Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Terlikowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Terlikowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 kwietnia 2023

Jeszcze o Terlikowskim i o. Wenantym Katarzyńcu

Wspomniałam w ostatnim wpisie wywiad z Terlikowskim przeprowadzony przez niejakiego Patrycjusza Wyżgę (nie znam człowieka). W pewnym momencie dziennikarz zapytał swego gościa czy modli się do Jana Pawła II, a ten na to, że zawsze modlimy sie do Boga, świętych prosimy jedynie o wstawiennictwo. Uczyniwszy to zastrzeżenie stwierdził z pewnym zażenowaniem, że on nie korzysta z pośrednictwa świętych, choć ma swoich ulubionych, jak Maksymilian Kolbe.

Tymczasem pamiętam całkiem wyraźnie, że napisał książkę o o.Wenantym Katarzyńcu, gdyż jego wstawiennictwo zapewniło mu wygraną w procesie z Nowicką (chyba). Co więcej czytałam tę książkę i na jej podstawie napisałam krótkie opowiadanie na konkurs literacki poświęcony temu słudze Bożemu, bo mi pomógł wywinąć się od wysokich kar za zerwanie umowy z nieuczciwym dostawcą energii...

Sprawa o.Wenantego Katarzyńca  (autor: Wilhelmina)

Religijna TV - stacja znana z otwartości – prezentuje w programie Nowe książki publikację Tomasza Terlikowskiego pt. Wenanty Katarzyniec. W studio stały skład gości: pani psycholog czy też pedagog, o. Mogiła OP - dyżurny dominikanin medialny oraz niewyraźny jegomość określający się jako świecki teolog, wyglądający na byłego księdza.

- Muszę przyznać, że jestem w nie lada kłopocie…– zaczyna dominikanin – gdyż bohater najnowszej książki p. Terlikowskiego jest postacią jakby z innej epoki i właściwie trudno zrozumieć, co skłoniło autora do zajęcia się takim tematem…

- Sam to wyjaśnia we wstępie– wtrąca pani psycholog. – P. Terlikowski wierzy, że wygrał proces dzięki wstawiennictwu swojego bohatera – mówi z przekąsem.

O. Mogiła wyraźnie zażenowany wznosi oczy ku niebu – Jakiekolwiek byłyby intencje autora, nie wydaje mi się, żeby duchowość o. Wenantego, jakże przedsoborowa, mogła być wzorem dla kogokolwiek w naszych czasach…- zawiesza głos jednocześnie kierując wzrok na niewyraźnego jegomościa.

- No cóż – podejmuje ten bez namysłu –O. Wenanty jest dzieckiem swojej epoki i klasy społecznej. Dla urodzonego w rodzinie małorolnego chłopa przesiąkniętej ludową pobożnością, inteligentnego chłopca jedyną ucieczką od biedy mogło być kapłaństwo…

- Kształcił się wprawdzie na nauczyciela, ale wyraźnie nie widział się w tym zawodzie jako skrajny introwertyk, nieasertywny zresztą…- pani psycholog poprawia się w fotelu. – To, co uchodziło za życie modlitwy, mogło być w istocie ucieczką od rzeczywistości właściwą dla jednostek bardziej wrażliwych, mniej przystosowanych - niewiasta wyraźnie się rozkręca. - Dla takich ludzi życie bywa przerażające, ich decyzje podyktowane są lękiem… Lękiem przed relacjami z płcią przeciwną, przed seksem…- kiwa głową w zadumie - Można to nazwać unikaniem pokusy lub grzechu…

- Sam ojciec Wenanty doradzał wprawdzie swoim podopiecznym nowicjuszom unikanie rozmów z kobietami poza konfesjonałem – niewyraźny mówi z naciskiem, zirytowany, że mu przerwano - ale trudno posądzać o oderwanie od rzeczywistości kogoś, kto od maleńkości pasał zwierzęta gospodarskie wraz z innymi dziećmi ze wsi bez żadnego nadzoru ze strony dorosłych. Niejednego mógł się dowiedzieć o naturze ludzkiej…

-Taaak - teraz dominikanin kiwa smutno głową –To, co mnie osobiście najbardziej przygnębia w życiu naszego bohatera to ciągła praca ponad siły, bieda i odpychający przełożeni, surowi i niesprawiedliwi. No i jeszcze, muszę to powiedzieć, ten ciągły lęk przed potępieniem wiecznym. Wygląda na to, że o. Wenanty postrzegał Boga na podobieństwo swoich przełożonych… Tymczasem dobra nowina jest taka, ze wszyscy zostaniemy zbawieni…Tak właśnie wynika z logiki Ewangelii!

- Gwoli ścisłości, w tradycji katolickiej istnieje silne przekonanie, że nie ma zbawienia poza Kościołem, a nawet nie wszyscy jego członkowie go dostąpią. Tak, niestety, nauczano przez wieki i nawet św. Dominik założył zakon kaznodziejski, żeby uchronić dusze albigensów od ognia piekielnego…- tu niewyraźny jegomość uśmiecha się chytrze.

