Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakramenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakramenty. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 stycznia 2025

O kazaniu o. Marcina OSPPE

Minionej niedzieli o. Marcin OSPPE uraczył nas tylko jednym kazaniem, bo był chrzest.

Dowiedzielismy, że:

  • chrześcijanin to ktoś kto zaprosił Boga do swego życia i ten Bóg w nim działa (albo jakoś tak - odtwarzam z pamięci), a nie jakaś zdewociała osoba , która dokłada coraz to nowe modlitwy (do tych odmawianych rutynowo?), które nic nie pomagają.
  • jeśli człowiek nie widzi działania Boga w swoim życiu, łatwo się zniechęca i traci wiarę
  • kiedy upadamy przychodzi zrozumienie, że to nie my jesteśmy bogami
Więcej mądrości o. Marcina nie pamiętam.

W drodze do domu upadłam w sensie dosłownym przechodząc przez ulicę. Wyłożyłam się na calą długość i przez chwile leżałam ogłuszona. W końcu wstałam i ubłocona pociągnęlam się do bramy. Jakiś życzliwy czlowiek zapytał czy wszystko w porządku. Odpowiedziałam, że mam nadzieję. Śmiejąc sie pod nosem ze swojej przygody wgramoliłam sie po schodach. Owszem, jestem potłuczona, ale poza  tym, nic mi się nie stało.

W poniedziałek dwa maile od potencjalnych pracodawców, u których byłam na rozmowach. Oba odmowne. Mimo spektakularnego upadku zrozumienie nie przyszło. Widocznie jestem tą zdewociałą osobą, która dokłada coraz to więcej modlitw (odmowiłam ostatnio 3 nowenny), z których nic nie wynika.



No coż, o. Marcinie, nie widzę działania Boga w moim życiu, a co gorsza upadki nie pomagaja mi nic zrozumieć. Nie mam "intymnej relacji z Jezusem" ani żadnej innej. Byłam ochrzczona jako niemowlę, przystepowałam do kolejnych sakramentów z taką wiarą, na jaką mnie było stać i dalej to robię.

Albo jestem więc wyjątkowo złym człowiekiem, albo to, co Ojciec opowiada, to banialuki.

Zwracam uwagę, że Bóg jest calkowicie autonomiczny. To nie jest jakaś funkcja naszej pobożności, woli czy pragnienia. Może działać w naszym życiu jeśli chce, albo nie działać, jeśli nie chce. To czy my sie otwieramy, modlimy czy przystepujemy do sakramentów nie ma żadnego wpływu na jego decyzje.

Istnieje mozliwość, że działa w sposób dla nas niezauważalny, ale wlaśnie dlatego, nie możemy owego działania odczuć ani zobaczyć w historii naszego życia. Możemy w to wierzyć. Jednak wiara to nie to samo, co wiedza, czyż nie?

Rozumiem więc, że powinnam sie bardzo wstydzić, że jestem ową zdewociałą osobą odmawiajacą nieskuteczne modlitwy, ale co dalej?  Co poza "diagnozą" ma Ojciec do powiedzenia takim właśnie ludziom, którzy nie widzą działania Boga w swoim życiu i nic nie rozumieją? Co mają ZROBIĆ? 

W ciemnej d...

P.S.
Proszę nie opowiadać o relacjach, bo do tego potrzeba dwojga! 


wtorek, 2 kwietnia 2024

O powrocie młodszego brata

Weźmy na przykład amerykańskich protestantów i to takich gorliwych, którzy chcą zostać albo zostają pastorami i dalej się rozwijają - kończą studia, piszą doktoraty, szukają na własna rękę i znajdują ojców Kościoła i to tak wczesnych jak Ireneusz z Lyonu albo Polikarp, uczeń św. Jana Apostoła. Wtedy dopiero odkrywają historię Kościoła i są w szoku. Nie chcą się nawrócić, bo antykatolicyzm jest częścią ich tożsamości, nawet jesli nie zdają sobie z tego sprawy.... Nie chcą, ale nie daje im to spokoju. Wtedy zwykle trafiają po raz pierwszy w życiu na mszę świętą i tam dopiero czad!

Jeden siedzi w ostatniej ławce wpatrzony w dziwne pudełko obok ołtarza (tabernakulum) i płacze, bo w jakis niepojęty sposób wie, że Jezus jest tam realnie obecny... Drugi ze zdziwieniem spostrzega, że wszyscy zebrani zamiast patrzeć na ołtarz odwracają się do drzwi jakby się coś stało -  ktoś umarł albo coś. Sam więc też się w końcu odwraca i na widok kapłana w asyście zaczyna ronić łzy, bo uświadamia sobie sukcesję apostolską ... Inna osoba nie wie dlaczego, ale placze cały czas odkąd weszła na mszę i nie może przestać... Dar łaski - niewątpliwie - dla tych wyjątkowych dusz, ktore nie ustają w poszukiwaniu prawdy, choć pójście za nią będzie ich wyjątkowo drogo kosztować...

