Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hierarchia stadna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hierarchia stadna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2025

O atawizmach w życiu społecznym


Wiekszość ludzi jest świadoma, że zwierzęta - nawet te udomowione od tysiecy lat, jak psy - pozostają zwierzętami, co może mieć nieprzyjemne konsekwencje, jeśli nieumyślnie sprowokuje się jakąś ich instynktowną, agresywną reakcję.

Pewna znajoma opowiadała mi, że jej mlody golden retriever rzucił się na nią z zębami, kiedy uniemożliwiła mu złapanie ptaszka. Szaleńcy, którzy wychowują dzikie zwierzęta, jak np wilki, mają znacznie wiecej tego rodzaju doświadczeń, niektóre kończą się zejściem człowieka...

Wtedy rozsądni kiwają smutno głowami nad głupotą pięknoduchów, którzy zakładają, że wszystko, co żyje napełnione jest nieskończoną życzliwością do innych stworzeń, albo - co gorsza - myślą, że to człowiek jest zły, a zwierzeta dobre...



Tymczasem sam człowiek w dużym stopniu pozostaje dziką istotą pełną niebezpiecznych atawizmów. Jeśli ktoś jest tak naiwny, że wierzy w moc jasnej komunikacji werbalnej, musiał doświadczyć jak niewspółmierną reakcję emocjonalną budzi np prośba o :
  • ciszę (zciszenie muzyki, powstrzymanie sie o wiercenia lub młotkowania w święto lub biegania po schodach nocą)
  • zamknięcie okna/bramy ze względu na zimno, przeciągi i rachunki za ogrzewanie
  • zapalenie światła w sali (na zajęciach), bo ktoś nie widzi
Wyrażenie takiej prośby może w skrajnych przypadkach skończyć się pobiciem i śmiercią, najczęściej jest początkiem długotrwałego ostrego konfliktu, czasami może prowadzić do jakichś negocjacji, wyjątkowo przyjęte jest ze zrozumieniem i wzięte pod uwagę...

Dlaczego sie tak dzieje? Te z pozoru niewinne postulaty są najczęsciej odbierane jako najazd na terytorium, podważanie pozycji w stadzie lub odmowa podporzadkowania się samozwańczemu osobnikowi alfa, czyli bunt. Większośc ludzi instynktownie to rozumie i w gruncie rzeczy akceptuje, co sprawia, że prawie nigdy nie popiera jednostki wyrażajacej taką prośbę, nawet gdyby była w ich interesie...

W cywilizowanych spłeczęństwach stosowanie się do pewnych norm współżycia wymuszane jest administacyjnie. Np mieszkaniec bloku używajacy pralki po 22 ma nazajutrz rano wizytę policjanta i przedstawiciela zarządcy budynku z poważnym ostrzeżeniem. To może nie wydaje sie sympatyczne, ale jeśli stosowane jest bez różnicy wobec wszystkich, zawiesza prawo dżungli...

U nas natomiast administracja zawsze jest po stronie silniejszego (którego odbiera jako sympatyczniejszego) i jeśli nawet podejmuje jakieś działania na pół gwizdka typu pogrożenie paluszkiem, obiektem jej wrogości zawsze jest ten, kto się skarży. Dlaczego baran nie rozumie, że prawo dżungli zawsze jest w mocy?!!! Jeśli więc  chce walczyć z wiatrakami, niech to robi samodzielnie...


niedziela, 24 października 2021

Radek - Zatłuszczony - Łeb - Sikorski, czyli z życia wyższych sfer

 


Szlachetne oblicze Radka Sikorskiego, byłego ministra spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL, obecnie eurodeputowanego


Szanowna małżonka - Ann Applebaum, amerykańska dziennikarka o pierwszorzędnych korzeniach (copyright by Stanisław Michalkiewicz)


Eurodeputowana Beata Kempa z Solidarnej Polski


Prof. Krystyna Pawłowicz sędzia trybunału konstytucyjnego, niegdyś posłanka na sejm z PIS

Przyjrzyj się, drogi czytelniku, tym czterem osobom, które na pewno przekroczyły 45 lat, a więc mają takie twarze na jakie zasłużyły. Nie startują w konkursie piękności, dwoje z nich to eurodeputowani (Sikorski, Kempa), jedna znana i wpływowa dziennikarka amerykańska (Applebaum), a jedna sędzia trybunału konstytucyjnego i profesor prawa (Pawłowicz).