- Tak wtedy wierzono…- o. Mogiła rozkłada bezradnie ręce. – Swoją drogą ten epizod wojenny, kiedy to ojciec Wenanty odwodzi mieszkańców wsi od ucieczki do lasu przed armią rosyjską i żołnierze nie tylko powstrzymują się od rozboju i gwałtów, ale gromadnie przystępują do spowiedzi, jest jak żywcem wyjęty z żywota bł. Czesława. Tam też Tatarzy nie tylko nie niszczą Wrocławia, ale się masowo nawracają…

- Ja jednak chciałabym wrócić do wpływu tego rodzaju formacji na osobowość. – wcina się pani psycholog - O. Wenanty, kiedy sam zostaje mistrzem nowicjatu, wprowadza doprawdy drakońską dyscyplinę. Proszę sobie wyobrazić coś takiego jak rezygnacja ze śniadania jako kara za spóźnienie na modlitwy…- szczere przerażenie maluje się na twarzy kobiety. - Albo ta historia z kapeluszami…

- Tak rozumiano ubóstwo i posłuszeństwo – gasi ją świecki teolog.

- No dobrze, ale wymogi higieny!- pani psycholog nie daje za wygraną - Jak można nakazać grupie młodych mężczyzn zamienianie się na używane części garderoby? A przy okazji zastanawia mnie, jak o. Wenanty już z wykrytą gruźlicą mógł spowiadać!

- Niestety czas nam się kończy, a chciałbym jeszcze wprowadzić wątek przyjaźni z o. Maksymilianem Kolbe i poparciem dla jego działalności medialnej…- mówi dominikanin.

- Nie negując świętości o. Kolbe, trzeba jasno powiedzieć, że jego międzywojenna publicystyka uderza w tony antysemickie…- świecki teolog zawiesza głos.

W studio zapada kłopotliwa cisza. W końcu o. Mogiła pyta – Poleciliby państwo książkę p. Terlikowskiego Wenanty Katarzyniec naszym widzom?

- Jako studium przypadku – stwierdza pani psycholog – ale radziłabym podejść z dużym dystansem. Nie polecam młodym dziewczętom modlitwy za wstawiennictwem o. Wenantego zamiast wizyty u lekarza, to na pewno!

- Jest niewątpliwie cenna jako źródło wiedzy o mentalności ludzi pewnej epoki… - zaczyna niewyraźny, ale niestety w tym momencie program się kończy.

A jednak o Wenanty działa po swojej śmierci – myślę przekornie – Czy anulowanie kar umownych za wypowiedzenie umowy z nieuczciwym dostawcą prądu i gazu tylko przypadkiem zbiegło się w czasie z odmówioną nowenną w tej intencji? Nie sądzę!


Kalwaria Pacławska, gdzie o. Wenanty Katarzyniec jest pochowany


środa, 12 kwietnia 2023

Jeszcze o Mogielskim, ślepych i głuchych przełożonych oraz dziwnej krucjacie Terlikowskiego

Wysłuchalam takiej oto rozmowy na YouTube: Ojciec Marcin Mogielski odchodzi z Kościoła. Walczył z pedofilią. Ksiądz komentuje na kanale Wirtualnej Polski, a komentujacym księdzem byl ks. prof. Andrzej Kobyliński.

W ktorymś momencie, w reakcji na zacytowanego tweeta Mogielskiego o byciu w domu w kościele luterańskim, ks. Kobyliński przyznał, że dominikanin już od dawna był protestantem w swoich przekonaniach. I tu jest skandal, na który jakoś nikt nie zwrócił uwagi. 

Za czasów Malińskiego, ani przeor Konopka, ani współbracia nie wiedzieli, że ich brat chędoży panienki ze swojej wspólnoty i okłada jakichś nieszczęśników skórzanym pasem. Bardzo trudno w to uwierzyć, ale powiedzmy, że nie robił tego na ich oczach...

Natomiast w momencie kiedy zakonnik w czasie mszy w kościele głosi poglądy jawnie protestanckie i nie do pogodzenia z nauką katolicką i robi to regularnie, a przelożony nie reaguje, to jest to po prostu sabotaż.

Przeor widocznie podziela poglądy współbrata - protestanta, albo po prostu ma głęboko w pompie, co jego podwładni opowiadają ludziom. To samo dotyczy pozostałych wrocławskich dominikanów. Należałoby więc całe to towarzystwo rozgonić na cztery wiatry i sprowadzić jakichś wierzących zakonników. Jeżeli w zakonie kaznodziejskim już takich nie ma, to należy go rozwiązać, a kościół św. Wojciecha przekazać komuś innemu...


Następnie obejrzałam wywiad z Terlikowskim Zrobiliśmy z Jana Pawła II wielką kremówkę. To najgorsze co mogło go spotkać - didaskalia #5. Wszyscy już go dawno odsądzili od czci i wiary, a ja czegoś wierzyłam w jego dobre intencje. Niestety po tej rozmowie doszłam do wniosku, że albo to kompletny kretyn albo wyrafinowany oszust.

W zajawce informacja, że w każdej klasie szkolnej dwoje dzieci było skrzywdzonych. W wywiadzie istotne uzupelnienie - 80%  przypadków ucierpiało z rąk domowników, krewnych, przyjaciól rodziny i wychowawców, 20 % od ludzi Kościoła. Po czym dowiadujemy sie dodatkowo, że do kategorii skrzywdzonych zaliczają się tacy, którzy byli wyśmiewani w dzieciństwie!!!

Ile znacie ludzi, którzy nie byli wyśmiewani, atakowani i obrzucani wyzwiskami w dzieciństwie?!!! Ja nie znam nikogo takiego!!! Do tak rozumianych skrzywdzonych zalicza się 100% społeczeństwa!!!

