Dalej brnąc w temat spełniania się (lub nie) pragnień, trzeba uczciwie powiedzieć, że istnieją i takie, których wcale nie pragniemy, choć je deklarujemy. Weźmy na przykład pragnienie miłości. Załóżmy, że ktoś coś takiego wyraża, ale co przez to rozumie? Małżeństwo? Rodzinę? Czy to aby to samo? Śmiem twierdzić, że nie. A w każdym razie nie zawsze.
Tak sformułowane pragnienie raczej sugeruje, deficyt, a do małżeństwa/zakładania rodziny potrzebny jest nadmiar miłości, gdyż będzie się w nim głównym dawcą, a nie biorcą. Trochę jak z pracą nauczyciela - tylko dajesz, a nic nie dostajesz w zamian (poza pensją i ubezpieczeniem oczywiście). Jeśli cierpisz na deficyt emocjonalny, wykończy cię w krótkim czasie.
Można latami truć się brakiem partnera do założenia rodziny tak naprawdę wcale nie pragnąc go znaleźć. Miłość można sobie przepięknie wyobrazić, ale to wyobrażenie nie ma nic wspólnego z realnym małżeństwem, nawet względnie dobrym.
Podobnie rzecz ma się z pracą/ karierą. Wiadomo, że trzeba jakoś zarabiać na życie, lepiej więcej niż mniej. Lepiej wykonywać zawód prestiżowy niż pogardzany, raczej bliski zainteresowań i kompetencjom, a już najlepiej byłoby kochać swoją pracę. Wszystko to bardzo pięknie, ale to nie jest żadne pragnienie, tylko uznanie konieczności.
Być może prawdziwe pragnienie jest zupełnie inne. Może to brak konieczności zatrudniania się gdziekolwiek, brak przymusu zarabiania, wolność od tego. A może taka kwestia w ogóle nie ma wstępu do krainy pragnień/marzeń?
Ktoś kiedyś przytomnie zauważył, że Bóg odpowiada na to, czego naprawdę pragniemy, a nie na to, o co się modlimy. Coś chyba w tym jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz