Pan Bóg nie ma szczęścia do swoich wybranych. Onegdaj najwspanialszy z aniołów, niosący światło Lucyfer zbuntował się przeciw niemu i pociągnął za sobą jedną trzecią niebian. Potem naród pierwszego wybrania wydał na śmierć jego syna, którego rękami niewiernych przybił do krzyża. Niektórzy nawrócili się (nie wiem ile procent) tworząc Kościół, do którego później dołączyli poganie w takiej liczbie, że chrześcijanie pochodzenia żydowskiego roztopili się w ich morzu.
Jeśli wierzyć mistykom Lucyfer nie mógł znieść myśli o wcieleniu Boga w człowieka (takiego godnego pogardy zwierzaka) i wywyższeniu Maryi - bytu jakże podrzędnego - jako Królowej Aniołów. Podejrzewam, że dla wielu nawróconych Żydów w pierwotnym Kościele myśl, że teraz Goje (bydlęta o ludzkich twarzach) są im równi (ba, są ich braćmi w Chrystusie) mogła być trudna do zniesienia. Podejrzewam, że był istotny czynnik w nie przyjęciu Jezusa z Nazaretu jako mesjasza oraz wykruszenia wielu jego wyznawców z Kościoła, którego praktyki coraz mniej przypominały znaną im tradycję, a skład etniczny wystawiał ich "wrażliwość" na ciężką próbę.
W moim ulubionym programie telewizji EWTN - Journey Home - wielu Żydów opowiada o swoim nawróceniu. Przy okazji tych historii sporo można dowiedzieć się o ich mentalności. Pewna niewiasta opowiadając o swoim dzieciństwie rzuca lekko, że w sąsiedztwie jej rodziny mieszkańców dzieliło się na LUDZI i NIE-ŻYDÓW. Podobnie pierwotni mieszkańcy Ameryki nazwy LUDZIE używali wyłącznie do swojego plemienia, inne plemiona indiańskie określali jako synów suki lub w równie ujmujący sposób. Inny gość programu - syn Żyda i Włoszki - opowiada jak trudne do zniesienia było nazywanie jego matki (i innych chrześcijanek) SHIKSA przez członków żydowskiej części rodziny w jego obecności. Na co gospodarz - Marcus Grodi - spieszy z sugestią, że zapewne oni sami musieli doświadczać antysemityzmu. Gość szuka chwile w pamięci, ale nic takiego nie znajduje...
Powszechny wśród żydowskich gości jest zupełny brak wiedzy o chrześcijaństwie (przed nawróceniem oczywiście), szokujący zważywszy na korzenie kultury w której żyją i jak znikomy procent populacji stanowią. Często nie mamy świadomości jak wielka i irracjonalna jest wrogość Żydów wobec osoby Jezusa i chrześcijaństwa. Żyd może zostać komunistą, buddystą, hinduistą czy wojującym ateistą i jego rodzina nie ma z tym żadnego problemu, może też bez trudu uzyskać obywatelstwo Izraela. Sytuacja zmienia się radykalnie, kiedy zostaje chrześcijaninem - przyjęcie Chrystusa wyklucza go całkowicie ze społeczności żydowskiej ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Widać wyraźnie, że istotą judaizmu rabinicznego jest odrzucenie Chrystusa i okopanie się w nienawiści do niego i jego wyznawców. Ewidentnie rację ma E. Michael Jones twierdząc, że pojęcie Żyd jest natury teologicznej raczej niż etnicznej, to ten który w osobie Chrystusa odrzuca LOGOS, porządek świata i zostaje wiecznym rewolucjonistą, nieustannie dążącym do subwersji kultury, w której żyje nazywając to tikkum olam (czy jakoś tak). Takim działaniom zawdzięczamy m.in. komunizm, marksizm kulturowy, genderyzm, tzw małżeństwa gejowskie i aborcję - alternatywną (w stosunku do chrześcijańskiej) wizję zbawienia ludzkości (albo spacyfikowania Gojów).