A Terlikowski uznał, że w związku z tym, że ludzie się nawzajem krzywdzą i nie oszczędzają nawet swoich dzieci, przyłączy się do operacji obcych służb mającej na celu rozwalenie wspólnoty....

I jeszcze opowiada, jak po reportażu Gutowskiego w TVN ludzie sie z nim skontaktowali, tylko okazuje się, że ci ludzie byli molestowani w domu...

Trudno mi uwierzyć, że Terlikowski nie rozumie, że jego gadka o "skrzywdzonych" jest kojarzona wyłącznie z ofiarami nadużyć seksualnych w Kościele, a on sam jest użyty do jego zohydzania jako użyteczny idiota...

Mam zresztą wrażenie, że ewolucja jego poglądów idzie w takim kierunku, że niebawem dołączy do Mogielskiego wraz ze swoją liczną rodziną.

niedziela, 9 kwietnia 2023

Marcin Mogielski wreszcie się zdecydował

Na stronie dominikańskiej taki oto tekst:
Ze smutkiem informujemy, że nasz br. Marcin Mogielski w minionym tygodniu opuścił wrocławski klasztor. Szanujemy jego osobistą i poważna decyzję. Niezależnie od jego losów i kolejnych kroków na zawsze pozostanie naszym bratem. Modlimy się za niego i prosimy Was o modlitwę.
O sprawie dowiedziałam się z komentarza czytelnika pod poprzednim wpisem. I co? - ktoś zapyta. I nic - odpowiem. Po pierwsze nie szokuje mnie to wcale. Gdzieś na tym blogu są streszczone co najmniej dwa jego kazania (Św. Dominik przewraca sie w grobie z 9.06.2021 https://singletonreview.blogspot.com/2021/06/sw-dominik-przewraca-sie-w-grobie.html i O zepsutej niedzieli, czyli dominikanie przechodza na ciemną stronę mocy z 6.05.2018 https://singletonreview.blogspot.com/2018/05/o-zepsutej-niedzieli-czyli-dominikanie.html) i własciwie bylo dla mnie dziwne dlaczego ten niewierzący czlowiek udaje księdza katolickiego. Myślę, że dobrze sie stało, że postanowił zakończyć tę maskaradę, bo nie będzie wprowadzał ludzi w błąd.

Ktoś może sie oburzyć, że tak sie wyrażam o zakonniku, który przyczynil się do zdemaskowania Malińskiego, a wcześniej oskarżał ks. Dymera. Powiem tak: nawet jeśli jego zarzuty wobec ks. Dymera i o.Malińskiego były w 100% prawdziwe, a intencje krystalicznie czyste, to jak teraz wygląda ta sprawa po jego odejściu? Ta jedna decyzja pozbawila ją wszelkiej wiarygodności, niestety...

Bracia dominikanie pogrążeni w smutku, a może powinni pogrążyć się w refleksji kogo promują i czynią swoją twarzą...

Pisałam poprzednio o rekolekcjach głoszonych przez młodego paulina, o. Piotra. Były naprawdę dobre i skłaniajace do refleksji. Kościół Bożego Ciała przy Świdnickiej jest równie pojemny jak kościół Św. Wojciech na pl. Dominikańskim i równie dobrze położony. Wypelniony był może w połowie, albo nawet nie... Dlaczego? Bo młody zakonnik nie jest obiektem kultu jednostek "przyciągajacych młodzież do Kościoła" praktykowanego od dekad w zakonie kaznodziejskim.

Tylko to nie jest przyciąganie "do Kościoła" tylko dominkańskiego kółka wzajemnej adoracji. "Przyciągnięci " podlegają ścisłej selekcji według kryteriów, których nie znam, ale się domyślam... Nie będę o swoich domysłach pisać w pierwszy dzień świąt.

P.S.
Tomasz Terlikowski na Onecie wysmażył laurkę dla Mogielskiego, zasłużonego w ujawnianiu skandali seksualnych,  w stylu "Dzielny wojowniku, rozumiem twoją decyzję!"

Troska o skrzywdzonych piękną rzeczą jest, ale red. Terlikowski nie słyszał kazań Mogielskiego, które ja słyszałam. To nie była katolicka nauka. Zresztą sam Mogielski wyznał na twitterze, że w kościele luterańskim czuje sie nareszcie w domu...

Dlaczego czuje sie w domu? Czy są tam same anioły i nie ma skrzywdzonych? Moja odpowiedź brzmi: bo nie musi udawać, że w coś wierzy. Myślę, że luteranizm to tylko etap przejściowy na drodze do stania sie świeckim aktywistą - agnostykiem albo zgoła ateistą.

Terlikowski twierdzi ostatnio, że skrzywdzeni są wszędzie, więc kilka osób jak Łukasz Warzecha czy o.Dariusz Kowalczyk SJ odpowiedziało mu, że nie znają nikogo takiego...O. Kowalczyk został ministrantem w wieku 5 lat, przeszedł przez jezuickie seminarium, ileś dekad życia w zakonie, był prowincjałem, a obecnie wyklada w Rzymie. Czy kłamie?

