Sytuacje kryzysowe coś nam zwykle pokazują i nie jest to coś, co chcielibyśmy zobaczyć. Z drugiej strony zdrowiej jest znać prawdę niż żyć w złudzeniach, nawet przyjemnych.
Pandemia jeszcze się u nas nawet nie zaczęła, a Church of Cool już poszedł się czochrać (copyright by R. Ziemkiewicz). Church of Cool jak sama nazwa wskazuje adresowany jest wyłacznie do cool (young) people i celem ich "przyciągnięcia" posługuje się cool, profesjonalnie zrobionym przekazem. Najbardziej charakterystycznym przedstawicielem wydaje mi o. Adam Szustak OP ze swoimi ewangelizacyjnymi (?) videoclipami. Żeby była jasność - nie znam człowieka i nic do niego nie mam. Jego obrona Marcina Zielińskiego dość mnie zdegustowała, podobnie jak jawne promowanie jednego z kandydatów w wyborach prezydenckich i karkołomne usprawiedliwianie jego dość dziwnych, jak na katolika, poglądów. Nie wykluczam jednak, że o. Szustak jest świętym zakonnikiem, albo się nim z czasem stanie.
Rzeczony kaznodzieja internetowy razu pewnego wyłuszczył kto powinien nawracać (mówić o Bogu/świadczyć/ewangelizować) otóż musi to być ktoś cool z odpowiednim kręgiem znajomych, czy też wspólnotą, gdzie wszyscy są cool, dzięki czemu nowo pozyskany zobaczy, że wiara w Boga jest cool, choć zawsze myślał, że to obciach. Ten wątek - tzn zawstydzenie "obciachowością" wielu wiernych - jest zresztą bardzo często eksploatowany w nauczaniu zakonu kaznodziejskiego. Obciachowość jest w Church of Cool grzechem najcięższym, nieprzebaczalnym w przeciwieństwie do zabójstwa, cudzołóstwa czy świętokradztwa.
Oglądałam niegdyś fragment rekolekcji pod wdzięcznym tytułem Wilki dwa prowadzonych przez o. Szustaka z jakimś nawróconym muzykiem. W duszach obu prelegentów walczyły tytułowe wilki dwa czarny i biały. Zasadniczym przekazem było: jesteśmy cool (w czasach mojej młodości mówiło się równi). Po kilku minutach miałam dość podziwiania tej głębi...
Jeżeli o.Szustak lub inny duszpasterz rzeczywiście jawi się cool w oczach swojego targetu, to pół biedy. Zdecydowanie gorzej jest jeżeli za wszelką cenę pragnie jego akceptacji i usiłuje ją zdobyć dystansując się od tego, co powinien głosić i od tych, którzy - przynajmniej teoretycznie - są w tej samej drużynie...Problem z takimi ludźmi polega na tym, że bycie cool jest dla nich zdecydowanie ważniejsze niż wszystko inne, jak np wyznanie, stan życia czy przynależność (formalna) do wspólnoty... Oni przede wszystkim przynależą ponad podziałami do towarzystwa ludzi cool, rozumnych, światłych, na pewnym poziomie czy jak go zwał.
Bardzo charakterystyczne jest propagowanie agendy Sorosa przez niektórych dominikanów, którzy przecież muszą zdawać sobie sprawę, w czym biorą udział. Czyste virtue signalling ponad głowami "obciachowych" wiernych w stronę lewicowo-liberalnych salonów...
Sytuacja taka jak dziś bezlitośnie obnażą pustkę takiego Kościoła, jego całkowitą nieadekwatność i oderwanie od korzeni. Odrzucenie (faktyczne, choć nieoficjalne) depozytu wiary, obśmianie go jako obciachu zostawia nas bezbronnymi nawet wobec wirusa...
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soros. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 kwietnia 2020
piątek, 28 grudnia 2018
O nadmiarze "miłości" i deficycie prawdy
O. przeor we wrocławskim klasztorze dominikanów - sławny ze swojej miłości dla tych, co poza Kościołem i niechęci do wiernych - oznajmił na kazaniu w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, że jesteśmy chrześcijanami dla innych, dla świata. Zważywszy, że jego współbrat o. Marcin Mogielski z tego samego klasztoru twierdzi, że wszyscy ludzie będą zbawieni i to jest ta dobra nowina, którą należy głosić, powstaje dysonans poznawczy. Po co świat ma przez nas poznawać Chrystusa, skoro to w żaden sposób nie zmienia jego szansy na zbawienie (czy raczej pewności zbawienia)?
