Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Watykan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Watykan. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 maja 2022

Kolejny sen o papieżu

Nasłuchałam się wczoraj (przy szyciu) dyskusji o papieżu Franciszku (najnowszy "Ja, katolik" oraz wywiad J.H. Westena z dr E. Mazzą Unpacking Benedict's resignation: What if Francis isn't the pope after all?) i przyśnił mi się kolejny niepokojący sen o papieżu.

Jestem w budynku podobnym do basenu na Teatralnej. Stoję na galerii na drugim lub trzecim piętrze i patrzę w dół, gdzie przemawia papież, który po szyję zanurzony jest w wodzie. Myślę przerażona: "papież zwariował", tymczasem woda wzbiera i papież traci grunt pod nogami. Przez chwilę unosi się na wodzie w swojej białej sutannie, po czym zaczyna tonąć. Zastanawiam się czy nie skoczyć i go nie wyciągnąć, nawet zaczynam gramolić się bez przekonania przez barierkę, ale uświadamiam sobie, że jestem tylko w koszuli nocnej i bez majtek i niechybnie "dam ucieszny światu prospekt". W tym czasie jakaś egzotyczna piękność o azjatyckich rysach, malowniczo owinięta białym płótnem (tak by odsłaniało śniade ramiona) ratuje tonącego papieża. Ogólna ulga i aplauz na galerii. Dalej nie pamiętam...

Jeśli traktować poważnie czysto intuicyjne poznanie, jakie oferują nam obrazy senne, to sytuacja nie wygląda dobrze.

niedziela, 27 marca 2022

Terlikowski o wypowiedzi Franciszka i Parolina

Tomasz Terlikowski mówi ostatnio różne rzeczy, ale jego komentarze do wypowiedzi Parolina i Franciszka to strzał w dziesiątkę - nic dodać, nic ująć - dlatego zamieszczam w całości:






piątek, 25 lutego 2022

Gdzie "obrońcy praw człowieka"?!!!

Dziś piszę w zupełnie innej rzeczywistości niż ostatnio (i na obcym laptopie). Ziemkiewicz uznaje agresję  na Ukrainę za rodzaj operacji terrorystycznej, w której chodzi o nasilanie grozy. Najpierw atakowane są lotniska, a kiedy Ukraińcy nie pękli, rakiety lecą na osiedla mieszkalne, w dalszej kolejności możemy się spodziewać dołów napełnionych zwłokami ofiar cywilnych...

Putin jaki jest, każdy widzi. Nie od dziś wiadomo, że to po prostu bandyta, gangster czy też, jak chcą inni,  psychopata. Dla mnie najciekawsze są reakcje promotorów tego gangstera na jego wybryki. Niemcy okazali się wiernymi sojusznikami. W mediach co prawda fala samokrytyki, ale realnie bojkotowane są wszelkie sankcje dotkliwe dla Rosji, jak np. odłączenie od systemu Swift. UE, która tak zgodnie nakłada sankcje na Polskę za próbę reformy sądownictwa, wobec Rosji jest dziwnie ospała. Wydawało nam się onegdaj, że urwaliśmy się spod władzy Związku Radzieckiego, a okazało się  że z własnej woli wpadliśmy w ręce jego najwierniejszego pomagiera!!!

A co w kraju? Gdzie czułe serduszka obrońców praw człowieka, tak wzmożone, kiedy broniliśmy granicy z Białorusią? Gdzie są te ekipy BBC, ABC i Deutsche Welle w poszukiwaniu katastrofy humanitarnej? Gdzie grupa Granica, Danuta Kuroń, Janina Ochojska, Maja Ostaszewska i Barbara Kurdej - Szatan? Nie słychać dalszych rewelacji Emila Czeczko? Czy "zabici przez straż graniczną aktywiści" już pochowani? A jak tam ciała |"pomordowanych uchodźców"? Czy już ekshumowane jako dowody w sprawie przeciw w Polsce przed trybunałem w Hadze?