Nie sądzę. Myślę, że seksualni drapieżcy molestują tylko osoby, u których widzą jakiś odzew na swoje awanse. Jakiś subtelny sygnał, być moze wysyłany nieświadomie...Tu przypomnam sobie mężczyzn, którzy usilowali mnie uwieść, ale wobec zupelnego niezrozumienia  z mojej strony, o co im chodzi, nie byli w stanie... 

Wydaje mi się możliwe, że jeśli ktoś, jako dziecko, doświadczał bliskości wyłącznie podczas czynności seksualnych ze strony rodzica/opiekuna, to może podświadomie taki sygnał wysyłać i reagować na dotyk w sposób, który go predestynuje do roli ofiary... Jest więc możliwe, że większość osób nigdy się z takim problemem nie zetknęła i go nie rozumie.

Ponadto niepokoi mnie przypadek Lisińskiego - oszusta wylansowanego przez szemranego Holendra Ekke Overbeeka -  i jak cyrk obwoźny prezentowanego we wszystkich "odważnych" materiałach medialnyh, a na koniec zawiezionego przez wdowę Diduszko i poslankę Szajbus-Wielgi do Watykanu. Jeśli więc skrzywdzeni są wszędzie, to dlaczego lansować oszusta? Dlaczego to oszust zakłada fundację? Przecież powinno być tysiące osób lepiej nadających się do takiego celu.

Dlaczego obcy agent wpływu, wynajęty do rozwalania wspólnoty i wszystkiego, co ją spaja, kreuje oszusta na męczennika? Przecież to musi wyjść na jaw? Nasuwa się prosta odpowiedź - nie znalazł nikogo innego!




niedziela, 27 marca 2022

Terlikowski o wypowiedzi Franciszka i Parolina

Tomasz Terlikowski mówi ostatnio różne rzeczy, ale jego komentarze do wypowiedzi Parolina i Franciszka to strzał w dziesiątkę - nic dodać, nic ująć - dlatego zamieszczam w całości:






piątek, 22 maja 2020

Jest kampania to i "pedofilia" być musi...

Co by sztaby wyborcze robiły bez "pedofilii" w finale kampanii? Musiałyby ją wymyślić!!!

Muszę przyznać, że rzygam owym chwilowym wzmożeniem moralnym elektryzującym obie strony sporu. Filmów Sekielskich nie oglądam z zasady - nie wynikają z zaniepokojenia zjawiskiem pederastii (bo tak się owo zboczenie nazywa) w Kościele, tylko mają na celu zohydzenie go w oczach opinii publicznej i wyprodukowanie stereotypu księdza pedofila według zaleceń Goebelsa wiecznie żywego. Mam nadzieję, że Tomasz Terlikowski i ks. Isakowicz-Zaleski zdają sobie z tego sprawę.

Film Sylwestra Latkowskiego obejrzałam i najbardziej zbulwersowały mnie owe wypindrzone małolaty kręcące się wokół miejsc, gdzie spotyka się żulia z całego kraju pretendująca do miana "elit". 14 - letnia dziewczyna z ciężkim makijażem pozuje do zdjęcia ze swoją matką podobnie wystylizowaną. Jej ciotka - wyglądająca na rozsądną kobietę - opisuje swoją siostrzenicę jako roześmianą, uwielbiającą taniec i wiecznie się wygłupiającą. Myślę, każdy, kogo by los dziewczyny chociaż trochę obchodził powinien się taką charakterystyką poważnie zaniepokoić. Matka powinna włożyć jej buziuńkę pod kran, włosy związać lub zapleść, nie pozwolić nosić się jak mała kurewka i może jednak zainteresować, co córunia robi w nocy, kiedy nie ma jej w domu.

Widzimy fragment sceny zatrzymania "Krystka" owego łowcy i pierwszego "użytkownika" małolat. Żałosna postać wyraźnie pociągająca nogą. Słyszymy zeznania dziewczyny, która usiłuje mu się wyrwać i uciec, ale zostaje przez owego kuternogę dogoniona, zgwałcona i sfilmowana. Może mi ktoś wyjaśni jak to jest możliwe technicznie? Może mi ktoś wyjaśni jak młody mężczyzna ok. lat 18-20 w szczycie swoich możliwości fizycznych nie potrafi się obronić przed starym obleśnym prykiem, który go molestuje? Muszę być złym człowiekiem, bo zamiast współczucia odczuwam wyłącznie irytację.

Pedofilia to pociąg do dzieci przed okresem pokwitania. O takim zjawisku zrobiła film Ewa Żarska, zanim odwiedził ją seryjny samobójca. Pewien biznesmen z Pabianic, działający w Petersburgu chwalił się w Internecie porywaniem małych dziewczynek, gwałceniem, duszeniem, a następnie bezczeszczeniem i ćwiartowaniem zwłok (w celu łatwiejszego pozbycia się ich). Ani policja polska, ani rosyjska nic nie zrobiła w tej sprawie. Namierzyli go Szwedzi, ale nikt go palcem nie tknął, dalej robi za szanowanego przedsiębiorcę budowlanego. Żarska najpierw została skazana za nie ujawnienie swojego informatora, a potem wyekspediowana na lepszy świat przed czasem. Czy w związku z tą aferą ? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że policja na całym świecie z najwyższą niechęcią zajmuje się takimi sprawami, gdyż powszechnie wiadomo, że zamieszani są w nie ludzie potężni i bezkarni.