Nawet nawróceni Żydzi mają tendencję do tworzenia własnych grup w obrębie Kościoła, dystansowania się od Gojów-współwyznawców. Tak też było z frankistami w I Rzeczpospolitej, którzy żenili się wyłącznie miedzy sobą przez prawie 2 wieki. Ewidentnie dla wielu Żydów- katolików żydostwo jest ważniejsze niż katolicyzm. Podobnie w Indiach przywiązanie do systemu kastowego było ważniejsze niż chrześcijaństwo. Jezuiccy misjonarze budowali osobne Kościoły dla różnych kast.
Patrząc na to nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze naród ten kontynuuje bardzo prymitywne, plemienne rozumienie wiary i moralności. Trudno wyobrazić mi sobie stan świadomości człowieka, uważającego ludzi spoza własnego plemienia za bydlęta o ludzkich twarzach, którym można odebrać ziemię lub zabić na narządy, o wykorzystaniu seksualnym nie wspominając (rabbi Obadia Josef głosi takie poglądy jawnie i oficjalnie w Izraelu). Dlatego tendencja w Kościele, do uznawania odrębnej drogi Żydów do zbawienia wydaje mi się celebrowaniem (co najmniej) przerażającego infantylizmu, przejawiającego się w niebywałej roszczeniowości, niewdzięczności i niezrównoważeniu tych ludzi. To duża krzywda dla nich, odebranie im szansy na rozwój i poznanie prawdy.
Obawiam się jednak, że sprawa ma głębsze, duchowe dno. Bunt Lucyfera na myśl o wywyższeniu człowieka wydaje mi się podobny do zgorszeniu Żydów perspektywą zrównania z Gojami w Chrystusie. Co jest konsekwencją odrzucenia Chrystusa i jego Kościoła ? Wybranie synagogi Szatana. Jeśli ktoś ma wątpliwości, "wartości", jakie promują przedstawiciele narodu wybranego w kulturze czy metody jakimi posługują się w polityce i gospodarce powinny je całkowicie rozwiać.
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Journey Home. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Journey Home. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 26 lutego 2019
O buncie wybranych
Etykiety:
EWTN,
Goje,
Jezus,
Journey Home,
judaizm rabiniczny,
Kościół Katolicki,
Lucyfer,
Marcus Grodi,
rabbi Obadia Josef,
shiksa,
synagoga szatana,
Żydzi
niedziela, 25 października 2015
Wspólczuję Słoweńcom i tropię herezję
W kwestii "uchodźców" nie mam nic więcej do dodania. Incydent w Słowenii (w Brezicach) z podpaleniem namiotów i robieniem sobie selfie na ich tle nikogo chyba już nie był w stanie zaskoczyć. Współczuję Słoweńcom z całego serca. Niech stawiają płot na granicy z Chorwacją jak najszybciej. Chorwaci, Serbowie i Macedończycy też powinni o tym pomyśleć. Grecy są ewidentnie dogadani z Putinem i nie zamierzają bronić się przed najazdem - ich sprawa! Niech Merkel posyła po swoich gości samoloty. My też powinniśmy postawić płot na granicy z Niemcami (w razie gdyby nam chcieli wcisnąć jakiś procent) - ostrożności nigdy dość!
Oglądałam niedawno odcinek mojego ulubionego programu Journey Home z dr Davidem Andersem, kolejnym protestantem, który studiując teologię i historię Kościoła nawrócił się na katolicyzm. Wspaniałe świadectwo, obejrzałam co najmniej 2 razy i pewnie jeszcze do niego wrócę. Zwróciłam uwagę na pewien istotny szczegół. Otóż dr Anders zauważył, że protestanci za przewodem Lutra miotają się między dwoma biegunami - niepokojem czy ich wiara jest odpowiednio wielka aby zapewnić usprawiedliwienie i euforią, że już zostali zbawieni skoro mają wiarę. Po momencie euforii znowu wracają wątpliwości czy ta wiara to jest czy jej nie ma i jak to sprawdzić.
Jak wielu konwertytów dr Anders doświadczył ogromnej ulgi w zetknięciu z obiektywnymi kryteriami Kościoła Katolickiego - jeśli ktoś przyjmuje jego nauczanie ma wystarczającą wiarę, jeśli postanawia zerwać ze złem i wyznaje swój grzech na spowiedzi jest mu odpuszczony. Nie muszą temu towarzyszyć żadne emocje.