Uwielbiam słuchać ich świadectw nawrócenia. Ja także często płakalam po kościołach, ale za zwyczaj nad własnym losem, który jawił mi się jako trudny do uniesienia. Teraz moje oczy są suche i nie potrafię plakać, choćbym chciała, a moje serce twarde jak kamień. Nie doceniam tego co jest mi dane. Przywykłam do bycia katoliczką od zawsze. Irytuje mnie ksiądz albo organista. Irytuje mnie wszystko. Jestem jak ten starszy brat, który był zawsze w pobliżu ojca (co najmniej fizycznie, nawet jeśli nie sercem) a nie potrafił się nigdy tym zachwycić i ucieszyć. Patrzy z fascynacją na tego młodszego, który przybywa z daleka roniąc łzy wzruszenia na widok zabudowań ojcowskiego domu... Patrzy jak ciele na malowane wrota i zachwyca sie wszystkim, czego starszy - na skutek przyzwyczajenia lub uodpornienia - nie zauważa...

Myślę, że te liczne nawrócenia najlepszych, najodważniejszych i najuczciwszych intelektualnie protestantów są wielkim darem dla Kościoła, gdyż Ci ludzie pomagają nam wierzyć, że naprawde jesteśmy dziedzicami Królestwa...

Jest też sporo katolików przechodzących do protestantów, ale dla nich magnesem jest zwykle czynnik ludzki - wspólnota. Do pewnego stopnia to rozumiem i nie powiedziałabym im złego słowa, gdyby to uczciwie przyznali, a nie zaczynali nagle oburzać się kultem maryjnym albo obrazami świętych...

Ruch odbywa się dwukierunkowo do Kościoła w poszukiwaniu Boga i rzeczy boskich i od Kościoła w poszukiwaniu wspólnoty i rzeczy ludzkich... Zastanawiam się jak to połączyć i czy to w ogóle możliwe...

Może tak musi być. Może musimy być znudzeni i poirytowani, bo na poziomie ludzkim nic nie widzimy, a oczy wiary zbyt słabe?  Szczerze mówiąc nie wiem. Kiedyś bardzo pragnęłam doświadczyć wspólnoty w Kościele, ale tak się nie stało. Może ta wspólnota istnieje na jakimś glębszym poziomie niedostępnym naszym zmyslom? Nie wiem tego.

Wiem natomiast, że błędem jest posoborowe "protestantyzowanie" Kościoła, bo wstydząc się rzeczy nadprzyrodzonych odrzucamy to, co najcenniejsze, a nie zyskujemy nic, dokładnie nic.

Piszę to także pod wpływem kazania proboszcza mojej parafii, który podczas wigilii paschalnej nie miał nic do powiedzenia o Zmartwychwstaniu, natomiast sporo o Janie Pawle II i zagrożeniach dla rodzin we współczesnym świecie.

Żeby byla jasność uważam Jana Pawła II za świętego człowieka i wiem, że zagrożenia (duchowe) zarówno dla rodzin jak i ludzi samotnych są ogromne, to jednak świętowaliśmy ZMARTWYCHWSTANIE i tylko o tym należało mówić lub zamilknąć i poprzestać na pięknej liturgii.

Mam wrażenie, ze kryzys wiary w Kościele dotyczy w pierwszym rzędzie osób duchownych, niestety...




wtorek, 24 października 2023

Wszystko, co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze, oddam za ryż...

Nigdy nie sądziłam, że w wieku mocno średnim będę tęsknić za łatwością zalewania się łzami właściwą młodym kobietom. Nie mam na myśli szlochu, ten opuścił mnie na zawsze 25 lat temu, albo jeszcze wcześniej. Nie mam łez. Nie mogę płakać i ulżyć sobie, a smutek tymczasem spowił moją duszę. Najpierw te dziwne wybory, a później wiadomość, że projekt, przy którym pracuję nie będzie kontynuowany w przyszłym roku...

Złe przeczucie miałam już od niedzieli 15. Był też i znak - zielony dzięcioł na orzechu pod oknem. Można to obśmiać, ale kiedy wylano mnie z ostatniej pracy w szkolnictwie też przyleciał dzięcioł -  biało-czarno-czerwony - na drzewo pod oknem i podniósł mnie na duchu. Ten zielony, o ileż piękniejszy, odwrócił moją uwagę od niepokoju i złych przeczuć. Na chwilę.

To w ogóle jest bardzo interesujący fenomen, że kiedy w moim życiu coś się dzieje widzę ptaki i zwierzęta, których normalnie nie spotyka się w tych okolicach. Przypomina mi się św.Ignacy Loyola ze swoimi pocieszeniami i utrapieniami duchowymi. Ptaki są moimi pocieszeniami. Nigdy nie widzę ich, kiedy tego bym chciała lub oczekiwała. Pojawiają się, kiedy nie oczekuję niczego.

