Pokazywanie postów oznaczonych etykietą virtue signalling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą virtue signalling. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 sierpnia 2026

"Twój sługa Jacek, o Panie, nad wszystko Ciebie miłował..."

 ...a Tyś go posłał z rozkazem głoszenia Dobrej Nowiny

Żarliwe serce mu dałeś, spragnione łaski dla świata...."

Dalej, niestety, nie pamiętam, choć bardzo lubię tę pieśń i wyjątkowo dobrze mi się ona kojarzy. Sam św. Jacek Odrowąż (OP) - którego święto obchodziliśmy wczoraj - kojarzy mi się jeszcze lepiej. Za jego bowiem wstawiennictwem udało się odzyskać pieniądze z książeczki mieszkaniowej - wraz z premią - które to zadanie wydawało się dość beznadziejne

Udałam się więc 17-ego na dwunastkę do dominikanów, a tam młodzieżowy kapłan w średnim wieku. Skąd wiem? Ano, bo mówił po młodzieżowemu, choć zdecydowana większość obecnych w kościele to starsze panie ( w tym BARDZO starsze też nie należały do rzadkości).

- Zajrzałem sobie dzisiaj rano na Facebooka, a tam tylko o pierogach i sobie pomyślałem, że...- zaczął swoją homilię. Co dalej można się łatwo domyślić. Konkluzja była taka, że św. Jacek uczy nas przekraczania granic, bo wiele podróżował. Słowem głębia przemyśleń dorównywała finezji warstwy językowej.

Bardzo nie chciałam tego dnia zajmować się ocenianiem nieszczęsnego dominikanina, ale nie mogłam opędzić się od słów "banał", "infantylizm", a na koniec nawet "pajac",  mimowolnie wypływających na powierzchnię świadomości.

Nie zamierzam się wyzwierzęcać nad tym konkretnym zakonnikiem. Poza nieznośną manierą mówienia (zdecydowanie źle się komponującą z wyraźnie posiwiałymi włosami) nic o nim nie wiem. Ta sytuacja jednak doskonale pokazuje jak absurdalne jest mityczne dostosowanie Kościoła "do potrzeb współczesnego człowieka".

Jakiego niby człowieka? Takiego, którego nie ma w Kościele kosztem tego, który jest? A co gdyby mówić dobrą polszczyzną zrozumiałą dla każdego niezależnie od wieku i wykształcenia? Każdy rozumie Sienkiewicza, Prusa czy Żeromskiego choć ich język może się wydawać nieco archaiczny.

A co gdyby zamiast virtue signalling w stronę lewicowo-liberalnych salonów powiedzieć coś sensownego. To znacznie trudniejsze! A co z przekazywaniem owoców kontemplacji? No cóż, jaka kontemplacja takie owoce, niestety...

P.S.

Wczoraj skończyłam czytać "Wampira" Reymonta (tak, TEGO Reymonta, noblisty od "Chłopów") i muszę stwierdzić, że jego młodopolska maniera jest równie irytująca jak młodzieżowa wyżej wymienionego dominikanina. Pierwsza zestarzała się fatalnie i to samo spotka drugą. Dlatego właśnie w Kościele nie powinno używać się slangu (względnie języka bardzo potocznego). Nie ma nic szybciej się dezaktualizującego! "Młodzieżowy język" sprzed pięciu lat brzmi bardziej archaicznie niż "Bogurodzica", a przy tym "obciachowo".

poniedziałek, 8 marca 2021

O oświadczeniu wrocławskich dominikanów

Umieszczone jest na stronie wrocławskiej zakonu i w wielu innych miejscach, a brzmi tak:
Drogie Siostry i Drodzy Bracia, Przyjaciele naszego kościoła i klasztoru 
Zwracamy się do was z ogromnym bólem i wstydem. Stajemy przed wami w prawdzie, która mimo upływu lat coraz wyraźniej odsłania swoje przerażające oblicze.

