana, a głodne krwi lewackie harpie nie zrezygnowały ze szczucia, aby zamienić jego życie w nieustający koszmar...

Oczywiście nie znam kardynała Pella i nie wiem co ma na sumieniu. Nie wiem czy był zbyt pobłażliwy dla swoich podwładnych, którzy dopuścili się nadużyć seksualnych wobec nieletnich... Jest to dość prawdopodobne zważywszy powszechność postawy solidarności korporacyjnej we wszystkich instytucjach.

Z drugiej strony atmosfera medialnego linczu towarzysząca tej sprawie - i ewidentne odstąpienie od zasady domniemania niewinności, dopóki zbrodnia nie zostanie udowodniona - przeraża. Pokazuje, że można zniszczyć każdego, kto nie podoba się lewactwu i to w dodatku przy udziale aparatu państwa. Istny horror.

Co ciekawe oskarżenie wobec kardynała Pella (o czyny sprzed 30 lat) pojawiło się, gdy ten wziął się - na zlecenie papieża Franciszka - za porządkowanie watykańskich finansów. Bardzo byłoby interesujące przebadanie tego nadzwyczajnego zbiegu okoliczności...

Lewackie media okładają nas cierpieniami ofiar księży pederastów jak cepem, jednocześnie uniewinniając pedofilne gwiazdy show biznesu czy pary homoseksualne gwałcące na przemian adoptowane niemowlęta... Ta finezyjna wybiórczość dowodzi, że cierpienie ma znaczenie tylko, jeśli można użyć je w walce z odwiecznym wrogiem..

Michalkiewicz miał dużo racji mówiąc o przemyśle odszkodowań. W głośnej sprawie  dziewczyny "gwałconej i torturowanej" przez księdza też się dużo nie pomylił. Rzeczony ksiądz został skazany za stosunki seksualne z nieletnią, ale nie udowodniono, że zostały na niej wymuszone. Okazało się np., że "ofiara" wymieniała ze swoim "oprawcą" SMSy o treści erotycznej... Niemniej zgromadzenie oskarżonego księdza musiało wypłacić poszkodowanej milion PLN... Z tego 300 tys. wziął adwokat, a jest to suma bardzo łatwa do podzielenia przez 3...

Szef fundacji wspierającej ofiary nadużyć seksualnych kleru okazał się oszustem, który najpierw wyłudzał pieniądze od księdza opowiadając duszaszczypatielnyje historie o swej trudnej sytuacji, a kiedy ten go przejrzał, oskarżył o molestowanie wiedząc,  że zawsze może liczyć na media, które podchwycą każdy taki temat w uniesieniu, nie kłopocząc się sprawdzaniem faktów. Nieszczęsna "ofiara" udała się w towarzystwie wdowy po zmartwychwstałym Diduszce i posłanki Szajbus-Wielgi do Watykanu z raportem o pedofilii w polskim Kościele i została nawet pocałowana w rękę przez papieża Franciszka, po czym usiłowała wyłudzić od wyżej wspomnianej dziewczyny sporą cześć przyznanego jej odszkodowania...

Muszę być bardzo złym człowiekiem, bo podejrzewam że medialne "ofiary pedofilii kleru" są równie wiarygodne jak "uchodźcy" na granicy grecko-tureckiej. Współczucie jako broń nowej generacji w wojnie hybrydowej. Można je użyć tylko wobec tych którzy są do miłości bliźniego zobligowani, czyli chrześcijan. Plan prawdziwie szatański...

Moje przekorne współczucie wzbudzają raczej ofiary medialnego linczu, których życie zniszczono fałszywym oskarżeniem i urągającym wszystkim zasadom wyrokiem...










niedziela, 29 marca 2020

Koronawirus, a "mentalność oblężonej twierdzy"

Znowu jestem uziemiona przez swoje okropne zatoki. Posunęłam się nawet do samodzielnego zaaplikowania sobie antybiotyku (miałam w domu jako pozostałość po dawniejszej kuracji). Starczy mi na trzy dni, a potem nie wiem, bo jestem nieubezpieczona. Siedzę więc w domu i wszywam nową podszewkę do starej (ale jarej) zamszowej kurtki. Po wczorajszej sesji bolą mnie mięśnie przedramion i dłoni.  Jaką krzepę musiały mieć te wszystkie indiańskie i eskimoskie kobiety szyjące skóry kościanymi igłami?!! Po takim treningu mogły zapewne ogłuszyć bizona albo innego wieloryba uderzeniem pięści!!! Ja, będąc niewiastą krzepką, a zawziętą, z trudem przebijam cienki zamsz ostrą, stalową igłą (moja maszyna nie szyje skór).

Witold Gadowski jest zdania, że obecny koronawirus jest genetycznie modyfikowany w laboratoriach amerykańskich i chińskich, a wydostał się na świat raczej przez przypadek - zakażonego człowieka lub używane do doświadczeń zwierze. Jeśli to prawda, to dobrze wiedzieć, że ktoś finansuje i prowadzi badania mające na celu wyhodowanie groźnego patogenu zdolnego do spowodowania pandemii paraliżującej gospodarki wszystkich państw na świecie, a przy okazji uwalniającego społeczeństwa od ciężaru utrzymywania ludzi starych i chorych...

W filmie Grzegorza Brauna Luter i rewolucja protestancka pewna norweska publicystka, uśmiechając się cały czas do kamery, opowiada jak w pogańskiej Skandynawii wynoszono do lasu niechciane noworodki, a starych ludzi zrzucano ze skał. Dopiero wprowadzenie chrześcijaństwa zmieniło tradycyjne zwyczaje. Nic dziwnego, że odrzucenie chrześcijaństwa skutkuje powrotem do tych pogańskich praktyk, z tą jednak różnicą, że mordując swoje dziecko lub starego rodzica trzeba jeszcze zabulić kupę kasy w "klinice" aborcyjnej lub eutanazyjnej.

W Hiszpanii odłącza się starszych ludzi od respiratorów, jeśli potrzebne są młodszym, silniejszym i bardziej rokującym... Domy starców są zostawione bez żadnej opieki medycznej, nawet nie ma kto sprzątać trupów... We Włoszech ludzi po 65 roku życia nawet do respiratorów się nie podłącza...

Organizacje "ekologiczne" zachwycone - planeta oczyszcza się sama od zbytecznych istnień ludzkich. Papież Franciszek orzekł, że pandemię spowodował gniew Natury. Nie miał jednak na myśli kary za grzechy przeciw naturze jak np akty homoseksualne czy aborcja, tylko "ekologiczne", które są jego osobistym wkładem w rozwój doktryny katolickiej. Wielu hierarchów - w tym arcybiskup Polak - pospieszyło z zapewnieniem, że w żadnym razie nie należy interpretować zaistniałej sytuacji jako kary Bożej, ani nawet wezwania do pokuty....

Tyle nas przekonywano, ze Kościół musi się pozbyć mentalności oblężonej twierdzy, że musi się otworzyć na świat i szukać ludzi, tam, gdzie oni są, a nie tam gdzie ich nie ma. Jak na ironię na wieść o pierwszych kilku zachorowaniach episkopat - wyprzedzając w popłochu instytucje świeckie - zamknął się przed wiernymi w twierdzy w sposób jak najbardziej dosłowny. Gavin Ashenden w którymś kolejnym odcinku Anglican Unscripted uznał, że w efektywności swej samolikwidacji Kościół prześcignął komunistów, nazistów i jakobinów, w takiej sytuacji znowu czas pomyśleć o zejściu do katakumb...




poniedziałek, 23 marca 2020

O realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie

Myślę, że każdy intuicyjnie czuje o co chodzi w kontrowersji związanej z komunią na rękę, komunią duchową czy też podawaną do ust klęczącym przy balaskach wiernym. Chodzi ni mniej ni więcej o to czy konsekrowana hostia staje się rzeczywiście ciałem Pańskim, cała i każdy jej okruszek z osobna.

Oglądam ostatnio  na YouTube rewelacyjny program Anglican Unscripted, w którym 2 duchowni episkopalni/anglikańscy Kevin Kallsen i George Congar oraz nawrócony na katolicyzm były biskup Gavin Ashenden dyskutują o kondycji chrześcijaństwa w dzisiejszym świecie. W odcinku 585 pod wymownym tytułem The Church has Left the Building jest mowa dokładnie o tym. Gavin Ashenden wierzy dokładnie tak, jak Kościół nauczał od wieków, co zresztą spowodowało jego nawrócenie. Jak na ironię w międzyczasie duchowieństwo katolickie, ze szczególnym uwzględnieniem hierarchii, przeszło na pozycje protestanckie. Dwaj duchowni episkopalni nie podzielają wiary swojego rozmówcy, ale traktują ją z szacunkiem. Jeden z nich zwrócił uwagę jak muszą czuć się teraz katolicy w Afryce i Azji, którym ich protestanccy sąsiedzi wykazują z satysfakcją: "A mówiliśmy wam! Przeistoczenie to pic na wodę! Komunia dokonuje się wyłącznie w wymiarze duchowym! A teraz sami  widzicie, wasz własny papież i biskupi to potwierdzają swoimi zarządzeniami". Trudno nie przyznać mu racji.