Weźmy na przykład makabryczną zbrodnię popełnioną w Maroku przed świętami. Oto dwie młode kobiety 24-letnia Dunka i 28-letnia Norweżka wybrały się w "przerwie świątecznej" na górską wędrówkę po jednym z łańcuchów górskich tego kraju (podobno bezpiecznego dla turystów). Na noc rozbijały namiot, cały ekwipunek niosły na plecach. Na zdjęciach widać ładne, roześmiane blondynki w sportowych strojach - młodość, radość życia i ciekawość świata, która je zgubiła. Zostały wielokrotnie zgwałcone, poranione nożem po czym obcięto im - jeszcze żywym - głowy. "Egzekucję" wykonano za pomocą piłowania szyi żywej, wyjącej z bólu, ofiary nożem - mniej więcej tak jak się kroi karkówkę na kotlety. Rzecz została nagrana, a film i zdjęcia, wysłane na konta społecznościowe rodziców, krążyły po internecie.
Rozumiem, że według o. Mogielskiego sprawcy tego czynu mają zbawienie jak w banku, nawet żal za grzechy nie jest potrzebny (i dobrze, bo szansa znikoma). Natomiast według papieża Franciszka wyrok śmierci na nich jest niedopuszczalny, bo pozbawiłby ich ludzkiej godności. Ludzka godność ofiar i jej niewiarygodnie bestialskie podeptanie wydaje się mniej ważna.
Jakoś tak jest, że nam ograniczonym ludzkim istotom może nie starczyć miłości dla wszystkich, kiedy mamy ambicje startować w zawodach o puchar miłosierdzia roku albo stulecia. "Miłość" do zwyrodniałych przestępców praktycznie wyklucza troskę o los ich ofiar. "Milość" do muzulmańskich migrantów Sorosa skazuje europejskie kobiety i dzieci na los gorszy od śmierci. Nadzwyczajna sympatia dla komunistów chińskich i wchodzenie z nimi w układy jest podpisaniem wyroku na podziemny Kościół. Całowanie stóp muzułmańskiej więźniarki wyczerpuje tak dalece zasób miłosierdzia medialnego, że nie starcza go na udzielenie azylu Asi Bibi (przecież to wewnętrzna sprawa Pakistanu!).Miłosierdzie dla pederastów wśród kleru wyklucza troskę o ich ofiary itp.
Kardynał Cupich - postępowy protegowany McCarricka - stwierdził (a propos Amoris Laetitia), że sumienie jest głosem Boga. Jeśli tak, to "głos Boga" we mnie mówi, że dla morderców z Maroka nie ma adekwatnej kary na tym świecie. Publiczna egzekucja poprzedzona najokrutniejszymi torturami, jakie można sobie wyobrazić byłaby okazaniem miłosierdzia, bo choć w części mogliby odpokutować za swoje czyny i miałaby efekt odstraszający dla podobnych im monstrów.
"Głos Boga" we mnie domaga się bardzo surowych kar, dla tych wszystkich, którzy nasrali w głowy młodym naiwnym istotom. Jedna z nich na krótko przed śmiercią zamieściła na facebooku film o szkodliwości stereotypów. Oto biała kobieta patrzy podejrzliwie na brodatego, śniadego muzułmanina, ale widzi ze zdumieniem, że policjanci gonią i łapią białego. I słusznie, bo teczka jego pełna narkotyków, a muślimin wita się z dziateczkami wybiegającymi ze szkoły. Biała kobieta odchodzi zawstydzona swoimi niesprawiedliwymi uprzedzeniami...
Ktokolwiek bierze udział w tego rodzaju propagandzie - globaliści, mainstreamowe media czy Kościół Katolicki wypierający się swej nauki o istnieniu zła - jest współwinny wszystkim nieszczęściom, które spotykają nieszczęsnych pięknoduchów w realnym świecie, dramatycznie odmiennym od lewackiej (lub katolewackiej) utopii.