Oczekujemy od nich kompetencji, w przypadku Polaków lojalności wobec kraju, który reprezentują, w przypadku amerykańskiej dziennikarki rzetelności przekazu, od wszystkich pewnego minimum kultury. W sytuacji ostrego sporu możemy się zgodzić na odrobinę złośliwego dowcipu, szpili wbijanej oponentowi z pewną dozą finezji.

W liceum słyszałam dowcip opowiedziany przez średnio lotną koleżankę: 
Do przedziału w pociągu wsiada nowy pasażer. 
- Buła jestem - przedstawia się.
- Paliwko - odpowiada chcąc nie chcąc towarzysz podróży.
Po dłuższym milczeniu p. Buła zagaja:
- Proszę się nie gniewać, ale ułożyłem o panu krótki wierszyk: Paliwko, skocz na piwko!
Po pewnym czasie p. Paliwko ripostuje:
- Ja też ułożyłem wierszyk: Buła, buła, ty ch.ju!

Średnio śmieszne? Też tak uważam, ale dobrze oddaje pewną niesymetryczność w wymianie zdań między Radkiem- Załuszczonym - Łbem a posłankami z konkurencyjnych partii. "Herr Lord" zaczyna swój twit Beata Kempa "gdybyście wy (PO) rządzili, z lasów państwowych nic by nie zostało" czy jakoś tak (cytuję z pamięci). "Walnij się w swój zatłuszczony łeb" - odpowiada herr lord. Nie jest pierwszy tego rodzaju wyczyn RadSika. Kiedyś do profesor Pawłowicz, jednak sporo od niego starszej, ozwał się w te słowa "bujaj się wariatko!" 

Fakt, że obie panie mają cięty język i nie wahają się go użyć, nie przekraczają jednak nigdy pewnych norm - nie używają wulgaryzmów, wyzwisk i szanują powszechnie przyjęte formy zwracania się do ludzi obcych w języku polskim, czyli "pan" "pani".

Sikorski natomiast to kwintesencja prostaka, osobnika zatrzymanego na poziomie najpaskudniejszego przedszkolaka, który kopie dziewczynki, i obrzuca je wyzwiskami najcięższego kalibru. Jego reakcje są nieadekwatne nie tylko z powodu niedostatków intelektualnych, lecz także złej socjalizacji.  To "człowiek naturalny" jak określił ten typ Wilkie Collins, cywilizowane zachowania prezentuje wyłącznie wtedy, kiedy mu się to opłaca i wyłącznie wobec ludzi stojących od niego wyżej w hierarchii. 

Jego żona mogła nawet nie widzieć prawdziwej twarzy swego męża, bo cała jego kariera zależy od niej i jej wpływowej rodziny. Nie wątpię, że wobec niej jest uprzedzająco uprzejmy i nie dlatego, że jest osobą bardziej godną szacunku niż wspomniane wyżej panie. Nawet porównując aspekt czysto fizyczny, to z trzech kobiet na zdjęciach jest najmniej atrakcyjna. Zakładając, że jej inteligencji nic nie można zarzucić, to całkowity brak dziennikarskiej rzetelności, kiedy przedstawia Polskę w amerykańskich mediach, musi świadczyć o zlej woli.

Sikorski po prostu nie rozumie koncepcji kultury osobistej jako postawy wobec bliźnich. Dla niego to garnitur, który się nosi na pewne okazje. Jeśli dodać do tego niewiarygodne wprost urojenia wyższościowe - charakterystyczne dla całej opozycji - to mamy portret prawdziwie odrażającej kreatury.

Do któregoś ze swoich kumpli (Giertycha?) napisał (na twitterze), że odpowiedział Beacie Kempie w takim języku jaki (ona) rozumie. Błąd Radku-Zatłuszczony-Łbie, odpowiedziałeś w SWOIM ojczystym języku - chamstwa i pogardy wobec osób, które uważasz za mało ważne! 

Najsmutniejsze jest to, że więcej podobnych osób działa w przestrzeni publicznej. Proszę popatrzeć na te "elity kulturalne" doznające orgazmu kiedy Marta Lempart i jej ferajna wrzeszczą "wypierdalać" lub "j...ć PIS". Oni też twierdzą, że to jedyny język zrozumiały dla ich politycznych oponentów i ich wyborców. Kawałki rozbitego lustra złej królowej śniegu wpadły im do oczu i nie widzą nic na całym Bożym świecie poza swoim własnym odbiciem.