Wróciły też sny o tajemniczym lesie. Tajemniczy las przestał przypominać Beskid Żywiecki, a zaczął wygladać jak park na Grabiszyńskiej. Dwa razy śnił mi się i dwa razy spotkałam w nim orszak rycerzy wyruszajacych lub wracajacych z jakiejś wyprawy. Mieli kolorowe szaty, a nawet zbroje i na tle intensywnej zieleni drzew wyglądali jak ilustracja w książce z mojego dziciństwa...

Moj smutek jest większy niż jego zewnętrzna przyczyna, stąd podejrzewam, że moja dusza wie coś, czego się wkrotce dowiemy, albo co się wkrótce stanie.

W Bożym Ciele nowy ksiądz i stary organista, którego popisy mnie skutecznie odstraszyły od tego miejsca. Komunię nadal można przyjąć klęcząc przy balaskach, ale rozdaje świecki szafarz. Robi to z należytą rewerencją, ale i tak mnie zmroziło.

U paulinów nowy proboszcz obsadził mszę niedzielną na dwunastą neonami. Nieszczęsne neony zanim odczytają czytanie, mówią wstęp. Na początku mszy też. Pasuje to do liturgii, jak kwiatek do kożucha. Kiedy usłyszałam, że tak ma być, tylko wzruszyłam ramionami, ale kiedy zobaczyłam to na własne, oczy mialam ochotę wybiec z krzykiem. To przypomina mi jakąś opowieść Gavina Ashendena z czasów, gdy jeszcze był anglikańskim, dość progresywnym (w każdym razie progejowskim), duchownym. Był to czas, kiedy anglikanie zaczęli wyświęcać kobiety. Ashenden był po raz pierwszy na nabożeństwie celebrowanym przez taką pastorkę. Wszystko było o.k. dopoki odczytywala czytania i mówiła kazanie, ale gdy przeszła do liturgii eucharystycznej poczuł, że powinien wybiec z kościoła co prędzej...

Tak czy siak kościoły Bożego Ciała i św. Antoniego są dla mnie stracone. U jezuitów nowy proboszcz też nie okazał się zmianą na lepsze (podobno, jeszcze tam nie byłam). Pozostaje parafia, ale tam musiałabym włożyć do uszu stopery, bo szlag by mnie trafił pod wpływem dokonań organisty. Kto miał do czynienia z końmi, wie jak wygląda próba prowadzenia grupy jadąc na osobniku, którego miejsce jest na końcu stada. Takie wlaśnie predyspozycje do prowadzenia śpiewow ma ten czlowiek, przy czym jego tempo jest czterokrotnie szybsze od normalnego.

Zło jest bliżej, coraz bardziej zuchwałe. W niedziele wszędzie widziałam zniszczone słupy od znaków drogowych porozbijane donice w ogródkach i zniszczone ławki jak po przejściu bandy chuliganow. Wcześniej tego nie zauważyłam, albo niczego takiego nie było. Na cmentarzu dwie stare kobiety komentują ludzi wychodzących z kaplicy po mszy pogrzebowej: "A ci to ciągle do kościoła chodzą i się modlą. To najgorsi ludzie są..." 

Jeszcze przed wyborami lewica zrobiła plakaty ukazujące gdzie, według niej, jest miejsce Kościoła w życiu wspólnoty. Otóż w szpitalu zdecydowanie nie! Co trzeba mieć w głowie, żeby odmawiać ludziom chorym i umierającym pociechy duchowej i sakramentu. I na taki temat wypowiadają się pańcie w stylu Biejat, która podobno ma zostać marszalkiem senatu, a nie wie nawet jakie kraje graniczą z Polską. Moja mam mówiła "lewizna" i miala absolutną rację. Opowiadajcie gnoje umierajacym o orientacjach seksualnych i płynnosci płci. Na pewno się ucieszą...

Na twitterze filmiki ukazujace kolejki do lokali wyborczych w małych miejscowościach stojące do trzeciej w nocy. Średnia wieku 25 wszyscy w kapturach, odwróceni do kamer plecami. Podwożeni autobusami i częstowani pizzą (może to komisja zamówiła) bawią się dobrze. Czy to jest normalne? Czy lokal wyborczy nie powinien być zamknięty o 21? Dlaczego dopiero w nocy ustawiają się w kolejce? Może dlatego, że obskoczyli kilka komisji w innych miejscowościach?

Takiemu czemuś będziemy zawdzięczać  brązowych z nożami na ulicach, a pewnie także utratę suwerenności. Należaloby zidentyfikować, wszystkich, którzy sabotowali referendum i obarczyć obowiązkiem goszczenia "uchodźców" u siebie z domu i nie wypuszczania ich na ulicę. Kosztami też.