Prawda jest tym, co nas wyzwala, nawet bardzo nieprzyjemna prawda, że zło istnieje i toczy nieustanną wojnę duchową z dobrem. "Veritas" jest też hasłem zakonu kaznodziejskiego o ile dobrze pamiętam. W związku z tym mam prośbę do wszystkich synów św. Dominika. Ustalcie drodzy ojcowie, co KK uważa za prawdę i tego się trzymajcie w publicznych wystąpieniach. Własne poglądy, sprzeczne z nauczaniem Kościoła, zachowajcie dla siebie i ewentualnie współbraci, jeśli są zainteresowani.
Z poważaniem
Wilhelmina
Weźmy na przykład makabryczną zbrodnię popełnioną w Maroku przed świętami. Oto dwie młode kobiety 24-letnia Dunka i 28-letnia Norweżka wybrały się w "przerwie świątecznej" na górską wędrówkę po jednym z łańcuchów górskich tego kraju (podobno bezpiecznego dla turystów). Na noc rozbijały namiot, cały ekwipunek niosły na plecach. Na zdjęciach widać ładne, roześmiane blondynki w sportowych strojach - młodość, radość życia i ciekawość świata, która je zgubiła. Zostały wielokrotnie zgwałcone, poranione nożem po czym obcięto im - jeszcze żywym - głowy. "Egzekucję" wykonano za pomocą piłowania szyi żywej, wyjącej z bólu, ofiary nożem - mniej więcej tak jak się kroi karkówkę na kotlety. Rzecz została nagrana, a film i zdjęcia, wysłane na konta społecznościowe rodziców, krążyły po internecie.
![]() |
| 24-letnia Dunka Louisa Vesterager Jespersen i 28-letnia Norweżka Maren Ueland; R.I.P. |
Rozumiem, że według o. Mogielskiego sprawcy tego czynu mają zbawienie jak w banku, nawet żal za grzechy nie jest potrzebny (i dobrze, bo szansa znikoma). Natomiast według papieża Franciszka wyrok śmierci na nich jest niedopuszczalny, bo pozbawiłby ich ludzkiej godności. Ludzka godność ofiar i jej niewiarygodnie bestialskie podeptanie wydaje się mniej ważna.
Jakoś tak jest, że nam ograniczonym ludzkim istotom może nie starczyć miłości dla wszystkich, kiedy mamy ambicje startować w zawodach o puchar miłosierdzia roku albo stulecia. "Miłość" do zwyrodniałych przestępców praktycznie wyklucza troskę o los ich ofiar. "Milość" do muzulmańskich migrantów Sorosa skazuje europejskie kobiety i dzieci na los gorszy od śmierci. Nadzwyczajna sympatia dla komunistów chińskich i wchodzenie z nimi w układy jest podpisaniem wyroku na podziemny Kościół. Całowanie stóp muzułmańskiej więźniarki wyczerpuje tak dalece zasób miłosierdzia medialnego, że nie starcza go na udzielenie azylu Asi Bibi (przecież to wewnętrzna sprawa Pakistanu!).Miłosierdzie dla pederastów wśród kleru wyklucza troskę o ich ofiary itp.
Kardynał Cupich - postępowy protegowany McCarricka - stwierdził (a propos Amoris Laetitia), że sumienie jest głosem Boga. Jeśli tak, to "głos Boga" we mnie mówi, że dla morderców z Maroka nie ma adekwatnej kary na tym świecie. Publiczna egzekucja poprzedzona najokrutniejszymi torturami, jakie można sobie wyobrazić byłaby okazaniem miłosierdzia, bo choć w części mogliby odpokutować za swoje czyny i miałaby efekt odstraszający dla podobnych im monstrów.
"Głos Boga" we mnie domaga się bardzo surowych kar, dla tych wszystkich, którzy nasrali w głowy młodym naiwnym istotom. Jedna z nich na krótko przed śmiercią zamieściła na facebooku film o szkodliwości stereotypów. Oto biała kobieta patrzy podejrzliwie na brodatego, śniadego muzułmanina, ale widzi ze zdumieniem, że policjanci gonią i łapią białego. I słusznie, bo teczka jego pełna narkotyków, a muślimin wita się z dziateczkami wybiegającymi ze szkoły. Biała kobieta odchodzi zawstydzona swoimi niesprawiedliwymi uprzedzeniami...