środa, 2 grudnia 2020

Przedszkole

 


 Wszystkie nieszczęścia Malwinki zaczęły się od pewnego jesiennego poranka, kiedy to mama zaprowadziła ją do tego strasznego miejsca zwanego przedszkolem. Malwinka szła ufnie przy boku mamy, nie przeczuwając, co ją czeka, Ciężkie okulary zjeżdżały z małego noska i dziewczynka musiała co chwilę je poprawiać. Grube szkła powiększały szarozielone oczy Malwinki do rozmiarów spodków, nadając jej twarzy wyraz ciągłego zdziwienia lub przerażenia. Lewe zasłonięte było plastrem i Malwinka musiała się zadowolić tym co widziało jej prawe oczko. Nie było to zbyt wyraźne, bo prawe oczko Malwinki nie chciało pracować, a co gorsza uciekało w stronę noska. „Wcale się nie dziwię” pomyślała Malwinka, kiedy zobaczyła przedszkole od środka „sama bym chętnie uciekła”.

Nigdy jeszcze nie widziała takiej ilości dzieci zgromadzonych w jednym miejscu. Pani była tylko jedna, toteż po przywitaniu Malwinki zostawiła ją samej sobie. Zdrętwiała z przerażenia dziewczynka przycupnęła w jakimś kątku wstrzymując oddech, pragnąc stać się niewidzialna. Udało jej się to w pewnym stopniu, gdyż dzieci w większości zignorowały ją. Te, które ją jednak zauważyły ograniczyły się do skomentowania jej okularów w tonie nieprzychylnym. Malwinka była zaszokowana – okulary wprawdzie utrudniały jej życie, ale nie mogła zrozumieć, dlaczego przeszkadzają innym dzieciom. Albo dlaczego kolor jej włosów budził taką dziwną reakcje. „Przecież nie zrobiłam im nic złego” myślała. „Dlaczego mi dokuczają?”

Wszystkie kolejne dni w przedszkolu były powtórzeniem pierwszego w nieco złagodzonej wersji. Malwinka nigdy nie poczuła się tam dobrze. Mimo wielkiej ilości dzieci nie zawsze miała się z kim bawić i większość czasu po prostu przeczekiwała. Podobały się jej tylko makabryczne piosenki  z nieoficjalnego obiegu dobrze oddające nastrój tej ponurej kazamaty  np. ta o fabrycznej dziewczynie. Życie fabrycznej dziewczyny nie było łatwe, gdyż „co dzień o szóstej rano ryk syren budził ją” – Malwinka czuła tą sprawę gdyż i ją o podobnej porze wyciągano z łóżeczka i wleczono do tego przedpiekla. Niewyspana fabryczna dziewczyna musiała przysnąć lub się zagapić, bo „nagle pędzące koła w tryby wkręciły ją, krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”. W efekcie „nad jej grobem chłopak stał, o śmieć Boga prosił”. Tu Malwinka mogła bezkarnie dać upust łzom żalu nad nieszczęsną fabryczną dziewczyną, swoja własną niedolą i chłopakiem, który nie mógł się doprosić śmierci. To musiał być naprawdę swój człowiek, myślała Malwinka nie tak jak Hendryk, bohater kolejnego hitu.

 Otóż pewien człowiek mający córkę przecudnej urody z niejasnych względów „wydał ci ją za Hendryka, największego rozbójnika”, który zabił jej brata i zabrał jego chustkę. Musiała być skrwawiona, gdyż Hendryk zażądał:

„Żono, żono wypierz mi ja i na słońcu wysusz mi ją

Żona prała i płakała, bo tą chustkę poznawała

To jest chustka brata mego, wczoraj w nocy zabitego”

Hendryk, gdy to usłyszał bardzo się na nią rozzłościł i:

„rano wywlókł ją na łączki, powyrywał białe rączki

Powyrywał białe rączki i wydłubał jasne oczy…”

Potworność tego czynu nie mogła się pomieścić w głowie, choć po namyśle Malwinka stwierdziła, że niektórzy chłopcy, jak np. Maciek Dzięcioł – jej główny prześladowca – mogli być zdolni do czegoś podobnego. Mówili brzydkie słowa jak na przykład pisiorek, albo nawet sisiorek i inne, których znaczenia nie rozumiała. Podczas ciszy poobiedniej, gdy tylko pani wyszła, wyskakiwali z pościeli i pokazywali wszystkim dzieciom gołe tyłki i inne przedziwne części ciała. Maciek Dzięcioł robił świecę na łóżku, po czym na przemian błyskawicznie  ściągał i nakładał majtki, wołając „iii – ooo, iii – ooo jedzie karetka pogotowia!”