Pamiętam czas swoich własnych wątpliwości co do realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Kiedy podzieliłam się z nimi na spowiedzi usłyszałam cytat ze św. Tomasza z Akwinu, że jest tam obecny substancialiter. Może nie byłam w tym momencie usatysfakcjonowana w 100%, ale powołanie się spowiednika na odwieczne nauczanie Kościoła dało mi poczucie bezpieczeństwa. Zadałam sobie pytanie czy ja w to rzeczywiście wierzę i musiałam szczerze odpowiedzieć - nie do końca. Kiedy jednak inaczej rzecz sformułowałam - czy wykluczam, że to prawda, odpowiedź brzmiała: NIE!!!

Cuda eucharystyczne i ich laboratoryjna analiza bardzo pomogły mojej wierze. Świadectwo nawróconych protestantów typu Gavina Ashendena też. Jeżeli hierarchowie katoliccy w międzyczasie tę wiarę porzucili (albo nigdy jej nie mieli) i przeszli na pozycję Lutra, a nawet Zwinglego to ich sprawa. Ci panowie nie są dla mnie żadnym autorytetem, wręcz przeciwnie. Myślę, że przypadek Lutra powinien być ostrzeżeniem czym może skończyć się wybranie stanu duchownego z niewłaściwych pobudek. Niemiecki "reformator" uciekał przed karą śmierci za zabicie człowieka w pojedynku, o czym pisał w listach do przyjaciół. Obecnie natomiast dostępność młodych mężczyzn może być magnesem dla osób o skłonnościach homoseksualnych. Mogę sobie łatwo wyobrazić jakiej "reformacji" dokonałby ktoś taki w sprzyjających okolicznościach.

Jeśli chodzi o przyjmowanie komunii na rękę, to ja nie zamierzam tego robić. Cierpię od dzieciństwa na atopowe zapaleni skóry i mam przykazane przez dermatologa "nie moczyć rąk" o używaniu detergentów nie wspominając. Żadne względy higieny nie mają więc w moim przypadku zastosowania, innych nie widzę i koniec tematu.



poniedziałek, 30 grudnia 2019

O nawróceniu Gavina Ashendena (z kazaniem ojca przeora dominikanów w tle)

Święta upłynęły mi pod znakiem dochodzenia do siebie po długiej chorobie, adaptacji Wiedźmina i nawrócenia byłego kapelana królowej angielskiej, Gavina Ashendena. Dziś znowu słuchałam wywiadu z nim na YouTube i znowu byłam pod głębokim wrażeniem tego, co ten człowiek opowiada.

Najciekawszy dla mnie fragment dotyczył ataku złego ducha. Pierwszy przydarzył mu się we Francji na mszy w kaplicy św Michała (nie pamiętam miejscowości). Zobaczył wysoko w górze chmarę krążących demonów przypominających nietoperze, wrzeszczących przeraźliwie. Był zdziwiony, że nikt, oprócz niego, tego nie widzi i nie słyszy. Zastanawiał się, kiedy znikną. Te jednak dokazywały aż do momentu, kiedy konsekrowana hostia dotknęla jego języka.

Innym razem przez 3 noce pod rząd, między pierwszą a piąta rano, otwierał mu się tunel w ścianie, przez który wlewały sie złe duchy bombardujące go rozpaczą i oskarżeniami w niezwykle charakterystyczny sposób - "jesteś w koszmarnej, beznadziejnej sytuacji i sam sobie to zawdzięczasz, zasłużyłeś na to". Ilu z nas poddanych było/jest takiej próbie nie zdając sobie sprawy, że to atak nieprzyjaciela? Gavin Ashenden miał więcej szczęscia - po pierwsze wiedział co to jest, po drugie ktoś mu doradził różaniec. Mimo pewnych oporów środek zastosował ze skutkiem pozytywnym. Rano zaniepokojona żona obsztorcowała go, że otwiera nocą okna. Widząc jego szczere zdziwienie wskazała na intensywny zapach róż w sypialni.

Co ciekawe przed tymi incydentami Ashenden nie wierzył w osobowe zło, był jungistą i wykładał na jakimś świeckim uniwersytecie psychologię religii. Wtedy też zainteresował się objawieniami maryjnymi z Garabandal (o ile dobrze pamiętam). Kiedy ogladał nagranie koleżanka zajmująca się psychologią dziecięcą skomentowała, że ekstaza tych dzieci jest autentyczna, bo w tym wieku nie umiałyby jej tak przekonywująco udawać.

Ashenden zaintrygowany był też faktem, że cuda eucharystyczne - przy obecnym stanie nauki możliwe do zweryfikowania - zdarzają sie tylko w Kościele Katolickim, nigdy natomiast w Anglikańskim.

Kiedy po długiej duchowej podrózy oficjalnie nawrócil sie na katolicyzm, od dłuższego czasu nie był już kapelanem królowej. Zkrytykował zaproszenie do anglikańskiej katedry muzułmanina, który w dzień Objawienia Pańskiego ,w miejsce fragmentu listu św. Pawła, odczytał sutrę koranu mówiacą o tym, że Jezus nie jest Synem Bożym. Poniewaz owe krytyczne stanowisko, wyrażone przez kapelana królowej, mogłoby być łączone z jej osobą, Ashenden zrezygnował z tego zaszczytu.

Przez ponad 10 lat entuzjastycznie popierał ruch LGBT, zanim zrozumiał, że to zaledwie etap w dłuższym planie, manewr wojnie przeciw Chrześcijaństwu. Na YouTube można znaleźć kilka jego wypowiedzi na temat marksizmu kulturowego, całkiem rozsądnych zresztą.

Nie wiem jak Gavin Ashenden odnajdzie się w obecnym Kościele Katolickim pchanym przez hierarchów w kierunku, który okazał się zgubny dla anglikanów, ale jego wiara w rzeczy nadprzyrodzone jest dla mnie bardzo inspirująca. Ten własnie nadprzyrodzony aspekt katolicyzmu,  którego wstydzi się dzisiejszy Kosciół jest magnesem dla ludzi udręczonych, spragnionych Boga i szukajacych prawdy.

W niedziele na mszy u dominikanów wysłuchalam kazania o podróżach ojca przeora po Ukrainie i  Ameryce Poludniowej. Na Ukrainie rodziny romskie - bardzo porządne, wolne od alkoholizmu - zmuszone sa mieszkać na wysypisku smieci, bo nikt nie chce ich zatrudnić. W slumsach Bogoty natomiast jest nędza, ale nie ma smutku, bo nie brakuje tam dzieci, ani psów. O ile dobrze zrozumiałam wniosek z tych podróży - ktoś powinien poświecić swoje życie dla tych rodzin, Jeżeli ojciec przeor miał na mysli siebie, zakon kaznodziejski lub jakiś inny to O.K. W każdym innym przypadku to po prostu piramidalna bzdura w rodzaju porad dla ludzi samotnych, żeby adoptowali dzieci autystyczne. Czysty społeczny aktywizm nie mający nic wspólnego z przekazywaniem owoców kontemplacjii. (Jaka kontemplacja, takie owoce - chciałoby się powiedzieć).

W autobiograficznej książce "Nieplanowane" Abby Johnson (i jej filmowej adaptacji) wzięty adwokat reprezentuje bohaterkę za darmo w sprawie wytoczonej jej przez Planned Parenthood. Gdyby ten człowiek najpierw nie skończył studiów prawniczych, aplikacji adwokackiej i nie wyrobil sobie marki broniąc z sukcesem wielu klientów, nie mógl by pomóc bezpłatnie bohaterce, ani nikomu innemu.

Żeby móc pomóc komukolwiek, trzeba najpierw coś mieć - doświadczenie, zasoby, możliwości, kontakty. Pracę rodzinom romskim na wysypisku mogłby dać zamożny przędsiębiorca gotowy zaryzykować ze wzgledu na milosierdzie. Gdyby się przeliczyl i zbankrutował jego możliwość pomagania komukolwiek - z własną rodziną włącznie - szybko by się skończyła.

Dlaczego musimy wysłuchiwać w Kosciele tych infantylnych, czysto ludzkich wymysłów, zamiast zapoznawać się dogłebnie z depozytem wiary. Wiemy z lekcji religii o isnieniu złego ducha, ale nie łączymy go bezsennymi godzinami w okolicach 3 nad ranem, kiedy sytuacja nasza jawi się jako calkowicie beznadziejna i - co gorsza - całkowicie przez nas zawiniona. Gdybyśmy wiedzieli, że to typowy atak nieprzyjaciela, pogonilibyśmy go, gdzie pieprz rośnie, w 3 minuty. Zastanawiam się ilu samobójstw możnaby uniknąć, uświadamiajac to ludziom w trudnej sytuacji.

Żeby pomóc komukolwiek trzeba najpierw pomóc sobie. Żeby się czymś dzielić trzeba coś mieć. Czy to nie Chrystus obecny w sakramentach powinien byc lekarstwem na całą ludzka biedę? Nie podważam sensowności dzieł milosierdzia, ale bez duchowego kompasu w postaci modlitwy, nie jesteśmy w stanie rozeznać, co w danej sytuacji powinno byc zrobione i co należy do nas, a co do zainteresowanej osoby.







