Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2025

Przy okazji pogrzebu papieża Franciszka o przesłaniu Ewangelii.

Obejrzałam kilka relacji z pogrzebu papieża Franciszka raczej pobieżnie. Trafiłam m.in. na rozmowę z ks. prof. Kobylińskim https://youtu.be/m2bbzQlb5uQ prowadzoną przez jakiegoś czowieka z Wirtualnej Polski. Nie będę jej tu streszczać (dla zainteresowanych link powyżej), skupię się na mantrze liberalno - lewicowych mediów o mniemanym konflikcie przeslania Ewangelii z konserwatywną, hierarchiczną wizją Kościoła, gdyż nieuchronnie i w tym materiale padła z ust prowadzącego.

Panie redaktorze brodaty, o przesłaniu Ewangelii nie masz bladego pojęcia, z tej prostej przyczyny, że jej nigdy  nie czytałeś, bo gdybyś czytał zwrócił byś uwagę jak Jezus zwraca się do ludzi spoza swojego plemienia. Syrofenicjankę proszącą o uleczenie córki dręczonej przez złego ducha porównuje do psa, Samarytance wypomina pięciu mężów, którzy w sumie nie byli jej mężami itp.

Na podstawie samej lektury Ewangelii nigdy nie odważyłabym się zwrócić z czymkolwiek do Jezusa w obawie, że albo zostane zignorowana albo usłyszę coś podobnego... O miłości Boga do człowieka, którego stworzył, wiem z nauki Kościoła rozwijanej przez 2 tys. lat, zawierajacej także doświadczenia mistyków obu płci i różnych narodów...

Bez sprawdzania w tekście przypominam sobie tylko jednego czlowieka, na którego Jezus spojrzal z milością. Był to bogaty młodzieniec, który przez całe życie zachowywal przykazania. Mistrz z Nazaretu spojrzał na niego z miłością, ale natychmiast ustawil mu wyżej poprzeczkę - "sprzedaj wszystko, co posiadasz i idź za mną". Tej próbie chłopak już nie sprostal i odszedł zasmucony...

Kobietę pochwyconą na cudzołóstwie Jezus ratuje przed ukamienowaniem, ale każe jej od tej pory już nie grzeszyć... Zacheusz sam się ofiaruje, że wszystkim, których skrzywdził wynagrodzi poczwórnie, zanim Jezus go do tego zobowiąże...

Jezus sam o sobie mówi, że został posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela, tym samym wykluczająć całą resztę ludzkości - nie tylko osoby transpłciowe, transgatunkowe i Bóg wie jeszcze jakie  - ale nas wszystkich: Europejczyków, Azjatów, Afrykańczyków, Indian, Austalijczyków, Maorysów i Eskimosow ("goyim" jak mówią Żydzi).Do głoszenia Ewangelii wszystkim narodom  zobowiązuję uczniów dopiero po Zmartwychwstaniu...

Wszystkie teksty jak to Jezus wszystkich akceptuje takich, jakimi są i nie stawia żadnych wymagań, na pewno nie sa wzięte z Ewangelii, tylko jej specyficznej interpretacji.

Zarówno język jakim Jezus zwraca się do uczonych w Piśmie (groby pobielane, plemię żmijowe) i jego akcje w stylu wyrzucenia kupców ze Świątyni nijak mają się do jego liberalno-lewicowej karykatury, za pomocą której zawstydza się katolików i oskarża o brak "chrześcijańskiej miłości"...

Jezus ewidentnie nie był miłym, bezkonfliktowym czlowiekiem. Sam zresztą mówi o sobie, że nie przyniósl pokoju, tylko miecz... Naraził się  możnym tego świata i zrobili mu pokazowy mord sądowy, zgodnie z tradycją swoich ojców, którzy zabijali proroków... Ich potomkowie zaś już sami nie wiedzą jakie kłamstwa propagować - podważać historyczność Jezusa, jego Zmartwychwstanie czy też zawstydzać wiernych przesłaniem  Ewangelii, które sami wymyślili nie czytając tekstu źródłowego...



 

wtorek, 24 października 2023

Wszystko, co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze, oddam za ryż...

Nigdy nie sądziłam, że w wieku mocno średnim będę tęsknić za łatwością zalewania się łzami właściwą młodym kobietom. Nie mam na myśli szlochu, ten opuścił mnie na zawsze 25 lat temu, albo jeszcze wcześniej. Nie mam łez. Nie mogę płakać i ulżyć sobie, a smutek tymczasem spowił moją duszę. Najpierw te dziwne wybory, a później wiadomość, że projekt, przy którym pracuję nie będzie kontynuowany w przyszłym roku...

Złe przeczucie miałam już od niedzieli 15. Był też i znak - zielony dzięcioł na orzechu pod oknem. Można to obśmiać, ale kiedy wylano mnie z ostatniej pracy w szkolnictwie też przyleciał dzięcioł -  biało-czarno-czerwony - na drzewo pod oknem i podniósł mnie na duchu. Ten zielony, o ileż piękniejszy, odwrócił moją uwagę od niepokoju i złych przeczuć. Na chwilę.

To w ogóle jest bardzo interesujący fenomen, że kiedy w moim życiu coś się dzieje widzę ptaki i zwierzęta, których normalnie nie spotyka się w tych okolicach. Przypomina mi się św.Ignacy Loyola ze swoimi pocieszeniami i utrapieniami duchowymi. Ptaki są moimi pocieszeniami. Nigdy nie widzę ich, kiedy tego bym chciała lub oczekiwała. Pojawiają się, kiedy nie oczekuję niczego.

Wróciły też sny o tajemniczym lesie. Tajemniczy las przestał przypominać Beskid Żywiecki, a zaczął wygladać jak park na Grabiszyńskiej. Dwa razy śnił mi się i dwa razy spotkałam w nim orszak rycerzy wyruszajacych lub wracajacych z jakiejś wyprawy. Mieli kolorowe szaty, a nawet zbroje i na tle intensywnej zieleni drzew wyglądali jak ilustracja w książce z mojego dziciństwa...

Moj smutek jest większy niż jego zewnętrzna przyczyna, stąd podejrzewam, że moja dusza wie coś, czego się wkrotce dowiemy, albo co się wkrótce stanie.

W Bożym Ciele nowy ksiądz i stary organista, którego popisy mnie skutecznie odstraszyły od tego miejsca. Komunię nadal można przyjąć klęcząc przy balaskach, ale rozdaje świecki szafarz. Robi to z należytą rewerencją, ale i tak mnie zmroziło.

U paulinów nowy proboszcz obsadził mszę niedzielną na dwunastą neonami. Nieszczęsne neony zanim odczytają czytanie, mówią wstęp. Na początku mszy też. Pasuje to do liturgii, jak kwiatek do kożucha. Kiedy usłyszałam, że tak ma być, tylko wzruszyłam ramionami, ale kiedy zobaczyłam to na własne, oczy mialam ochotę wybiec z krzykiem. To przypomina mi jakąś opowieść Gavina Ashendena z czasów, gdy jeszcze był anglikańskim, dość progresywnym (w każdym razie progejowskim), duchownym. Był to czas, kiedy anglikanie zaczęli wyświęcać kobiety. Ashenden był po raz pierwszy na nabożeństwie celebrowanym przez taką pastorkę. Wszystko było o.k. dopoki odczytywala czytania i mówiła kazanie, ale gdy przeszła do liturgii eucharystycznej poczuł, że powinien wybiec z kościoła co prędzej...