Wolałabym, żeby zamiast wyświetlania filmów o pederastii i prostytucji nieletnich w kampanii, odpowiednie instytucje państwa zajmowały się stale i rzetelnie przeciwdziałaniem przestępstwom seksualnym szczególnie wobec najbardziej bezbronnych.

Wolałabym także, żeby rodzice czuli się odpowiedzialni za swoje dzieci i tak łatwo nie cedowali obowiązku wychowywania ich na obcych. Jeżeli ich samych los własnych dzieci nie obchodzi, to jakim cudem oczekują, że będzie obchodził kogoś innego?. Czy dorosła kobieta nie rozumie na co naraża się wypindrzona nastolatka kręcąca w pobliżu podejrzanych lokali?  Przecież wszyscy w Trójmieście wiedzieli co się odbywa w owej "Zatoce Sztuki".

Wolałabym także, żeby serwowana nastolatkom pop kultura nie była tak zdemonizowana i nie podsuwała dziewczętom kurewstwa jako wzorca do naśladowania. Nauka Kościoła o czystości wszechobecna w czasach mojej młodości też jakby gdzieś wyparowała. Nie jest wystarczająco cool?
Prawda jest jednak taka, że niewinność w jakimś stopniu chroni przed takimi przygodami, wbrew temu co propagują zwolennicy tzw edukacji seksualnej.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

O homolobby i kobiecie w Kościele

Oficjalnie o istnieniu homolobby w Kościele dowiedziałam się z omówień raportu ks. Oko, które ukazywały się tu i ówdzie na polskich stronach katolickich jak np www.fronda.pl, a nawet w kilku klipach Real Catholic TV Michaela Vorisa. Wcześniej jeszcze, ks. Isakowicz-Zaleski w wywiadzie-rzece przeprowadzonej z nim przez Tomasza Terlikowskiego, też o tym problemie napomknął wywołując gwałtowny sprzeciw katolickich publicystów jak Grzegorz Górny czy Ewa Czaczkowska z Rzepy.
Najbardziej jednak szokującą dla mnie informację przytoczył Roman Graczyk na portalu www.wpolityce.pl, nie pamiętam dokładnie za kim podał przypuszczalny procent homoseksualistów wśród duchowieństwa, ale była to wielkość rzędu 10-40% - czyli niewiarygodna nadreprezentacja (jak nie przymierzając Żydów w kierownictwie aparatu bezpieki w czasach stalinowskich).
Nieoczekiwanie ta własnie informacja rzuciła światło na pewną zagadkę - tajemniczą peregrynację pewnego artykułu z życia seminarium, który napisałam po zakończeniu mojej 7-letniej współpracy z tą instytucją. Nie było w nim wzmianki o  żadnych szczególnie wstrząsajacych skandalach, tylko kilka obserwacji na temat niepokojących - moim zdaniem - zjawisk. Próbując go opublikować chciałam wywołać dyskusję w środowisku ludzi wierzących i zatroskanych o dobro Kościoła na temat formacji kleryków, ze szczególnym uwzględnieniem specyficznego stosunku do kobiet, którego nabierają w seminarium.
Pierwszy okazał zainteresowanie krakowski List, przygotowali nawet majowy numer o kobiecie w Kościele, w którym wszystkie materiały odnosiły sie jakoś do tego tekstu. W ostatniej chwili zablokował go asystent kościelny stawiając redakcję w kłopotliwej sytuacji polemiki z niedostępnej czytelnikowi artykułem.
Drugi był, zdaje się, ks, Boniecki z Tygodnika Powszechnego, który jednak chciał usłyszeć także zdanie drugiej strony (nie wiem czy podjął jakieś kroki w tym celu), a potem Wdrodze, które przygotowywało numer o kłopotach z Kościołem. W ostatniej chwili zmienili zdanie decydując się na tekst stojący w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła w kwestii antykoncepcji itp.
Zastanawiałam się potem długo nad tą tajemniczą przemianą od entuzjazmu do odrzucenia, którą przechodziły kolejne redakcje. Jakie tabu nieświadomie naruszyłam, że nawet czasopisma publikujące bardzo "kontrowersyjne" artykuły nie miały odwagi go wydrukować.
Wszystko na to wskazuje, że moje porównania do angielskiego klubu gentelmanów, a jeszcze wyraźniej do Uczty Platona mogły zostać odczytane jako aluzja do homolobby właśnie, choć ja w swej naiwności interpretowałam stosunek kleru do kobiet - na przemian wrogi i protekcjonalny - jako niezgrabne próby poradzenia sobie  pokusą. Tymczasem owa wrogość mogła być równie dobrze spowodowana postrzeganiem mnie jako kłusownika na homoseksualnych łowiskach.
Tak czy siak pod wpływem tekstu Terlikowskiego, który znalazłam dzisiaj na frondzie (http://www.fronda.pl/a/terlikowski-ostry-kurs-w-sprawie-homolobby-potwierdzony,28882.html) zdecydowałam się zamieścić rzeczony artykuł na tym blogu.