"Rozdawnictwo" dla rodzin i emerytów zastąpi utrzymywanie zgraji obcych bandytów i płacenie im zasilków równych niemieckim (żeby nie uciekli). Furda tam zasiłki, ważne, ze Kaczor sie zmartwił! No cóż, Kaczyński umrze za kilka, kilkanascie lat, ja najpozniej za ok. 20, a wy i wasze dzieci będziecie żyć w "tym kraju" i dostaniecie dokładnie to, na co zasługujecie.

Na koloniach śpiewalo się pieśń "Wszystko, co nasze Polsce oddamy...", które to słowa niektórzy przerabiali na "Wszystko, co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze oddam za ryż". I to jest dokladnie to, co żeście zrobili. Oddaliście zarówno to, co wasze jak i to, co nie wasze za nic, bo nawet kaszy i ryżu nie dostaniecie, ale zostaniecie boleśnie wydymani i wasze dzieci też!!! 



wtorek, 27 kwietnia 2021

Co się stało z kościołem św. Wojciecha?

Wybrałam się dzisiaj pieszo do sklepu z drewnem celem zaopatrzenia się w listwy potrzebne mi do "odremontowania" szafek kuchennych, oraz oprawiania dużych płócien. Szłam przez Plac Dominikański i oczywiście wstąpiłam do kościoła św. Wojciecha, w którym spędziłam setki, a może tysiące godzin na mszach, adoracji i czekając do spowiedzi przez ostatnie ponad 30 lat. To miejsce było moim "duchowym domem". 

Nie chodzę tam od czasu zeszłorocznego niesławnego zamknięcia pod pretekstem pandemii, zanim jakiekolwiek oficjalne obostrzenia weszły w życie. Potem byłam jeszcze kilka razy na mszy i u spowiedzi, ale odkąd odmówiono mi komunii do ust, mimo, że podeszłam na końcu, jak tam jest przyjęte, nie mam ochoty narażać się na coś podobnego. Niemniej siłą przyzwyczajenia zawsze tam wstępuję na chwilę modlitwy, kiedy jestem w pobliżu.

Nic na to nie poradzę ale odkąd nie ma tam adoracji miejsce wydaje mi opuszczone przez Boga, wręcz zdesakralizowane. Wiem, że to brzmi dramatycznie i przesadnie, ale mam takie odczucie jakbym odwiedzała opuszczony, popadający w ruinę dom kogoś bliskiego, gdzie spędziłam pół życia.

Klęcząc w kaplicy bł. Czesława wspominałam wszystkie godziny spędzone przed najświętszym sakramentem w czasach kiedy adoracja się tam odbywała, swoje rozpaczliwe modlitwy tak intensywne, że powinny zrobić dziurę w sklepieniu, a nie poruszały nic, zupełnie nic, jakby odbijały się od betonowej ściany. Pomyślałam, że zawsze modliłam się nie o to, co trzeba... No cóż, nigdy nie wiedziałam o co trzeba i niewiele się pod tym względem zmieniło.

Wszystkie te słowa, których tak uważnie słuchałam, wszyscy ci ludzie, którzy wypowiadali je z przejęciem, jakby rzeczywiście wierzyli w to, co głoszą... Wszystko już nie aktualne? 



poniedziałek, 13 kwietnia 2020

O Wielkim Tygodniu w czasie zarazy

Wszystko zaczęło się od pierwszej soboty kwietnia, kiedy to po dłuższej niedyspozycji natury zatokowo-gardłowej wychynęłam na Boży świat pełen zapachu wiosny i skierowałam swe kroki do kościoła jezuitów. Wtedy miałam już pewność, że przy takiej ilości szczelin w systemie uda mi się uczestniczyć w całym Triduum Paschalnym, o obecności na mszy w niedziele i poniedziałek wielkanocny nie wspominając. Tak też się stało i jestem zaskoczona jak niewiele wysiłku musiałam w to włożyć. Wystarczyło przyjść ok. pół godziny wcześniej i byłam pierwsza. Niezależnie od tego, czy w danym dniu stosunek proboszcza do ilości wiernych był bardziej czy mniej elastyczny, mojej obecności nic nie zagrażało... Piszę to nasłuchawszy wielu opowieści o tym, jakich środków ludzie imali się, żeby na mszy jednak być... Nie wiem czy moje wychowane w PRL-u pokolenie tak ma, czy to tylko ja tak mam, ale wyjść z domu pół godziny wcześniej dla czegoś na czym mi naprawdę zależy nie wydaje mi się jakimś szczególnym poświęceniem... Wszak wychodziłam godzinę wcześniej do dominikanów, żeby zająć miejsce w prezbiterium... A tu stawka była o wiele wyższa - prawdziwie być albo nie być!