Tak czy siak kościoły Bożego Ciała i św. Antoniego są dla mnie stracone. U jezuitów nowy proboszcz też nie okazał się zmianą na lepsze (podobno, jeszcze tam nie byłam). Pozostaje parafia, ale tam musiałabym włożyć do uszu stopery, bo szlag by mnie trafił pod wpływem dokonań organisty. Kto miał do czynienia z końmi, wie jak wygląda próba prowadzenia grupy jadąc na osobniku, którego miejsce jest na końcu stada. Takie wlaśnie predyspozycje do prowadzenia śpiewow ma ten czlowiek, przy czym jego tempo jest czterokrotnie szybsze od normalnego.

Zło jest bliżej, coraz bardziej zuchwałe. W niedziele wszędzie widziałam zniszczone słupy od znaków drogowych porozbijane donice w ogródkach i zniszczone ławki jak po przejściu bandy chuliganow. Wcześniej tego nie zauważyłam, albo niczego takiego nie było. Na cmentarzu dwie stare kobiety komentują ludzi wychodzących z kaplicy po mszy pogrzebowej: "A ci to ciągle do kościoła chodzą i się modlą. To najgorsi ludzie są..." 

Jeszcze przed wyborami lewica zrobiła plakaty ukazujące gdzie, według niej, jest miejsce Kościoła w życiu wspólnoty. Otóż w szpitalu zdecydowanie nie! Co trzeba mieć w głowie, żeby odmawiać ludziom chorym i umierającym pociechy duchowej i sakramentu. I na taki temat wypowiadają się pańcie w stylu Biejat, która podobno ma zostać marszalkiem senatu, a nie wie nawet jakie kraje graniczą z Polską. Moja mam mówiła "lewizna" i miala absolutną rację. Opowiadajcie gnoje umierajacym o orientacjach seksualnych i płynnosci płci. Na pewno się ucieszą...

Na twitterze filmiki ukazujace kolejki do lokali wyborczych w małych miejscowościach stojące do trzeciej w nocy. Średnia wieku 25 wszyscy w kapturach, odwróceni do kamer plecami. Podwożeni autobusami i częstowani pizzą (może to komisja zamówiła) bawią się dobrze. Czy to jest normalne? Czy lokal wyborczy nie powinien być zamknięty o 21? Dlaczego dopiero w nocy ustawiają się w kolejce? Może dlatego, że obskoczyli kilka komisji w innych miejscowościach?

Takiemu czemuś będziemy zawdzięczać  brązowych z nożami na ulicach, a pewnie także utratę suwerenności. Należaloby zidentyfikować, wszystkich, którzy sabotowali referendum i obarczyć obowiązkiem goszczenia "uchodźców" u siebie z domu i nie wypuszczania ich na ulicę. Kosztami też.

"Rozdawnictwo" dla rodzin i emerytów zastąpi utrzymywanie zgraji obcych bandytów i płacenie im zasilków równych niemieckim (żeby nie uciekli). Furda tam zasiłki, ważne, ze Kaczor sie zmartwił! No cóż, Kaczyński umrze za kilka, kilkanascie lat, ja najpozniej za ok. 20, a wy i wasze dzieci będziecie żyć w "tym kraju" i dostaniecie dokładnie to, na co zasługujecie.

Na koloniach śpiewalo się pieśń "Wszystko, co nasze Polsce oddamy...", które to słowa niektórzy przerabiali na "Wszystko, co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze oddam za ryż". I to jest dokladnie to, co żeście zrobili. Oddaliście zarówno to, co wasze jak i to, co nie wasze za nic, bo nawet kaszy i ryżu nie dostaniecie, ale zostaniecie boleśnie wydymani i wasze dzieci też!!! 



niedziela, 19 maja 2019

Jak pederastia stała się pedofilią, czyli o operacji na języku i emocjach

Obejrzałam wczoraj film "Pedofile" Sylwestra Latkowskiego, zrobiony w 2005 dla TVP, wyświetlony raz, odłożony na półkę i wczoraj wyemitowany ponownie. Wszystkie istotne informacje - jak nazwiska celebrytów korzystajacych z usług nieletnich chłopców-prostytutek - zostały wypikane, z wyjątkiem ks. Jankowskiego (i jego ofiary). Czyżby prezes Kurski grał w drużynie wroga? Słyszałam, że film został pułkownikiem, z powodu ujawnienia nazwiska znanego reżysera, znajomego Jana Dworaka. Wspomniany miał być także przypadek terapeuty Andrzeja Samsona i ministra spraw zagranicznych w rządzie Mazowieckiego - Skubiszewskiego. Żadnego z tych nazwisk jednak nie usłyszymy - i w ogóle nie wiele usłyszymy gdyż, co drugie słowo w, i tak niewyraźnych, wypowiedziach bohaterów filmu jest wypikane.

Można się dowiedzieć jedynie, że nastolatki, które uciekły z patologicznych domów, ośrodków i domów dziecka prostytuują się na Dworcu Centralnym w Warszawie (i innych dworcach dużych miast), a z usług ich korzystają celebryci, politycy, biznesmeni i inni przedstawiciele elit RP. Policja zajmuje się tym niechętnie, a jeśli nawet kogoś namierzy, w sądzie sprawa rozpływa się w niebycie. Prokuratura zaś zapamiętale ściga z urzędu dziennikarzy, którzy odważyli się sprawę nagłośnić, a nazwiska "usługobiorców" ujawnić.

Prawie wszystkie młodociane prostytutki pokazane w filmie to chłopcy ok. 14 lat (od 12 do 15), starszym trudno znaleźć klientów. Wyjątkiem jest 15-letnia dziewczyna, która zaczęła ten proceder 2 lata wcześniej. Widzimy wypikselowane twarze i młodzieńcze ciała o wyraźnych cechach płciowych.
Z czysto biologicznego punktu widzenia są to osoby dojrzałe seksualnie, choć nieletnie. Jeśli pociąg do nich jest pedofilią, to jak nazwać gwałcenie niemowląt lub cztero- czy sześcio- letnich dzieci, które po takiej przygodzie (jeśli ją przeżyją) są okaleczone na całe życie, także fizycznie?

Dlaczego zamieniono adekwatnie opisujące rzeczywistość słowo "pederastia" na "pedofilia"? To oczywiście pytanie retoryczne. Pederasta, w skrócie pedał, w języku potocznym oznacza po prostu homoseksualistę. Wywodzi się od greckiego "pederasteia" określenia relacji o charakterze seksualnym starszego mężczyzny o wysokim statusie społeczno-ekonomicznym (przedstawiciela elity greckiej polis) i urodziwego, nastoletniego młodzieńca, który może na tym związku skorzystać. W starożytnej Grecji specjalny niewolnik zwany "paidagogos" odprowadzał chłopców do szkoły, aby strzec ich  na drodze przed zakusami dorosłych mężczyzn, którzy do samej szkoły mieli wstęp wzbroniony.