środa, 15 maja 2019

Limeryki z kręgu obyczajowej tematyki

Pan Trzaskowski, prezydent Warszawy
sodomickie promuje zabawy.
Pląsając na paradzie
z piórkiem tęczowym w zadzie
wykreuje image ciekawy!

Krzysztof Śmiszek, ten sodomita
homofobom biedy napyta.
Zamknie ich do więzienia
z samej racji istnienia,
a sam dorwie się do koryta!

Jan Hartman, profesor z UJ-u
z pedofilią ma dużo kłopotu
Raz jest straszna, raz słuszna,
zależy, kto się dopuszcza
Faryzeizmu przykładem kto tu?

Zawyły wzburzone lewaki:
"księża gwałcą nieletnie dzieciaki!"
Wysiłki trzeba pomnożyć,
by mogły je chędożyć
wyłącznie nasze chłopaki!

wtorek, 26 lutego 2019

O buncie wybranych

Pan Bóg nie ma szczęścia do swoich wybranych. Onegdaj najwspanialszy z aniołów, niosący światło Lucyfer zbuntował się przeciw niemu i pociągnął za sobą jedną trzecią niebian. Potem naród pierwszego wybrania wydał na śmierć jego syna, którego rękami niewiernych przybił do krzyża. Niektórzy nawrócili się (nie wiem ile procent) tworząc Kościół, do którego później dołączyli poganie w takiej liczbie, że chrześcijanie pochodzenia żydowskiego roztopili się w ich morzu.

Jeśli wierzyć mistykom Lucyfer nie mógł znieść myśli o wcieleniu Boga w człowieka (takiego godnego pogardy zwierzaka) i wywyższeniu Maryi - bytu jakże podrzędnego - jako Królowej Aniołów. Podejrzewam, że dla wielu nawróconych Żydów w pierwotnym Kościele myśl, że teraz Goje (bydlęta o ludzkich twarzach) są im równi (ba, są ich braćmi w Chrystusie) mogła być trudna do zniesienia. Podejrzewam, że był istotny czynnik w nie przyjęciu Jezusa z Nazaretu jako mesjasza oraz wykruszenia wielu jego wyznawców z Kościoła, którego praktyki coraz mniej przypominały znaną im tradycję, a skład etniczny wystawiał ich "wrażliwość" na ciężką próbę.

W moim ulubionym programie telewizji EWTN - Journey Home - wielu Żydów opowiada o swoim nawróceniu. Przy okazji tych historii sporo można dowiedzieć się o ich mentalności. Pewna niewiasta opowiadając o swoim dzieciństwie rzuca lekko, że w sąsiedztwie jej rodziny mieszkańców dzieliło się na LUDZI i NIE-ŻYDÓW. Podobnie pierwotni mieszkańcy Ameryki nazwy LUDZIE używali wyłącznie do swojego plemienia, inne plemiona indiańskie określali jako synów suki lub w równie ujmujący sposób.  Inny gość programu - syn Żyda i Włoszki - opowiada jak trudne do zniesienia było nazywanie jego matki (i innych chrześcijanek) SHIKSA przez członków żydowskiej części rodziny w jego obecności. Na co gospodarz - Marcus Grodi - spieszy z sugestią, że zapewne oni sami musieli doświadczać antysemityzmu. Gość szuka chwile w pamięci, ale nic takiego nie znajduje...

Powszechny wśród żydowskich gości jest zupełny brak wiedzy o chrześcijaństwie (przed nawróceniem oczywiście), szokujący zważywszy na korzenie kultury w której żyją i jak znikomy procent populacji stanowią.  Często nie mamy świadomości jak wielka i irracjonalna jest wrogość Żydów wobec osoby Jezusa i chrześcijaństwa. Żyd może zostać komunistą, buddystą, hinduistą czy wojującym ateistą i jego rodzina nie ma z tym żadnego problemu, może też bez trudu uzyskać obywatelstwo Izraela. Sytuacja zmienia się radykalnie, kiedy zostaje chrześcijaninem - przyjęcie Chrystusa wyklucza go całkowicie ze społeczności żydowskiej ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Widać wyraźnie, że istotą judaizmu rabinicznego jest odrzucenie Chrystusa i okopanie się w nienawiści do niego i jego wyznawców. Ewidentnie rację ma E. Michael Jones twierdząc, że pojęcie Żyd jest natury teologicznej raczej niż etnicznej, to ten który w osobie Chrystusa odrzuca LOGOS, porządek świata i zostaje wiecznym rewolucjonistą, nieustannie dążącym do subwersji kultury, w której żyje nazywając to tikkum olam (czy jakoś tak). Takim działaniom zawdzięczamy m.in. komunizm, marksizm kulturowy, genderyzm, tzw małżeństwa gejowskie i aborcję - alternatywną (w stosunku do chrześcijańskiej) wizję zbawienia ludzkości (albo spacyfikowania Gojów).

Nawet nawróceni Żydzi mają tendencję do tworzenia własnych grup w obrębie Kościoła, dystansowania się od Gojów-współwyznawców. Tak też było z frankistami w I Rzeczpospolitej, którzy żenili się wyłącznie miedzy sobą przez prawie 2 wieki. Ewidentnie dla wielu Żydów- katolików żydostwo jest ważniejsze niż katolicyzm. Podobnie w Indiach przywiązanie do systemu kastowego było ważniejsze niż chrześcijaństwo. Jezuiccy misjonarze budowali osobne Kościoły dla różnych kast.

Patrząc na to nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze naród ten kontynuuje bardzo prymitywne, plemienne rozumienie wiary i moralności. Trudno wyobrazić mi sobie stan świadomości człowieka, uważającego ludzi spoza własnego plemienia za bydlęta o ludzkich twarzach, którym można odebrać ziemię lub zabić na narządy, o wykorzystaniu seksualnym nie wspominając (rabbi Obadia Josef głosi takie poglądy jawnie i oficjalnie w Izraelu). Dlatego tendencja w Kościele, do uznawania odrębnej drogi Żydów do zbawienia wydaje mi się celebrowaniem (co najmniej) przerażającego infantylizmu, przejawiającego się w niebywałej roszczeniowości, niewdzięczności i niezrównoważeniu tych ludzi. To duża krzywda dla nich, odebranie im szansy na rozwój i poznanie prawdy.

Obawiam się jednak, że sprawa ma głębsze, duchowe dno. Bunt Lucyfera na myśl o wywyższeniu człowieka wydaje mi się podobny do zgorszeniu Żydów  perspektywą zrównania z Gojami w Chrystusie. Co jest konsekwencją odrzucenia Chrystusa i jego Kościoła ? Wybranie synagogi Szatana. Jeśli ktoś ma wątpliwości,  "wartości", jakie promują przedstawiciele narodu wybranego w kulturze czy metody jakimi posługują się w polityce i gospodarce powinny je całkowicie rozwiać.


wtorek, 6 listopada 2018

Czy kogoś jeszcze obchodzi sztuka (wysoka)?

Myślę z wielką zazdrością o mistrzach cechowych, którzy traktowali swoją działalność jako rzemiosło. Sztuka, która nie byłaby użytkowa w tych czasach nie istniała. Zawsze powstawała na zamówienie i służyła do określonych celów jak kult, propaganda władzy, upamiętnienie, dekoracja czy symbol statusu. Oderwanie sztuki od związku z życiem podcięło jej korzenie, zapoczątkowało proces degeneracji i uwiądu, co nie znaczy, że nie ma już zdolnych artystów.

Wiosną tego roku wchodzę do Biblioteki Wojewódzkiej a tam w holu wystawa prac Bastiena Ducortioux francuskiego portrecisty. Patrząc na jego sprawność warsztatową, brawurę w posługiwaniu się kolorem i sugestywny wgląd w psychikę modela poczułam mrowienie, jak w zdrętwiałej kończynie pod wpływem poruszania palcami. Ktoś jeszcze maluje prawdziwe obrazy !!!




Latem (cały lipiec i sierpień) w tym samym miejscu tkanina artystyczna Ewy Poradowskiej-Werszler. Tytuł wystawy - Struktury i powidoki - nie ujawnia tematyki sporej części prac, które powstały z inspiracji religijnej.


Posłaniec miłości
Miejsce spotkania z przedwiecznym słowem
Zdrój łaski
Obiekt świetlny

Na 2 piętrze w korytarzu pastele Vladimira Resetova artysty, producenta, dziennikarza i wydawcy z Łotwy. Niestety eksponowane za szkłem, więc nie dało się zrobić zdjęć bez własnego odbicia. Wszystkie prace inspirowane chrześcijańską ikonografią są wyrazem duchowości artysty. (Duchowości w sensie jak najbardziej dosłownym - vide przezroczystość postaci).




A to moje własne prace w holu tej samej biblioteki robione techniką collage (z kawałków tkanin). Zamęczam widza ogromnymi obrazami wymagającymi co najmniej 10 m odległości, żeby zlać się w jego oku w coś sensownego, tylko dlatego, że nie mogę robić wielkoformatowych mozaik w absydach kościołów, do czego predysponuje mnie wada wzroku (znaczna nadwzroczność + astygmatyzm) i upodobanie do malarstwa monumentalnego. Potem zawalają mi pokój i nie wiadomo co z nimi zrobić, bo nie nadają się do mikroskopijnych wnętrz, w których mieszkamy.