Ktokolwiek bierze udział w tego rodzaju propagandzie - globaliści, mainstreamowe media czy Kościół Katolicki wypierający się swej nauki o istnieniu zła - jest współwinny wszystkim nieszczęściom, które spotykają nieszczęsnych pięknoduchów w realnym świecie, dramatycznie odmiennym od lewackiej (lub katolewackiej) utopii.
Prawda jest tym, co nas wyzwala, nawet bardzo nieprzyjemna prawda, że zło istnieje i toczy nieustanną wojnę duchową z dobrem. "Veritas" jest też hasłem zakonu kaznodziejskiego o ile dobrze pamiętam. W związku z tym mam prośbę do wszystkich synów św. Dominika. Ustalcie drodzy ojcowie, co KK uważa za prawdę i tego się trzymajcie w publicznych wystąpieniach. Własne poglądy, sprzeczne z nauczaniem Kościoła, zachowajcie dla siebie i ewentualnie współbraci, jeśli są zainteresowani.
Z poważaniem
Wilhelmina
niedziela, 29 października 2017
O niedzielnej porcji demagogii u wrocławskich dominikanów
Wygląda na to, że moja działalność na blogu ogranicza się ostatnio do recenzowania niedzielnych mszy u dominikanów. Na wstępie chciałam zaznaczyć, że wybrałam sobie ten kościół przed laty, w czasach kiedy wielu posługujących tu dzisiaj zakonników nie było jeszcze na świecie, albo raczkowali i często-gęsto moczyli pieluchy. Chodzę na określoną godzinę, kiedy odprawia ten z ojców, który najmniej działa mi nerwy. Jako osoba skłonna do gniewu bardzo dbam, żeby nie narażać się na pokusę do tego grzechu. Niestety niespodzianki się zdarzają i czasem jestem zmuszona do wysłuchiwania nauk wyznawców Gazety Wyborczej, Fundacji Batorego i zbliżonych środowisk. Dziś właśnie taka sytuacja miała miejsce i wygląda na to, że nie zaznam spokoju dopóki nie odpowiem na to, czym mnie dzisiaj uraczono w ramach kazania.
Ojciec przeor zauważył na wstępnie, że ludzie są piękni, a kochanie ich jest łatwe i naturalne. Nie należy ich dzielić na swoich i obcych, no bo po czym poznamy, że ktoś jest swój? Przepytamy go z poglądów? Wykonamy badania genetyczne?
Ten problem, proszę Ojca, jest wyłącznie teoretyczny. Gdybym ja zadzwoniła na furtę i powiedziała, że jestem jedną z tych pięknych osób, które tak łatwo kochać, a właśnie nie mam pracy ani pieniędzy na czynsz, a poszukiwanie prawdy i dzielenie się owocami kontemplacji jest tym o czym zawsze marzyłam jaką bym dostała odpowiedź? Prosty komunikat w stylu "sp..............j nie jesteś nasza" wygłoszony bez zbytnich ceregieli.
Myślę, że z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, ze dla większości dominikanów swoi to w pierwszej kolejności inni dominikanie, rodzina i przyjaciele, czasem starannie wyselekcjonowani znajomi z duszpasterstw związanych z zakonem. Wierni w kościele już do swoich się nie zaliczają głównie ze względu na niski status socjo-ekonomiczny i towarzyski. Mają też inne wady jak święcenie pokarmów w Wielką Sobotę, modlitwa na różańcu i temu podobne abominacje. Wyjątkiem są ludzie w stylu Marcina i Katarzyny P. z Gdańska. Niedawno słuchałam zeznań Jacka Krzysztofowicza przed komisją sejmową. Na pytanie o powód ponadstandardowej zażyłości z parą oszustów odpowiedział, że jego praca na tym polegała "żeby spotykać się z ludźmi". Posłom z komisji opadły szczęki, gdyż jako (w większości) praktykujący katolicy nigdy takiego zaszczytu nie dostąpili, ani o niczym podobnym nie słyszeli.