Szwecja już zapowiedziała, że nie będzie przyjmować uchodźców z Ukrainy. Czy to nie urocze? A właściwie dlaczego nie? Bo nie są opaleni, nie są muzułmanami i są prawdziwymi ofiarami działań wojennych? W końcu mamy oficjalnie uznawaną w Europie definicję uchodźcy - to musi być muzułmański mężczyzna z bliskiego wschodu w wieku poborowym wybierający się do Niemiec po socjal i agresywnie atakujący straż graniczną!!!! Wobec europejskich ofiar wojny dobre serduszka nie obowiązują!!!

Drogocenny Izrael też okazał się lojalnym sojusznikiem Putina. Odmówił Ukrainie sprzedaży systemu obrony antyrakietowej. Podczas wojny w Gruzji w 2008 zrobił jeszcze lepszy numer - sprzedał broń Gruzinom, ale kody dostępu przekazał ruskim.

Watykan, wraz z Rosją potępiający Polskę za obronę granicy podczas operacji "Śluza", nabrał wody w gębę i nie zdobył się na najlżejszą krytykę pod adresem Kremla, do którego umizga się równie obleśnie jak do komunistycznych Chin. Niedościgłym wzorem Pietro Parolina jest Agostino Casaroli, któremu Wyszyński i Midszenty sypali piasek w szprychy w epoce zimnej wojny.

Grzegorz Górny zauważył przytomnie, że zohydzanie Ukraińców i ich państwa było przygotowaniem agresji, której obecnie jesteśmy świadkami. Analogiczna operacja jest prowadzona w mediach rosyjskich i światowych (tu widać wyraźnie sojusznicze wsparcie Izraela i Niemiec) przeciw Polsce. Możemy mieć pewność, że to przygotowanie gruntu pod działania ofensywne. Czy agresję militarną? Tego nie wiem, ale rzecz nie wydaje się nieprawdopodobna...

Jakoś nie słyszę sformułowania "mordercy w mundurach" tak hojnie używanego w stosunku do obrońców naszych granic... Cała agentura krajowa i sojusznicy Putina w UE histerycznie atakujący Polskę objawili się  w całej swojej perwersyjnej ohydzie... Zapamiętajmy nazwiska!


sobota, 2 marca 2019

O "zboczeńcach" w PRLu i czasach obecnych

Biskup Zanchetta z Argentyny wsławił się nie tylko zdjęciami homo-porno na komórce -w tym własną nagą fotografią podczas masturbacji, którą rozsyłał po znajomych - lecz także dziwnymi praktykami w czasach swojej pracy w seminarium. Urządzał klerykom nocne wizytacje, siadał na łózkach, proponował zrobienie masażu, wyraźnie preferował "atrakcyjnych". Trzech z jego podopiecznych zgłosiło molestowanie,10 nieprawidłowości związane zarządzaniem finansami. Został wezwany do Watykanu bez podania powodu. Wytłumaczył się ze swoich sławnych zdjęć "zhakowaniem telefonu", nie wiadomo czy mu uwierzono, ale  w nagrodę dostał w Stolicy Apostolskiej stanowisko związane z zarządzaniem należącymi do niej nieruchomościami. Biskup Zanchetta jest osobistym przyjacielem papieża Franciszka, Ojciec Święty jest nawet jego spowiednikiem. Taki układ powoduje, że papież nie może robić użytku ze swojej wiedzy na temat jego grzechów usłyszanych na spowiedzi, nawet gdyby chciał. Jest to podobno myk szeroko i z powodzeniem stosowany przez homomafię.

Tych wszystkich rewelacji dowiedziałam się  od moich ulubionych amerykańskich komentatorów dr Taylora Marshalla i Tima Gordona, wcześniej miałam dość niejasne pojęcie o sprawie choć nazwisko często obijało mi się o uszy. Nie jest to pierwszy znany przyjaciel papieża o dziwnych upodobaniach, ani tym bardziej urzędnik watykański o określonych skłonnościach. Jeśli wierzyć Michaelowi Vorisowi nowi rekruci przyjmowani do gwardii szwajcarskiej przechodzą specjalne szkolenie jak radzić sobie z molestowaniem ze strony tych, których maja chronić.