Od lewj: Córka Jaira, Kobieta w kościele (autoportret), Krzyżowiec z Siódmej Pieczęci Bergmana
Ikona (Chrystus Pantokrator)

Od prawej: Kobieta z palmą (autoportret)
Chrześcijaństwo ciągle jest - jak widać - inspiracja twórczości wielu artystów. Można by więc uczynić sztukę sakralną great again. Czasem lubię pomarzyć! Teoretycznie jest to możliwe, ale zważywszy, że Kościół zwija się do katakumb, raczej nie można liczyć na jego mecenat.

A na koniec dwie realizacje tego samego tematu  - "Duch tchnie, kędy chce" tkanina unikatowa Ewy Poradowskiej-Werszler i mój skromny fotomontaż dedykowany byłemu spowiednikowi wyjeżdżającemu na misje.




wtorek, 23 października 2018

Vigano III

Arcybiskup Carlo Maria Vigano napisał kolejny list pełen szczegółów kto, kiedy i w jakiej formie informował Watykan o działalności McCarricka na niwie postępu obyczajowego od roku 2000 (o ile dobrze pamiętam), w odpowiedzi na zarzut kardynała Marca Ouelleta, że nie było konkretnych doniesień w jego sprawie, tylko jakieś plotki. Co ciekawsze list pisany jest językiem, jakim żaden hierarcha się już nie posługuje i odwołuje się do prawd wiary, o których nikt  w Watykanie już nie pamięta.

Vigano stwierdza, że jest starym człowiekiem, niedługo stanie przed Bogiem i boi się sądu. W innym fragmencie wyraża żal za grzech zaniedbania, że nie upublicznił sprawy wcześniej. Przyczynę obecnego kryzysu nazywa po imieniu - homoseksualizm kleru. Na koniec przypomina, że w tym wszystkim chodzi o zbawienie dusz powierzonych pieczy Kościoła.

Co za kontrast z nowomową wylewającą się z instrumentum laboris na Synod Młodych. Można odnieść wrażenie, że to dwa różne Kościoły nigdzie ze sobą nie graniczące i być może tak jest w istocie.

Dla normalnego mężczyzny odpowiedź na powołanie do kapłaństwa wiąże się z rezygnacją z miłości kobiety, założenia własnej rodziny itp, co nie jest łatwą decyzją. Konieczność jej podjęcia weryfikuje siłę wiary i determinację młodych kandydatów. Dla homoseksualisty czy pederasty natomiast to bardzo kusząca propozycja ukrycia swojej nieszczęsnej skłonności, połączona z nieograniczonymi wręcz możliwościami folgowania jej bezkarnie. Żadna wiara nie jest mu potrzebna do wybrania takiej drogi. Nic zatem dziwnego, że w Kościele zawłaszczonym przez homolobby nie ma wiary tylko socjologiczny, politycznie poprawny bełkot. Zbawienie to uczynienie Ziemi "lepszym miejscem" i nie ważne z kim w tym celu się współpracuje - proaborcyjnymi aktywistami, wyznawcami globalnego ocieplenia, zawodowymi LGBTQ-istami czy chińskimi komunistami.

Odwieczna nauka o zbawieniu i potępieniu, zmartwychwstaniu, sakramentach, walce duchowej jest dla tych ludzi nie tylko całkowicie niezrozumiała, ale żenująca i śmieszna. Wierni poważnie ją traktujący nie tylko nie są ich targetem, ale wręcz balastem, którego należy się pozbyć, utrudniającym pochód wszystkich postępowych sił ku świetlanej przyszłości. W świetle tego nie szokuje przedziwna wybiórczość ich "miłosierdzia" i "gotowości do dialogu".

Jestem już bardzo zmęczona tematem kryzysu w Kościele, ale nawet kiedy nie zaglądam do internetu, przypominają mi o tym wypowiedzi niektórych dominikanów, gdyż chodzę do ich Kościoła z przyzwyczajenia (i z powodu hasła "veritas"). Kiedyś naiwnie myślałam, że wszyscy należymy do jednej drużyny - świeccy i zakonnicy - jednej Armii Pana (jak to śpiewało na pielgrzymkach). Jak bardzo się myliłam w tej i wielu innych sprawach... Jestem już bardzo, bardzo zmęczona...

P.S.
Odbyły się wybory samorządowe. Nawet nie chce mi sprawdzać wyników. Jestem bardzo zawiedziona rządami zjednoczonej prawicy, a zwłaszcza uniżonością wobec najpodstępniejszego z naszych wrogów i pełna obaw czym to się może skończyć.

Patrzyłam na plakaty wyborcze z buźkami czyichś niuniów, którym możni protektorzy dali szansę ustawić się w życiu. W oczywisty sposób to nie są nasi przedstawiciele, tylko pomioty uwłaszczonych na majątku narodowym aparatczyków, ubeków, oszustów i innej swołoczy. Od nas potrzebują tylko głosu poza tym mają nas w d... Sama myśl, że mogą mieć z nami coś wspólnego napełniłaby ich (gdyby się przypadkiem pojawiła w rzadko używanej mózgownicy) szczerym obrzydzeniem.


poniedziałek, 22 października 2018

O modernizmie, czyli rozejściu się duchowieństwa z wiernymi

Słucham sobie dr Taylora Marshalla i ks. Dwighta Longeneckera (obaj konwertyci z Kościoła Episkopalnego). Rozmawiają o modernizmie. Jedna rzecz mnie uderza - jako dokładnie potwierdzająca moją intuicję w tej sprawie - całkowicie rozejście się duchowieństwa z powierzonymi sobie wiernymi.

Teologowie pod wpływem idei oświecenia i pewnych nurtów protestanckich w biblistyce zapragnęli dostosować naukę Kościoła i rozumienie Pisma Św. do "naszych czasów", "potrzeb nowoczesnego człowieka". Uznali, że cudów się już nie nosi, z rozmnożenia chleba i ryb zrobili gromadne dzielenie się zapasami, zmartwychwstanie oznacza przetrwanie nauki tragicznie zmarłego Jezusa w sercach jego uczniów, wcielenie i dziewicze poczęcie to rodzaj konwencji, obficie  stosowanej w wielu starożytnych mitologiach itp. Idea, ze wszyscy ludzie zostaną zbawieni zahamowała działalność misyjną Kościoła. Pojęcie zbawienia też stało się niejasne wobec zgubienia nauki o grzechu pierworodnym i grzechu w ogóle, a w takim razie po co nam sakramenty? Po co księża? Po co Kościół?

Taki sposób interpretacji Pisma Świętego dalej straszy w seminariach i w tym duchu kształceni są duchowni, Natomiast wierni w swoim rozumieniu podstawowych prawd wiary w przeważającej większości pozostają przedsoborowi, rozumieją je tak jak były nauczane przez wieki - dosłownie. Dziwny przymus ciągłego "dostosowywania" nauczania Kościoła do potrzeb "nowoczesnego człowieka" nie wynika z potrzeb wiernych, tylko duchownych i teologów, którzy wiarę już dawno stracili albo nigdy jej nie mieli. Podobnie rzecz ma się w kwestiach moralnych. To nie wierni, nie żadni "młodzi" prą do zaakceptowania związków homoseksualnych, tylko stare watykańskie cioty, które cudem dożyły podeszłego wieku nie złapawszy AIDS.

Co gorsza ci ludzie dla niepoznaki operują znanymi od wieków pojęciami podkładając pod nie zupełnie nowe rozumienie. Trudno powiedzieć co papież ma na myśli używając słowa diabeł (prawdopodobnie arcybiskupa Vigano), skoro generał jezuitów twierdzi jawnie, ze Szatan jest rodzajem metafory. Piekło - według papieża Franciszka - nie istnieje, a dusze które odrzuciły Boga przestają po prostu istnieć. Z kolei dominikanie twierdzą, że żadna dusza bez ciała nie może istnieć, co z kolei podważa katolicką naukę o świętych obcowaniu. (Czy to przypadkiem nie była herezja głoszona przez Jana XXII?) Skąd oni to wiedzą? Jaka jest naukowa metoda ustalenia czy istnieją byty duchowe? Na podstawie czego można odrzucić definitywnie taką możliwość?

Najzabawniejsze jest, że cudowne wydarzenia opisane w Piśmie Świętym pod względem trudności wyobrażenia sobie nie zbliżają się nawet do prób objęcia umysłem powstania wszechświata z niczego na początku czasu (w sensie dosłownym, od tego momentu zaczyna się czas i przestrzeń).

Zwolennicy teorii ewolucji mają jeszcze trudniej - wiara potrzebna do uznania za możliwe, że życie  powstało od uderzenia pioruna w aminokwasy (które wzięły się z zapewne z zadu) mogłaby wskrzeszać umarłych, podobnie jak niezachwiana pewność (nie oparta na żadnych dowodach), że zupełnie nowy gatunek mógłby  "wyewoluować" z istniejącego przez przypadkową mutację i selekcję. Zaiste takiej wiary nie widziano nawet w Izraelu w czasach Jezusa.

