Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobór Watykański II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobór Watykański II. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 września 2021

Na marginesie Traditionis Custodes i raportu komisji Terlikowskiego

Wysłuchałam dziś komentarza o. Remigiusza Recława SJ o tradycjonalistach (Tradycjonaliści - o co tu chodzi? - wyjaśnia o. Remigiusz Recław SJ) przy okazji motu propriu papieża Franciszka Traditionis Custodes. To już drugi komentarz na ten temat (po wczorajszym o. Szustaka) pochodzący od osób nastawionych do mszy trydenckiej i jej zwolenników - delikatnie mówiąc - krytycznie.

Od razu się zastrzegam - nie chodzę na mszę trydencką. Z poważnymi zarzutami pod adresem niektórych ojców soborowych na Vaticanum Secumdum i krytyką tzw. Novus Ordo zapoznałam się stosunkowo niedawno. Nie wpłynęło to na zmianę rytu mszy. Porzuciłam wprawdzie dominikanów, gdyż moim zdaniem skompromitowali się podczas pandemii (zanim sprawa o. Pawła M. wypłynęła w całym fascynującym bogactwie szczegółów), ale nadal uczestniczę w  mszach Novus Ordo odwiedzając różne kościoły w mojej okolicy.

Bardzo smutne wydaje mi się, że inernetowi kaznodzieje typu o. Szustaka czy o. Recława nie mają praktycznie żadnych argumentów na pognębienie tradycjonalistów poza ogólnikami typu:
  • nie idą z duchem czasu (identyfikowanym przez o. Szustaka z Duchem Św., moim zdaniem bezpodstawnie)
  • są "uczonymi w prawie" na podobieństwo faryzeuszy, legalistami, którzy przywiązują nadmierną wagę do nieistotnych szczegółów (o. Recław)
  • "wiedzą  lepiej" i "tylko oni mają rację" stad ich niechęć do ekumenizmu (o. Recław)
  • na skutek nadmiernej koncentracji na prawie nie są w stanie pojąć Boga, który jest miłością (o. Recław) 

Tym ogólnikom towarzyszyło przewracanie oczami i uciekanie wzrokiem (o. Szustak) oraz wymachiwanie rękami i prezentowanie inernetowych stron tradycjonalistów podszywających się pod katolików jak np. P. Ch. 24 (o. Recław) .

Kiedy porównamy ten rodzaj podejścia do tematu, z argumentami (za mszą trydencką, przeciw decyzjom soboru) prezentowanymi np. przez Pawła Lisickiego czy prof. Jacka Bartyzela, mamy intelektualną przepaść. Przede wszystkim możemy się dowiedzieć o faktach tzn.:

  • jak mała grupa progresistów z krajów północnej Europy za pomocą sztuczek proceduralnych dokonała czegoś w rodzaju zamachu stanu na soborze
  • jak odrzucono przygotowane przez kongregację nauki wiary schematy
  • jak celowo niejednoznacznie formułowano dokumenty soborowe, aby je potem móc dowolnie interpretować
  • jak kilkuosobowa komisja wymyśliła nową liturgię praktycznie z powietrza, kilka lat po soborze i niezgodnie z jego wytycznymi
  • jaki wpływ na dalsze losy Kościoła miały przyjęte dokumenty
Nie wydaje mi się dziwne, że wielu innych ludzi zna te fakty i potrafi wyciągać wnioski. Może właśnie dlatego ani sam papież Franciszek, ani popierający go duchowni nie zamierzają rozprawiać się z tradycjonalistami w drodze dyskusji. Nie mają bowiem żadnych argumentów. Pozostaje im jedynie przedstawienie ich jako sztywnych neopelagianistów, których bezwzględnie wyłącza się z "dialogu", do którego zaproszeni są wszyscy ochrzczeni. "Ja kasuje wszystkie komentarze tradycjonalistów" - powiedział o. Szustak z niesmakiem, jaki wzbudziła w nim sama myśl o tych obmierzłych istotach.

Powiedziałam już, że zwolennicy mszy trydenckiej to nie moja bajka, ale otwarcie głoszone herezje, rozmywanie nauki Kościoła, zastępowanie jej infantylnymi bredniami i polityczną poprawnością to zupełnie inna historia. 

Nikt mi nie powie, że knowania mafii Sankt Gallen odbywały się pod natchnieniem Ducha Św., albo że upodobał on sobie kardynała Martiniego i jego duchowych spadkobierców pragnących nadrobić owe 200 lat zapóźnienia (jakie Kościół ma) w stosunku do rewolucji francuskiej.

Nie ma nic bardziej wchrzaniającego u dorosłych ludzi niż infantylizm, i niebezpiecznego zarazem - vide casus o. Pawła M. Sposobem mówienia i epatowania słuchaczy swoimi emocjami nieco przypominał Szymona Hołownię. Na sam wygląd nie sposób było traktować go poważnie, dlatego z trudem przyszło mi uwierzyć w koszmarne zarzuty - jak gwałt i przemoc fizyczna - które na nim ciążą. Po przeczytaniu obszernych fragmentów raportu komisji Terlikowskiego moje nastawienie uległo pewnej zmianie.

Bywałam na tych mszach o uzdrowienie, przed którymi celebrans gwałcił jedną z wyznawczyń w zakrystii lub kaplicy św. Józefa i kazał jej całować "swojego dzidziusia" (sic). "Duch Św." tak go natchnął, żeby było więcej uzdrowień! Potem ta sponiewierana niunia robiła za prorokinię, ogłaszając zachęcana przez swojego guru, kogo Pan Jezus uzdrawia i z czego... Ohyda i brak słów.

Pamiętam owo wielkie dzieło - świetlicę środowiskową przy ulicy Nowej - to jak rozumiem miało być miejsce w którym członkowie Wspólnoty św. Dominika mieli razem mieszkać jak nowe wspólnoty we Francji - św. Jana czy Ośmiu Błogosławieństw. Przy każdej okazji o. Paweł donosił licznie zgromadzonym wiernym jak postępują prace w tym lokalu. Znaczy kłamał od początku, żadna świetlica tylko własna siedziba wspólnoty, gdzie krzyki rozmodlonych członków nie będą zwracać niczyjej uwagi, podobnie " wypędzanie demonów ch....m" jak to ujęli współbracia (jednak mieli jakieś pojęcie o tych niecodziennych praktykach). Rozumiem, że wyłudzone od wyznawców pieniądze poszły na ten cel. Na co konkretnie, skoro lokal przyznało miasto?

Przeor Konopka nic nie widział i nie pamięta, poza działaniem Ducha Św. i tłumami w kościele oczywiście. To bardzo ciekawy wątek. Pamiętam jak udałam się do klasztoru na umówioną spowiedź do jednego z ojców (nie Pawła M.) Przeor był tak zaciekawiony, że pod jakimś kulawym pretekstem próbował wparować do środka. Nie wierzę, że nie interesował się młodymi laskami mieszkającymi za klauzurą i nie zdawał sobie sprawy co się tam odbywa.

Przeor nie radzi sobie ze swoim alkoholizmem, a prowincjał z chorobą alkoholową - sławna demokracja dominikańska! Normą jest wybieranie ludzi słabych i łatwych do skompromitowania - wszyscy mogą robić co chcą (no i robią jak widać w raporcie). No może nie wszyscy, ale gwiazdy przyciągające tłumy zdecydowanie tak. Czy coś się zmieniło w tej kwestii?









niedziela, 19 września 2021

O natchnieniach Ducha Świętego i primadonnach kaznodziejstwa.

Zupełnie niepotrzebnie wysłuchałam wczoraj komentarza o. Szustaka OP na temat ograniczenia mszy trydenckiej wprowadzonego przez papieża Franciszka. Nie moja bajka, ale argumentacja zastanawiająca. Zdaniem  dominikanina wierni, którzy chodzą na mszę trydencką, krytykują Sobór Watykański II oraz pontyfikat papieża Franciszka i jego decyzje, od dawna byli już poza Kościołem, więc ich nie szkoda. Opierali się Duchowi Św. działającemu w Kościele, który go stale przemienia i dalej w tym tonie, plus dużo przewracania oczami i uciekania wzrokiem.