Człowiek drogą Kościoła
czyli
Kobieta w seminarium
      
    Ilekroć myślę o moim doświadczeniu pracy w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym, przypomina mi się pamiętna scena z „Pożegnania z Afryką” Sydneya Pollacka – młoda Karen Blixen, tuż po przyjeździe do Nairobi, szukając swego narzeczonego Brora, wchodzi do klubu gentlemanów tzn. przybytku, w którym biali mężczyźni upijają się we własnym gronie. Świeżo przybyła z Europy, nie znając miejscowych zwyczajów, spodziewa się po cywilizowanie wyglądających panach pomocy, a co najmniej grzeczności należnej damie. Szok jej jest całkowity, kiedy nie tylko nie uzyskuje odpowiedzi na swoje uprzejme i rzeczowe pytanie – żaden z mężczyzn nie zniża się do rozmowy z nią – ale, na sygnał jednego z klientów, zostaje wyprowadzona przez barmana Hindusa. Ten informuje ją lakonicznie, że „memsahibs are not allowed here”, ale jest zbyt wielki żeby powiedzieć gdzie można znaleźć Brora.
     Oglądając tę scenę jestem nie mniej wstrząśnięta niż dzielna bohaterka filmu. Zgromadzeni w klubie „gentlemani”, oburzeni wkroczeniem kobiety na terytorium ich rezerwatu, nie są w stanie dostrzec w niej Europejki, ani nawet osoby ludzkiej, potrzebującej pomocy. Ich zupełna niewrażliwość na jej zagubienie i bezradność rażąco kontrastuje z niewspółmierną reakcją na pogwałcenie praw ich anachronicznego przybytku.
      W przeciwieństwie do Karen Blixen, ja pojawiłam się w innym męskim klubie na wyraźne zaproszenie. Siostry zakonne, w których liceum pracowałam poleciły mnie sekretarzowi Papieskiego Wydziału Teologicznego, kiedy po wyjeździe księdza X za granicę, szukał nowego lektora j, angielskiego. Miałam lat 33 i doświadczenie odnowienia wiary za sobą. Byłam bardziej niż kiedykolwiek w życiu skłonna interpretować wszystko, co pojawia się na mojej drodze w kategoriach powołania.
 (…)Miałam nadzieje, że jeszcze przed rozpoczęciem zajęć zostanę przedstawiona komu trzeba i jakoś wprowadzona w to obce, zamknięte i wrogie środowisko. Nic takiego jednak nie nastąpiło i odtąd narażona byłam na powitania typu „Hola. Hola! A gdzie to?!!!” ze strony brata zakonnego dyżurującego na furcie. Na początku tłumaczyłam cierpliwie, kim jestem i co tu robię, jednak za dziesiątym razem miałam szczerą ochotę odpowiedzieć „przyszłam gwałcić kleryków, to chyba jasne!” Spotykani na korytarzach księża ignorowali wyniośle moje uprzejme „Szczęść Boże” toteż po pewnym czasie dałam sobie z tym spokój. Miałam kontakt jedynie z klerykami – dwa razy w tygodniu i z siostrą w kasie – raz w miesiącu. Po roku doszli mi jeszcze w soboty studenci zaoczni Papieskiego Wydziału Teologicznego.
     Na pierwszych zajęciach w seminarium powitała mnie cała gama reakcji od ekscytacji, chichoczącej wesołości i rumieńców rodem z okresu pokwitania, poprzez nieufność do jawnej lub skrytej wrogości. Okazywana mi życzliwość często miała protekcjonalno – lekceważące zabarwienie. Zdarzało się, że nawet chłopcy, którzy nie potrafili się podpisać nie robiąc przy tym błędu we własnym nazwisku, odnosili się do mnie jak do istoty intelektualnie słabszej i znacznie mniej wykształconej. Zastanawiałam się skąd powzięli przekonanie tak jawnie sprzeczne z rzeczywistością. Pewne światło rzuciły na to jasełka, na które zostałam zaproszona w pierwszym roku pracy. Przedstawienie przypominało raczej wieczorek poetycki. Recytowano wiersze - głównie poetów romantycznych – poświecone Maryi skontrastowanej z Ewą. Ewa okazała się pojęciem pojemnym – mieściła w sobie wszystkie inne kobiety z wyjątkiem matek kapłańskich i kleryckich, oczywiście. Trzeba przyznać, że Maryja w formie gipsowego odlewu pomalowanego na biało - niebiesko jest dość wygodnym ideałem kobiecości. Wolałabym jednak nie widzieć jak ci pobożni chłopcy odnieśliby się do realnej żydowskiej młódki, która zaszła w ciążę zanim zamieszkała z mężem. Według prawa powinna zostać ukamienowana na progu domu swego ojca.
     Jako osoba nie należąca do kategorii matek kapłańskich, ani nawet kleryckich, musiałam pogodzić się ze smutnym faktem, że jak wszystkie córki Ewy, nie jestem w oczach bogobojnych mieszkańców seminarium człowiekiem, tylko pokusą. Zastanawiałam się potem często, jakie jest miejsce pokusy w porządku stworzenia - za zwierzętami czy może za przedmiotami. Nie rozstrzygnęłam tej kwestii definitywnie, ale z całą pewnością jest ono niskie i wskazania etyki personalistycznej nie mają tu zastosowania (pokusa nie jest przecież osobą). Według mistrzów życia duchowego z pokusą się nie rozmawia, ani nawet na nią nie patrzy. Uświadomienie sobie tego wyjaśniało wiele, np. dlaczego ksiądz Y, uczący łaciny na PWT, zawsze odwraca się ode mnie, ilekroć przychodzę z prośbą o przeorganizowanie grup (tak aby nauka angielskiego odbywała się według poziomu zaawansowania). Stał zawsze do mnie bokiem z wzrokiem wbitym w przestrzeń wydając z siebie tony krótkie a szczekliwe, a jego ręce podrygiwały nerwowo, niespokojne, żeby w końcu pokazać mi drzwi. Wszystko to na oczach studentów zaocznych, zafascynowanych zmaganiem dzielnego kapłana z wyjątkowo namolną pokusą.  Nauczeni przykładem z góry klerycy również unikali kontaktu wzrokowego podczas rozmowy, natomiast kiedy odwracałam się do tablicy, dochodziły moich uszu odgłosy typowe dla wieku gimnazjalnego - podniecone szepty i stłumione chichoty. Czyżby nikt ich nie ostrzegł, ze pokusa widziana z tyłu jest równie niebezpieczna?
     Zastanawiałam się czasem, czy przypadkiem nie zatrudniono mnie raczej jako wentyl niż lektorkę. Nikt nie traktował zbyt poważnie moich prób zorganizowania sensownych grup, wprowadzenia obowiązku posiadania podręczników czy obecności na zajęciach o przygotowywaniu się nie wspominając. Kiedy nie dałam zaliczenia klerykowi, który nic nie robił przez cały semestr, uzyskał je bez problemu od księdza X, znanego mi wyłącznie ze słyszenia. Co dziwniejsze, dziekanat nie kwestionował takiego procederu. Atmosfera bycia poza dobrem i złem, ponad wymagania uczciwości  i ludzkiej przyzwoitości, panująca w seminarium była jeszcze bardziej niepokojąca niż przedziwny stosunek do kobiet. W pierwszym roku mojej pracy, pod koniec semestru zgłaszali się do mnie klerycy, których nigdy wcześniej nie widziałam na oczy i oświadczali z rozbrajającą szczerością, że co prawda nie chodzili i nic nie umieją, ale i tak proszą o zaliczenie. Najdziwniejsze, że rzeczywiście spodziewali się je dostać i kiedy odmawiałam stanowczo patrzyli na mnie z wyrazem ciężkiej a niezasłużonej krzywdy. Kiedy odwoływałam się do ich poczucia uczciwości i sprawiedliwości nie mieli pojęcia o czym mówię. Twierdzili, że mój poprzednik, ksiądz X, nie robił problemu czy ktoś chodził czy nie, a na jego zajęciach dyskutowało się o dogmatyce (po polsku oczywiście).
      Tego rodzaju podejście kandydatów na księży katolickich wydawało mi się nieporównywalnie bardziej alarmujące niż ich arogancja i często bardzo niski poziom intelektualno – kulturalny, o dojrzałości emocjonalnej nie wspominając. Dziwiłam się, że żaden z przełożonych nie jest ciekawy mojego zdania.  Klerycy nie płaszczyli się przede mną ani nie udawali świętszych i lepszych niż byli w istocie – nie byłam wystarczająco ważna. Dzięki temu widziałam ich w prawdzie, czasem przygnębiającej, niestety. Dziwił mnie entuzjazm, z jakim witano rosnącą liczbę nowych powołań, zwłaszcza, że miałam okazję zapoznać się z częścią z nich. Nikomu nie przyszło do głowy, że w warunkach polskich bycie księdzem jest bardzo atrakcyjną propozycją, nawet dla młodzieńców niewierzących. Zapewnia bezpieczeństwo finansowe, mieszkanie i wyżywienie (często nawet zamożność), zabezpiecza przed bezrobociem, oferuje pracę cieszącą się dużym autorytetem społecznym i możliwość robienia kariery. Perspektywa założenia rodziny w wieku lat 19 wydaje się dość odległa, a rezygnacja z niej, w imię uzyskania wyżej wymienionych dóbr, niezbyt bolesna. Zachowywanie czystości obowiązuje wszystkich chrześcijan nie żyjących w małżeństwie, a poza duchowieństwem jest ich całkiem sporo. Rzeczywistość dość jaskrawo różni się od sielankowego obrazu świata złożonego z rodzin katolickich, młodzieży i księży przekazywanego w seminariach.
     Idea celibatu kapłanów rozumiana jako rezygnacja z własnej rodziny w imię większej miłości, aby stać się „wszystkim dla wszystkich”, a zwłaszcza odrzuconych i potrzebujących pomocy, wydaję mi się piękna i sensowna. W seminarium jednak spotkałam się z nieco inną interpretacją jej sensu. Pierwsze moje zaskoczenie miało miejsce podczas uroczystej wigilii. Rzędy młodych  i starszych mężczyzn w czarnych sutannach przy biało nakrytych, zastawionych stołach, na końcu ostatniego garstka świeckich podludzi czujących się dość niewyraźnie w tym gronie. Gość honorowy, kardynał w podeszłym wieku w swoje przemowie przyznaje, że zazdrości klerykom ich rodzin, bo jego bliscy już nie żyją, „Jak to? – myślę – a gdzie stokroć więcej braci, sióstr, dzieci i wnuków i Królestwo Boże na dodatek?” Nie mam jednak śmiałości zapytać na głos.