Karetka pogotowia rzeczywiście przyjechała, kiedy Magda Szczypalska popchnęła małą Taśtę tak mocno, że ta upadła uderzając głową o kant ławki i rozcięła sobie łuk brwiowy. „Krew popłynęła z czoła, oczy zbryzgane krwią”, choć Taśta nie była fabryczna dziewczyną i Malwinka miała niepokojące przeczucie, że nad jej grobem nikt by o śmierć Boga nie prosił. Tymczasem żyła jeszcze, leżała na podłodze trzymając biedne małe rączki przy twarzy, a jej płacz nie miał już w sobie nic ludzkiego, przypominał skowyt rannego zwierzęcia. Malwinka nie widziała nigdy w życiu takiej ilości krwi – i to wszystko wypłynęło z drobnej, chudej Taśty

Rana wymagała szycia. Pani wezwała obie mamy – dręczycielki i jej ofiary. Mama Taśty – starsza, zmęczona, skromnie ubrana – wyglądała dziwnie obojętnie, bardziej skrępowana faktem wezwania jej do przedszkola niż przejęta losem swego dziecka. Mama Magdy Szczypalskiej – śliczna, młoda i elegancka, z pobladła twarzą i łzami napływającymi do oczu – była przerażona i roztrzęsiona. Malwinka współczuła jej z całego serca, że urodziła takiego potwora.

 Magda Szczypalska bowiem, choć formalnie należała do dworu królewny Żanety - przedszkolnej elity - i mogła bawić się najładniejszymi zabawkami, szybko się tym nudziła. Zdecydowanie wolała zabawę kosztem innych dzieci. Taśta była ofiarą idealną – zastraszona, drobna i słaba, sepleniła(mówiła „t” zamiast „k”) i często robiła „tuptę” w majtki. Płakała wtedy cichutko, bojąc się powiedzieć komukolwiek, gdyż pani, kiedy cos takiego odkryła, nie kryjąc zniecierpliwienia i obrzydzenia, zawstydzała ją przed innymi dziećmi.

- Zesrała się w gacie !!! – wołała Magda Szczypalska w uniesieniu, wybuchając przy tym śmiechem, o którym trudno powiedzieć czy był bardziej okrutny czy głupkowaty. Na jej widok Taśta bladła i drętwiała w bezruchu jak mały ptaszek pod wzrokiem jadowitego węża. Dręczycielka  próbowała jak daleko może się posunąć, a nie napotykając oporu posunęła się za daleko. Teraz nawet ona czuła się nieswojo. Przez kilka dni wszystkie dzieci unikały jej jak zadżumionej i Malwinka ze zdziwieniem odkryła na jej twarzy coś, co trochę przypominało ludzki wyraz smutku i zagubienia. Taśta do przedszkola już nie wróciła, a Magda Szczypalska po krótkim okresie niełaski zajęła swoje miejsce na dworze królewny Żanety, gdyż nikt, absolutnie nikt nie mógł się oprzeć pięknym drogim zabawkom i słodyczom, których nie skąpili jej zamożni rodzice.

Niedługi czas po tym zdarzeniu, kiedy Malwinka wciąż miała w oczach zakrwawioną Taśtę, a w uszach jej krzyk, wyglądając na przedszkolne podwórko zauważyła coś niezwykłego. Na nagich gałęziach drzewa oprócz wróbli, które zawsze tam były, siedział kanarek. ”Musiał uciec z klatki” pomyślała i uśmiechnęła się mimo woli Wyglądał jak promień słońca w tym ponurym otoczeniu. Tego dnia oczekiwanie na mamę nie dłużyło jej się tak bardzo.