Środowiska lewicowo-liberalne mają niełatwy orzech do zgryzienia - jak promując homoseksualizm, ukryć fakt, że jego najbardziej typowymi ofiarami są nieletni. Jeżeli taki proceder zdarza się w Kościele bez wahania określa się go więc mianem pedofilii, nawet jeśli wykorzystane "dzieci" są klerykami w seminarium.

Typowym pedofilem był, jeśli wierzyć świadectwu ofiar, Michael Jackson, który interesował się nimi do wieku ok. 8 - 9 lat, a potem znajdował sobie inny obiekt (czy raczej odbyt), Woody Allen gwałcący swoją 6-letnią córeczkę czy Daniel Cohn-Bendit molestujący przedszkolaki (o czym sam opowiadał w telewizji). Pociąg do nastoletnich chłopców elegancko nazywa się efebofilią, a dziewczynek nimfofilią. To drugie zboczenie bardzo wnikliwie opisał Nabokov w Lolicie. Bohater jego powieści poluje na nimfetki czyli urodziwe dziewczynki w wieku 12 do 14 lat., 16-letnie określa jako "postarzałe" i traci całe zainteresowanie.

Roman Polański spółkujący z odurzoną 13-latką i wykorzystujacy 15-letnią Nastasję Kinsky na planie Tessy d'Uberville to raczej przypadek starego rozpustnika (niż nimfofila), którego z wiekiem pociągają coraz młodsze kobiety. Na podobny syndrom cierpiał Witkacy, który pod koniec życia "mógł" tylko z młódkami. Polański, odpowiadając na pytanie dziennikarza o któryś ze swoich romansów, uznał za rzecz oczywistą, że im kobieta młodsza tym atrakcyjniejsza.

Być może wszyscy mężczyźni maja tego rodzaju skłonności, ale trzyma ich w karbach wychowanie w kulturze chrześcijańskiej. W Islamie nie ma dolnej granicy wieku potencjalnej partnerki seksualanej, mężczyzna może współżyć nawet z niemowlęciem, ale jeśli je uszkodzi musi łożyć na utrzymanie do śmierci. Talmud, o ile się nie mylę, określa wiek minimalny na lat 3, a współżycie z chłopcem do lat 12 (albo 9?) uważa za dopuszczalne, gdyż nie jest on jeszcze mężczyzną (a Bóg potępia tylko współżycie z mężczyznami). O seksualnych wyczynach pogan daje pewne pojęcie mitologia grecka - Leda z łabędziem, Pazyfae z bykiem, Zeus z jałówka, lub pod postacią orla porywający młodocianego Ganimeda itp.

Folgowanie seksualnym apetytom zdaje się prowadzić do coraz dziwaczniejszych zachowań w poszukiwaniu coraz mocniejszych doznań dla stępionych rozpustą zmysłów. Rację ma E. Michael Jones, że wyzwolenie seksualne, jest w istocie formą zniewolenia doskonałego. Jednym z jego przydatnych aspektów są kompromaty. Wspomniany już minister Skubiszewski negocjując umowę z Niemcami był szantażowany przez BND (Bundes Nachrichten Dienst?) ujawnieniem swoich homoseksualnych wyczynów, co bardzo przyczyniło się do jej asymetrycznych (na niekorzyść Polski) zapisów. Michał Boni dał się zwerbować na TW pod groźba ujawnienia pozamałżeńskiego związku z Barbarą Engelking. O ilu rzeczach nie wiemy? Kogo jeszcze służby obcych państw trzymają za jaja? Czy np uległości rządu wobec niedorzecznych żądań Izraela nie można wyjaśnić czymś podobnym?

Całe to "pedofilskie" wzmożenie tuż przed finałem kampanii pozostawia mnie dziwnie obojętną. Drodzy Umiłowani Przywódcy i Ty Nieubłagana Opozycjo (copyright by Stanisław Michalkiewicz) nie machajcie nam tu kutasami przed nosem, to co usiłujecie ukryć i tak wyjdzie na jaw, a wtedy strzeżcie się!

piątek, 17 maja 2019

Limeryki na dziecięce buciki

Pijarowcy KE uradzili,
by za symbol kościelnej "pedofilii"
uznać dziecięce buciki,
co zgrozy wywoła krzyki
i dobrze się przy tym bawili!

Scheuring-Wielgus, co nic nie skumała
na drzwiach kościoła zawiesić je chciała
Tymczasem nadużyć ofiary
zwykle noszą męskie rozmiary,
więc by się wykosztowała!

Poseł Nitras, sejmowa niecnota,
podczas obrad po sali się miota.
Na widok prezesa PiS-u,
spontanicznie doznał kaprysu,
by mu wręczyć buty dla kota.


czwartek, 16 maja 2019

Refleksje przy okazji filmu Sekielskich, którego nie zamierzam oglądać.

Nie zamierzam oglądać  filmu Sekielskich przez czystą, zdrową przekorę, która onegdaj uratowała mi życie. YouTube podsuwa mi go nachalnie. Wszyscy dostali moralnego wzmożenia i się wypowiadają.
Jak rozumiem film pokazuje grzech wołający o pomstę do nieba, obecny w Kościele.

O ile mi wiadomo Kościół naucza, że istnieje zło i grzech. Chyba jest jedyną instytucją na ziemi, która o tym wspomina. Ludzie są grzeszni i nie oznacza to wyłącznie nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, obrabiania znajomych, narzekania i wpadania w gniew. Zło istnieje realnie. Rozwiązłość bardzo mu sprzyja. Jak przewrotne jest to, że to samo środowisko, które nachalnie promuje wszystkie możliwe zboczenia oburza się, że ktoś praktykuje jedno z nich. Diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni.

Smutny jest upadek kapłana, także dlatego, że staje się zgorszeniem dla wielu. Nie wierzę, że chodzi o ofiary i ich cierpienie. Wiem, że takie sytuacje nie są normą. Jak już pisałam, miałam więcej do czynienia z Kościołem niż przeciętny katolik, a nigdy nie zetknęłam się z niestosownym zachowaniem ze strony księdza, choć byłam ładną dziewczynką ganiającą samopas. Dla porównania - liczby świeckich ekshibicjonistów, którzy się przede mną obnażyli w tym czasie, nie jestem w stanie oszacować nawet w przybliżeniu, ani też wulgarnych zaczepek ze strony tzw. normalnych dorosłych mężczyzn.

Nawet jako dziecku zboczeniec jawił mi się przede wszystkim jako ktoś żałosny, biedny, niedorozwinięty. Normalny ojciec rodziny (albo dziadek) zaczepiający dziewczynkę w wieku swojej córki (lub wnuczki) był znacznie bardziej obrzydliwy i przerażający.

Ohyda jaka ujawnia się w człowieku, kiedy ma do czynienia z kimś, z kim nie musi się liczyć jest porażająca. Nie muszę oglądać żadnego filmu, żeby to wiedzieć. Jeśli już miałabym coś zobaczyć to zdecydowanie wolałabym "Pedofili" Latkowskiego, który pokazuje jak bardzo "ponad podziałami" i "solidarne" jest to środowisko. Tego filmu jednak nikt nie zamierza wyemitować, choć był zrobiony dla TVP. Ciekawe dlaczego? Czy dzieci z Dworca Centralnego są mniej godne współczucia?








wtorek, 14 maja 2019

Limeryki na temat polityki

Wśród Żydów w Izraelu
pazernych oszustów jest  wielu.
Chcą nam zrabować majątek,
a to dopiero początek!
Po trupach idą do celu.