Następnie o. przeor skontrastował ze sobą przyjmowanie obcych i modlitwę na różańcu, po odmówieniu której - jak się dowiadujemy - czujemy przyjemne ciepło. Pozazdrościć! Ja zwykle chwytam za różaniec jak za broń duchową przeciw bytom nieprzyjaznym człowiekowi. Uczucie przyjemnego ciepła nigdy tej działalności nie towarzyszy - to raczej ciężka walka na śmierć i życie.
Jeśli natomiast miała to być aluzja do akcji "Różaniec do granic", to jak rozumiem odmówiony przez "nie swoich"( tylko ten dokuczliwy motłoch święcący pokarmy w Wielką Sobotę, glosujący nie tak jak trzeba itp.) nie ma żadnych dobroczynnych skutków. Co innego jak modlą się wtajemniczeni bracia dominikanie...
Mam wrażenie, że o.przeor po prostu inaczej definiuje swoich i obcych. Swoi w tym rozumieniu to ulubieńcy naszych przyjaciół czyli Fundacji Batorego (finansowanej przez Sorosa) i innych opiniotwórczych gremiów, a wierni w kościele to zdecydowanie nie swoi, a nawet głęboko obcy. W hierarchii nieskończenie niżej od zakonników - stąd wyraźna pogarda i połajanki - dziennikarze GW, TVN itp. to równi statusem. Moralność jak wiadomo obowiązuje tylko pomiędzy równymi.
Ja jednak z nizin mojego podlejszego statusu socjo-ekonomiczno-towarzyskiego ośmielę się zauważyć, że podobnie jak były o. Krzysztofowicz nie poznał się na bezwstydnym oszustwie Marcina i Katarzyny P. , ojciec przeor może być w błędzie co do operacji "uchodźcy". Nie wierze, że ojciec nie wie, ze Syryjczyków jest wśród nich 5%, że syryjscy chrześcijanie, sprowadzeni przez fundację Estera, uciekli do Niemiec pod osłoną nocy, w poszukiwaniu wysokiego socjalu, że intencje tych ludzi są otwarcie wrogie, że są niebezpieczni dla słabszych i bezbronnych - kobiet i dzieci itp. Porównywanie ich do Chrystusa jest bluźnierstwem i demagogią. Swoją drogą Jezus powiedział Syrofenicjance, że przyszedł tylko do swoich, ale zgodził się, że i ona może ewentualnie skorzystać z okruszków które spadły z ich stołu. Niedobrze jest odebrać pokarm dzieciom, a dać go psom - tak rozumiał ordo caritatis.
Proszę się nie dziwić, że my ciemny motłoch zapełniający kościoły (także w Wielką Sobotę z naszymi obrzydliwymi jajami), bardziej litujemy się nad gwałconymi kobietami niż współczujemy tym wszystkim turystom socjalnym z Bangladeszu, których ściągnął Soros (obietnicą domu, samochodu i blondynki za fryko) w celu unicestwienia narodów i kultury europejskiej.
Nie wiem czy Jacek Krzysztofowicz jest tak nieskończenie naiwny jakby to wynikało z jego zeznań, nie wiem czy o. przeor jest tak nieskończenie naiwny jakby wynikało z jego dzisiejszego kazania.
Czuję jednak niewypowiedzianą ulgę na myśl, ze polityką emigracyjną zajmują się w Polsce ludzie zdecydowanie bardziej przytomni.
Ojciec przeor zauważył na wstępnie, że ludzie są piękni, a kochanie ich jest łatwe i naturalne. Nie należy ich dzielić na swoich i obcych, no bo po czym poznamy, że ktoś jest swój? Przepytamy go z poglądów? Wykonamy badania genetyczne?
Ten problem, proszę Ojca, jest wyłącznie teoretyczny. Gdybym ja zadzwoniła na furtę i powiedziała, że jestem jedną z tych pięknych osób, które tak łatwo kochać, a właśnie nie mam pracy ani pieniędzy na czynsz, a poszukiwanie prawdy i dzielenie się owocami kontemplacji jest tym o czym zawsze marzyłam jaką bym dostała odpowiedź? Prosty komunikat w stylu "sp..............j nie jesteś nasza" wygłoszony bez zbytnich ceregieli.