Nieskończenie wdzięczna za ten przywilej, nie będę pastwić się nad organistą i całą oprawą liturgiczną, choć chciało by się by dorównywała podniosłości i doniosłości wydarzenia oraz oszałamiającemu pięknu wnętrza....  To swoją drogą zaskakujące, że dominikanie przy całym swoim wyczuciu liturgii okazali się ludźmi niewierzącymi (w każdym razie ten, który zdecydował o zamknięciu kościoła objawił swój brak wiary), a proboszcz mojej parafii, za którego nikt by nie dał 5 groszy został bohaterem "podziemia", który umożliwił co bardziej zawziętym wiernym z bliska i z daleka uczestnictwo w liturgii Wielkiego Tygodnia jak pan Bóg przykazał.

Dziś przed mszą (przyszłam pół godziny wcześniej) modliłam się szczególnie szczerze i gorliwie, żeby ten przepiękny kościół doczekał co najmniej godnego siebie organisty... Chciałoby się, żeby tętniło tam życie duchowe, a w pięknych barokowych stallach siedziały osoby konsekrowane - mniszki lub mnisi - a wierni przychodzili jak do źródła wody żywej, a wychodzili pełni radości Zmartwychwstania... Chciałabym usłyszeć z chóru ten anielski, ciepły, raczej niski, dojrzały głos starszej siostry dominikanki, która niegdyś śpiewała u św. Wojciecha... Ona wiedziała o czym śpiewa i było to słychać...

Natknąwszy się jednego z obiecujących wikarych nie powstrzymałam się od delikatnej sugestii, żeby organista zwolnił nieco tempo i nie dezorientował swoimi udziwnieniami wiernych, którzy nie mają pojęcia, co i na jaką melodię odpowiadać księdzu. Młody człowiek nieco spłoszony taką zuchwałością zapewnił mnie pospiesznie, że przekaże komu trzeba. Nie wiem więc czy mogę się tam bezpiecznie pojawić w następną niedzielę...

Wciąż nie mogę się otrząsnąć z szoku wywołanego postawą dominikanów. Przy zachowaniu proporcji czuję się jakby zdradził mnie ktoś szczególnie ważny, kogo uważałam za przyjaciela... Wyrwa jak po śmierci kogoś, kto był częścią życia. W końcu chodziłam tam ponad 30 lat... Pod komunikatem o zamknięciu kościoła napisałam czerwonym długopisem WSTYD! Kiedy tamtędy wczoraj przechodziłam zobaczyłam dwa nowe wpisy: "gdyby matka Teresa tak myślała nigdy nie zostałaby świętą" i  "moglibyście chociaż spowiadać".




Spowiadałam się w tym Wielkim Poście w warunkach szczególnie komfortowych w pewnym klasztorze.  Po prostu dzwoniło się na furtę i czekało ok. 2 minuty na ojca, który prowadził do osobnego pomieszczenia, gdzie klęcznik z kratką stał ponad 2 metry od spowiednika... Żadnych kilometrowych kolejek i wielogodzinnego stania, jak to zwykle miało miejsce w Wielkim Tygodniu...

A wszystko to już po pacyfikacji klasztoru, kiedy to dwóch ojców, którzy nie wymieniali podczas mszy imienia papieża Franciszka zostało zawieszonych w czynnościach, a proboszcz i przeor w jednym, który na to pozwolił odwołany w trybie pilnym na dwa miesiące przed końcem swojej kadencji... Jego zarządzenie o dwóch dodatkowych mszach zostało odwołane, a udział wiernych w eucharystii zabroniony...

Miałam wiele lat temu sny, w których całkowicie zdesakralizowany kościół św. Wojciecha był salą koncertową lub czymś podobnym. Starałam się o tym nie myśleć... Teraz przeczuwam, co to może znaczyć... Kościół po pandemii będzie inny. Po ogłoszeniu wszem i wobec, że nie ma żadnych kanałów łaski w postaci sakramentów i udział w nich nie ma w gruncie rzeczy żadnego znaczenia po prostu nie ma powrotu...

W Bochni w domu opieki społecznej cały personel zarażony koronawirusem. Na apel, żeby ktoś się zgłosił na zastępstwo odpowiedziały siostry dominikanki i... dominikanie z Krakowa. Jaki piękny gest, nieprawdaż? Tylko dlaczego coś pobrzmiewa fałszem? Boimy się zarazić od wiernych więc nie sprawujemy sakramentów, ale nie boimy się zarazić od pensjonariuszy domu opieki? A może tu chodzi o PR? Zamknięcie ust wszelkim neopelagiańskim malkontentom? Muszę być bardzo złym człowiekiem, bo tego rodzaju virtue signalling, podobnie jak medialne gesty papieża Franciszka (w rodzaju całowania oszustów po rękach i muzułmańskich więźniarek po nogach) budzą we mnie odruch wymiotny.


piątek, 26 stycznia 2018

O Kościele z mojej perspektywy (na marginesie odwołania redaktora naczelnego Gościa Niedzielnego)

Pisać  o Kościele to tak jak pisać o własnej matce, każdy żal blednie wobec podstawowego faktu, że jej zawdzięczamy dar życia, dzięki któremu możemy odczuwać cokolwiek i cokolwiek poddawać  krytycznej refleksji. Nie tylko nas nie wyskrobała, lecz także zapewniła - w ramach swoich możliwości -  warunki przeżycia i rozwoju  (co nie zmienia faktu, że silna więź kobiety ze swoim potomstwem składa się z wielu komponentów, a nie wyłącznie z miłości).