Publicysta z Lublina
tajne notatki ujawniać zaczyna.
Jak zmawiają się Izraelici,
by polski majątek przechwycić,
a lud prawdy się dopomina.

Wódz państwa nieformalny
miał dylemat moralny.
Jak to utrzymać w ukryciu
Czy przy kłamstwa użyciu?
Gdy gniew ludu coraz bardziej widzialny!

Odwołał więc delegację
nie zaprosił jej na kolację.
Przebiegłe więc Żydowiny
nietęgie zrobiły miny,
lecz musiały przyznać mu rację.

Przyjechał Tusk z Brukseli
wyznawców swych uweselił,
lecz Jażdżewski go przyćmił swą mową,
retoryką goebelsową,
aż wszyscy mu klaskać zaczęli.

Bracia Sekielscy zrobili
o kościelnej film pedofilii.
Jak wiadomo ksiądz-pederasta
celebrytom do pięt nie dorasta,
gdy dla dzieci postanowią "być mili".

środa, 31 stycznia 2018

O budowaniu własnej narracji (na temat strat ludności cywilnej podczas okupacji niemieckiej)

Bardzo mnie cieszy duża ilość tekstów na rozmaitych stronach poruszających temat zachowań samych Żydów wobec swoich współbraci podczas niemieckiej okupacji jak np "Dlaczego odpowiedzialność spadła na Polaków" na Frondzie. Widzę z tego, że wielu rodaków ma podobny pomysł na przeciwdziałanie ich kłamstwom, zdecydowanie lepszy niż przekonywanie świata, jak bardzo narażaliśmy się pomagając niewdzięcznym.

Wydaję mi się, że budując własną narrację historyczną powinniśmy przede wszystkim uwolnić od wszystkich obcych wersji. Nie możemy uwewnętrzniać punktu widzenia czy opinii naszych wrogów w mylnym przekonaniu, że mają cokolwiek wspólnego z prawdą historyczną. Pomysł biznesowy o kryptonimie "holokaust" próbowano odpalić już na początku ubiegłego wieku, jednak wobec braku prześladowań Żydów na odpowiednio spektakularną skalę, projekt trzeba było odłożyć. W tym kontekście nie dziwi finansowanie Hitlera przez kapitał żydowsko-amerykański i żydowsko-angielski. Żydowscy bankierzy bez mrugnięcia powieką poświęcili swych ubogich braci ze wschodu, którymi zapewne gardzili nie mniej niż fuerer, aby stworzyć pretekst do dowolnych roszczeń terytorialnych czy finansowych. Efekt przeszedł ich najśmielsze oczekiwania - odkryli żyłę złota. Nikomu nie chodzi o poszkodowanych ludzi, w biznesie nie ma sentymentów, wjeżdżanie potencjalnym ofiarom na emocje - współczucie albo poczucie winy - jest po prostu skuteczną strategią. Tym bardziej nie chodzi o prawdę, bo w cywilizacji żydowskiej takie pojęcie po prostu nie istnieje

"Holokaustianizm" jest nową - po Judaizmie (i marksizmie) - religią Żydów, tak jak poprzednia jest religią krwi - dostępną tylko narodowi wybranemu. W zasięgu jej mitologii Goyim mogą się znaleźć jedynie jako pomocnicy Żydów, jak dobre psy broniące swych panów, ale ich śmierć naprawdę nikogo nie wzrusza. Stąd pomysł, żeby zestawiać śmierć 3 milionów Żydów z 3 mln Polaków  podczas okupacji niemieckiej (lub np z 100 mln ofiar komunizmu), uważają za niedorzeczny. Takie podejście musimy zdecydowanie odrzucić jako chrześcijanie. Śmierć Żyda nie jest jakościowo inna niż śmierć Polaka, jak przekonywała nas onegdaj Barbara Engelking. Z ofiar wojny na terenach dawnej II RP nie wyodrębniamy innych mniejszości narodowych, a przecież np Białoruś straciła połowę populacji. Powinniśmy odrzucić terminy akcentujące wyjątkowość ludobójstwa Żydów jak holokaust czy shoah, jako pojęcia teologiczne ich nowej religii, a nie historyczne.  Używajmy raczej precyzyjnych, neutralnych określeń jak eksterminacja ludności cywilnej polskiej, białoruskiej, żydowskiej. Zamiast "naziści" mówmy niemiecki Wehrmacht, Waffen SS, Luftwaffe, Kriegsmarine , ukraińska SS Galizien itp.

Oddajmy każdemu co się mu należy, uczcijmy ofiary IIWŚ, przywróćmy pamięć o ofiarach komunizmu, napiętnujmy katów, wskażmy ich ideowych następców i obnażmy ich grę , a nade wszystko nie zapominajmy o ludobójstwie dokonywanym dzisiaj na chrześcijanach w Azji i Afryce, Im możemy jeszcze pomóc chociażby uwrażliwiając opinię publiczną. Dobrze by było, żeby ten temat wyparł z przestrzeni publicznej i medialnej wszelkie wątpliwe "pojednania" i "dialogi", naszych polityków gnących się w ukłonach przed aroganckimi Żydowinami, dni Islamu i Judaizmu w Kościele Katolickim itp. Oczywiście Islam jak i Judaizm musimy studiować, żeby wiedzieć z kim mamy sprawę.

Obie te religie nakazują traktowanie "niewiernych" inaczej niż swoich, zezwalają na używanie ich, niewolenie, handlowanie nimi, oszukiwanie, lichwę itp. Istotna różnica polega na tym, że na Islam można się nawrócić i na pełnych prawach wejść do wspólnoty wiernych,  natomiast żeby być pełnoprawnym wyznawcą Judaizmu trzeba się urodzić z matki Żydówki, w każdym innym przypadku pozostaje się Gojem - bydlęciem o ludzkiej twarzy stworzonym przez demony. I tu istotna kwestia dla polityków - czy chcemy takich współobywateli? Dlaczego rozdajemy im paszporty? Czy historia nie nauczyła nas niczego? Oni szanują tylko siłę. Wobec wszystkich narodów, które ich prześladowały i wykopały ze swego terytorium odczuwają respekt. Nami, którzy przyjęliśmy ich gościnnie, gardzą. Jaki jest rachunek zysków i strat wielowiekowego współistnienie - rozpicie chłopów, brak własnego mieszczaństwa, kolaboracyjna elita gotowa układać się z każdym, horror komunizmu, antypolska propaganda... Czy naprawdę chcemy powtórki z tego samego? Niech raczej zostaną w bezcennym Izraelu i tłuką się z Arabami, przy okazji pokazując światu kim są naprawdę.