W latach 1996-2000 w ramach naszego duszpasterstwa akademickiego działał intensywny mechanizm przypominający funkcjonowanie religijnej sekty. Świadectwa pokrzywdzonych – osób wówczas dorosłych – przekonują nas dzisiaj, że ówczesny duszpasterz pod pozorem pobożności wyrządził wielką krzywdę wiernym, stosując przemoc fizyczną, psychiczną, duchową, a nawet seksualną. Historia tych nadużyć wydaje się odległa, ale dociera do nas w żywy sposób w osobach osób pokrzywdzonych, które cierpiały przez lata, nie czując się dostatecznie wysłuchane i zrozumiane. Im więcej faktów poznajemy, tym jaśniejsze staje się także, że pomoc udzielona wówczas osobom poszkodowanym nie była adekwatna do rozmiaru krzywdy i nie wszystko zostało przez Zakon zrobione, aby przynieść im ulgę i przywrócić poczucie sprawiedliwości.

Pomimo, że nikt z nas nie był sprawcą, ani świadkiem tamtego zła, to jednak my – jako wrocławscy dominikanie – mamy świadomość odpowiedzialności za tę historię i solidaryzujemy się z tymi, których w tym miejscu skrzywdzono.(...)

Bracia Konwentu św. Wojciecha we Wrocławiu

W latach 1996-2000 duszpasterzem akademickim był o. Paweł, młodzieży szkół średnich o. Marek, a potem - o ile dobrze pamiętam - o. Marcin (Mogielski) . (Jeśli więc pamięć mnie nie zawodzi, to co najmniej jeden świadek "tamtego zła" przebywa obecnie we wrocławskim klasztorze.) Wszystko to pod rządami przeora Andrzeja. 

Nie mam żadnej wiedzy insiderskiej o wspomnianym skandalu, dochodziły do mnie tylko dalekie pomruki burzy. Pamiętam natomiast doskonale ów czas, atmosferę i wielu z posługujących ojców.

Ojciec Paweł, ówczesny duszpasterz akademicki, był - jak się wydaje - uosobieniem wyobrażeń zakonu kaznodziejskiego o skutecznym duszpasterstwie młodzieży. Przyciągał tłumy. Był gwiazdą pierwszej wielkości i - z racji swoich osiągnięć w napełnianiu kościoła młodymi ludźmi - cenionym w klasztorze nabytkiem. (Najpierw napisałam faworytem przeora, ale zreflektowałam się, że nie wiem tego na pewno).

Wszystko to dosyć mnie dziwiło i bawiło, gdyż dla przytomnego uczestnika, było jasne, że o. Paweł ma ego tak wielkie, że z trudem mieści się w murach gotyckiego kościoła św. Wojciecha i wszystkie jego popisy pobożności i duszpasterskiej gorliwości służą głównie celebrowaniu owego ego. Wystarczyło zestawić ów żar ze sposobem w jaki podawał komunię, słuchał spowiedzi lub zbierał na tacę, żeby zauważyć, że gorliwość wywołuje w nim wyłącznie pełna uwielbienia publiczność w dużej ilości. 

Poza występami w charakterze dominikańskiej primadonny o. Paweł nie prezentował się szczególnie pociągająco - nikczemnej postury, rozkojarzony, nieprzytomny, z włosem w nieładzie i elementami stroju świeckiego wyłażącymi spod habitu. Myślałam o nim zwykle "niechlujne ptaszysko" z powodu skojarzenia ze zmokłym gołębiem, jakie we mnie budził. Myśl, że mógłby się dopuścić przemocy seksualnej lub fizycznej (jeśli to o niego chodzi) raczej mnie ubawiła. Chyba, że wobec jakiegoś niewinnego pająka w swojej celi.

Pamiętam zaskoczenie i niedowierzanie zebranych na comiesięcznej "mszy o uzdrowienie", kiedy zamiast wyczekiwanej gwiazdy duszpasterskiej pojawił się w charakterze głównego celebransa o. Roman, który wielokrotnie powtórzył, że dzisiaj - dla odmiany - Jezus przybywa na osiołku (miał na myśli siebie). Wtedy zorientowałam się, że wokół licznych dzieł o. Pawła pojawił się jakiś smrodek.

Generalnie jednak ten czas wspominam dobrze, z "rozrzewnieniem" chciałoby się powiedzieć z rozpędu, ale raczej z mieszanką nostalgii i rozbawienia. Duch wiał jak chciał. Poza gwiazdami pracowało tam sporo ojców, do których miało się zaufanie. Było się u kogo spowiadać i człowiek nie bał się, ze zostanie uraczony jakąś herezją, deklaracją niewiary lub politycznie poprawną publicystyką.

Ojciec Andrzej opowiadał wprawdzie dowcipy na mszy, ale wtedy jeszcze nie budziło to we mnie sprzeciwu. Kiedy wchodziło się do kościoła z lekkim spóźnieniem, już z daleka po tonie głosu ojca przeora słychać było czy jakieś laski siedzą w zasięgu jego wzroku. .. Piszę to bez złośliwości, bo zgodny z naturą popęd, nawet jeśli przejawia się nieco humorystycznie, budzi we mnie raczej sympatię i zrozumienie.

Znacznie mniej podobała mi się owa infantylna tendencja do bycia "cool" i przyciągania młodzieży za pomocą liturgii rozrywkowej oraz kreowania charyzmatycznych gwiazd duszpasterskich. Myślę, że ta praktyka jest powodem wymienionych w oświadczeniu nadużyć. Nie wiem dlaczego akurat teraz rzuca się o. Pawła (jeśli to o niego chodzi) na pożarcie. O ile mi wiadomo odstawiono go skutecznie od okazji do gwiazdorzenia, a on się podporządkował. Na jego twitterze prawomyślne treści, ego nie przesadnie eksponowane.... Czyżby kolejne "virtue signalling" obecnej ekipy?

Tymczasem w wielu innych ośrodkach, a także w Internecie grasują liczni dominikańscy guru otoczeni armią fanów. Być może dowiemy się za chwilę, że jakiś inny lokalny lub ogólnopolski celebryta stworzył wokół siebie sektę i zakon bardzo za niego przeprasza.

Obawiam się, że nie tędy droga. Wszyscy się zgodzimy, że ślepy nie powinien prowadzić kulawego. Niedojrzały narcyz rzadko miewa jakąś duchową głębie (nawet jeśli sprawnie ją imituje), nie nadaje się więc na przewodnika kogokolwiek, a już zwłaszcza bezkrytycznych gówniarzy. A co z przełożonymi tych gwiazd? Nie widzą, że coś niezdrowego dzieje się im pod nosem. A może sami chcą się ogrzać w blasku popularności swoich podwładnych? Zamiast uczyć młodszych współbraci mądrości, która przychodzi z wiekiem, sami się infantylizują pod ich wpływem. Są tacy popularni, więc musza mieć rację. Znaleźli przecież mityczny język "dotarcia do młodzieży" z przekazem Ewangelii....

Osobiście uważam, że najlepszym sposobem dotarcia do młodzieży jest kij dobrze przyłożony do zadu, ale rozumiem, że z tym poglądem nie wypada się publicznie zgodzić. Wydawało mi się, że celem istnienia zakonu św. Dominika jest walka z herezją oraz przekazywanie owoców kontemplacji. Niech mi ktoś wytłumaczy jak to się ma do mizdrzenia się do gówniarzy albo manipulowania nimi (o bardziej drastycznych nadużyciach nie wspominając)!



poniedziałek, 13 kwietnia 2020

O Wielkim Tygodniu w czasie zarazy

Wszystko zaczęło się od pierwszej soboty kwietnia, kiedy to po dłuższej niedyspozycji natury zatokowo-gardłowej wychynęłam na Boży świat pełen zapachu wiosny i skierowałam swe kroki do kościoła jezuitów. Wtedy miałam już pewność, że przy takiej ilości szczelin w systemie uda mi się uczestniczyć w całym Triduum Paschalnym, o obecności na mszy w niedziele i poniedziałek wielkanocny nie wspominając. Tak też się stało i jestem zaskoczona jak niewiele wysiłku musiałam w to włożyć. Wystarczyło przyjść ok. pół godziny wcześniej i byłam pierwsza. Niezależnie od tego, czy w danym dniu stosunek proboszcza do ilości wiernych był bardziej czy mniej elastyczny, mojej obecności nic nie zagrażało... Piszę to nasłuchawszy wielu opowieści o tym, jakich środków ludzie imali się, żeby na mszy jednak być... Nie wiem czy moje wychowane w PRL-u pokolenie tak ma, czy to tylko ja tak mam, ale wyjść z domu pół godziny wcześniej dla czegoś na czym mi naprawdę zależy nie wydaje mi się jakimś szczególnym poświęceniem... Wszak wychodziłam godzinę wcześniej do dominikanów, żeby zająć miejsce w prezbiterium... A tu stawka była o wiele wyższa - prawdziwie być albo nie być!