Podobnie Kościołowi Katolickiemu wszyscy zawdzięczamy cywilizację (zachodnią/łacińską/europejską/chrześcijańską) charakteryzującą się wolnością słowa, dzięki której możemy go krytykować. Tylko kompletny ignorant może negować wkład Chrześcijaństwa  w rozwój szkolnictwa, nauki, kultury, sztuki, opieki społecznej, prawa (w tym międzynarodowego) i kształtowanie naszej mentalności. Najbardziej zaciekły lewak usiłuje uzasadnić swoje racje posługując się etyką chrześcijańską (albo jej karykaturą). Każdy sprzedajny "ekolog" - świadomie lub nie - parodiuje św. Franciszka. Pomysł, że ludzie są równi wobec Boga i mają wrodzoną godność, która domaga się uszanowania  jest unikalny w dziejach świata.

Wierzący zawdzięczają Kościołowi opiekę duszpasterską i sakramenty, z których pierwszy - chrzest - jest do zbawienia koniecznie potrzebny, jak mnie uczono na religii. Ostatnio, co prawda, słyszy się głosy pewnych duszpasterzy - a nawet najwyższych hierarchów - podważających tę prawdę (Żydzi mają być zwolnieni z takiego wymagania) podobnie jak  nierozerwalność małżeństwa i wysoce nieuporządkowaną naturę aktów homoseksualnych. Nawet jeśli tak się dzieję, mamy do dyspozycji skarbiec 2000 lat niezmiennego nauczania w tych kwestiach, z którego możemy czerpać.



Uświadamiam sobie to bogactwo słuchając historii nawróceń protestantów (i Żydów) wychowanych w przekonaniu, że Kościół jest "nierządnicą babilońską", w krajach gdzie możliwość zapoznania z prawdziwą historią jest utrudniona gdyż, w powszechnej świadomości panuje jej wersja wymyślona na użytek antykatolickiej propagandy. Imponująca jest determinacja i odwaga tych ludzi, którzy poprzez studiowanie historii, teologii i filozofii, wbrew swoim intencjom odkrywają "fullness of faith" w Kościele Katolickim i mimo uprzedzeń "wyssanych z mlekiem matki" nawracają się. Cena jest niewyobrażalnie wysoka, bo często tracą wszystko - mieszkanie, pracę, przyjaciół, a czasem nawet rodzinę. Większość tych historii ma jednak jakiś rodzaj happy endu, bo w owych krajach, gdzie katolik jest dobrem rzadkim, Kościół znajduje dla nich zastosowanie.

Nam urodzonym i wychowanym w wierze katolickiej pewne aspekty związane z czynnikiem ludzkim w Kościele przesłaniają nasze szczęście. Nie mam tu na myśli problemu pedofilii wśród duchowieństwa, bo znam go wyłącznie z mediów lewicowo - liberalnych, choć chodziłam jako dziecko i nastolatka na religię, studiowałam na katolickim uniwersytecie, pracowałam w seminarium duchownym i liceum prowadzonym przez zakonnice - stykałam się wiec z klerem znacznie częściej niż przeciętny katolik.



Jako biegające samopas dziecko (z kluczem na szyi) o zwracającym uwagę wyglądzie zawsze byłam zaczepiana przez zboczeńców. Nie podejmę się nawet przybliżonego oszacowania liczby ekshibicjonistów, którzy się przede mną obnażyli w czasie od początku podstawówki do końca liceum. Jednak nigdy nie byłam obiektem niestosownych awansów ze strony księży, nie znam też nikogo, komu się coś takiego przydarzyło w dzieciństwie. Przypadek zakonnika, który poklepywał licealistki po pupie - o którym jedynie słyszałam ze średnio wiarygodnego źródła  - trudno zaliczyć do pedofilii. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że problem dotyczy raczej skłonności homoseksualnych, nie przypadkiem dawniej zwanych pederastią. Ich powszechność też wydaje mi się przesadzona (choć problem jest niewątpliwie poważny). Pamiętam jak pewna niunia z roku przekonywała księdza chodzącego z nami na wykłady, jak strasznie molestowani są klerycy w seminarium, licząc na jakieś pikantne historie. Ten podrapawszy się po łysiejącej głowie stwierdził z pewną przykrością, że musi ją rozczarować, gdyż jego nikt nie molestował i tonem usprawiedliwienia dodał, że widocznie nie jest atrakcyjny.