A co powiedzieć o "genderowcach" na przemian wierzących, że płeć nie istnieje, albo, że istnieją jej 153 warianty. Ci ludzie potrafią twierdzić bez mrugnięcia okiem, że w związkach homoseksualnych rodzi się najwięcej dzieci! Potrafią nazywać dwóch mężczyzn mieszkających ze sobą małżeństwem!!! Systemy prawne wielu państw odnoszą się do takich żartów ze śmiertelną powagą!!! Czy mamy do czynienia ze zbiorową hipnozą? Wiara jak widać czyni cuda, choć może nie takie jakie byśmy chcieli zobaczyć...

Są jeszcze "globalni ociepleniowcy" z równie wiarygodnym credo, ci nawet zostali oficjalnie uznani przez papieża Franciszka, za sprawą encykliki Laudato si.

Chyba nigdy jeszcze ludzkość nie wzbudzała w sobie równie heroicznej wiary w rzeczy jawnie sprzeczne z rzeczywistością. Pozostaje dla mnie tajemnicą, jak w takim kontekście ludzie Kościoła mogą uznawać, że wiara w zmartwychwstanie, dziewicze macierzyństwo cy realną obecność Jezusa w Eucharystii może stanowić nieprzezwyciężalną trudność dla tak zaprawionych adeptów.

Ja sama nie mam żadnych trudności z wiarą w cuda opisane w Ewangelii czy z przyjęciem tradycyjnego nauczania Kościoła. Boga widzę w pięknie natury, w historii ludzkości i losach znanych mi jednostek. (Najtrudniej dostrzec mi jego działanie w moim własnym życiu zwłaszcza, kiedy patrzę na całość.) Kiedy nie potrafię czegoś przyjąć zadaje sobie pytanie czy jestem gotowa to definitywnie odrzucić, odpowiedź zazwyczaj brzmi nie. Wątpliwości czy trudności w wierze nie muszą wcale oznaczać odrzucenia tylko początek jakiejś drogi.






niedziela, 14 października 2018

Celebrykalizm, czyli czy można krytykować arcybiskupa?

Ks. Isakowicz-Zalewski stwierdził onegdaj, że za komuny SB wręcz polowała na księży homoseksualistów ze względu na idealną wręcz możliwość szantażu, a zwerbowawszy na tajnych współpracowników ułatwiała szybką karierę. Sprzeciw wobec dezubekizacji był więc w dużej mierze dziełem homolobby - ujawnienie tajnych współpracowników byłoby zarazem ujawnieniem sodomitów i ich ciemnych sprawek. Za jednym zamachem można było oczyścić Kościół z obu tych toczących go śmiertelnych chorób. Ponieważ tak się nie stało postacie takie jak np arcybiskup Życiński (TW Filozof) mogły zażywać statusu celebryty, fetowanego przez GW, do końca swych dni.

Z dwóch niezależnych źródeł (od Michalkiewicza i Międlara) słyszałam o występach gościnnych arcybiskupa lubelskiego w klubie gejowskim w czeskiej Pradze. Podobno tak się rozochocił, że ów przybytek sodomii zdemolował, doznając przy tym pewnego uszczerbku na zdrowiu. Za zniszczenia oczywiście zapłacił. Nasuwa się uzasadnione pytanie czy z pieniędzy archidiecezji.

Grzegorz Braun podczas jednego ze swoich wykładów na KULu zapytany o arcybiskupa Życińskiego wypowiedział się jednoznacznie negatywnie nazywając go m.in. łajdakiem (o ile dobrze pamiętam). Bardzo to oburzyło środowisko GW, a o.Dostatni posunął się do protestowania przeciwko przyznaniu reżyserowi nagrody (na festiwalu w Niepokalanowie) za znakomity film Eugenika.

Tymczasem o ile mi wiadomo czasownik "łajdaczyć się" oznacza nieuporządkowaną aktywność seksualną. Czy nie w takim celu odwiedza się gej-kluby? Natomiast rzeczownik łajdak jest synonimem nikczemnika, człowieka dopuszczającego się czynów odrażających moralnie. Czy współpraca z SB w przypadku księdza nie należy do tej kategorii? Czy podwójna zdrada wobec Boga i ludzi (jako współpracownik SB i sodomita) nie jest wystarczającym powodem do użycia tak mocnego określenia?

A może tak znaczna persona jak arcybiskup i to jeszcze zaprzyjaźniony z GW nie powinna podlegać krytyce ze strony zwykłych śmiertelników (nawet jeśli są znakomitymi dokumentalistami, propagującymi w swoich filmach katolicki punkt widzenia)? Czy to nie jest ów słynny klerykalizm o którym wspominał papież Franciszek przy okazji kryzysu "pedofilskiego"?. O. Dostatni pouczył nas na stronie dominikańskiej, że polega on na wyłączeniu grupy osób z odpowiedzialności za swoje czyny, zagwarantowanie im bezkarności przez nie dopuszczanie krytyki ze względu na ich status świętych krów.

Wyglądało to tak jakby w oczach o. Dostatniego agenturalna przeszłość i wołająca o pomstę do nieba sodomia arcybiskupa była niczym w porównaniu z bluźnierczym atakiem profana na świętą krowę. Jak to tak cham na pana? Ciemnogrodzianin na światłą elitę (nawet wątpliwej reputacji)?  I tu wracamy do mojej obsesji mianowicie hierarchii stadnej. Nie mam tu na myśli oficjalnego porządku podległości wprowadzonego w jakiejś instytucji w celach organizacyjnych, tylko hierarchię nieoficjalną opartą na przynależności do ekskluzywnego klubu i przyjmowaniu obowiązujących w nim poglądów, które stają się dla członków znacznie ważniejsze niż np dziesięć przykazań Bożych, o Ewangelii nie wspominając.

O. Dostatni oburzając się na gniewne wypowiedzi w Internecie na temat zaplanowanej debaty między biskupem a rabinem i nie dość gorliwą reakcję prokuratury, ujawnił swój własny (łatwy do przewidzenia) katalog grzechów głównych: "antysemityzm", "faszyzm" i "mowa nienawiści". Żadne z tych określeń nic nie znaczy (albo raczej można podłożyć pod nie cokolwiek, wedle zapotrzebowania), ale sygnalizuje przynależność do klubu ludzi światłych (virtue signalling).

Ludzie światli i kulturalni jak to wyraził Jacek Żakowski w rozmowie z Pawłem Lisickim przyjmują np panującą narrację o holokauście, która nie ma dokładnie nic wspólnego z historią i nie wychylają się ze swoim prowincjonalnym punktem widzenia nawet jeśli jest oparty na faktach. Mateusz Morawiecki mówiąc o "Jewish perpetrators" (na co istnieją setki dowodów w postaci ich pamiętników) zachował się jak ostatni cham pierdzący w towarzystwie królowej angielskiej. Przyznam, że na takie dictum szczęka klapnęła mi o bruk. Kategoria prawdy dla takich ludzi po prostu nie istnieje.

Niestety coś podobnego da się zaobserwować w Kościele. W zakonach i diecezjach istnieją nieoficjalne "katalogi grzechów śmiertelnych" które przyprawiłyby wiernych o zawał serca. Nikt ich expressis verbis nie artykułuje, ale można je stosunkowo łatwo zrekonstruować po objawach. Oto zakonnik urządzający alkoholowe libacje połączone z seksem oralnym i analnym między mężczyznami (w tym studentami z duszpasterstwa akademickiego) jest po prostu przeniesiony do stolicy, gdzie obejmuje urząd przeora, a inny - młodzieniec słabego zdrowia - nietaktownie zgłaszający przełożonym homoseksualne awanse ze strony współbraci - zawieszony (po uprzedniej próbie zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym). Kardynał homoseksualista zaskoczony przez policję na zaprawionej kokainą homoseksualnej orgii, zorganizowanej przez swojego sekretarza, reprezentuje kościół na konferencji międzyreligijnej, a nuncjusz whistleblower ukrywa się w obawie o swoje życie po ujawnieniu kilku nieprzyjemnych faktów. Księdza, który spalił bluźnierczą tęczową flagę z krzyżem, zsyła się do psychuszki, a zakonnika jawnie propagującego grzech sodomski promuje jak primadonnę i obwozi po świecie jak - nie przymierzając - kobietę z brodą.

Lojalność obowiązuje wyłącznie wobec "swoich", więź - jak w mafii - scementowana jest umoczeniem w coś kompromitującego, W tym "kodeksie honorowym" nie istnieje Bóg, ani wierność wobec niego, ani - tym bardziej - świeccy wierni.  Zestaw prawd wiary wyznawanych przez owe elitarne kręgi jest też zupełnie inny od wiary zwykłych ludzi. Ta jest wstydliwym sekretem - demony, anioły, zagrożenia duchowe, rozmnożenie chleba i ryb, piekło, świętych obcowanie (przecież dusza i ciało są nierozdzielne!), grzech pierwszych ludzi, dziewictwo Maryi, niepokalane poczęcie, zmartwychwstanie - tego się już nie nosi!