Nazajutrz jesienne słońce nieśmiało przezierało się przez zasłonę chmur, więc pozwolono dzieciom wyjść na dwór. Malwinka rozglądała się bacznie w nadziei ujrzenia kanarka - dziś nie była całkiem pewna czy jej się nie przywidział. Straciła już nadzieję, gdy nagle wzrok padł na jaskrawożółty przedmiot leżący na ziemi – był to kanarek, martwy. Malwinka przykucnęła i podniosła go – był zimny i sztywny.

- Zadziobały go wróble – głos dochodził z góry, więc Malwinka podniosła wzrok. Na najniższej gałęzi drzewa siedział nieduży, ciemny ptak z żółtym dzióbkiem. Jego skrzydła połyskiwały wszystkimi kolorami tęczy.

- Dlaczego? – wyszeptała dziewczynka.

Szpak wzruszył skrzydłami.

 – Był inny i nie umiał się obronić. Każdy z tych powodów z osobna byłby wystarczający, a co dopiero oba naraz – ptak wydawał się znudzony wyjaśnianiem takiej oczywistości.

- Przecież chyba nie zrobił im nic złego? – Nie mogła zrozumieć Malwinka.

- Co to ma do rzeczy? – Ptak był wyraźnie zniecierpliwiony.

- Bo moja mama mówi, że jak ktoś jest dobry dla innych to i inni są dobrzy dla niego i że nie wolno odpłacać złem, nawet jeżeli ktoś jest dla nas zły, a co dopiero atakować kogoś, kto nic nam nie zawinił – wyjaśniła Malwinka cierpliwie.

- Nigdy czegoś podobnego nie słyszałem – prychnął ptak pogardliwie. – I nie widziałem nigdy ludzi stosujących się do takiej nauki – dodał po chwili namysłu.

Malwinka milczała. Musiała w duchu przyznać mu rację. Spojrzała na mieniące się kolorowo piórka na skrzydłach ptaka

 I cos ja zastanowiło.

- Przecież ty także jesteś kolorowy, dlaczego nikt nie zadziobał ciebie? – zapytała olśniona.

 - Wszystkie szpaki takie są – odrzekł ptak z godnością. – A poza tym jak możesz porównywać niewypowiedzianie elegancki połysk moich piórek z wściekłym kolorem tego tu nieszczęśnika – dodał urażony.

- Mi się podoba, jest jak słońce.

- Lepiej by było dla niego, żeby nie był, albo żeby poszukał sobie towarzystwa innych nieprzyzwoicie żółtych kanarków – odparował szpak i już go nie było.

Malwinka zakopała małego trupka i zamyślona wróciła do przedszkola.

      Tego dnia przy obiedzie Maciek Dzięcioł wymyślił sobie nową rozrywkę – chlapanie zupą na Malwinkę. Z chwilą gdy tłuste krople zlądowały na okularach  dziewczynki i ładnej, uszytej przez mamę sukience, coś się w niej odmieniło. „Nie chcę być zadziobanym kanarkiem, niech dorośli, jeśli są tacy mądrzy, decydują, czym należy odpłacać za coś takiego” pomyślała gwałtownie wstając od stołu i kierując się prosto w stronę pani przedszkolanki. Skutek tej interwencji przerósł najśmielsze oczekiwania Malwinki – Maciek Dzięcioł musiał skończyć swój obiad na środku stołówki, siedząc na ziemi przy krzesełku. „Ponieważ je jak świnka” wyjaśniła pani. Wyglądał przez chwilę jak bardzo nieszczęśliwy zawstydzony chłopczyk do momentu, kiedy jego wzrok jego padł na Malwinkę.

- Sssskarżypyta – wysyczał złowieszczo.

- Sam się o to prosiłeś – odpowiedziała z bezpiecznej odległości.

Całe to zajście wstrząsnęło przedszkolną opinią publiczną. Nie przyczyniło się do wzrostu popularności Malwinki na dworze królewny Żanety, z którym Maciek był związany, ale inne dzieci były usatysfakcjonowane widokiem jego upokorzenia – praktycznie każdemu dał się kiedyś we znaki. Malwinka miała niewygodne poczucie, ze złamała reguły jakiejś gry, w której mimowolnie brała udział, że wykroczyła poza rolę, którą jej wyznaczono. Nikt nie ośmielił się już dokuczać jej, otoczył ją niewidzialny mur i tylko wysyczane szeptem słowo „skarżypyta” dobiegało czasem jej uszu.