Istotnym problemem, z którym się zetknęłam w Kościele jest brak transparentności w katolickich instytucjach i sposób traktowania świeckich współpracowników. Pamiętam swój szok, kiedy na miesięczny objazd naukowy do Włoch, na który wytypowano wyróżniających się studentów pojechały zupełnie inne osoby  i to w tajemnicy przed tymi pierwszymi. Ja także byłam na pierwotnej liście ze względu na zasługi translatorskie dla katedry historii sztuki starożytnej i wczesnochrześcijańskiej. (Jako jedyna na roku interesowałam się starożytnością i znałam niemiecki w stopniu umożliwiającym tłumaczenie tekstów naukowych). Wymaganiem niezbędnym była znajomość języka zachodniego zweryfikowana przez któregoś z pracowników. Spełniwszy ten warunek czekałam na dalszy ciąg - termin wyjazdu koszt itp., lecz zapadła głucha cisza w eterze - słuch po objeździe zaginął. Dopiero po wakacjach dowiedziałam się, że się owszem się odbył, ale pojechali zupełnie inni ludzie wybrani według niejasnych kryteriów. To musiało otworzyć oczy nawet mi, Wilhelminie Naiwnej-i-Prostodusznej, gotowej brać wszystko za dobrą monetę, zwłaszcza w latach 80-tych, kiedy KUL wydawał się wyspą wolności na morzu PRL-owskiego zamordyzmu i dziadostwa. Kolesiostwo katolickie okazało jednak łudząco podobne do komunistycznego.




Wiele lat później przeżyłam kolejny szok, kiedy podczas przyjmowania do pracy w seminarium nie tylko nie podpisano ze mną żadnej umowy, ale nawet nie uznano za godną przedstawienia innym pracownikom. W konsekwencji za każdym razem musiałam tłumaczyć bratu zakonnemu na furcie kim jestem i po co przychodzę. Nie wyglądał na przekonanego i traktował jak mocno podejrzaną postać. Żaden z księży profesorów mijanych na korytarzu nie odpowiadał na pozdrowienie, siostra w kasie odnosiła się jak do uciążliwej żebraczki. Co gorsza w sytuacji kiedy klerycy - wykorzystując moją nieznajomość realiów ich życia - wymyślali coraz nowe powody odwołania zajęć nie miałam do kogo się zwrócić, żeby to sprawdzić. W przypadku choroby zawiadamiałam dziekanat, i informacja o mojej przewidywanej nieobecności tam grzęzła. To wszystko sprawiło, że przyprawiono mi gębę mętnej, niesolidnej postaci migającej się od pracy, za którą biorę pieniądze. Ilekroć usiłowałam wyjaśnić sprawę rektorowi,  nie zastawałam go w godzinach przyjęć. Pani w rektoracie udzielała mętnych wyjaśnień i otwarcie zarzucała mi kłamstwo (że jestem pracownikiem), a ja, będąc zatrudniona na gębę, nie mogłam udowodnić prawdziwości swych słów.

Nie będę się tu rozpisywać o mentalności kleryków, ich "byciu poza dobrem i złem" i stosunku do kobiet naznaczonym widocznym poczuciem wyższości, gdyż wyczerpałam temat w tekście "Człowiek drogą Kościoła, czyli o kobiecie w seminarium" opublikowanym na tym blogu.  Wspomnę jednak o zupełnym braku zrozumienia ze strony osób duchownych i konsekrowanych dla realiów życia świeckich. Odnosiłam wrażenie, że po prostu zakładają, że tak jak oni, mamy mieszkanie i wyżywienie za darmo, a pieniądze bierzemy wyłącznie na drobne wydatki, motywowani chciwością. Siostry zakonne, mimo wielu pięknych deklaracji, robiły wrażenie zupełnie pozbawionych empatii w stosunku do współpracowników. Kiedy zaczęłam mieć kłopoty ze zdrowiem potraktowały to jako akt złej woli i nie przedłużyły umowy na następny rok (przez 6 lat pracowałam na czas określony, co roku podpisując nową umowę).

Wiele lat powierzałam Bogu te doświadczenia, w nadziei uwolnienia się od goryczy, co jednak nie do końca się udało. Wspomnienia wróciły kiedy usłyszałam o zwolnieniu redaktora naczelnego "Gościa Niedzielnego" bez podania powodów. Nie jestem stałą czytelniczką tego pisma, ale wiem, że pozycję lidera tygodników opinii zawdzięcza właśnie owemu zdolnemu księdzu (nie pamiętam nazwiska). Semka i Terlikowski napomknęli na tłiterze, że biskup Skworc odwołał go pod naciskiem nuncjusza, pod zarzutem braku należytego entuzjazmu dla obecnej linii Watykanu (wywiad z o. Kowalczykiem SJ w ostatnim numerze był chyba ową kroplą przelewającą kielich goryczy). Zachodzi obawa powtórki z uwalenia  Uważam,rze. Popularność tygodnika wynikała przecież z trzymania się katolickiej ortodoksji i ostrożności wobec nadmiernie "postępowych" pomysłów. Przypadek Uważam,rze był ewidentnie wrogim przejęciem, nasuwa się pytanie czy  tak będzie z Gościem Niedzielnym. Jeśli pójdzie drogą Tygodnika Powszechnego ciemno widzę jego poczytność.