Szczególny apel kieruję do ludzi Kościoła. Spróbowaliśmy już z nimi "dialogu" i kajania się za nie swoje grzechy. Co to dało? Czas najwyższy zakończyć tę żałosną farsę, wrócić do "Sicut Judaeis non", św. Jana Chryzostoma i św. Jana Ewangelisty. Jest tam ktoś dorosły? Strasznie smutne jest to, że duszpasterze tak skorzy do połajanek wobec wiernych przed żydami, muzułmanami, protestantami i lewactwem wszelkiej maści gną się w paragraf. Ludzie ogarnijcie się to gorzej niż grzech, to błąd!!!


wtorek, 11 listopada 2014

O "nierównomiernym rozmieszczeniu nadużyć seksualnych"

Znowu oglądałam filmy o islamie, a konkretnie o jego obyczajowej stronie. Oczywiście, to co jest dopuszczalne w dziedzinie seksu dla mężczyzny, musi zaszokować każdego (molestowanie niemowląt jest na przykład akceptowalne, jeśli się ich trwale nie uszkodzi). Nie zamierzam jednak o tym pisać.
Widziałam sporo humorystycznych rysunków na temat Mahometa i jego bogatego życia seksualnego ze szczególnym uwzględnieniem wątku 6-letniej Ajszy. Coś innego jednak zwróciło moją uwagę. Paskudne karykatury proroka czasem występowały z jeszcze bardziej paskudnymi przedstawieniami pedofilii w Kościele, a wszystko to razem z zestawione w celu udowodnienia, że wszelkie religie to absurd i ciemnogród.
Czy jednak wszelkie? Muszę, przyznać, że nie widziałam karykatury życia seksualnego mnichów buddyjskich, które  jak wiem skądinąd bywa szokujące dla europejskiego odbiorcy, ani niczego o nadużyciach rabinów, ani o moralności seksualnej wyłożonej w Talmudzie (dość przypominającej Islamską).
Tak więc wszystkie religie są absurdalne i obrzydliwe, ale 2 szczególnie: Islam i Katolicyzm. No cóż, nic na to nie poradzę, ale znam jedno wyznanie, szczególnie wrogo do obu nastawione.
Jakoś nie mogę uwierzyć, że zło rozmieszczone jest tak nierównomiernie i pewne grupy wyznaniowe są od niego wolne.

czwartek, 12 czerwca 2014

Przypadek Tarabasa

Zupełnie przypadkiem trafiłam na YouTube na włoski serial dla młodych widzów p.t. Fantaghiro (zamieszczam link do pierwszego kawałka pierwszego odcinka 3 części http://www.youtube.com/watch?v=F57nH5qSmYM). Film chwilami dość przewrotny z odrobiną perwersji dla nieco starszych widzów, ale ogląda się to w miarę.
W trzeciej części pojawia się postać złego czarnoksiężnika, który okazuje się dusza-człowiekiem, najbardziej szlachetnym z bohaterów, lecz zły i przewrotny scenarzysta nie nagrodził go szczęściem osobistym (to znaczy próbował w 4 części, ale niezbyt przekonywująco to wyszło).
Tarabas (bo tak nazywa się nasz bohater) mimo, ze jest najpotężniejszym i najokrutniejszym z czarnoksiężników obdarzonym nieśmiertelnością, wieczna młodością i niezniszczalną mocą, a także niepospolitą urodą, mieszka z matką w podziemnym królestwie za całe towarzystwo mając oprócz swej nadopiekuńczej rodzicielki marchewki, ziemniaki i grzyby w charakterze strażników i sług.
Szczęściem pewna przepowiednia uruchamia ciąg zdarzeń, w wyniku których udaje mu się zmienić swoje życie. Niestety w trakcie tej zabawy zakochuje się bez wzajemności w tytułowej bohaterce, która ma przymus kokietowania wszystkiego co się rusza. Wiedząc, że nie jest kochany zwraca jej słowo i odchodzi, a raczej odjeżdża smutny.
Poruszyła mnie ta historia out of proportion, pewnie dlatego, że niechcący pokazała pewną prawidłowość - dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych (DDD) nawet jeśli uda im się odejść z toksycznego gniazda nie spotykają w życiu miłości, życzliwości itp tylko coś wręcz przeciwnego.
W 4 części mamy okazje poznać ojca psychopatę, któremu jednak zależy na synu i który próbuje przeciągnąć go na swoją stronę. Zostaje jednak zabity, a Tarabas - wobec całkowitej obojętności obiektu swoich uczuć - układa sobie życie z pewną namolną azjatycką księżniczką zafascynowaną ciemną strona jego natury.
Słuchałam niedawno fragmentów audiobooka p.t. Rozwinąć Skrzydła czy coś w tym rodzaju o terapii Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA), którzy podobno stanowią 40% społeczeństwa. DDA to szczególny przypadek DDD i jestem ciekawa jaki procent stanowiłaby ta grupa w całości, podejrzewam, że ponad połowę.
Ubawiło mnie jak ksiądz-autor przekonuje czytelnika, ze ponieważ rzeczone DDA są w większości ludźmi wierzącymi powinny mieć okazję zostać zaakceptowane w jakiejś wspólnocie wiary np. duszpasterstwie akademickim i w takim środowisku uzdrawiane. Teoretycznie zgadzam się w zupełności, ale każdy, kto zetknął się z DA i miał okazję posłuchać wypowiedzi duszpasterzy akademickich na temat, kogo by chcieli w takich grupach widzieć wie, ze rzecz jest całkowicie beznadziejna. Jak to wyraził pewien dominikanin na łamach wDrodze duszpasterstwo młodzieży takiej lub owakiej nie jest dla pokręconych nastolatek tylko dla tych, którzy uzdrowienia nie potrzebują. Problem w tym, ze taka młodzież Boga też nie potrzebuje, ani go nie szuka więc dzielni duszpasterze obmyślają kolejne atrakcje mające na celu przyciągniecie jej do Kościoła jednocześnie wykopując tych, którzy sami przyszli z potrzeby serca.

sobota, 29 czerwca 2013

Syndrom Syrofenicjanki

Pewnego razu wyznałam na spowiedzi, że noszę w sercu żal do ludzi Kościoła, którzy uznawali mnie za ciało obce, za każdym razem, kiedy chciałam się bardziej zaangażować i "wypluwali ze swych ust".
Usłyszałam, że trafiłam pod niewłaściwy adres, bo tak naprawdę szukałam rozwiązania swoich problemów, uzdrowienia zranień i akceptacji...
Jaki jest właściwy adres więc?

To przypomina mi historię Syrofenicjanki, mojej siostry, która mimo swojej wiary robiącej takie wrażenie na Jezusie pozostaje obca, nie swoja...

Syndrom Syrofenicjanki albo pochwała diety okruszkowej



Moja siostra Syrofenicjanka
Nie należy do żadnych niuniów - ani apostołów ani uczniów, ani nawet ludu ciągnącego za Jezusem.
Jako poganka nie ma prawa oczekiwać od niego czegokolwiek, a jednak nie pozwala się odgonić ani zniechęcić porównaniem do psa.
Bez mrugnięcia powieką przyjmuje obelgę i inteligentnie zamienia ją w argument na poparcie swojej sprawy.


Okruszki
Wiara Syrofenicjanki jest wielka choć wyhodowana na okruszkach.
Ta uboga dieta zahartowała jej męstwo i wyostrzyła inteligencję.
Kilka okruszków z chleba przeznaczonego dla kogoś innego przynosi większy owoc niż kosze najbielszego pieczywa podsuwanego pod nos uprzywilejowanym.
 