Myślę, że z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, ze dla większości dominikanów swoi to w pierwszej kolejności inni dominikanie, rodzina i przyjaciele, czasem starannie wyselekcjonowani znajomi z duszpasterstw związanych z zakonem. Wierni w kościele już do swoich się nie zaliczają głównie ze względu na niski status socjo-ekonomiczny i towarzyski. Mają też inne wady jak święcenie pokarmów w Wielką Sobotę, modlitwa na różańcu i temu podobne abominacje. Wyjątkiem są ludzie w stylu Marcina i Katarzyny P. z Gdańska. Niedawno słuchałam zeznań Jacka Krzysztofowicza przed komisją sejmową. Na pytanie o powód ponadstandardowej zażyłości z parą oszustów odpowiedział, że jego praca na tym polegała "żeby spotykać się z ludźmi". Posłom z komisji opadły szczęki, gdyż jako (w większości) praktykujący katolicy nigdy takiego zaszczytu nie dostąpili, ani o niczym podobnym nie słyszeli.
Następnie o. przeor skontrastował ze sobą przyjmowanie obcych i modlitwę na różańcu, po odmówieniu której - jak się dowiadujemy - czujemy przyjemne ciepło. Pozazdrościć! Ja zwykle chwytam za różaniec jak za broń duchową przeciw bytom nieprzyjaznym człowiekowi. Uczucie przyjemnego ciepła nigdy tej działalności nie towarzyszy - to raczej ciężka walka na śmierć i życie.
Jeśli natomiast miała to być aluzja do akcji "Różaniec do granic", to jak rozumiem odmówiony przez "nie swoich"( tylko ten dokuczliwy motłoch święcący pokarmy w Wielką Sobotę, glosujący nie tak jak trzeba itp.) nie ma żadnych dobroczynnych skutków. Co innego jak modlą się wtajemniczeni bracia dominikanie...
Mam wrażenie, że o.przeor po prostu inaczej definiuje swoich i obcych. Swoi w tym rozumieniu to ulubieńcy naszych przyjaciół czyli Fundacji Batorego (finansowanej przez Sorosa) i innych opiniotwórczych gremiów, a wierni w kościele to zdecydowanie nie swoi, a nawet głęboko obcy. W hierarchii nieskończenie niżej od zakonników - stąd wyraźna pogarda i połajanki - dziennikarze GW, TVN itp. to równi statusem. Moralność jak wiadomo obowiązuje tylko pomiędzy równymi.
Ja jednak z nizin mojego podlejszego statusu socjo-ekonomiczno-towarzyskiego ośmielę się zauważyć, że podobnie jak były o. Krzysztofowicz nie poznał się na bezwstydnym oszustwie Marcina i Katarzyny P. , ojciec przeor może być w błędzie co do operacji "uchodźcy". Nie wierze, że ojciec nie wie, ze Syryjczyków jest wśród nich 5%, że syryjscy chrześcijanie, sprowadzeni przez fundację Estera, uciekli do Niemiec pod osłoną nocy, w poszukiwaniu wysokiego socjalu, że intencje tych ludzi są otwarcie wrogie, że są niebezpieczni dla słabszych i bezbronnych - kobiet i dzieci itp. Porównywanie ich do Chrystusa jest bluźnierstwem i demagogią. Swoją drogą Jezus powiedział Syrofenicjance, że przyszedł tylko do swoich, ale zgodził się, że i ona może ewentualnie skorzystać z okruszków które spadły z ich stołu. Niedobrze jest odebrać pokarm dzieciom, a dać go psom - tak rozumiał ordo caritatis.
Proszę się nie dziwić, że my ciemny motłoch zapełniający kościoły (także w Wielką Sobotę z naszymi obrzydliwymi jajami), bardziej litujemy się nad gwałconymi kobietami niż współczujemy tym wszystkim turystom socjalnym z Bangladeszu, których ściągnął Soros (obietnicą domu, samochodu i blondynki za fryko) w celu unicestwienia narodów i kultury europejskiej.
Nie wiem czy Jacek Krzysztofowicz jest tak nieskończenie naiwny jakby to wynikało z jego zeznań, nie wiem czy o. przeor jest tak nieskończenie naiwny jakby wynikało z jego dzisiejszego kazania.
Czuję jednak niewypowiedzianą ulgę na myśl, ze polityką emigracyjną zajmują się w Polsce ludzie zdecydowanie bardziej przytomni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