Piszę te uwagi całkowicie wolna od jakiejkolwiek osobistej sympatii wobec redakcji Gościa Niedzielnego, wręcz przeciwnie - wznoszę się ponad swoją niechęć. Miałam z nimi do czynienia co najmniej dwukrotnie - raz wysłałam tam tekst o samotności, a drugi CV i list motywacyjny w odpowiedzi na ogłoszenie. Za pierwszym razem zignorowali mój artykuł, który opublikowany w innym piśmie stał się hitem, z rekordową liczbą listów czytelników i  równie żywą reakcją na przedruk w internecie. Pomyślałam wtedy raczej niekorzystnie o rozeznaniu redaktorów, co jest ważnym i "biorącym" tematem, a nawet przypisałam im niskie intencje (zazdrość). Za drugim razem zaszczycili mnie odmową w formie elektronicznej, okraszoną życzeniami znalezienia innej posady. Podobnie pożegnała mnie onegdaj siostra dyrektor zwalniając z pracy w liceum. Nie wiem kim trzeba być, żeby nie widzieć okrutnej ironii tych słów zważywszy okoliczności.

Pamiętam czas, kiedy roiłam o nawiązaniu stałej współpracy z jakimś pismem katolickim. Sukces wspomnianego wyżej tekstu ożywił te przyjemne fantazje. Zorganizowano nawet spotkanie zatytułowane "wierność powołaniu", który to tytuł miał się nijak do mojego artykułu, ale pozwalał pomieścić drugiego, zdecydowanie faworyzowanego gościa, autorkę tekstu o małżeństwie. Temat i treść bardzo podobał się redakcji i zapewne przyczynił się do zapoczątkowania współpracy owej Pani ze środowiskiem. Moje marzenie spełniło się w życiu innej osoby, jak to czasem bywa..
Jak na ironię pewien znajomy zakonnik przysłał mi link do nagrania z jej wykładu o.......samotności. Tak gruby nietakt przypisałam niedostatkom wyobraźni owego znajomego. Braku inteligencji nie można zarzucić autorce. Sprytnie "przejęła mój temat" nie zaznaczając w tytule, że mówi wyłącznie o samotności w małżeństwie. O najbardziej bolesnym, społecznym jej aspekcie - zmarginalizowaniu lub wykluczeniu, także z życia Kościoła - oczywiście nie miała pojęcia. Fakt, że o samotności może w Kościele, wypowiadać się żona i matka trojga, raczej niż osoba znająca temat z autopsji jest dobrą ilustracją problemu.

Promotor mojej pracy doktorskiej zarzuca mi stale publicystyczny styl krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Ostatnio posunął się nawet do stwierdzenia, że byłabym świetną dziennikarką. Tak, Panie Profesorze, ja również podzielam to przekonanie. Niestety wszystkie media do których zwróciłam się w tej sprawie były odmiennego zdania. Jak poucza nas Kościół powołanie to wypadkowa między zdolnościami człowieka a potrzebami społeczeństwa. Można mieć nie wiem jak rzadkie talenty i  świetne wykształcenie, ale jeśli nie ma społecznego zapotrzebowania trzeba się przestawić. Obecnie na rynku pracy nie ma praktycznie ofert dla ludzi wykształconych (pomijam lekarzy, informatyków i managerów), te które się czasem pojawiają są fikcyjne, bo miejsce zawsze przeznaczone jest dla swoich niuniów. "Konkurs na stanowisko" jest farsą, podczas której komisja i z góry upatrzony kandydat nieźle się bawią kosztem naiwnych jeleni przygotowujących się przez tydzień, żeby odegrać rolę zasłony dymnej dla oczywistej korupcji.

Dojrzewam do zmiany podejścia. Wypatrzyłam dwie interesujące oferty - rekwizytor w operze i dojarz oborowy na Uniwersytecie Przyrodniczym,  W obu przypadkach wymagane jest wykształcenie zasadnicze zawodowe. W kwestii kwalifikacji mogę to i owo ukryć w CV, ale co ze stażem pracy? W państwowych instytucjach wymagają jego udokumentowania. Wyszłoby wtedy na to, że bez matury pracowałam w szkolnictwie jako nauczyciel. Pocieszam się, że jeśli mój nowy zamysł jest zgodny z wolą Bożą, na pewno się powiedzie.

Jestem świadoma goryczy przebijającej z tego tekstu, a także zazdrości wobec nawróconych anglikanów, baptystów i innych metodystów, dla których miejsce w życiu Kościoła w końcu się znajduje. Nie zamierzam jednak nic zmieniać, ani wygładzać. Pozwolę sobie na luksus nie udawania kogoś lepszego niż jestem.