Syrofenicjanki
Wystarczy wejść do kościoła w dzień powszedni żeby zobaczyć je wszystkie – Syrofenicjanki wyposzczone na diecie okruszkowej, skradające się kobiety cierpiące na krwotok, Magdaleny zmagające się z demonami, Marie z Betanii i Samarytanki przy studni.
Nikt ich nie powołał, nikt ich nie usiłował „przyciągnąć”, są ledwo tolerowane, a jednak przychodzą z potrzeby serca…

Apostołowie, uczniowie i następcy
Apostołowie i uczniowie nie mieli żadnych wątpliwości, że stoją nieporównywalnie wyżej w porządku stworzenia od tych żałosnych, naprzykrzających się istot – po pierwsze jako mężczyźni, po drugie jako elitarny klub „powołanych” osobiście przez Mistrza.
Stosunek ich następców do współczesnych Syrofenicjanek jest identyczny – arogancko-zniecierpliwiony, lekceważąco-protekcjonalny  albo wrogo-zalękniony o swoja cnotę.
 

Wyjątek, który potwierdza regułę
Jezus był jedynym mężczyzną, jaki kiedykolwiek istniał, który widział w kobiecie człowieka – nie obiekt seksualny, nie pokusę - tylko człowieka myślącego, czującego i cierpiącego - człowieka, a nie ideę matki, córki lub żony. 
Inwestował w swój naród, który „przybił go rękami niewiernych do krzyża”- przyjęli go poganie, którzy nigdy nie byli „narodem wybranym” i w większości nie widzieli na oczy ani pół cudu.

Reguła
Życie na skraju rozpaczy, dotkliwy brak czegoś bardzo podstawowego skuteczniej prowadzi do Boga niż dobrobyt i sukces.
O tym chyba mówi osiem błogosławieństw i osiem przekleństw
Dieta okruszkowa jakoś bardziej sprzyja wzrostowi, albo tylko najsilniejsze jednostki są w stanie ją przeżyć - i stąd to wrażenie.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

O homolobby i kobiecie w Kościele

Oficjalnie o istnieniu homolobby w Kościele dowiedziałam się z omówień raportu ks. Oko, które ukazywały się tu i ówdzie na polskich stronach katolickich jak np www.fronda.pl, a nawet w kilku klipach Real Catholic TV Michaela Vorisa. Wcześniej jeszcze, ks. Isakowicz-Zaleski w wywiadzie-rzece przeprowadzonej z nim przez Tomasza Terlikowskiego, też o tym problemie napomknął wywołując gwałtowny sprzeciw katolickich publicystów jak Grzegorz Górny czy Ewa Czaczkowska z Rzepy.
Najbardziej jednak szokującą dla mnie informację przytoczył Roman Graczyk na portalu www.wpolityce.pl, nie pamiętam dokładnie za kim podał przypuszczalny procent homoseksualistów wśród duchowieństwa, ale była to wielkość rzędu 10-40% - czyli niewiarygodna nadreprezentacja (jak nie przymierzając Żydów w kierownictwie aparatu bezpieki w czasach stalinowskich).
Nieoczekiwanie ta własnie informacja rzuciła światło na pewną zagadkę - tajemniczą peregrynację pewnego artykułu z życia seminarium, który napisałam po zakończeniu mojej 7-letniej współpracy z tą instytucją. Nie było w nim wzmianki o  żadnych szczególnie wstrząsajacych skandalach, tylko kilka obserwacji na temat niepokojących - moim zdaniem - zjawisk. Próbując go opublikować chciałam wywołać dyskusję w środowisku ludzi wierzących i zatroskanych o dobro Kościoła na temat formacji kleryków, ze szczególnym uwzględnieniem specyficznego stosunku do kobiet, którego nabierają w seminarium.
Pierwszy okazał zainteresowanie krakowski List, przygotowali nawet majowy numer o kobiecie w Kościele, w którym wszystkie materiały odnosiły sie jakoś do tego tekstu. W ostatniej chwili zablokował go asystent kościelny stawiając redakcję w kłopotliwej sytuacji polemiki z niedostępnej czytelnikowi artykułem.
Drugi był, zdaje się, ks, Boniecki z Tygodnika Powszechnego, który jednak chciał usłyszeć także zdanie drugiej strony (nie wiem czy podjął jakieś kroki w tym celu), a potem Wdrodze, które przygotowywało numer o kłopotach z Kościołem. W ostatniej chwili zmienili zdanie decydując się na tekst stojący w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła w kwestii antykoncepcji itp.
Zastanawiałam się potem długo nad tą tajemniczą przemianą od entuzjazmu do odrzucenia, którą przechodziły kolejne redakcje. Jakie tabu nieświadomie naruszyłam, że nawet czasopisma publikujące bardzo "kontrowersyjne" artykuły nie miały odwagi go wydrukować.
Wszystko na to wskazuje, że moje porównania do angielskiego klubu gentelmanów, a jeszcze wyraźniej do Uczty Platona mogły zostać odczytane jako aluzja do homolobby właśnie, choć ja w swej naiwności interpretowałam stosunek kleru do kobiet - na przemian wrogi i protekcjonalny - jako niezgrabne próby poradzenia sobie  pokusą. Tymczasem owa wrogość mogła być równie dobrze spowodowana postrzeganiem mnie jako kłusownika na homoseksualnych łowiskach.
Tak czy siak pod wpływem tekstu Terlikowskiego, który znalazłam dzisiaj na frondzie (http://www.fronda.pl/a/terlikowski-ostry-kurs-w-sprawie-homolobby-potwierdzony,28882.html) zdecydowałam się zamieścić rzeczony artykuł na tym blogu.