      Innym razem zaczynam zajęcia krótkim wprowadzeniem na temat najważniejszych w życiu wartości. Proszę, aby każdy student wymienił co najmniej pięć w porządku ważności. Kiedy po raz szósty słyszę „rodzina” i to gdzieś na początku listy jestem dość zdezorientowana. Nie podejrzewałam, że pracuje w tak skrajnie progresywnej instytucji. Proszę o wyjaśnienie i dowiaduje się, że chłopcy mają na myśli rodziców i rodzeństwo. Musze usiąść z wrażenia. Celibat, który ma na celu ściślejsze związanie się z rodzicami, członkostwo w klubie kawalerów, a nade wszystko uniknięcie związku miłości z kobietą tzn. pokusą wydaje mi się sprowadzeniem  pięknej skądinąd idei do absurdu. Gdzie tu otwarcie serca na stokroć więcej?  Przy takiej koncepcji celibatu założenie rodziny, a nawet samotne życie człowieka świeckiego, wydaje się szczytem szczodrości i wolności. Rozumienie wymogu bezżenności jako okopanie się za murami getta i postrzeganie ludzi, którym mają służyć, jako źródła pokus zagrażających czystości, upodabnia księży katolickich do męskich stowarzyszeń znanych z czasów pogańskich.
      Pewną analogię nasuwa lektura „Uczty” Platona. Pamiętam jak w czasie studiów brnęłam przez nią z godnym podziwu samozaparciem, gdyż mężczyźni napawający się swoją rzekomą wyższością moralną i intelektualną, z dala od kobiet i groźby konfrontacji z rzeczywistością, zawsze budzili moją niechęć. Jeśli dodać do tego stosunki homoseksualne, stawiane w jednym rzędzie z filozofią i zamiłowaniem do gimnastyki, uznane za przejaw miłości wyższej, to moja odraza sięgała zenitu. Szczególnie obrzydliwe wydało się rozważanie, kto był „miłośnikiem” a kto „oblubieńcem” w związku  Achilles – Patrokles.  Do tej pory bowiem, żyłam w naiwnym przekonaniu, że chodziło o męską przyjaźń. Ten jeden tekst wyleczył mnie gruntownie i ostatecznie z fascynacji kulturą antyczną oraz na zawsze podważył zaufanie do panów zbierających się we własnym gronie, aby zajmować się rzeczami wyższymi.
      W porównaniu z nimi bliżsi nam czasowo i przestrzennie Jomswikingowie wydają się szczytem zdrowia moralnego. To elitarne bractwo najemników zamieszkujące twierdzę Jomsborg gdzieś w pobliżu dzisiejszego Wolina
w X i XI w. naszej ery rządziło się bardzo surowymi i ściśle przestrzeganymi prawami. Członkami mogli być wyłącznie mężczyźni od 18 do 50 lat wykazujący świetną znajomość wojennego rzemiosła oraz wielką siłę i odwagę. Nie mogli okazywać strachu nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji ani uciekać przed wrogiem o porównywalnej sile, Przysięgali pomścić śmierć współbraci, a łupem dzielili się po równo. Nie mogli się żenić, a kobiety i dzieci nie miały wstępu do ich twierdzy nawet jako jeńcy wojenni.
      Czemu to wszystko miało służyć trudno dzisiaj zrozumieć, jednak łatwo zauważyć, że tworzenie takich absurdalnych struktur zawsze leżało w męskiej naturze i nie ma nic wspólnego z duchem Ewangelii.  Księża katoliccy nie mają być przecież ochrzczonymi Jomswikingami, nieco powściągliwszymi uczestnikami platońskiej Uczty ani członkami angielskiego klubu dla gentlemanów, dla niepoznaki przebranymi w czarne sukienki.   
        Wracając do przygody Karen Blixen przytoczonej na początku tego tekstu,
moje wyprowadzenie z klubu odbyło się w jeszcze bardziej surrealistyczny sposób. Władze PWT nie zniżyły się nawet do poinformowania mnie o zakończeniu współpracy, nie mówiąc już o podaniu powodów. Rolę barmana Hindusa odegrał nieoficjalny przeciek informacji. W atmosferze zmowy milczenia – arcybiskup wyniośle zignorował próby odwołania się do niego – opuściłam niegościnne progi męskiego przybytku, który siedem lat kalałam swoją obecnością. Niejasne insynuacje nie były zaiste potrzebne, przecież sam fakt bycia pokusą jest podejrzany moralnie.
      (…)Całkowita obojętność, niechęć czy wręcz wrogość ludzi Kościoła wobec osób z poza klubu „pasterzy pasących samych siebie” podważyła moje zaufanie do instytucji. Nigdy nie byłam przekonana do idei kapłaństwa kobiet, choć nawet św.Teresa z Lisieux czuła w sobie takie powołanie, a Edyta Stein –  św. Teresa Benedykta od Krzyża - nie widziała przeciwwskazań.  Ufnie przyjmowałam, że tradycja wyświęcania wyłącznie mężczyzn ma swoje uzasadnienie w depozycie wiary. Nawet z czysto zdroworozsądkowego punktu widzenia funkcja pasterza czyli obrońcy kobiet, dzieci i starców – zarówno w sensie fizycznym jak i duchowym  -  jest ich naturalnym zadaniem. Słusznej sprawy można jednak bronić z niewłaściwych pobudek i ostatnio nabrałam podejrzeń, że stanowisko Kościoła nie jest podyktowane umiłowaniem Prawdy czy obroną ortodoksji, tylko lękiem przed wtargnięciem kobiet do męskiego rezerwatu i utratą monopolu na władzę duchowną oraz związane z nią przywileje.(…)