Najdziwniejsze w tej historii wydało mi się owo selfie masturbującego się biskupa rozsyłane znajomym. Masturbacja wydaje mi się dość żałosną i wstydliwą formą aktywności seksualnej.  Publiczna kojarzy mi się wyłącznie ze złowrogą, a jednocześnie żałosną postacią "zboczeńca" z PRL-owskiego dzieciństwa. Zboczeniec obnażał się przed bardzo młodymi dziewczynkami z kluczem na szyi, wychodzącymi ze szkoły lub chodzącymi z psem po parku. Albo gmerał ręką w swoim otwartym rozporku, albo stojąc za krzakiem ze spodniami spuszczonymi do kolan męczył swoje paskudne przyrodzenie. Widok ten niewyobrażalnie ohydny i niezrozumiały zapewne miałby rujnujący wpływ na moją psychikę, gdyby nie możliwość obśmiewania go w gronie koleżanek z sąsiedniego podwórka, których wiedza o życiu i zboczeńcach była bez porównania bogatsza od mojej.

Myśl, że biskup Kościoła Katolickiego może zaliczać się to tej smutnej kategorii jeszcze niedawno nie pomieściła by mi się w głowie. Rozzuchwalone bezkarnością homolobby coraz dalej przesuwa granice tego, co niewyobrażalne, przy tym przepaść między ową grupą a wiernymi stale się pogłębia.

Wspomniani wyżej amerykańscy komentatorzy przyznali, że nigdy nie zetknęli się z praktyką wysyłania znajomym nagiego selfie podczas masturbacji, ani też nie słyszeli o takim procederze. 99,9 % katolików, w tym pisząca te słowa, może się pod takim stwierdzeniem podpisać. Po namyśle jednak muszę uwzględnić wypowiedź pewnej młodej uczestniczki obozu Euroschool, gorąco broniącej tej imprezy atakowanej przez "prawicowych oszołomów". Owa urocza dzieweczka, której makijaż, sposób mówienia i zachowania znacząco odbiegał od wyobrażeń na temat niewinnej młodości, opowiedziała o pewnym chorwackim wolontariuszu wysyłającym polskiej podopiecznej filmowe zapisy własnej masturbacji.

Moim skromnym zdaniem jest to rodzaj ekshibicjonizmu, który należy leczyć. Sądząc po moich doświadczeniach z dzieciństwa i młodości problem jest dość rozpowszechniony wśród męskiej populacji, szczególnie wśród jednostek nie umiejących wchodzić z normalne związki z płcią przeciwną, choć nie tylko, gdyż widziałam także obnażających przed młodymi dziewczętami ojców rodzin. Ostatni "prezentujacy się przede mną" egzemplarz obrzuciłam kamieniami. Z dużą satysfakcją obserwowałam jak rączo mknie po wydmie spiesznie podciągając gacie. Od tego momentu zasadniczo mam spokój. Zboczeńcy boją się dorosłych kobiet zdolnych do samoobrony, gustują w młodych nieśmiałych istotach zbyt przerażonych i zawstydzonych, żeby wyrazić słowami, co im się przytrafiło. Zboczeńcy powinni się leczyć albo być izolowani od społeczeństwa. Nie powinni być kapłanami, ani - tym bardziej - biskupami Kościoła Katolickiego.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

O homoseksualizmie w Kościele

Wczoraj znalazłam na stronie Lifesite (https://www.lifesitenews.com/blogs/vatican-gay-sex-orgy-12-facts-you-need-to-know) wpis na blogu Pete'a Baklinskiego (ze zdjęciem poniżej) o zeszłorocznej (6.07.2017) homoseksualnej orgii w Watykanie,w budynku przylegającym do bazyliki Św Piotra. Gospodarzem był Monsignor Luigi Capozzi sekretarz kardynała Francesco Coccopalmerio, bliskiego współpracownika papieża Fanciszka.

Monsignor Capozzi był tak zaćpany kokainą, że odwieziono go do szpitala na detox. Długo udawało mu się uniknąć zatrzymania z ładunkiem narkotyku, którym "uatrakcyjniał" swoje homoseksualne orgie, gdyż jeździł luksusowym BMW z numerami stolicy apostolskiej, co czyniło go nietykalnym dla włoskiej policji. Jednakże częste skargi mieszkańców budynku na podejrzaną nocną aktywność skłoniły policję do wkroczenia na jedno z takich "przyjęć" i zatrzymania gospodarza.