Człowiek drogą Kościoła
czyli
Kobieta w seminarium
      
    Ilekroć myślę o moim doświadczeniu pracy w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym, przypomina mi się pamiętna scena z „Pożegnania z Afryką” Sydneya Pollacka – młoda Karen Blixen, tuż po przyjeździe do Nairobi, szukając swego narzeczonego Brora, wchodzi do klubu gentlemanów tzn. przybytku, w którym biali mężczyźni upijają się we własnym gronie. Świeżo przybyła z Europy, nie znając miejscowych zwyczajów, spodziewa się po cywilizowanie wyglądających panach pomocy, a co najmniej grzeczności należnej damie. Szok jej jest całkowity, kiedy nie tylko nie uzyskuje odpowiedzi na swoje uprzejme i rzeczowe pytanie – żaden z mężczyzn nie zniża się do rozmowy z nią – ale, na sygnał jednego z klientów, zostaje wyprowadzona przez barmana Hindusa. Ten informuje ją lakonicznie, że „memsahibs are not allowed here”, ale jest zbyt wielki żeby powiedzieć gdzie można znaleźć Brora.
     Oglądając tę scenę jestem nie mniej wstrząśnięta niż dzielna bohaterka filmu. Zgromadzeni w klubie „gentlemani”, oburzeni wkroczeniem kobiety na terytorium ich rezerwatu, nie są w stanie dostrzec w niej Europejki, ani nawet osoby ludzkiej, potrzebującej pomocy. Ich zupełna niewrażliwość na jej zagubienie i bezradność rażąco kontrastuje z niewspółmierną reakcją na pogwałcenie praw ich anachronicznego przybytku.
      W przeciwieństwie do Karen Blixen, ja pojawiłam się w innym męskim klubie na wyraźne zaproszenie. Siostry zakonne, w których liceum pracowałam poleciły mnie sekretarzowi Papieskiego Wydziału Teologicznego, kiedy po wyjeździe księdza X za granicę, szukał nowego lektora j, angielskiego. Miałam lat 33 i doświadczenie odnowienia wiary za sobą. Byłam bardziej niż kiedykolwiek w życiu skłonna interpretować wszystko, co pojawia się na mojej drodze w kategoriach powołania.
 (…)Miałam nadzieje, że jeszcze przed rozpoczęciem zajęć zostanę przedstawiona komu trzeba i jakoś wprowadzona w to obce, zamknięte i wrogie środowisko. Nic takiego jednak nie nastąpiło i odtąd narażona byłam na powitania typu „Hola. Hola! A gdzie to?!!!” ze strony brata zakonnego dyżurującego na furcie. Na początku tłumaczyłam cierpliwie, kim jestem i co tu robię, jednak za dziesiątym razem miałam szczerą ochotę odpowiedzieć „przyszłam gwałcić kleryków, to chyba jasne!” Spotykani na korytarzach księża ignorowali wyniośle moje uprzejme „Szczęść Boże” toteż po pewnym czasie dałam sobie z tym spokój. Miałam kontakt jedynie z klerykami – dwa razy w tygodniu i z siostrą w kasie – raz w miesiącu. Po roku doszli mi jeszcze w soboty studenci zaoczni Papieskiego Wydziału Teologicznego.
     Na pierwszych zajęciach w seminarium powitała mnie cała gama reakcji od ekscytacji, chichoczącej wesołości i rumieńców rodem z okresu pokwitania, poprzez nieufność do jawnej lub skrytej wrogości. Okazywana mi życzliwość często miała protekcjonalno – lekceważące zabarwienie. Zdarzało się, że nawet chłopcy, którzy nie potrafili się podpisać nie robiąc przy tym błędu we własnym nazwisku, odnosili się do mnie jak do istoty intelektualnie słabszej i znacznie mniej wykształconej. Zastanawiałam się skąd powzięli przekonanie tak jawnie sprzeczne z rzeczywistością. Pewne światło rzuciły na to jasełka, na które zostałam zaproszona w pierwszym roku pracy. Przedstawienie przypominało raczej wieczorek poetycki. Recytowano wiersze - głównie poetów romantycznych – poświecone Maryi skontrastowanej z Ewą. Ewa okazała się pojęciem pojemnym – mieściła w sobie wszystkie inne kobiety z wyjątkiem matek kapłańskich i kleryckich, oczywiście. Trzeba przyznać, że Maryja w formie gipsowego odlewu pomalowanego na biało - niebiesko jest dość wygodnym ideałem kobiecości. Wolałabym jednak nie widzieć jak ci pobożni chłopcy odnieśliby się do realnej żydowskiej młódki, która zaszła w ciążę zanim zamieszkała z mężem. Według prawa powinna zostać ukamienowana na progu domu swego ojca.
     Jako osoba nie należąca do kategorii matek kapłańskich, ani nawet kleryckich, musiałam pogodzić się ze smutnym faktem, że jak wszystkie córki Ewy, nie jestem w oczach bogobojnych mieszkańców seminarium człowiekiem, tylko pokusą. Zastanawiałam się potem często, jakie jest miejsce pokusy w porządku stworzenia - za zwierzętami czy może za przedmiotami. Nie rozstrzygnęłam tej kwestii definitywnie, ale z całą pewnością jest ono niskie i wskazania etyki personalistycznej nie mają tu zastosowania (pokusa nie jest przecież osobą). Według mistrzów życia duchowego z pokusą się nie rozmawia, ani nawet na nią nie patrzy. Uświadomienie sobie tego wyjaśniało wiele, np. dlaczego ksiądz Y, uczący łaciny na PWT, zawsze odwraca się ode mnie, ilekroć przychodzę z prośbą o przeorganizowanie grup (tak aby nauka angielskiego odbywała się według poziomu zaawansowania). Stał zawsze do mnie bokiem z wzrokiem wbitym w przestrzeń wydając z siebie tony krótkie a szczekliwe, a jego ręce podrygiwały nerwowo, niespokojne, żeby w końcu pokazać mi drzwi. Wszystko to na oczach studentów zaocznych, zafascynowanych zmaganiem dzielnego kapłana z wyjątkowo namolną pokusą.  Nauczeni przykładem z góry klerycy również unikali kontaktu wzrokowego podczas rozmowy, natomiast kiedy odwracałam się do tablicy, dochodziły moich uszu odgłosy typowe dla wieku gimnazjalnego - podniecone szepty i stłumione chichoty. Czyżby nikt ich nie ostrzegł, ze pokusa widziana z tyłu jest równie niebezpieczna?
     Zastanawiałam się czasem, czy przypadkiem nie zatrudniono mnie raczej jako wentyl niż lektorkę. Nikt nie traktował zbyt poważnie moich prób zorganizowania sensownych grup, wprowadzenia obowiązku posiadania podręczników czy obecności na zajęciach o przygotowywaniu się nie wspominając. Kiedy nie dałam zaliczenia klerykowi, który nic nie robił przez cały semestr, uzyskał je bez problemu od księdza X, znanego mi wyłącznie ze słyszenia. Co dziwniejsze, dziekanat nie kwestionował takiego procederu. Atmosfera bycia poza dobrem i złem, ponad wymagania uczciwości  i ludzkiej przyzwoitości, panująca w seminarium była jeszcze bardziej niepokojąca niż przedziwny stosunek do kobiet. W pierwszym roku mojej pracy, pod koniec semestru zgłaszali się do mnie klerycy, których nigdy wcześniej nie widziałam na oczy i oświadczali z rozbrajającą szczerością, że co prawda nie chodzili i nic nie umieją, ale i tak proszą o zaliczenie. Najdziwniejsze, że rzeczywiście spodziewali się je dostać i kiedy odmawiałam stanowczo patrzyli na mnie z wyrazem ciężkiej a niezasłużonej krzywdy. Kiedy odwoływałam się do ich poczucia uczciwości i sprawiedliwości nie mieli pojęcia o czym mówię. Twierdzili, że mój poprzednik, ksiądz X, nie robił problemu czy ktoś chodził czy nie, a na jego zajęciach dyskutowało się o dogmatyce (po polsku oczywiście).