Wszystko to bardzo pięknie, ale o ile mi wiadomo Duch Św., nie może nakłaniać kogokolwiek do działań jawnie sprzecznych z Dekalogiem na przykład.

Inna dominikańska gwiazda znana obecnie jako Paweł M. też była pełna  natchnień Ducha Św., jak sama uważała. Zmuszała np. dziewczynę ze swojej Wspólnoty św. Dominika do seksu przed mszą o uzdrowienie, w zakrystii, w kancelarii, a nawet w kaplicy św. Józefa na ołtarzu (aby było więcej uzdrowień). Nie chce mi się nawet pisać o szczegółach działalności tego nieszczęśnika, można się z nimi zapoznać w raporcie komisji Terlikowskiego (opublikowanym m.in. na stronie portalu Deon). 

Przy całej różnicy postury obu primadonn kaznodziejstwa istnieje pewne podobieństwo w postawie - duży dystans do Kościoła i jego nauki skontrastowany z wiarą w swoje lepsze poznanie intencji Ducha Św. + kierowanie się do odbiorców, którzy przyjmują to bezkrytycznie. Zdolność do przyciągania tłumów zamykała ( i nadal zamyka) usta wszystkim potencjalnym krytykom oraz redukuje gotowość przełożonych na przyjęcie do wiadomości, że ta nadzwyczajna popularność niekoniecznie świadczy o świętości. O. Maciej Zięba miał zgasić próby zwrócenia jego uwagi na dziwne praktyki o. Pawła M. zdaniem wypowiedzianym do mniej charyzmatycznego współbrata: "jak będziesz miał 3 tysiące na mszy o uzdrowienie, to pogadamy".


niedziela, 7 października 2018

O grzechu pierworodnym, teorii ewolucji i inkwizycji

Według Michaela Rose, autora książki Goodbye good men, w seminariach duchownych USA wykładowcy nie wierzą w grzech pierworodny i tą niewiarą zarażają kleryków. Nie wiem czy autor tłumaczy w swoim dziele powód owej niewiary (nie czytałam) więc pokuszę się o własne wyjaśnienie.

Pierwszy powód to owa osławiona metoda historyczno-krytyczna, która odrzuca z Pisma św. wszystko co nie jest zgodne z codziennym doświadczeniem przeciętnego człowieka. stąd np dziewicze macierzyństwo, zmartwychwstanie, a nawet rozmnożenie chleba i ryb nie mogło odbyć się tak jak jest opisane w ewangeliach. Zabawne, że ci sami ludzie, uśmiechający się pobłażliwie czytając o cudach i interpretujący zmartwychwstanie jako przetrwanie nauki Jezusa w sercach uczniów po jego tragicznej śmierci, nie mają żadnych problemów z przełknięciem teorii ewolucji i innych równie "naukowych" wykwitów XIX- wiecznego scjentyzmu.

Wyznam szczerze, że nie mam najmniejszych trudności z wiarą w zmartwychwstanie i nie widzę żadnych powodów, żeby podważać relacje świadków, natomiast pomysł, że życie na ziemi powstało na skutek uderzenia pioruna w aminokwasy wydaje mi się poniżej trzeciorzędnej powieści Science Fiction (inspiracja Frankensteinem Mary Shelley i doświadczeniami Galvaniego na martwych żabach jest wyraźnie widoczna). Nawet gdyby coś tak kretyńskiego było możliwe, to należałoby się zastanowić skąd wzięły się owe aminokwasy (które są skomplikowanymi strukturami), ziemia i cały wszechświat. Oczywiste dowody kambryjskiej eksplozji życia, tkanka miękka w kościach dinozaurów, ich datowanie węglem C 14 na najwcześniej 40 tys. lat przed Chrystusem nie jest jednak w stanie zachwiać wiarą wyznawców ewolucji. Dalej wyobrażają sobie owe miliardy lat, w czasie których człowiek ewoluował od ślepej ameby do prymitywnych, a zróżnicowanych hominidów, by w końcu dojść do oświeconego lewicowo-liberalnego establishmentu zaszczycającego ciemny motłoch swoim  przewodnictwem. Nawet najnowsze badania genetyczne - ustalające wiek Y-chromosomalnego Adama i mitochondrialnej Ewy na ok. 100  tyś. lat - nie podważają w ich oczach wiarygodności drogiej ich sercu teorii.