Capozzi miał zostać biskupem za rekomendacją swojego szefa. Obecnie przebywa w klasztorze (otwartym) na rekolekcjach. Nie ma wzmianki o wyrzuceniu go ze stanu duchownego. Spekuluje się, że kardynał Coccopalmerio wiedział o "towarzyskiej aktywności" swojego sekretarza, ale nie reagował. Kardynał jest znany z podkreślania "pozytywnych aspektów" związków homoseksualnych i opublikowania książki broniącej wszystkich "kontrowersyjnych" wskazań Amoris Laetitia.

Od lewej:monsignor Capozzi, kardynał Coccopalmerio i papież Franciszek
Podejrzewam, że podobne przyjęcia odbywają się nie tylko w Watykanie. Sama kiedyś uciszałam nocną alkoholową imprezę  w pewnym domu rekolekcyjnym, na której ksiądz gościł ministrantów w wieku gimnazjalnym (przez kilka nocy z rzędu).

Zważywszy nadreprezentację homoseksualistów wśród duchowieństwa i całkowitą bezkarność dopuszczających się homoseksualnych praktyk łatwiej zrozumieć kilka zjawisk. Np mogę wyobrazić sobie frustrację księdza-homoseksualisty widzącego dzień w dzień na mszy ten sam zestaw starszych pań, kobiet w średnim wieku i kilku młodszych przytłoczonych nierozwiązywalnymi problemami. Nic dziwnego, że marzy na jawie o muzułmańskich "uchodźcach", smagłych, zdrowych i jurnych młodzieńcach modnie ubranych i ostrzyżonych, wyposażonych w gadżety najnowszej generacji, za cenę których można w Polsce przeżyć rok. Trudno oczekiwać od oszołomionego taką wizją zdrowego rozsądku. On rzeczywiście ma na myśli "miłość" fantazjując o nich. Uporczywie obecni w kościele - w większości kobiety - budzą w nim jedynie obrzydzenie i zniecierpliwienie. Być może stąd te kazania zniechęcające do praktyk religijnych czy oddawania czci Bogu.

Zważywszy myzoginizm homoseksualistów (kobiety są dla nich konkurencją) rozumiem często powtarzające się chamskie zachowania duchownych wobec samotnych kobiet, w tym mnie. Dawanie do zrozumienia, że wynika to z "bycia pokusą" jest mało przekonywujące w moim przypadku zważywszy, że mam lat 52 i zawsze byłam całkowicie pozbawiona kokieterii (uznawszy ją  za rodzaj manipulacji, którą się brzydzę). Poza tym z racji  stadnego charakteru natury ludzkiej mężczyzn pociągają przede wszystkim kobiety należące do innych mężczyzn - sprawdzony zmierzony wdzięk - czyli mężatki i narzeczone. 

Zarzuca się nam, nieatrakcyjnym stałym bywalcom, brak miłosierdzia  dla "innego" - grzesznika żyjącego w "nieregularnych związkach" czy muzułmańskiego "uchodźcy". Może jednak należałoby się zastanowić skąd wypływa tak nadzwyczajna i wybiórcza miłość niektórych duchownych do wyżej wspomnianych grup - z Ducha Św czy z podbrzusza (względnie odbytu). A może po z prostej kalkulacji, że w klimacie akceptacji dla wszelkiego seksualnego nieuporządkowania i perwersji homoseksualne orgie wysokich urzędników kurii rzymskiej nie będą nikogo dziwić ani gorszyć.




piątek, 26 stycznia 2018

O Kościele z mojej perspektywy (na marginesie odwołania redaktora naczelnego Gościa Niedzielnego)

Pisać  o Kościele to tak jak pisać o własnej matce, każdy żal blednie wobec podstawowego faktu, że jej zawdzięczamy dar życia, dzięki któremu możemy odczuwać cokolwiek i cokolwiek poddawać  krytycznej refleksji. Nie tylko nas nie wyskrobała, lecz także zapewniła - w ramach swoich możliwości -  warunki przeżycia i rozwoju  (co nie zmienia faktu, że silna więź kobiety ze swoim potomstwem składa się z wielu komponentów, a nie wyłącznie z miłości).