Teraz "miłość" jest en vogue. Jest tak nieskończenie plastycznym i pojemnym pojęciem, że dokładnie wszystko można pod nie podłożyć -  zatroskanie rodziców o opóźnione w rozwoju dziecko i wizytę w dark roomie, opiekę nad starą matką i niezobowiązujący seks na  imprezie - dla każdego coś miłego.  Czyńcie co chcecie, jeśli tylko nazwiecie to miłością - parafrazując św. Augustyna albo otwartym tekstem: "grzeszcie śmiało" jak ujął to Luter, nowy święty Kościoła Katolickiego.

Równie spostponowane piękne słowo "miłosierdzie" oznacza po prostu akceptację dla grzechu, ze szczególnym uwzględnieniem sodomii wśród kleru.











poniedziałek, 10 września 2018

Jeszcze o kryzysie w Kościele i liście arcybiskupa Vigano

List arcybiskupa Vigano, byłego nuncjusza w USA. wzywa do ustąpienia wszystkich, którzy kryli McCarricka z papieżem Franciszkiem włącznie. Padają nazwiska kardynałów Bertone, Sodano i Parolina. Naoglądałam się ostatnio stron katolickich i filmów na YouTube, próbując wyrobić sobie zdanie o sytuacji.

Na stronie dominikańskiej o. Dostatni cytuje jezuitę, który oskarża arcybiskupa Vigano o klerykalną intrygę mającą uderzyć w papieża Franciszka, bardzo szkodliwą dla wiarygodności Kościoła i rzucającą cień na poprzednich papieży tzn Benedykta i JP II

Większość konserwatywnych stron katolickich jak np Lifesitenews poważnie traktuje list byłego nuncjusza i wierzy w jego wiarygodność jako człowieka. Wierni świeccy i duchowni ślą do papieża list za listem z prośbą o zbadanie tej sprawy przez komisję złożoną ze świeckich katolików.

Church militant nawołuje do buntu wiernych przeciw swoim biskupom (w większości homoseksualnym w ocenie Michaela Vorisa).

Katolicy tradycyjni twierdzą, że problem homoseksualnego kleru i molestowania chłopców, także nieletnich, zaczął się od soboru Watykańskiego II, kiedy Kościół został zinfiltrowany przez komunistów, modernistów, homoseksualistów i masonów. Patrzą więc z pewną satysfakcją na kryzys w tym co nazywają protestancką sektą Novus Ordo.

E.Michael Jones twierdzi, że ataki moralnej paniki, której przejawem są komisje badające nadużycia seksualne kleru w kolejnych stanach są elementem wojny przeciw Kościołowi Katolickiemu prowadzonej przez jego wrogów. Aktualne wzmożenie ma uciszyć jakikolwiek sprzeciw Kościoła na wypadek np wojny z Iranem (w interesie Izraela).

Nie mam możliwości tego wszystkiego sprawdzić, ale pewna znajomość historii i ludzkiej natury pozwala domniemywać że w Kościele istnieje korupcja sięgająca najwyższych szczebli hierarchii (zawsze tak było). Współcześni papieże pod okiem wścibskich i nieprzychylnych mediów nie mogą jednak oddawać się takim ekscesom jak niektórzy ich niesławni poprzednicy. Mogę sobie wyobrazić, że nawet najszlachetniejszy człowiek nie jest w stanie wygrać z  wszechpotężną mafią. Podejrzewam, że to było powodem rezygnacji Benedykta XVI. Bardzo możliwe, że Benedykt i Jan Pawel II wiedzieli np o sprawie McCarricka i wielu innych, ale praktycznie nie mogli ich ruszyć ze względu na skalę zjawiska. Jeśli, jak chcą niektórzy, większość biskupów w USA jest homoseksualistami (czynnymi?) to w jaki sposób ich odwołać nie dezorganizując Kościoła amerykańskiego? Kim ich zastąpić jeżeli seminaria wypuszczają wyłącznie homoseksualistów, których poglądy nie maja nic wspólnego z katolicką ortodoksją, albo oportunistów przymykających oczy na otaczające ich zło? Homolobby jest bardzo wpływowe i popierane z zewnątrz przez odwiecznych wrogów Kościoła i możnych tego świata. Czy papież ma jakąkolwiek realną władzę czy jest wyłącznie marionetką, zakładnikiem w rękach jakiejś grupy (obecnie mafii Sankt Gallen knującej intensywnie od śmierci JP II)? Jeśli tak jest, to rezygnacja kolejnego papieża nic nie zmieni. Dalej będą rządzić ci , co w cieniu, których nazwisk nie znamy, watykańskie "deep state".

Mam poczucie, że jedynie Pan Bóg może oczyścić swój Kościół z sodomitów zajmujących się głównie swoimi k.....sami, a nie powierzonym sobie zadaniem.  Być może jakimś rozwiązaniem na przyszłość byłoby dopuszczanie do kapłaństwa (i biskupstwa) wyłącznie dojrzałych mężczyzn, najlepiej wdowców po 50-ce mających dorosłe dzieci i wnuki.

Michael Voris (sam nawrócony homoseksualista) zauważył przytomnie, że ludzie z jakąś poważną raną nie nadają się do stanu kapłańskiego ponieważ zajmują się wyłącznie swoim problemem - są pasterzami pasącymi samych siebie. To dokładnie moje wrażenie z kontaktu z księżmi w seminarium, w którym kiedyś pracowałam.












poniedziałek, 4 czerwca 2018

O homoseksualizmie w Kościele

Wczoraj znalazłam na stronie Lifesite (https://www.lifesitenews.com/blogs/vatican-gay-sex-orgy-12-facts-you-need-to-know) wpis na blogu Pete'a Baklinskiego (ze zdjęciem poniżej) o zeszłorocznej (6.07.2017) homoseksualnej orgii w Watykanie,w budynku przylegającym do bazyliki Św Piotra. Gospodarzem był Monsignor Luigi Capozzi sekretarz kardynała Francesco Coccopalmerio, bliskiego współpracownika papieża Fanciszka.

Monsignor Capozzi był tak zaćpany kokainą, że odwieziono go do szpitala na detox. Długo udawało mu się uniknąć zatrzymania z ładunkiem narkotyku, którym "uatrakcyjniał" swoje homoseksualne orgie, gdyż jeździł luksusowym BMW z numerami stolicy apostolskiej, co czyniło go nietykalnym dla włoskiej policji. Jednakże częste skargi mieszkańców budynku na podejrzaną nocną aktywność skłoniły policję do wkroczenia na jedno z takich "przyjęć" i zatrzymania gospodarza.

Capozzi miał zostać biskupem za rekomendacją swojego szefa. Obecnie przebywa w klasztorze (otwartym) na rekolekcjach. Nie ma wzmianki o wyrzuceniu go ze stanu duchownego. Spekuluje się, że kardynał Coccopalmerio wiedział o "towarzyskiej aktywności" swojego sekretarza, ale nie reagował. Kardynał jest znany z podkreślania "pozytywnych aspektów" związków homoseksualnych i opublikowania książki broniącej wszystkich "kontrowersyjnych" wskazań Amoris Laetitia.

Od lewej:monsignor Capozzi, kardynał Coccopalmerio i papież Franciszek
Podejrzewam, że podobne przyjęcia odbywają się nie tylko w Watykanie. Sama kiedyś uciszałam nocną alkoholową imprezę  w pewnym domu rekolekcyjnym, na której ksiądz gościł ministrantów w wieku gimnazjalnym (przez kilka nocy z rzędu).

Zważywszy nadreprezentację homoseksualistów wśród duchowieństwa i całkowitą bezkarność dopuszczających się homoseksualnych praktyk łatwiej zrozumieć kilka zjawisk. Np mogę wyobrazić sobie frustrację księdza-homoseksualisty widzącego dzień w dzień na mszy ten sam zestaw starszych pań, kobiet w średnim wieku i kilku młodszych przytłoczonych nierozwiązywalnymi problemami. Nic dziwnego, że marzy na jawie o muzułmańskich "uchodźcach", smagłych, zdrowych i jurnych młodzieńcach modnie ubranych i ostrzyżonych, wyposażonych w gadżety najnowszej generacji, za cenę których można w Polsce przeżyć rok. Trudno oczekiwać od oszołomionego taką wizją zdrowego rozsądku. On rzeczywiście ma na myśli "miłość" fantazjując o nich. Uporczywie obecni w kościele - w większości kobiety - budzą w nim jedynie obrzydzenie i zniecierpliwienie. Być może stąd te kazania zniechęcające do praktyk religijnych czy oddawania czci Bogu.

Zważywszy myzoginizm homoseksualistów (kobiety są dla nich konkurencją) rozumiem często powtarzające się chamskie zachowania duchownych wobec samotnych kobiet, w tym mnie. Dawanie do zrozumienia, że wynika to z "bycia pokusą" jest mało przekonywujące w moim przypadku zważywszy, że mam lat 52 i zawsze byłam całkowicie pozbawiona kokieterii (uznawszy ją  za rodzaj manipulacji, którą się brzydzę). Poza tym z racji  stadnego charakteru natury ludzkiej mężczyzn pociągają przede wszystkim kobiety należące do innych mężczyzn - sprawdzony zmierzony wdzięk - czyli mężatki i narzeczone. 