      Tego rodzaju podejście kandydatów na księży katolickich wydawało mi się nieporównywalnie bardziej alarmujące niż ich arogancja i często bardzo niski poziom intelektualno – kulturalny, o dojrzałości emocjonalnej nie wspominając. Dziwiłam się, że żaden z przełożonych nie jest ciekawy mojego zdania.  Klerycy nie płaszczyli się przede mną ani nie udawali świętszych i lepszych niż byli w istocie – nie byłam wystarczająco ważna. Dzięki temu widziałam ich w prawdzie, czasem przygnębiającej, niestety. Dziwił mnie entuzjazm, z jakim witano rosnącą liczbę nowych powołań, zwłaszcza, że miałam okazję zapoznać się z częścią z nich. Nikomu nie przyszło do głowy, że w warunkach polskich bycie księdzem jest bardzo atrakcyjną propozycją, nawet dla młodzieńców niewierzących. Zapewnia bezpieczeństwo finansowe, mieszkanie i wyżywienie (często nawet zamożność), zabezpiecza przed bezrobociem, oferuje pracę cieszącą się dużym autorytetem społecznym i możliwość robienia kariery. Perspektywa założenia rodziny w wieku lat 19 wydaje się dość odległa, a rezygnacja z niej, w imię uzyskania wyżej wymienionych dóbr, niezbyt bolesna. Zachowywanie czystości obowiązuje wszystkich chrześcijan nie żyjących w małżeństwie, a poza duchowieństwem jest ich całkiem sporo. Rzeczywistość dość jaskrawo różni się od sielankowego obrazu świata złożonego z rodzin katolickich, młodzieży i księży przekazywanego w seminariach.
     Idea celibatu kapłanów rozumiana jako rezygnacja z własnej rodziny w imię większej miłości, aby stać się „wszystkim dla wszystkich”, a zwłaszcza odrzuconych i potrzebujących pomocy, wydaję mi się piękna i sensowna. W seminarium jednak spotkałam się z nieco inną interpretacją jej sensu. Pierwsze moje zaskoczenie miało miejsce podczas uroczystej wigilii. Rzędy młodych  i starszych mężczyzn w czarnych sutannach przy biało nakrytych, zastawionych stołach, na końcu ostatniego garstka świeckich podludzi czujących się dość niewyraźnie w tym gronie. Gość honorowy, kardynał w podeszłym wieku w swoje przemowie przyznaje, że zazdrości klerykom ich rodzin, bo jego bliscy już nie żyją, „Jak to? – myślę – a gdzie stokroć więcej braci, sióstr, dzieci i wnuków i Królestwo Boże na dodatek?” Nie mam jednak śmiałości zapytać na głos.
      Innym razem zaczynam zajęcia krótkim wprowadzeniem na temat najważniejszych w życiu wartości. Proszę, aby każdy student wymienił co najmniej pięć w porządku ważności. Kiedy po raz szósty słyszę „rodzina” i to gdzieś na początku listy jestem dość zdezorientowana. Nie podejrzewałam, że pracuje w tak skrajnie progresywnej instytucji. Proszę o wyjaśnienie i dowiaduje się, że chłopcy mają na myśli rodziców i rodzeństwo. Musze usiąść z wrażenia. Celibat, który ma na celu ściślejsze związanie się z rodzicami, członkostwo w klubie kawalerów, a nade wszystko uniknięcie związku miłości z kobietą tzn. pokusą wydaje mi się sprowadzeniem  pięknej skądinąd idei do absurdu. Gdzie tu otwarcie serca na stokroć więcej?  Przy takiej koncepcji celibatu założenie rodziny, a nawet samotne życie człowieka świeckiego, wydaje się szczytem szczodrości i wolności. Rozumienie wymogu bezżenności jako okopanie się za murami getta i postrzeganie ludzi, którym mają służyć, jako źródła pokus zagrażających czystości, upodabnia księży katolickich do męskich stowarzyszeń znanych z czasów pogańskich.
      Pewną analogię nasuwa lektura „Uczty” Platona. Pamiętam jak w czasie studiów brnęłam przez nią z godnym podziwu samozaparciem, gdyż mężczyźni napawający się swoją rzekomą wyższością moralną i intelektualną, z dala od kobiet i groźby konfrontacji z rzeczywistością, zawsze budzili moją niechęć. Jeśli dodać do tego stosunki homoseksualne, stawiane w jednym rzędzie z filozofią i zamiłowaniem do gimnastyki, uznane za przejaw miłości wyższej, to moja odraza sięgała zenitu. Szczególnie obrzydliwe wydało się rozważanie, kto był „miłośnikiem” a kto „oblubieńcem” w związku  Achilles – Patrokles.  Do tej pory bowiem, żyłam w naiwnym przekonaniu, że chodziło o męską przyjaźń. Ten jeden tekst wyleczył mnie gruntownie i ostatecznie z fascynacji kulturą antyczną oraz na zawsze podważył zaufanie do panów zbierających się we własnym gronie, aby zajmować się rzeczami wyższymi.
      W porównaniu z nimi bliżsi nam czasowo i przestrzennie Jomswikingowie wydają się szczytem zdrowia moralnego. To elitarne bractwo najemników zamieszkujące twierdzę Jomsborg gdzieś w pobliżu dzisiejszego Wolina
w X i XI w. naszej ery rządziło się bardzo surowymi i ściśle przestrzeganymi prawami. Członkami mogli być wyłącznie mężczyźni od 18 do 50 lat wykazujący świetną znajomość wojennego rzemiosła oraz wielką siłę i odwagę. Nie mogli okazywać strachu nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji ani uciekać przed wrogiem o porównywalnej sile, Przysięgali pomścić śmierć współbraci, a łupem dzielili się po równo. Nie mogli się żenić, a kobiety i dzieci nie miały wstępu do ich twierdzy nawet jako jeńcy wojenni.
      Czemu to wszystko miało służyć trudno dzisiaj zrozumieć, jednak łatwo zauważyć, że tworzenie takich absurdalnych struktur zawsze leżało w męskiej naturze i nie ma nic wspólnego z duchem Ewangelii.  Księża katoliccy nie mają być przecież ochrzczonymi Jomswikingami, nieco powściągliwszymi uczestnikami platońskiej Uczty ani członkami angielskiego klubu dla gentlemanów, dla niepoznaki przebranymi w czarne sukienki.   
        Wracając do przygody Karen Blixen przytoczonej na początku tego tekstu,
moje wyprowadzenie z klubu odbyło się w jeszcze bardziej surrealistyczny sposób. Władze PWT nie zniżyły się nawet do poinformowania mnie o zakończeniu współpracy, nie mówiąc już o podaniu powodów. Rolę barmana Hindusa odegrał nieoficjalny przeciek informacji. W atmosferze zmowy milczenia – arcybiskup wyniośle zignorował próby odwołania się do niego – opuściłam niegościnne progi męskiego przybytku, który siedem lat kalałam swoją obecnością. Niejasne insynuacje nie były zaiste potrzebne, przecież sam fakt bycia pokusą jest podejrzany moralnie.
      (…)Całkowita obojętność, niechęć czy wręcz wrogość ludzi Kościoła wobec osób z poza klubu „pasterzy pasących samych siebie” podważyła moje zaufanie do instytucji. Nigdy nie byłam przekonana do idei kapłaństwa kobiet, choć nawet św.Teresa z Lisieux czuła w sobie takie powołanie, a Edyta Stein –  św. Teresa Benedykta od Krzyża - nie widziała przeciwwskazań.  Ufnie przyjmowałam, że tradycja wyświęcania wyłącznie mężczyzn ma swoje uzasadnienie w depozycie wiary. Nawet z czysto zdroworozsądkowego punktu widzenia funkcja pasterza czyli obrońcy kobiet, dzieci i starców – zarówno w sensie fizycznym jak i duchowym  -  jest ich naturalnym zadaniem. Słusznej sprawy można jednak bronić z niewłaściwych pobudek i ostatnio nabrałam podejrzeń, że stanowisko Kościoła nie jest podyktowane umiłowaniem Prawdy czy obroną ortodoksji, tylko lękiem przed wtargnięciem kobiet do męskiego rezerwatu i utratą monopolu na władzę duchowną oraz związane z nią przywileje.(…)