Podobnie Kościołowi Katolickiemu wszyscy zawdzięczamy cywilizację (zachodnią/łacińską/europejską/chrześcijańską) charakteryzującą się wolnością słowa, dzięki której możemy go krytykować. Tylko kompletny ignorant może negować wkład Chrześcijaństwa  w rozwój szkolnictwa, nauki, kultury, sztuki, opieki społecznej, prawa (w tym międzynarodowego) i kształtowanie naszej mentalności. Najbardziej zaciekły lewak usiłuje uzasadnić swoje racje posługując się etyką chrześcijańską (albo jej karykaturą). Każdy sprzedajny "ekolog" - świadomie lub nie - parodiuje św. Franciszka. Pomysł, że ludzie są równi wobec Boga i mają wrodzoną godność, która domaga się uszanowania  jest unikalny w dziejach świata.

Wierzący zawdzięczają Kościołowi opiekę duszpasterską i sakramenty, z których pierwszy - chrzest - jest do zbawienia koniecznie potrzebny, jak mnie uczono na religii. Ostatnio, co prawda, słyszy się głosy pewnych duszpasterzy - a nawet najwyższych hierarchów - podważających tę prawdę (Żydzi mają być zwolnieni z takiego wymagania) podobnie jak  nierozerwalność małżeństwa i wysoce nieuporządkowaną naturę aktów homoseksualnych. Nawet jeśli tak się dzieję, mamy do dyspozycji skarbiec 2000 lat niezmiennego nauczania w tych kwestiach, z którego możemy czerpać.



Uświadamiam sobie to bogactwo słuchając historii nawróceń protestantów (i Żydów) wychowanych w przekonaniu, że Kościół jest "nierządnicą babilońską", w krajach gdzie możliwość zapoznania z prawdziwą historią jest utrudniona gdyż, w powszechnej świadomości panuje jej wersja wymyślona na użytek antykatolickiej propagandy. Imponująca jest determinacja i odwaga tych ludzi, którzy poprzez studiowanie historii, teologii i filozofii, wbrew swoim intencjom odkrywają "fullness of faith" w Kościele Katolickim i mimo uprzedzeń "wyssanych z mlekiem matki" nawracają się. Cena jest niewyobrażalnie wysoka, bo często tracą wszystko - mieszkanie, pracę, przyjaciół, a czasem nawet rodzinę. Większość tych historii ma jednak jakiś rodzaj happy endu, bo w owych krajach, gdzie katolik jest dobrem rzadkim, Kościół znajduje dla nich zastosowanie.

Nam urodzonym i wychowanym w wierze katolickiej pewne aspekty związane z czynnikiem ludzkim w Kościele przesłaniają nasze szczęście. Nie mam tu na myśli problemu pedofilii wśród duchowieństwa, bo znam go wyłącznie z mediów lewicowo - liberalnych, choć chodziłam jako dziecko i nastolatka na religię, studiowałam na katolickim uniwersytecie, pracowałam w seminarium duchownym i liceum prowadzonym przez zakonnice - stykałam się wiec z klerem znacznie częściej niż przeciętny katolik.



Jako biegające samopas dziecko (z kluczem na szyi) o zwracającym uwagę wyglądzie zawsze byłam zaczepiana przez zboczeńców. Nie podejmę się nawet przybliżonego oszacowania liczby ekshibicjonistów, którzy się przede mną obnażyli w czasie od początku podstawówki do końca liceum. Jednak nigdy nie byłam obiektem niestosownych awansów ze strony księży, nie znam też nikogo, komu się coś takiego przydarzyło w dzieciństwie. Przypadek zakonnika, który poklepywał licealistki po pupie - o którym jedynie słyszałam ze średnio wiarygodnego źródła  - trudno zaliczyć do pedofilii. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że problem dotyczy raczej skłonności homoseksualnych, nie przypadkiem dawniej zwanych pederastią. Ich powszechność też wydaje mi się przesadzona (choć problem jest niewątpliwie poważny). Pamiętam jak pewna niunia z roku przekonywała księdza chodzącego z nami na wykłady, jak strasznie molestowani są klerycy w seminarium, licząc na jakieś pikantne historie. Ten podrapawszy się po łysiejącej głowie stwierdził z pewną przykrością, że musi ją rozczarować, gdyż jego nikt nie molestował i tonem usprawiedliwienia dodał, że widocznie nie jest atrakcyjny.