Ja sama odczułam ogromną ulgę słuchając tego. Zetknęłam się bowiem w życiu z wieloma protestantami i katolikami (w tym duchownymi), którzy albo opowiadali o spotkaniu z Chrystusem, swojej z nim relacji itp. albo pytali o moje ewentualne z nim spotkanie i relację. Zawsze się strasznie męczyłam próbując szczerze odpowiedzieć. Jedyna odpowiedź jaka przychodziła mi do głowy, to, że ten język nie opisuje rzeczywistości wiary i żadne moje doświadczenie nie odpowiada takiemu opisowi. Podobnie było z zaproszeniem Jezusa do serca i przyjęciem jako osobistego zbawcy. Pomysł - szeroko rozpowszechniony wśród protestantów, że taki akt jest wystarczający do zbawienia - nie był znany nawet XVI-wiecznym reformatorom: Lutrowi, Kalwinowi i Zwingliemu.
Tak więc całą moją udrękę zawdzięczam heretykom jawnym i ukrytym. Katolicka ortodoksja nie ma z tym nic wspólnego!
niedziela, 15 marca 2015
Jeszcze o hierarchii stadnej
Wspominałam już kiedyś na tym blogu, że jestem zapamiętałą wielbicielką programu Journey Home EWTN, w którym ludzie różnych wyznań opowiadają o swojej drodze do Kościoła Katolickiego.
Niedawno obejrzałam jeden z moich ulubionych odcinków z panią Talat Storkirk, muzułmanką z Indii, której życie byłoby fantastycznym materiałem na scenariusz filmowy.(https://www.youtube.com/watch?v=S0iXAXXxQvY)
Nie będę jednak streszczać całej tej historii, powiem tylko, że swoje nawrócenie w dużym stopniu zawdzięcza siostrom zakonnym prowadzącym szkoły, w których się kształciła. - w tym sensie, że była to dla niej okazja, żeby się z Chrześcijaństwem zetknąć.
Na koniec programu z dużą swadą wyrażała wdzięczność tym wszystkim siostrom, które przyjeżdżały z Europy do Indii nie bacząc na upał, brud i muchy i dawały z siebie wszystko, nic z tego nie mając. Wszystko to bardzo piękne i wzruszające aż do momentu kiedy wspomniała, że szkoła w Karaczi, do której sama chodziła była kiedyś elitarna, a obecnie - ponieważ nie pracują już w niej siostry z Europy - bardzo podupadła.I tu dochodzimy do sedna - siostry Hinduski czy też Pakistanki są przygotowane równie dobrze do pracy jak ich Europejskie poprzedniczki, ale pochodzą z niewłaściwej kasty.
Więc to nie cnota, skromność ubioru, czystość, święte życie i wiedza były magnesem dla zamożnych hinduskich (pakistańskich) rodzin tylko odcień skóry jaśniejszy niż najwyższych kast ich społeczeństwa i pochodzenie z narodu, który ich podbił (a więc jest lepszy, bo silniejszy).
Strasznie to smutne ale prawdziwe.
Niedawno obejrzałam jeden z moich ulubionych odcinków z panią Talat Storkirk, muzułmanką z Indii, której życie byłoby fantastycznym materiałem na scenariusz filmowy.(https://www.youtube.com/watch?v=S0iXAXXxQvY)
Nie będę jednak streszczać całej tej historii, powiem tylko, że swoje nawrócenie w dużym stopniu zawdzięcza siostrom zakonnym prowadzącym szkoły, w których się kształciła. - w tym sensie, że była to dla niej okazja, żeby się z Chrześcijaństwem zetknąć.
Na koniec programu z dużą swadą wyrażała wdzięczność tym wszystkim siostrom, które przyjeżdżały z Europy do Indii nie bacząc na upał, brud i muchy i dawały z siebie wszystko, nic z tego nie mając. Wszystko to bardzo piękne i wzruszające aż do momentu kiedy wspomniała, że szkoła w Karaczi, do której sama chodziła była kiedyś elitarna, a obecnie - ponieważ nie pracują już w niej siostry z Europy - bardzo podupadła.I tu dochodzimy do sedna - siostry Hinduski czy też Pakistanki są przygotowane równie dobrze do pracy jak ich Europejskie poprzedniczki, ale pochodzą z niewłaściwej kasty.