Przyjęcie owego ateistycznego mitu wyklucza  prawdę o upadku pierwszych ludzi i jego skutkach dla nas. Kto według pomysłu Darwina i jego następców mógłby być tak określony? Która grupa małpoludów? Przecież ewoluowały niezależnie w odległych lokalizacjach jak nie przymierzając grzyby po deszczu?  Do dziś pamiętam owe rzekome Sinantropy, Australopiteki, Neandertalczyki i inne Cromagnonczyki z biologii w PRL-owskiej szkole. Z tejże szkoły pamiętam też twierdzenie, że wszechświat jest wieczny i nie miał początku (chyba końca też nie będzie miał?). Pamiętam jak próbowałam objąć ową "prawdę" swoim nastoletnim intelektem, ze słabym skutkiem zresztą. A przecież już wtedy było wiadomo, że początek musiał mieć, gdyż inaczej byłby nieskończenie jasny i gorący. O ile dobrze pamiętam ktoś mądry uświadomił to ludzkości prostym pytaniem "dlaczego w nocy jest ciemno?" (w XIXw?) Wiek wszechświata obliczono w XX stuleciu i to pewnie w czasach, gdy uczniów PRL-owskich szkół karmiono nadal twierdzeniem o jego wiecznotrwałości.

Cokolwiek by wyznawcy teorii ewolucji nie twierdzili, każdy doświadcza w swoim życiu skutków upadku ludzkiej natury, czyli  - innymi słowy - grzechu pierworodnego. Jest on wyraźnie widoczny zarówno w historii ludzkości (szczególnie XX wieku) jak i indywidualnych losach poszczególnych jednostek.

Odrzucenie tej oczywistej prawdy ma niewiarygodnie daleko posunięte skutki społeczne. Otrzymujemy człowieka z natury dobrego, "szlachetnego dzikusa" Jana Jakuba Rousseau, którego nie trzeba wychowywać, ani poddawać dyscyplinie. Wystarczy go zostawić w spokoju aby się fantastycznie rozwinął. Dalej idzie bezstresowe wychowanie, szkoła, gdzie uczeń ma tylko prawa i żadnych obowiązków, a zamiast przyswoić sobie kilka podstawowych informacji o świecie daje upust swojej nadzwyczajnej "kreatywności". Nauczyciel "uczy się" od swoich uczniów, a Kościół postanawia zrezygnować ze swej funkcji nauczycielskiej, "towarzyszyć" pogubionym wiernym oraz uczyć się od par homoseksualnych i żyjących w nieformalnych związkach miłości. Skutki są znane - świat postawiony na głowie. Morderca (zdaniem amerykańskich demokratów) nie powinien być skazany na więcej niż 7 lat więzienia, a niewinne dziecko może być wyskrobane po kawałku z łona matki na jej życzenie w majestacie prawa. Niewiarygodna infantylizacja wszystkich dziedzin życia.

Kardynał Gerhard Mueller powiedział ostatnio w wywiadzie z Raymondem Arroyo, że po soborze uważano, że "wystarczy miłość" i żadne procedury karne nie są w Kościele potrzebne. Skutki są znane i cały lewicowo- liberalny establishment może się nimi onanizować ad nauseam. Na tym samym soborze postanowiono, że Kościół nie ma odtąd wrogów, a nawet podjęto z nimi tzw "dialog". Skutki tego dialogu oglądamy na Bliskim Wschodzie, gdzie chrześcijan się morduje, w Unii Europejskiej , gdzie systematycznie wypycha się ich z przestrzeni publicznej do rezerwatu  oraz w USA, gdzie pewna  mniejszość etniczna opanowawszy szkolnictwo wyższe, zawody prawnicze, poradnictwo psychologiczne, finanse, politykę zagraniczną, show business i media, skutecznie niszczy chrześcijańskie podstawy kultury, ze szczególnym uwzględnieniem roli Kościoła Katolickiego.

To uświadamia konieczność wykorzeniania herezji na najwcześniejszym etapie. Inkwizycja jest nam dziś bardziej  potrzebna niż kiedykolwiek przedtem. Pytanie tylko czy są jeszcze jacyś dorośli zdolni do podejmowania niepopularnych decyzji i wdrażania dyscypliny, czy też ostały się same zramolałe dzieci-kwiaty, wyznawcy "ducha soboru", homoseksualiści zainteresowani wyłącznie swoimi k...sami i dobrze urządzeni oportuniści. Może trzeba poszukać po ośrodkach psychiatrycznych dla kleru ?

niedziela, 23 września 2018

Kilka refleksji po berlińskim Marszu dla Życia

Dziś na Frondzie taki oto news:
14 Marsz dla Życia odbył się 22 września w Berlinie. Około 5500 osób protestowało przeciwko mordowaniu dzieci nienarodzonych oraz przeciw wprowadzaniu eutanazji. W Marszu wzięło udział trzech biskupów: arcybiskup samego Berlina, Heiner Koch, berliński biskup pomocniczy, Matthias Heinrich - oraz biskup bawarskiej Ratyzbony, Rudolf Voderholzer. W Marszu szedł też Hans-Jürgen Abromeit z Greifswaldu, który we wspólnocie ewangelickiej pełni funkcję biskupa 
Berliński Marsz dla Życia to największe takie wydarzenie w Niemczech. Za Odrą aborcja jest dostępna do 3 miesiąca ciąży na życzenie; wystarczy uzyskać dokument ze specjalnej poradni; dostaje go każda kobieta, która o to poprosi. Skutkuje to około 100 tysiącami aborcji rocznie.
Pod spodem film. Spokojni ludzie - przekrój wiekowy społeczeństwa - idą w milczeniu niosąc krzyże i nienachalne, nieobraźliwe transparenty. Bo bokach i we wszystkich bocznych uliczkach kontrmanifestanci. Co najmniej jedna próba blokowania. Rozwrzeszczana, rozhisteryzowana młodzież ubrana najczęściej na czarno. Część wykonuje obsceniczne gesty, wszyscy wrzeszczą - agresywni i obrzydliwi. W jednym ujęciu kładą się na ulicy - szatańska parodia męczeństwa odrywana przez lewactwo ad nauseam. Jest coś diabolicznego w ich wyglądzie i zachowaniu, złowieszczego, a jednocześnie przewidywalnego do obrzydliwości. Jak zużyte kukły w rękach tego samego od wieków mistrza marionetek. Są całkowicie bezkarni i w pełni tego świadomi. Gdyby nie policja, rzuciliby się na spokojnych manifestantów. Określenie "pomioty Szatana" ciśnie mi się nachalnie na usta. Można wybrać zło i trwać przy nim. Patrząc na nich rozumiem smutną konieczność najbardziej radykalnych wyroków inkwizycji.

Ciekawa jestem jak czuliby się ojcowie soborowi uchwalający dokument o wolności religijnej, gdyby im pokazać to nagranie i wyjaśnić, że to m.in wynik ich decyzji. Błąd to gorzej niż grzech (w każdym razie jeśli chodzi o skutki doczesne).

Papież Franciszek jednak sympatyzuje z tego rodzaju młodzieżą i do niej pragnie "dotrzeć" za pomocą synodu, który ma się odbyć w październiku (szkic bełkotliwego dokumentu końcowego już gotowy). Do nich wyrywa się jego miłosierne serduszko dziwnie obojętne na cierpienia podziemnego Kościoła w Chinach, który właśnie zdradził, nie mówiąc już o wrażych neopelagiańskich rygorystach manifestujących za życiem.

Św. Maksymilian Kolbe był wstrząśnięty widokiem manifestacji masonów (w 200-lecie powstania ich organizacji), którą obserwował w 1917 roku w Rzymie w pobliżu placu Św. Piotra. Szczególnie przeraziły go transparenty w stylu "Szatan będzie panował w Watykanie" czy "papież będzie niewolnikiem Szatana". Minęło 100 lat i nie jeden ma wrażenie, że te straszne słowa się spełniły, albo są bliskie spełnienia.