Nieskończenie wdzięczna za ten przywilej, nie będę pastwić się nad organistą i całą oprawą liturgiczną, choć chciało by się by dorównywała podniosłości i doniosłości wydarzenia oraz oszałamiającemu pięknu wnętrza....  To swoją drogą zaskakujące, że dominikanie przy całym swoim wyczuciu liturgii okazali się ludźmi niewierzącymi (w każdym razie ten, który zdecydował o zamknięciu kościoła objawił swój brak wiary), a proboszcz mojej parafii, za którego nikt by nie dał 5 groszy został bohaterem "podziemia", który umożliwił co bardziej zawziętym wiernym z bliska i z daleka uczestnictwo w liturgii Wielkiego Tygodnia jak pan Bóg przykazał.

Dziś przed mszą (przyszłam pół godziny wcześniej) modliłam się szczególnie szczerze i gorliwie, żeby ten przepiękny kościół doczekał co najmniej godnego siebie organisty... Chciałoby się, żeby tętniło tam życie duchowe, a w pięknych barokowych stallach siedziały osoby konsekrowane - mniszki lub mnisi - a wierni przychodzili jak do źródła wody żywej, a wychodzili pełni radości Zmartwychwstania... Chciałabym usłyszeć z chóru ten anielski, ciepły, raczej niski, dojrzały głos starszej siostry dominikanki, która niegdyś śpiewała u św. Wojciecha... Ona wiedziała o czym śpiewa i było to słychać...

Natknąwszy się jednego z obiecujących wikarych nie powstrzymałam się od delikatnej sugestii, żeby organista zwolnił nieco tempo i nie dezorientował swoimi udziwnieniami wiernych, którzy nie mają pojęcia, co i na jaką melodię odpowiadać księdzu. Młody człowiek nieco spłoszony taką zuchwałością zapewnił mnie pospiesznie, że przekaże komu trzeba. Nie wiem więc czy mogę się tam bezpiecznie pojawić w następną niedzielę...

Wciąż nie mogę się otrząsnąć z szoku wywołanego postawą dominikanów. Przy zachowaniu proporcji czuję się jakby zdradził mnie ktoś szczególnie ważny, kogo uważałam za przyjaciela... Wyrwa jak po śmierci kogoś, kto był częścią życia. W końcu chodziłam tam ponad 30 lat... Pod komunikatem o zamknięciu kościoła napisałam czerwonym długopisem WSTYD! Kiedy tamtędy wczoraj przechodziłam zobaczyłam dwa nowe wpisy: "gdyby matka Teresa tak myślała nigdy nie zostałaby świętą" i  "moglibyście chociaż spowiadać".




Spowiadałam się w tym Wielkim Poście w warunkach szczególnie komfortowych w pewnym klasztorze.  Po prostu dzwoniło się na furtę i czekało ok. 2 minuty na ojca, który prowadził do osobnego pomieszczenia, gdzie klęcznik z kratką stał ponad 2 metry od spowiednika... Żadnych kilometrowych kolejek i wielogodzinnego stania, jak to zwykle miało miejsce w Wielkim Tygodniu...

A wszystko to już po pacyfikacji klasztoru, kiedy to dwóch ojców, którzy nie wymieniali podczas mszy imienia papieża Franciszka zostało zawieszonych w czynnościach, a proboszcz i przeor w jednym, który na to pozwolił odwołany w trybie pilnym na dwa miesiące przed końcem swojej kadencji... Jego zarządzenie o dwóch dodatkowych mszach zostało odwołane, a udział wiernych w eucharystii zabroniony...

Miałam wiele lat temu sny, w których całkowicie zdesakralizowany kościół św. Wojciecha był salą koncertową lub czymś podobnym. Starałam się o tym nie myśleć... Teraz przeczuwam, co to może znaczyć... Kościół po pandemii będzie inny. Po ogłoszeniu wszem i wobec, że nie ma żadnych kanałów łaski w postaci sakramentów i udział w nich nie ma w gruncie rzeczy żadnego znaczenia po prostu nie ma powrotu...

W Bochni w domu opieki społecznej cały personel zarażony koronawirusem. Na apel, żeby ktoś się zgłosił na zastępstwo odpowiedziały siostry dominikanki i... dominikanie z Krakowa. Jaki piękny gest, nieprawdaż? Tylko dlaczego coś pobrzmiewa fałszem? Boimy się zarazić od wiernych więc nie sprawujemy sakramentów, ale nie boimy się zarazić od pensjonariuszy domu opieki? A może tu chodzi o PR? Zamknięcie ust wszelkim neopelagiańskim malkontentom? Muszę być bardzo złym człowiekiem, bo tego rodzaju virtue signalling, podobnie jak medialne gesty papieża Franciszka (w rodzaju całowania oszustów po rękach i muzułmańskich więźniarek po nogach) budzą we mnie odruch wymiotny.


czwartek, 2 kwietnia 2020

Church of Cool i jego upadek

Sytuacje kryzysowe coś nam zwykle pokazują i nie jest to coś, co chcielibyśmy zobaczyć. Z drugiej strony zdrowiej jest znać prawdę niż żyć w złudzeniach, nawet przyjemnych.

Pandemia jeszcze się  u nas nawet nie zaczęła, a Church of Cool już poszedł się czochrać (copyright by R. Ziemkiewicz). Church of Cool jak sama nazwa wskazuje adresowany jest wyłacznie do cool (young) people i celem ich "przyciągnięcia" posługuje się cool, profesjonalnie zrobionym przekazem. Najbardziej charakterystycznym przedstawicielem wydaje mi o. Adam Szustak OP ze swoimi ewangelizacyjnymi (?) videoclipami. Żeby była jasność - nie znam człowieka i nic do niego nie mam. Jego obrona Marcina Zielińskiego dość mnie zdegustowała, podobnie jak jawne promowanie jednego z kandydatów w wyborach prezydenckich i karkołomne usprawiedliwianie jego dość dziwnych, jak na katolika, poglądów. Nie wykluczam jednak, że o. Szustak jest świętym zakonnikiem, albo się nim z czasem stanie.

Rzeczony kaznodzieja internetowy razu pewnego wyłuszczył kto powinien nawracać (mówić o Bogu/świadczyć/ewangelizować) otóż musi to być ktoś cool z odpowiednim kręgiem znajomych, czy też wspólnotą, gdzie wszyscy są cool, dzięki czemu nowo pozyskany zobaczy, że wiara w Boga jest cool, choć zawsze myślał, że to obciach. Ten wątek - tzn zawstydzenie "obciachowością" wielu wiernych - jest zresztą bardzo często eksploatowany w nauczaniu zakonu kaznodziejskiego. Obciachowość jest w Church of Cool grzechem najcięższym, nieprzebaczalnym w przeciwieństwie do zabójstwa, cudzołóstwa czy świętokradztwa.

Oglądałam niegdyś fragment rekolekcji pod wdzięcznym tytułem Wilki dwa prowadzonych przez o. Szustaka z jakimś nawróconym muzykiem. W duszach obu prelegentów walczyły tytułowe wilki dwa czarny i biały.  Zasadniczym przekazem było: jesteśmy cool (w czasach mojej młodości mówiło się równi). Po kilku minutach miałam dość podziwiania tej głębi...

Jeżeli o.Szustak lub inny duszpasterz rzeczywiście jawi się cool w oczach swojego targetu, to pół biedy. Zdecydowanie gorzej jest jeżeli za wszelką cenę pragnie jego  akceptacji i usiłuje ją zdobyć dystansując się od tego, co powinien głosić i od tych, którzy - przynajmniej teoretycznie - są w tej samej drużynie...Problem z takimi ludźmi polega na tym, że bycie cool jest dla nich zdecydowanie ważniejsze niż wszystko inne, jak np wyznanie, stan życia czy przynależność (formalna) do wspólnoty... Oni przede wszystkim przynależą ponad podziałami do towarzystwa ludzi cool, rozumnych, światłych, na pewnym poziomie czy jak go zwał.

Bardzo charakterystyczne jest propagowanie agendy Sorosa przez niektórych dominikanów, którzy przecież muszą zdawać sobie sprawę, w czym biorą udział. Czyste virtue signalling ponad głowami "obciachowych" wiernych w stronę lewicowo-liberalnych salonów...

Sytuacja taka jak dziś bezlitośnie obnażą pustkę takiego Kościoła, jego całkowitą nieadekwatność i oderwanie od korzeni. Odrzucenie (faktyczne, choć nieoficjalne) depozytu wiary, obśmianie go jako obciachu zostawia nas bezbronnymi nawet wobec wirusa...