Więc to nie cnota, skromność ubioru, czystość, święte życie i wiedza były magnesem dla zamożnych hinduskich (pakistańskich) rodzin tylko odcień skóry jaśniejszy niż najwyższych kast ich społeczeństwa i pochodzenie z narodu, który ich podbił (a więc jest lepszy, bo silniejszy).
Strasznie to smutne ale prawdziwe.
sobota, 15 czerwca 2013
"Timing is not our issue"
Jestem zapamiętałą wielbicielką programu Journey Home amerykańskiej telewizji EWTN (Eternal Word Television Network). To po prostu około godzinne wywiady z ludźmi, którzy nawrócili się na Katolicyzm, albo powrócili na łono Kościoła po latach nie praktykowania. Siedzę zawsze ze szczęką na bruku słuchając historii ich życia i nawrócenia z nadzieją, że może zarażą mnie swoją wiarą i ufnością.
Właściwie wszystkie historie są fascynujące, ale moją ulubioną jest opowieść ks. Randy Musselmana (http://www.youtube.com/watch?v=CdSGRi6gCO4) nawróconego baptysty, męża przez 29 lat, ojca i dziadka, który po śmierci żony odkrył w sobie powołanie do kapłaństwa i odpowiedział na nie.
Największe wrażenie zrobiła na mnie odpowiedź na maila, który przyszedł w trakcie programu. Pewna kobieta chciała jakoś pomóc swojej blisko 40-letniej, niezamężnej córce, króra nie może odnaleźć się w życiu, choć wypróbowala wiele opcji z zakonem włącznie (coś mi to przypomina).
Ksiądz Musselman odpowiedział bez wahania z wielkim spokojem i pewnością, że być może na odkrycie swojego powołania bedzie musiała czekać kolejne 20 lat, bo "timing is not our issue", nie kontrolujemy czasu, ten przywilej należy do Boga. Natomiast prowadzący - Marcus Grodi - zauważył przytomnie, że spora cześć problemu takich ludzi to porównywanie się z innymi, względnie swoimi własnymi wyobrażeniami jak powinno wyglądać życie (w warunkach polskich należałoby dodać jescze niechętny stosunek Kościoła)
Zważywszy historie życia obu panów ich słowa mają swój ciężar gatunkowy, zwłaszcza owo "timing is not our issue" jest jak balsam na moją duszę.
Marzę o takim zaufaniu i pokoju serca.
Właściwie wszystkie historie są fascynujące, ale moją ulubioną jest opowieść ks. Randy Musselmana (http://www.youtube.com/watch?v=CdSGRi6gCO4) nawróconego baptysty, męża przez 29 lat, ojca i dziadka, który po śmierci żony odkrył w sobie powołanie do kapłaństwa i odpowiedział na nie.
Największe wrażenie zrobiła na mnie odpowiedź na maila, który przyszedł w trakcie programu. Pewna kobieta chciała jakoś pomóc swojej blisko 40-letniej, niezamężnej córce, króra nie może odnaleźć się w życiu, choć wypróbowala wiele opcji z zakonem włącznie (coś mi to przypomina).
Ksiądz Musselman odpowiedział bez wahania z wielkim spokojem i pewnością, że być może na odkrycie swojego powołania bedzie musiała czekać kolejne 20 lat, bo "timing is not our issue", nie kontrolujemy czasu, ten przywilej należy do Boga. Natomiast prowadzący - Marcus Grodi - zauważył przytomnie, że spora cześć problemu takich ludzi to porównywanie się z innymi, względnie swoimi własnymi wyobrażeniami jak powinno wyglądać życie (w warunkach polskich należałoby dodać jescze niechętny stosunek Kościoła)
Zważywszy historie życia obu panów ich słowa mają swój ciężar gatunkowy, zwłaszcza owo "timing is not our issue" jest jak balsam na moją duszę.
Marzę o takim zaufaniu i pokoju serca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)