Istotnym problemem, z którym się zetknęłam w Kościele jest brak transparentności w katolickich instytucjach i sposób traktowania świeckich współpracowników. Pamiętam swój szok, kiedy na miesięczny objazd naukowy do Włoch, na który wytypowano wyróżniających się studentów pojechały zupełnie inne osoby  i to w tajemnicy przed tymi pierwszymi. Ja także byłam na pierwotnej liście ze względu na zasługi translatorskie dla katedry historii sztuki starożytnej i wczesnochrześcijańskiej. (Jako jedyna na roku interesowałam się starożytnością i znałam niemiecki w stopniu umożliwiającym tłumaczenie tekstów naukowych). Wymaganiem niezbędnym była znajomość języka zachodniego zweryfikowana przez któregoś z pracowników. Spełniwszy ten warunek czekałam na dalszy ciąg - termin wyjazdu koszt itp., lecz zapadła głucha cisza w eterze - słuch po objeździe zaginął. Dopiero po wakacjach dowiedziałam się, że się owszem się odbył, ale pojechali zupełnie inni ludzie wybrani według niejasnych kryteriów. To musiało otworzyć oczy nawet mi, Wilhelminie Naiwnej-i-Prostodusznej, gotowej brać wszystko za dobrą monetę, zwłaszcza w latach 80-tych, kiedy KUL wydawał się wyspą wolności na morzu PRL-owskiego zamordyzmu i dziadostwa. Kolesiostwo katolickie okazało jednak łudząco podobne do komunistycznego.




Wiele lat później przeżyłam kolejny szok, kiedy podczas przyjmowania do pracy w seminarium nie tylko nie podpisano ze mną żadnej umowy, ale nawet nie uznano za godną przedstawienia innym pracownikom. W konsekwencji za każdym razem musiałam tłumaczyć bratu zakonnemu na furcie kim jestem i po co przychodzę. Nie wyglądał na przekonanego i traktował jak mocno podejrzaną postać. Żaden z księży profesorów mijanych na korytarzu nie odpowiadał na pozdrowienie, siostra w kasie odnosiła się jak do uciążliwej żebraczki. Co gorsza w sytuacji kiedy klerycy - wykorzystując moją nieznajomość realiów ich życia - wymyślali coraz nowe powody odwołania zajęć nie miałam do kogo się zwrócić, żeby to sprawdzić. W przypadku choroby zawiadamiałam dziekanat, i informacja o mojej przewidywanej nieobecności tam grzęzła. To wszystko sprawiło, że przyprawiono mi gębę mętnej, niesolidnej postaci migającej się od pracy, za którą biorę pieniądze. Ilekroć usiłowałam wyjaśnić sprawę rektorowi,  nie zastawałam go w godzinach przyjęć. Pani w rektoracie udzielała mętnych wyjaśnień i otwarcie zarzucała mi kłamstwo (że jestem pracownikiem), a ja, będąc zatrudniona na gębę, nie mogłam udowodnić prawdziwości swych słów.

Nie będę się tu rozpisywać o mentalności kleryków, ich "byciu poza dobrem i złem" i stosunku do kobiet naznaczonym widocznym poczuciem wyższości, gdyż wyczerpałam temat w tekście "Człowiek drogą Kościoła, czyli o kobiecie w seminarium" opublikowanym na tym blogu.  Wspomnę jednak o zupełnym braku zrozumienia ze strony osób duchownych i konsekrowanych dla realiów życia świeckich. Odnosiłam wrażenie, że po prostu zakładają, że tak jak oni, mamy mieszkanie i wyżywienie za darmo, a pieniądze bierzemy wyłącznie na drobne wydatki, motywowani chciwością. Siostry zakonne, mimo wielu pięknych deklaracji, robiły wrażenie zupełnie pozbawionych empatii w stosunku do współpracowników. Kiedy zaczęłam mieć kłopoty ze zdrowiem potraktowały to jako akt złej woli i nie przedłużyły umowy na następny rok (przez 6 lat pracowałam na czas określony, co roku podpisując nową umowę).