Zło istnieje i istnieją ludzie, którzy je świadomie wybrali. Z własnej woli poddali się jego mocy w nadziei uzyskania czegoś. Dyskusja z nimi nie ma żadnego sensu, gdyż reprezentują odwiecznego wroga rodzaju ludzkiego, są jego otworem gębowym. Tu potrzeba egzorcyzmu i to potężnego. Potrzeba powrotu do wiary i praktyk Kościoła, który nie wstydził się swojej nauki. Uświadamiał ludziom realność walki duchowej, która odbywa się także w ich życiu i ich głowie. Nie przepraszał za to, że istnieje, tylko głosił Dobrą Nowinę o Zbawieniu (bynajmniej nie ukrywając wstydliwie możliwości potępienia).

Każdy się zgodzi, że zbyt surowy opiekun tresujący wrażliwe dziecko, stosując środki niewspółmierne do jego drobnych przewinień, to widok przerażający. Ale widok dobrodusznego, wrażliwego nauczyciela, którego nic nie przygotowało na bezkarną bezczelność i perfidię młodocianych monstrów, bezradnie miotającego się po klasie jest o wiele gorszy. Świat postawiony na głowie. Bunt przeciw Logosowi, Synagoga Szatana.

Mogę współczuć niewinnym ofiarom zbyt gorliwych inkwizytorów i płakać nad ich losem, ale sytuacja kiedy to ludzie jawnie opętani złem prześladują resztki Chrześcijan w poczuciu całkowitej bezkarności, świadomi wsparcia mediów, instytucji państwowych i międzynarodowych jest bez porównania bardziej przerażająca.

Jest istotna różnica w próbie skłonienia kogoś do rzeczy dobrych (nawet jeśli źle dobrane środki powodują efekt odwrotny), a przymuszaniem do brania udziału w rzeczach złych i niegodziwych, nawet jeśli się to odbywa w białych rękawiczkach.

Deklaracja o wolności religijnej przyznała wolność satanistom (jawnym, ukrytym i nieświadomym) a odebrała Chrześcijanom.

niedziela, 1 kwietnia 2018

O prawdzie poświęconej na ołtarzu politycznej poprawności

Wielki Piątek - znowu brak modlitwy o nawrócenie Żydów. Jest tylko prośba o to by byli wierni swojemu przymierzu. Więc przyjście Chrystusa i jego ofiara nie miały żadnego znaczenia. Można go przyjąć lub uznać, że to właściwie drugi Haman z Ksiegi Estery i słusznie smaży w piekle zanurzony we wrzących ekskrementach przez całą wieczność (jak poucza Talmud). Polecenie Chrystusa "idźcie i nawracajcie wszystkie narody" jest jakąś smutną pomyłką i namawianiem do czynów jawnie niemoralnych. Mam przykre poczucie, ze Kościół nie tylko przestał wierzyć w swoją naukę, ale zaczął jej się wstydzić co najmniej od Soboru Watykańskiego II.

Słyszałam wypowiedź pewnego nawróconego Żyda (profesora z Harvardu jak go przedstawiono). Był zbulwersowany, że aż do czasu swojego nawrócenia - czyli mniej więcej połowy życia - nie słyszał o Fatimie. Nie mógł zrozumieć jak to możliwe w świecie pełnym  katolików. Uznał, że jesteśmy jak bogacz z przypowieści o ubogim Łazarzu, mamy do dyspozycji skarby i nie dzielimy się nimi z głodującymi leżącymi u naszych bram. Co więcej był zdania, że powinniśmy zostać potraktowani podobnie po śmierci za zatrzymywanie dla siebie tego, co przeznaczone jest dla całej ludzkości.

Z perspektywy wiary trudno nie przyznać mu racji. Wiara jest jednak dobrem rzadkim, być może rzadszym jeszcze w gronie hierarchów i duchowieństwa niż wśród nas - ludu Bożego pełnego półpogan, jak pisząca te słowa. Gdyby biskupi niemieccy rzeczywiście wierzyli w realność grzechu cudzołóstwa i realną obecność Chrystusa w sakramencie ołtarza czy dla zachowania podatku kościelnego wiedli by powierzonych sobie ludzi na potępienie? Myślę, że wątpię.