Wkrótce potem przyszło upragnione wyzwolenie i to za sprawą niesfornego, uciekającego prawego oczka – Malwinka musiała iść na operację do szpitala. Była to perspektywa sama w sobie mrożąca krew w żyłach, ale oznaczała koniec przedszkola, czyli to, czego Malwinka pragnęła najgoręcej.

poniedziałek, 20 maja 2019

O molestowaniu dzieci i fałszywych oskarżeniach

Pod wpływem moralnego wzmożenia w przestrzeni publicznej wypłynęło z mroków mojej niepamięci pewne zdarzenie z dzieciństwa. Kiedy miałam 9, góra 10 lat wysłano mnie na tzw kolonie do Zawady. Na miejscu okazało się, że wśród dzieci znalazła się przez pomyłkę dziewczynka z zupełnie innej grupy. Jechała z daleka, była zmęczona i przerażona. Nasi opiekunowie zdecydowali, żeby chwilę odpoczęła zanim, ktoś odwiezie ją tam, gdzie powinna się znaleźć. Położono ją do łóżka w środku dnia, w dużej sali dla "mojej" grupy. Zasnęła natychmiast snem wyczerpanego dziecka.

Kiedy pozostałe dziewczynki niepewnie rozpakowywały plecaki i wkładały rzeczy do nocnych szafek, jedna zainteresowała się śpiącą. Zdjęła z niej kołdrę, następnie majtki i zaciekawieniem oglądała (a nawet macała) jej przyrodzenie ku uciesze niektórych i zgrozie pozostałych. Jeśli nie jest to molestowanie seksualne, to co nim jest?  Czy jakikolwiek rodzic chciałby, aby tak potraktowano jego dziecko? A "po ile gazetki" - zabawa polegająca na podnoszeniu spódnicy i odsłanianiu majtek nie jest formą molestowania, zwłaszcza jeśli jest elementem pastwienia się nad słabszą jednostką przez starsze (albo bardziej zdeprawowanie) dziewuchy lub chłopaków? W znęcaniu się nad słabszym dzieckiem często (jeśli nie zawsze) obecny jest element seksualny, który czyni jego upokorzenie znacznie bardziej dotkliwym.

Wbrew popularnej wizji świata, która przypisuje dzieciom absolutną niewinność, a ich opiekunom (zwłaszcza jeśli to księża) nieczyste intencje, zło rozmieszczone jest ponad takim podziałem. Dzieci są karykaturami dorosłych, pozbawionymi cienkiej warstwy kultury i wiedzy o tym, co wypada udawać. Zło u dziecka występuje w stanie czystym. Dorośli mogą tego nie zauważać, gdyż młodociany potwór instynktownie kieruje je przeciw słabszym, a wyżej stojącym w hierarchii stada prezentuje ujmujący sposób bycia. Doskonale wie, kiedy to się opłaca. Rodzice często bywają zaskoczeni dowiadując się o wyczynach swoich psychopatycznych potomków wobec rówieśników i młodszych dzieci (albo starszych, chorych i bezbronnych).

Psychopatyczne dzieci również wiedzą doskonale, który z dorosłych stoi nisko w porządku dziobania i nie wahają się próbować go zniszczyć, co jest zajęciem bardziej ekscytującym niż znęcanie się nad rówieśnikami. Często zdarza się doświadczać takich prób młodym, niedoświadczonym,  lub nie lubianym przez dyrekcję nauczycielom.

Pracowałam kiedyś na zastępstwo w szkole podstawowej w Trójkącie Bermudzkim. Mieszkańcy Wrocławia wiedzą co to oznacza. Wiele dzieci było dokładnie takich jak można w tych okolicznościach oczekiwać, niektóre wyrzucono z ośrodków zamkniętych, gdyż opiekunowie nie dawali sobie z nimi rady. Grono nie powitało mnie zbyt serdecznie z przyczyn dla mnie niejasnych. Być może wyczuto we mnie (słusznie) jednostkę bardziej wrażliwą, mniej przystosowaną, ergo nieodpowiednią do takiej pracy.

Ze szczególnym "rozrzewnieniem" wspominam pewną Martusię, która specjalizowała się w robieniu mi czarnego PR-u. Raz po raz dowiadywałam się od jej nawiedzonej matki (psychologa z zawodu!) lub szkolnej pani pedagog, że ciągnęłam ją za włosy, kopałam lub wyzywałam. Zapewne wszystko to należało z tym gównem zrobić, ale powstrzymałam się przez roztropność. Do kampanii przeciwko mnie przyłączyła się po pewnym czasie moja kolejna "faworytka" Andżelika (sic!). Pod iście anielską powłoką kryła się najbardziej wredna, wyrafinowana mała kurewka jaką w życiu widziałam. Powiedziano mi, że należy biednemu dziecku okazywać serce, lecz biedne dziecko znacznie lepiej się bawiło organizując nagonki na nauczyciela (z fizycznym atakiem włącznie). O wyczynach przedstawicieli mniejszości romskiej i psychopatycznych młodzieńców wyrzuconych z ośrodka zamkniętego nawet nie chce mi się pisać.

Najdziwniejsza w tym wszystkim była reakcja kadry i dyrekcji. Wiedząc doskonale z kim mają do czynienia, uważali "świadectwo" zaburzonych gnoi za równie, lub więcej, warte niż moje. Musieli zdawać sobie sprawę, że jestem osobą łagodną, chwilami wręcz ciapowatą, ale chcieli widzieć we mnie złoczyńcę, by ocalić swą wiarę w "dobro" i "niewinność" dzieci, która ukryta dla oka, czai się pod szorstką powłoką arogancji i chamstwa. Szczęściem dla mnie zwolniło się miejsce w liceum, gdzie przeszłam w trakcie roku szkolnego, po czterech miesiącach ekscytujących doświadczeń.

Mniej szczęścia miał kardynał Pell z Australii, który potraktował poważnie zadanie uporządkowania finansów Watykanu. Natychmiast dowiedział się, że molestował ministranta 30 lat temu. Mając słowo przeciw słowu sąd uwierzył oskarżeniu i posadził najprawdopodobniej niewinnego człowieka do pierdla, gdzie nie ma nawet możliwości odprawiania mszy św.

Uczciwy człowiek jest wobec oszczerstwa bezradny, nie umie się nim posługiwać, nie umie sobie nawet wyobrazić, że ktoś mógłby kłamać z pełną świadomością. W przypadku spraw o molestowanie na ogół wygrywa ten bardziej bezwzględny - ten kto fałszywie oskarżył i wie jak wywołać współczucie lub ten kto, kto wybrał  łatwą do zdyskredytowania ofiarę. i może liczyć na wsparcie możnych przyjaciół.








czwartek, 8 lutego 2018

O naiwności i polityce

Pisałam już kiedyś na tym blogu jak bardzo zachowania grupy ludzi przypominają zachowania stada zwierząt. Jeszcze bardziej szokujące jest podobieństwo polityki międzynarodowej do ustalania hierarchii w stadzie. Poszczególne kraje zachowują się jak jednostki, które wypracowują porządek dziobania. Podobieństwo do mechanizmów stadnych jest jeszcze wyraźniejsze niż w przypadku pojedynczych ludzi, z tym że doprawione perfidią zgoła szatańską.

Jestem pod wrażeniem podobieństwa sytuacji mojego kraju na arenie międzynarodowej do sytuacji w których nie raz sama się znajdowałam w życiu. Bardzo dobrze znane mi są próby oczerniania przy pomocy zarzutów wziętych z kosmosu, zastraszania celem wymuszenia ustępstw, zmasowanego ataku, do którego przyłączają się osoby pozornie życzliwe czy wściekłość stada gdy dotychczasowa ofiara wychodzi z roli, w której ją obsadziło itp.

Zawsze tłumaczyłam sobie takie sytuacje faktem, że jestem "jednostką bardziej wrażliwą, gorzej przystosowaną" jak mnie ktoś wnikliwie określił. Czy jednak można takie cechy przypisać krajowi? A jeśli tak, to skąd się biorą we wspólnocie narodowej? Przecież składa się ona z  najprzeróżniejszych osób, a te bardziej wrażliwe, gorzej przystosowane nigdy nie dzierżą steru rządów, ani nie należą do elit. Z punktu widzenia kogoś takiego, każdy jest sprytniejszy, zaradniejszy i lepiej urządzony w życiu. Jakim cudem więc kraj złożony z ludzi zaradnych, sprytnych i umiejących się urządzić w życiu, na arenie międzynarodowej przypomina jednostkę bardziej wrażliwą i mniej przystosowaną ? Czy jest to kwestia historii, sąsiedztwa, wierności tradycji, zasobów czy też wadliwego mechanizmu wyłaniania elit?