Wiele lat powierzałam Bogu te doświadczenia, w nadziei uwolnienia się od goryczy, co jednak nie do końca się udało. Wspomnienia wróciły kiedy usłyszałam o zwolnieniu redaktora naczelnego "Gościa Niedzielnego" bez podania powodów. Nie jestem stałą czytelniczką tego pisma, ale wiem, że pozycję lidera tygodników opinii zawdzięcza właśnie owemu zdolnemu księdzu (nie pamiętam nazwiska). Semka i Terlikowski napomknęli na tłiterze, że biskup Skworc odwołał go pod naciskiem nuncjusza, pod zarzutem braku należytego entuzjazmu dla obecnej linii Watykanu (wywiad z o. Kowalczykiem SJ w ostatnim numerze był chyba ową kroplą przelewającą kielich goryczy). Zachodzi obawa powtórki z uwalenia  Uważam,rze. Popularność tygodnika wynikała przecież z trzymania się katolickiej ortodoksji i ostrożności wobec nadmiernie "postępowych" pomysłów. Przypadek Uważam,rze był ewidentnie wrogim przejęciem, nasuwa się pytanie czy  tak będzie z Gościem Niedzielnym. Jeśli pójdzie drogą Tygodnika Powszechnego ciemno widzę jego poczytność.

Piszę te uwagi całkowicie wolna od jakiejkolwiek osobistej sympatii wobec redakcji Gościa Niedzielnego, wręcz przeciwnie - wznoszę się ponad swoją niechęć. Miałam z nimi do czynienia co najmniej dwukrotnie - raz wysłałam tam tekst o samotności, a drugi CV i list motywacyjny w odpowiedzi na ogłoszenie. Za pierwszym razem zignorowali mój artykuł, który opublikowany w innym piśmie stał się hitem, z rekordową liczbą listów czytelników i  równie żywą reakcją na przedruk w internecie. Pomyślałam wtedy raczej niekorzystnie o rozeznaniu redaktorów, co jest ważnym i "biorącym" tematem, a nawet przypisałam im niskie intencje (zazdrość). Za drugim razem zaszczycili mnie odmową w formie elektronicznej, okraszoną życzeniami znalezienia innej posady. Podobnie pożegnała mnie onegdaj siostra dyrektor zwalniając z pracy w liceum. Nie wiem kim trzeba być, żeby nie widzieć okrutnej ironii tych słów zważywszy okoliczności.

Pamiętam czas, kiedy roiłam o nawiązaniu stałej współpracy z jakimś pismem katolickim. Sukces wspomnianego wyżej tekstu ożywił te przyjemne fantazje. Zorganizowano nawet spotkanie zatytułowane "wierność powołaniu", który to tytuł miał się nijak do mojego artykułu, ale pozwalał pomieścić drugiego, zdecydowanie faworyzowanego gościa, autorkę tekstu o małżeństwie. Temat i treść bardzo podobał się redakcji i zapewne przyczynił się do zapoczątkowania współpracy owej Pani ze środowiskiem. Moje marzenie spełniło się w życiu innej osoby, jak to czasem bywa..
Jak na ironię pewien znajomy zakonnik przysłał mi link do nagrania z jej wykładu o.......samotności. Tak gruby nietakt przypisałam niedostatkom wyobraźni owego znajomego. Braku inteligencji nie można zarzucić autorce. Sprytnie "przejęła mój temat" nie zaznaczając w tytule, że mówi wyłącznie o samotności w małżeństwie. O najbardziej bolesnym, społecznym jej aspekcie - zmarginalizowaniu lub wykluczeniu, także z życia Kościoła - oczywiście nie miała pojęcia. Fakt, że o samotności może w Kościele, wypowiadać się żona i matka trojga, raczej niż osoba znająca temat z autopsji jest dobrą ilustracją problemu.