Prawda została poświęcona na ołtarzu politycznej poprawności i holokaustianizmu, w imię "miłosierdzia". Słowo miłość i wszelkie pochodne to ulubione narzędzie manipulatora. Apelowanie do chrześcijańskiej miłości na przemian z wzbudzaniem poczucia winy za niepopełnione grzechy okazuje się skuteczne nie tylko w przypadku pozbawionych poczucia własnej wartości produktów dysfunkcyjnych rodzin. Działa na najświetniejsze umysły wsparte powagą urzędu i 2 tysiącami tradycji, o łasce nie wspominając.

Naiwność nie jest cnotą. Błąd miewa skutki gorsze niż grzech. Rezygnacja z prawdy jest jednym i drugim jednocześnie.


wtorek, 11 października 2016

Nieoczekiwany pożytek z cenzury na Facebooku

Okazało się właśnie, że niejaka Sylwia de Wydenthal (lub jakoś tak) jest odpowiedzialna za cenzurowanie polskiego Facebooka - usuwane są treści patriotyczne, promowane bluźniercze jak np. opluwanie JPII. Owa osoba jest zaangażowana w działalność KODu, co właściwie wszystko wyjaśnia. W USA Zuckenberg niedawno się musiał tłumaczyć z usuwania konserwatywnych treści, gdyż zostało mu to udowodnione. Ot lewactwo ze swoją sławną "tolerancją"!

Ta informacja jednak nieco pomogła mi się uporać z morzem dezinformacji w Internecie. Sporo jest w nim materiałów o Soborze Watykańskim II, który wielu uważa za katastrofalny. Trudno się z nimi nie zgodzić słuchając poważnych badaczy jak prof. Jacek Bartyzel czy dr Cenckiewicz. Jeszcze bardziej niepokojące są wieści z synodu o rodzinie. Wrażenie, że istnieje jakaś rewolucyjna mniejszość, która chce zmienić nauczanie Kościoła jest przemożne. Toteż nie dziwię się, że katolicy świeccy i duchowni wyrażają bardzo otwarcie swoje niezadowolenie z takiego stanu rzeczy. Niektórzy posuwają się do negowania ważności ostatnich papieży od Jana XXIII począwszy, inni twierdzą, ze obecny Kościół nie jest już katolicki, tylko stal się kolejną protestancka sektą p.t. Novus Ordo itp. Sporo jest także krytyki z pozycji wierności Kościołowi. Miałam poważny kłopot z rozeznaniem gdzie jest prawda, ale niespodziewanie przyszła mi z pomocą główna cenzorka polskiego Facebooka. Gdyby Jan Paweł II był tym, o co jest oskarżany z pozycji radykalnego tradycjonalizmu lub wręcz sedewakantyzmu, nie byłby celem wściekłych ataków wiadomej centrali.
Szatańska nienawiść wymierzona w niego jest raczej potwierdzeniem świętości.

Inną rzeczą jest interpretacja pewnych dokumentów jak Nostra Aetate i ocena pewnych eksperymentów jak "dialog z Judaizmem". O całkowitym niepowodzeniu i bezsensie tegoż wypowiedziało się niezależnie od siebie wielu znawców tematu jak ks. prof. Waldemar Chrostowski. red. Pawel Lisicki czy dr Eugene Michael Jones. Media jednak ciągle karmią nas informacjami w stylu papież zakazał nawracania Żydów, gdyż uznanie Chrystusa nie jest im potrzebne do zbawienia.
Zachowuję dystans do wszelkich tego typu informacji.  Jak działa przeciwnik pokazuje przypadek o. Malachi Martina - autora bestsellerów, radykalnego tradycjonalisty oskarżającego Watykan o satanizm. Otóż okazało się, że w przed soborem, w napisanej pod pseudonimem książce "Pilgrim' lobbował na rzecz Żydów sugerując współwinę Kościoła Katolickiego za ich prześladowania w ciągu wieków.

Istnieje więc szansa, że inni zagorzali tradycjonaliści mogą być kimś innym, niż się podają. Mentalność sekciarzy, ciągle rozłamy i "eksponowanie" siebie nawzajem na You Tube jako heretyków dobrze nie świadczy o tym środowisku. Ciekawym wątkiem jest ich bezkrytyczne uwielbienie dla Putina, którego "życzliwość dla Katolicyzmu" jest znana.