A może wszyscy rzeczywiście jesteśmy bardziej wrażliwi i mniej przystosowani, a ci którym się powiodło w  życiu  zawdzięczają to wyłącznie powiązaniom rodzinno-towarzyskim? Obawiam się, że coś takiego musi mieć miejsce. Nasza krajowa hierarchia stadna nie jest kompetencyjna. Mechanizm wynoszenia ludzi na najważniejsze stanowiska nie promuje zdolności i kompetencji tylko wynika z powiązań rodzinno-towarzyskich. Jeśli to się nie zmieni czarno widzę naszą przyszłość.

Widziałam dzisiaj na YouTube wczorajsze "W tyle wizji". W ramach sondy zaprezentowanej w programie pewien Cygan wypowiadał się ciepło o Polsce. Jednym z powodów, dla których dobrze mu się tu żyje jest fakt, że "Polak to katolik i jest naiwny" jak się wyraził. Z punktu widzenia Cygana naiwność otoczenia jest okolicznością sprzyjającą, w polityce międzynarodowej natomiast najgorszą wadą jaka można sobie wyobrazić.

Wygląda na to, że nie mnie jedną uczono za młodu "bądź dobra dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie". Tego rodzaju przedziwne nauki kładłam na karb kresowego pochodzenia, wykorzenienia i nie przystawania do nowych warunków moich rodziców. Nie sądziłam, że podobne przekonanie podzielają osoby odpowiedzialne za politykę zagraniczną naszego kraju. Może to jest przekazywane genetycznie? Pamiętam jak w liceum śmialiśmy się z "wątku polskiego" pewnej amerykańskiej powieści (nie pamiętam tytułu, ani autora). Autor pisze o Polakach pracujących w kopalni gdzieś na zachodzie, ze "to dziwni ludzie, nie rozumieją zła". Byli tak skrajnie naiwni, że nie mieściło im się w głowie, że ktoś może ich oszukać, nie zapłacić za pracę itp.

Wypada przyznać mu rację, zwłaszcza jeśli chodzi o naszych polityków. Z naiwnością do twarzy może być tylko bardzo młodej, uroczej i bardzo dobrze chronionej córeczce wysoko postawionego tatusia, ale nigdy ludziom, na których barkach spoczywa odpowiedzialność za los milionów współobywateli. Ludzie, ogarnijcie się!!!


niedziela, 15 marca 2015

Jeszcze o hierarchii stadnej

Wspominałam już kiedyś na tym blogu, że jestem zapamiętałą wielbicielką programu Journey Home EWTN, w którym ludzie różnych wyznań opowiadają o swojej drodze do Kościoła Katolickiego.
Niedawno obejrzałam jeden z moich ulubionych odcinków z panią Talat Storkirk, muzułmanką z Indii, której życie byłoby fantastycznym materiałem na scenariusz filmowy.(https://www.youtube.com/watch?v=S0iXAXXxQvY)

Nie będę jednak streszczać całej tej historii, powiem tylko, że swoje nawrócenie w dużym stopniu zawdzięcza siostrom zakonnym prowadzącym szkoły, w których się kształciła. - w tym sensie, że była to dla niej okazja, żeby się z Chrześcijaństwem zetknąć.

Na koniec programu z dużą swadą wyrażała wdzięczność tym wszystkim siostrom, które przyjeżdżały z Europy do Indii nie bacząc na upał, brud i muchy i dawały z siebie wszystko, nic z tego nie mając. Wszystko to bardzo piękne i wzruszające aż do momentu kiedy wspomniała, że szkoła w Karaczi, do której sama chodziła była kiedyś elitarna, a obecnie - ponieważ nie pracują już w niej siostry z Europy - bardzo podupadła.I tu dochodzimy do sedna - siostry Hinduski czy też Pakistanki są przygotowane równie dobrze do pracy jak ich Europejskie poprzedniczki, ale pochodzą z niewłaściwej kasty.

Więc to nie cnota, skromność ubioru, czystość, święte życie i wiedza były magnesem dla zamożnych hinduskich (pakistańskich) rodzin tylko odcień skóry jaśniejszy niż najwyższych kast ich społeczeństwa i pochodzenie z narodu, który ich podbił (a więc jest lepszy, bo silniejszy).

Strasznie to smutne ale prawdziwe.