Promotor mojej pracy doktorskiej zarzuca mi stale publicystyczny styl krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Ostatnio posunął się nawet do stwierdzenia, że byłabym świetną dziennikarką. Tak, Panie Profesorze, ja również podzielam to przekonanie. Niestety wszystkie media do których zwróciłam się w tej sprawie były odmiennego zdania. Jak poucza nas Kościół powołanie to wypadkowa między zdolnościami człowieka a potrzebami społeczeństwa. Można mieć nie wiem jak rzadkie talenty i  świetne wykształcenie, ale jeśli nie ma społecznego zapotrzebowania trzeba się przestawić. Obecnie na rynku pracy nie ma praktycznie ofert dla ludzi wykształconych (pomijam lekarzy, informatyków i managerów), te które się czasem pojawiają są fikcyjne, bo miejsce zawsze przeznaczone jest dla swoich niuniów. "Konkurs na stanowisko" jest farsą, podczas której komisja i z góry upatrzony kandydat nieźle się bawią kosztem naiwnych jeleni przygotowujących się przez tydzień, żeby odegrać rolę zasłony dymnej dla oczywistej korupcji.

Dojrzewam do zmiany podejścia. Wypatrzyłam dwie interesujące oferty - rekwizytor w operze i dojarz oborowy na Uniwersytecie Przyrodniczym,  W obu przypadkach wymagane jest wykształcenie zasadnicze zawodowe. W kwestii kwalifikacji mogę to i owo ukryć w CV, ale co ze stażem pracy? W państwowych instytucjach wymagają jego udokumentowania. Wyszłoby wtedy na to, że bez matury pracowałam w szkolnictwie jako nauczyciel. Pocieszam się, że jeśli mój nowy zamysł jest zgodny z wolą Bożą, na pewno się powiedzie.

Jestem świadoma goryczy przebijającej z tego tekstu, a także zazdrości wobec nawróconych anglikanów, baptystów i innych metodystów, dla których miejsce w życiu Kościoła w końcu się znajduje. Nie zamierzam jednak nic zmieniać, ani wygładzać. Pozwolę sobie na luksus nie udawania kogoś lepszego niż jestem.


















poniedziałek, 5 października 2015

Sprawa ks. Charamsy

Jest pewien niepokojący aspekt sprawy księdza Charamsy.
Człowiek ten przez 13 lat fantastycznie funkcjonował w Kościele. W Polsce studiował tylko 2 lata, potem studia za granicą, kariera, wysokie stanowiska w młodym wieku. Pytanie, które nie ja jedna sobie zadaję brzmi: jakim swoim cechom, przymiotom, talentom zawdzięczał tak szybki awans? Czy była to sprawność intelektualna czy też  "orientacja seksualna"? Jak to możliwe, że facet, który jest sekretarzem w Kongregacji Nauki Wiary i wykłada na dwóch papieskich uniwersytetach może być czynnym homoseksualistą i żyć w związku z kochankiem?
Przecież ktoś musiał tego człowieka formować, spowiadać i zdawać sobie sprawę z kim ma do czynienia. Ktoś go krył i pomimo jego skłonności - albo raczej z ich powodu - promował. Ta prosta konstatacja prowadzi do oczywistego wniosku, że nie mamy do czynienia z jednym ks. Charamsą tylko ich łańcuchem. Pierwsze ogniwa ewidentnie działają w kraju i namierzają takich "obiecujących" młodzieńców, po czym kierują ich na szybką ścieżkę kariery. Na studiach za granicą przejmują ich kolejne ogniwa łańcucha i pomagają się zagnieździć w najważniejszych urzędach watykańskich i papieskich uniwersytetach.
Jaki procent wysokich stanowisk w Kościele jest obsadzony takimi ludźmi? Czy większość? Przecież stosunkowo łatwo byłoby prześledzić, kto promował tego nieszczęśnika i go krył. Nie jest szczególnie trudne dotrzeć do osób odpowiedzialnych za formację kleryków w seminariach, w których studiował. To tylko kwestia woli oczyszczenia Kościoła z ludzi rozwalających go od wewnątrz. Dlaczego brak takiej woli? Czy homo lobby jest już najpotężniejszą siłą w Kościele?