Zarzuca się nam, nieatrakcyjnym stałym bywalcom, brak miłosierdzia  dla "innego" - grzesznika żyjącego w "nieregularnych związkach" czy muzułmańskiego "uchodźcy". Może jednak należałoby się zastanowić skąd wypływa tak nadzwyczajna i wybiórcza miłość niektórych duchownych do wyżej wspomnianych grup - z Ducha Św czy z podbrzusza (względnie odbytu). A może po z prostej kalkulacji, że w klimacie akceptacji dla wszelkiego seksualnego nieuporządkowania i perwersji homoseksualne orgie wysokich urzędników kurii rzymskiej nie będą nikogo dziwić ani gorszyć.




niedziela, 1 kwietnia 2018

O prawdzie poświęconej na ołtarzu politycznej poprawności

Wielki Piątek - znowu brak modlitwy o nawrócenie Żydów. Jest tylko prośba o to by byli wierni swojemu przymierzu. Więc przyjście Chrystusa i jego ofiara nie miały żadnego znaczenia. Można go przyjąć lub uznać, że to właściwie drugi Haman z Ksiegi Estery i słusznie smaży w piekle zanurzony we wrzących ekskrementach przez całą wieczność (jak poucza Talmud). Polecenie Chrystusa "idźcie i nawracajcie wszystkie narody" jest jakąś smutną pomyłką i namawianiem do czynów jawnie niemoralnych. Mam przykre poczucie, ze Kościół nie tylko przestał wierzyć w swoją naukę, ale zaczął jej się wstydzić co najmniej od Soboru Watykańskiego II.

Słyszałam wypowiedź pewnego nawróconego Żyda (profesora z Harvardu jak go przedstawiono). Był zbulwersowany, że aż do czasu swojego nawrócenia - czyli mniej więcej połowy życia - nie słyszał o Fatimie. Nie mógł zrozumieć jak to możliwe w świecie pełnym  katolików. Uznał, że jesteśmy jak bogacz z przypowieści o ubogim Łazarzu, mamy do dyspozycji skarby i nie dzielimy się nimi z głodującymi leżącymi u naszych bram. Co więcej był zdania, że powinniśmy zostać potraktowani podobnie po śmierci za zatrzymywanie dla siebie tego, co przeznaczone jest dla całej ludzkości.

Z perspektywy wiary trudno nie przyznać mu racji. Wiara jest jednak dobrem rzadkim, być może rzadszym jeszcze w gronie hierarchów i duchowieństwa niż wśród nas - ludu Bożego pełnego półpogan, jak pisząca te słowa. Gdyby biskupi niemieccy rzeczywiście wierzyli w realność grzechu cudzołóstwa i realną obecność Chrystusa w sakramencie ołtarza czy dla zachowania podatku kościelnego wiedli by powierzonych sobie ludzi na potępienie? Myślę, że wątpię.

Prawda została poświęcona na ołtarzu politycznej poprawności i holokaustianizmu, w imię "miłosierdzia". Słowo miłość i wszelkie pochodne to ulubione narzędzie manipulatora. Apelowanie do chrześcijańskiej miłości na przemian z wzbudzaniem poczucia winy za niepopełnione grzechy okazuje się skuteczne nie tylko w przypadku pozbawionych poczucia własnej wartości produktów dysfunkcyjnych rodzin. Działa na najświetniejsze umysły wsparte powagą urzędu i 2 tysiącami tradycji, o łasce nie wspominając.

Naiwność nie jest cnotą. Błąd miewa skutki gorsze niż grzech. Rezygnacja z prawdy jest jednym i drugim jednocześnie.


piątek, 26 stycznia 2018

O Kościele z mojej perspektywy (na marginesie odwołania redaktora naczelnego Gościa Niedzielnego)

Pisać  o Kościele to tak jak pisać o własnej matce, każdy żal blednie wobec podstawowego faktu, że jej zawdzięczamy dar życia, dzięki któremu możemy odczuwać cokolwiek i cokolwiek poddawać  krytycznej refleksji. Nie tylko nas nie wyskrobała, lecz także zapewniła - w ramach swoich możliwości -  warunki przeżycia i rozwoju  (co nie zmienia faktu, że silna więź kobiety ze swoim potomstwem składa się z wielu komponentów, a nie wyłącznie z miłości).

Podobnie Kościołowi Katolickiemu wszyscy zawdzięczamy cywilizację (zachodnią/łacińską/europejską/chrześcijańską) charakteryzującą się wolnością słowa, dzięki której możemy go krytykować. Tylko kompletny ignorant może negować wkład Chrześcijaństwa  w rozwój szkolnictwa, nauki, kultury, sztuki, opieki społecznej, prawa (w tym międzynarodowego) i kształtowanie naszej mentalności. Najbardziej zaciekły lewak usiłuje uzasadnić swoje racje posługując się etyką chrześcijańską (albo jej karykaturą). Każdy sprzedajny "ekolog" - świadomie lub nie - parodiuje św. Franciszka. Pomysł, że ludzie są równi wobec Boga i mają wrodzoną godność, która domaga się uszanowania  jest unikalny w dziejach świata.

Wierzący zawdzięczają Kościołowi opiekę duszpasterską i sakramenty, z których pierwszy - chrzest - jest do zbawienia koniecznie potrzebny, jak mnie uczono na religii. Ostatnio, co prawda, słyszy się głosy pewnych duszpasterzy - a nawet najwyższych hierarchów - podważających tę prawdę (Żydzi mają być zwolnieni z takiego wymagania) podobnie jak  nierozerwalność małżeństwa i wysoce nieuporządkowaną naturę aktów homoseksualnych. Nawet jeśli tak się dzieję, mamy do dyspozycji skarbiec 2000 lat niezmiennego nauczania w tych kwestiach, z którego możemy czerpać.



Uświadamiam sobie to bogactwo słuchając historii nawróceń protestantów (i Żydów) wychowanych w przekonaniu, że Kościół jest "nierządnicą babilońską", w krajach gdzie możliwość zapoznania z prawdziwą historią jest utrudniona gdyż, w powszechnej świadomości panuje jej wersja wymyślona na użytek antykatolickiej propagandy. Imponująca jest determinacja i odwaga tych ludzi, którzy poprzez studiowanie historii, teologii i filozofii, wbrew swoim intencjom odkrywają "fullness of faith" w Kościele Katolickim i mimo uprzedzeń "wyssanych z mlekiem matki" nawracają się. Cena jest niewyobrażalnie wysoka, bo często tracą wszystko - mieszkanie, pracę, przyjaciół, a czasem nawet rodzinę. Większość tych historii ma jednak jakiś rodzaj happy endu, bo w owych krajach, gdzie katolik jest dobrem rzadkim, Kościół znajduje dla nich zastosowanie.

Nam urodzonym i wychowanym w wierze katolickiej pewne aspekty związane z czynnikiem ludzkim w Kościele przesłaniają nasze szczęście. Nie mam tu na myśli problemu pedofilii wśród duchowieństwa, bo znam go wyłącznie z mediów lewicowo - liberalnych, choć chodziłam jako dziecko i nastolatka na religię, studiowałam na katolickim uniwersytecie, pracowałam w seminarium duchownym i liceum prowadzonym przez zakonnice - stykałam się wiec z klerem znacznie częściej niż przeciętny katolik.



Jako biegające samopas dziecko (z kluczem na szyi) o zwracającym uwagę wyglądzie zawsze byłam zaczepiana przez zboczeńców. Nie podejmę się nawet przybliżonego oszacowania liczby ekshibicjonistów, którzy się przede mną obnażyli w czasie od początku podstawówki do końca liceum. Jednak nigdy nie byłam obiektem niestosownych awansów ze strony księży, nie znam też nikogo, komu się coś takiego przydarzyło w dzieciństwie. Przypadek zakonnika, który poklepywał licealistki po pupie - o którym jedynie słyszałam ze średnio wiarygodnego źródła  - trudno zaliczyć do pedofilii. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że problem dotyczy raczej skłonności homoseksualnych, nie przypadkiem dawniej zwanych pederastią. Ich powszechność też wydaje mi się przesadzona (choć problem jest niewątpliwie poważny). Pamiętam jak pewna niunia z roku przekonywała księdza chodzącego z nami na wykłady, jak strasznie molestowani są klerycy w seminarium, licząc na jakieś pikantne historie. Ten podrapawszy się po łysiejącej głowie stwierdził z pewną przykrością, że musi ją rozczarować, gdyż jego nikt nie molestował i tonem usprawiedliwienia dodał, że widocznie nie jest atrakcyjny.

Istotnym problemem, z którym się zetknęłam w Kościele jest brak transparentności w katolickich instytucjach i sposób traktowania świeckich współpracowników. Pamiętam swój szok, kiedy na miesięczny objazd naukowy do Włoch, na który wytypowano wyróżniających się studentów pojechały zupełnie inne osoby  i to w tajemnicy przed tymi pierwszymi. Ja także byłam na pierwotnej liście ze względu na zasługi translatorskie dla katedry historii sztuki starożytnej i wczesnochrześcijańskiej. (Jako jedyna na roku interesowałam się starożytnością i znałam niemiecki w stopniu umożliwiającym tłumaczenie tekstów naukowych). Wymaganiem niezbędnym była znajomość języka zachodniego zweryfikowana przez któregoś z pracowników. Spełniwszy ten warunek czekałam na dalszy ciąg - termin wyjazdu koszt itp., lecz zapadła głucha cisza w eterze - słuch po objeździe zaginął. Dopiero po wakacjach dowiedziałam się, że się owszem się odbył, ale pojechali zupełnie inni ludzie wybrani według niejasnych kryteriów. To musiało otworzyć oczy nawet mi, Wilhelminie Naiwnej-i-Prostodusznej, gotowej brać wszystko za dobrą monetę, zwłaszcza w latach 80-tych, kiedy KUL wydawał się wyspą wolności na morzu PRL-owskiego zamordyzmu i dziadostwa. Kolesiostwo katolickie okazało jednak łudząco podobne do komunistycznego.




Wiele lat później przeżyłam kolejny szok, kiedy podczas przyjmowania do pracy w seminarium nie tylko nie podpisano ze mną żadnej umowy, ale nawet nie uznano za godną przedstawienia innym pracownikom. W konsekwencji za każdym razem musiałam tłumaczyć bratu zakonnemu na furcie kim jestem i po co przychodzę. Nie wyglądał na przekonanego i traktował jak mocno podejrzaną postać. Żaden z księży profesorów mijanych na korytarzu nie odpowiadał na pozdrowienie, siostra w kasie odnosiła się jak do uciążliwej żebraczki. Co gorsza w sytuacji kiedy klerycy - wykorzystując moją nieznajomość realiów ich życia - wymyślali coraz nowe powody odwołania zajęć nie miałam do kogo się zwrócić, żeby to sprawdzić. W przypadku choroby zawiadamiałam dziekanat, i informacja o mojej przewidywanej nieobecności tam grzęzła. To wszystko sprawiło, że przyprawiono mi gębę mętnej, niesolidnej postaci migającej się od pracy, za którą biorę pieniądze. Ilekroć usiłowałam wyjaśnić sprawę rektorowi,  nie zastawałam go w godzinach przyjęć. Pani w rektoracie udzielała mętnych wyjaśnień i otwarcie zarzucała mi kłamstwo (że jestem pracownikiem), a ja, będąc zatrudniona na gębę, nie mogłam udowodnić prawdziwości swych słów.

Nie będę się tu rozpisywać o mentalności kleryków, ich "byciu poza dobrem i złem" i stosunku do kobiet naznaczonym widocznym poczuciem wyższości, gdyż wyczerpałam temat w tekście "Człowiek drogą Kościoła, czyli o kobiecie w seminarium" opublikowanym na tym blogu.  Wspomnę jednak o zupełnym braku zrozumienia ze strony osób duchownych i konsekrowanych dla realiów życia świeckich. Odnosiłam wrażenie, że po prostu zakładają, że tak jak oni, mamy mieszkanie i wyżywienie za darmo, a pieniądze bierzemy wyłącznie na drobne wydatki, motywowani chciwością. Siostry zakonne, mimo wielu pięknych deklaracji, robiły wrażenie zupełnie pozbawionych empatii w stosunku do współpracowników. Kiedy zaczęłam mieć kłopoty ze zdrowiem potraktowały to jako akt złej woli i nie przedłużyły umowy na następny rok (przez 6 lat pracowałam na czas określony, co roku podpisując nową umowę).

Wiele lat powierzałam Bogu te doświadczenia, w nadziei uwolnienia się od goryczy, co jednak nie do końca się udało. Wspomnienia wróciły kiedy usłyszałam o zwolnieniu redaktora naczelnego "Gościa Niedzielnego" bez podania powodów. Nie jestem stałą czytelniczką tego pisma, ale wiem, że pozycję lidera tygodników opinii zawdzięcza właśnie owemu zdolnemu księdzu (nie pamiętam nazwiska). Semka i Terlikowski napomknęli na tłiterze, że biskup Skworc odwołał go pod naciskiem nuncjusza, pod zarzutem braku należytego entuzjazmu dla obecnej linii Watykanu (wywiad z o. Kowalczykiem SJ w ostatnim numerze był chyba ową kroplą przelewającą kielich goryczy). Zachodzi obawa powtórki z uwalenia  Uważam,rze. Popularność tygodnika wynikała przecież z trzymania się katolickiej ortodoksji i ostrożności wobec nadmiernie "postępowych" pomysłów. Przypadek Uważam,rze był ewidentnie wrogim przejęciem, nasuwa się pytanie czy  tak będzie z Gościem Niedzielnym. Jeśli pójdzie drogą Tygodnika Powszechnego ciemno widzę jego poczytność.

Piszę te uwagi całkowicie wolna od jakiejkolwiek osobistej sympatii wobec redakcji Gościa Niedzielnego, wręcz przeciwnie - wznoszę się ponad swoją niechęć. Miałam z nimi do czynienia co najmniej dwukrotnie - raz wysłałam tam tekst o samotności, a drugi CV i list motywacyjny w odpowiedzi na ogłoszenie. Za pierwszym razem zignorowali mój artykuł, który opublikowany w innym piśmie stał się hitem, z rekordową liczbą listów czytelników i  równie żywą reakcją na przedruk w internecie. Pomyślałam wtedy raczej niekorzystnie o rozeznaniu redaktorów, co jest ważnym i "biorącym" tematem, a nawet przypisałam im niskie intencje (zazdrość). Za drugim razem zaszczycili mnie odmową w formie elektronicznej, okraszoną życzeniami znalezienia innej posady. Podobnie pożegnała mnie onegdaj siostra dyrektor zwalniając z pracy w liceum. Nie wiem kim trzeba być, żeby nie widzieć okrutnej ironii tych słów zważywszy okoliczności.

Pamiętam czas, kiedy roiłam o nawiązaniu stałej współpracy z jakimś pismem katolickim. Sukces wspomnianego wyżej tekstu ożywił te przyjemne fantazje. Zorganizowano nawet spotkanie zatytułowane "wierność powołaniu", który to tytuł miał się nijak do mojego artykułu, ale pozwalał pomieścić drugiego, zdecydowanie faworyzowanego gościa, autorkę tekstu o małżeństwie. Temat i treść bardzo podobał się redakcji i zapewne przyczynił się do zapoczątkowania współpracy owej Pani ze środowiskiem. Moje marzenie spełniło się w życiu innej osoby, jak to czasem bywa..
Jak na ironię pewien znajomy zakonnik przysłał mi link do nagrania z jej wykładu o.......samotności. Tak gruby nietakt przypisałam niedostatkom wyobraźni owego znajomego. Braku inteligencji nie można zarzucić autorce. Sprytnie "przejęła mój temat" nie zaznaczając w tytule, że mówi wyłącznie o samotności w małżeństwie. O najbardziej bolesnym, społecznym jej aspekcie - zmarginalizowaniu lub wykluczeniu, także z życia Kościoła - oczywiście nie miała pojęcia. Fakt, że o samotności może w Kościele, wypowiadać się żona i matka trojga, raczej niż osoba znająca temat z autopsji jest dobrą ilustracją problemu.

Promotor mojej pracy doktorskiej zarzuca mi stale publicystyczny styl krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Ostatnio posunął się nawet do stwierdzenia, że byłabym świetną dziennikarką. Tak, Panie Profesorze, ja również podzielam to przekonanie. Niestety wszystkie media do których zwróciłam się w tej sprawie były odmiennego zdania. Jak poucza nas Kościół powołanie to wypadkowa między zdolnościami człowieka a potrzebami społeczeństwa. Można mieć nie wiem jak rzadkie talenty i  świetne wykształcenie, ale jeśli nie ma społecznego zapotrzebowania trzeba się przestawić. Obecnie na rynku pracy nie ma praktycznie ofert dla ludzi wykształconych (pomijam lekarzy, informatyków i managerów), te które się czasem pojawiają są fikcyjne, bo miejsce zawsze przeznaczone jest dla swoich niuniów. "Konkurs na stanowisko" jest farsą, podczas której komisja i z góry upatrzony kandydat nieźle się bawią kosztem naiwnych jeleni przygotowujących się przez tydzień, żeby odegrać rolę zasłony dymnej dla oczywistej korupcji.

Dojrzewam do zmiany podejścia. Wypatrzyłam dwie interesujące oferty - rekwizytor w operze i dojarz oborowy na Uniwersytecie Przyrodniczym,  W obu przypadkach wymagane jest wykształcenie zasadnicze zawodowe. W kwestii kwalifikacji mogę to i owo ukryć w CV, ale co ze stażem pracy? W państwowych instytucjach wymagają jego udokumentowania. Wyszłoby wtedy na to, że bez matury pracowałam w szkolnictwie jako nauczyciel. Pocieszam się, że jeśli mój nowy zamysł jest zgodny z wolą Bożą, na pewno się powiedzie.

Jestem świadoma goryczy przebijającej z tego tekstu, a także zazdrości wobec nawróconych anglikanów, baptystów i innych metodystów, dla których miejsce w życiu Kościoła w końcu się znajduje. Nie zamierzam jednak nic zmieniać, ani wygładzać. Pozwolę sobie na luksus nie udawania kogoś lepszego niż jestem.