Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 grudnia 2025

O powołaniach z przygnębieniem

Poniedziałek, piąty dzień w oktawie Bożego Narodzenia. Tej nocy spałam, ale na przygnębienie nie pomogło. Wielki smutek z kategorii tych, co odbierają sily fizyczne.

Wczoraj w kościele byl czytany list biskupów o rodzinie. Duża część skierowana do osób żyjących w związkach nieregularnych w tonie ciepłym i zapraszającym. Wszystko to bardzo pięknie, tylko tacy ludzie do kościoła nie chodzą, a listy biskupów mieliby w glębokim poważaniu, gdyby wiedzieli o ich istnieniu.

"Osobom, które nie weszły w związki malżeńskie" nie poświęcono nawet pełnego zdania. Zostały tylko wymienione wraz ze staruszkami i niemowlętami jako ci którzy "TEŻ mają swoje miejsce w rodzinie". Jakiej rodzinie niby, skoro żadnej nie założyli?

Nawet się tym nie zdenerwowałam, bo byłam zbyt przygnębiona i niewyspana, ale w mojej głowie znów uruchomil się proces myślowy nieodmiennie prowadzący do wniosku, że nauka Kościoła o tzw "powołaniach", a przynajmniej jej wersja dla parafian, ma słaby związek z rzeczywistością.

Kiedyś - pod wpływem rekolekcji ignacjańskich - pisałam na tym blogu o rozeznawaniu powołania. Proces - w uproszczeniu - miał składać się z badania własnego serca, a następnie droga, którą się wybrało, musiała być poddana weryfikacji przez Kościół lub świat. Np mlodzieniec czuje powołanie zakonne (spowiednik też tak uważa) - znajduje więc klasztor, który go przyjmie, a potem przygląda mu sie przez ileś lat i jeśli zaakceptuje, znaczy trafił na swoje miejsce. Inny chłopak uważa, że ma powołanie małżeńskie i konkretną dziewczynę na myśli. Podejmuje decyzje, kupuje kwiaty, Pan Jezus się do niego uśmiecha z obrazu, a wybranka daje mu tzw "odkosza" i sprawa się rypła. Jeśli z drugą lub kolejną się uda, znaczy, że dobrze rozeznał.

Pytanie co się dzieje kiedy on czuje powołanie malżeńskie, a żadna go nie zechce? To samo odnosi się do kobiety. Kościół nie ma na to żadnej, ale to żadnej odpowiedzi i nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowany jej szukaniem. Teksty, że "każdy jest powołany do miłaści" są na takim poziomie ogólności, że po prostu nic nie znaczą. Tak samo slowo milość nic nie znaczy, skoro używamy go na określenie zjawisk tak różnych jak siła, która stwarza świat z niczego i podtrzymuje w istnieniu, instynkt macierzyński lub rozrodczy czy milosierdzie, w ludzkiej wersji najczęściej przypominające litość.

Na własny użytek już dawno wyrzuciłam takie rozumienie powołania do śmieci, jako całkowicie nieprzydatne, a wręcz szkodliwe dla zrozumienia  mojej sytuacji życiowej. Bliższe mi jest podejście bardziej szczególowe jak np "lekarz z powołania" lub "nauczyciel z powołania". Niestety również one podlegają weryfikacji przez świat, który musi je potwierdzić. Musisz znaleźć takie miejsce i okoliczności, by móc je realizować. A jeżeli nie znajdziesz? Znaczy, że się mylileś? Tylko ci się wydawało? Jeśli nie znajdziesz, a trafisz na coś zupelnie innego, w czym się z czasem odnajdziesz, a z perspektywy czasu uznasz za lepsze rozwiązanie, to możesz uznać, że Opatrzność skorygowała twoje plany z korzyścią dla ciebie.

Co jednak się dzieje, kiedy świat cię odrzuca, a Opatrzność patrzy w inną stronę? Nie znalazłeś (-aś) czego szukałeś (-aś), ani niczego innego. Nie masz żadnego powołania czy Bog ci nie pobłogoslawił?

Weźmy na przykład Adama Humera. Mimo, że syn małorolnych chłopów miał możliwość studiowania prawa w sanacyjnej Polsce przez trzy lata na KULu aż do wybuchu wojny, a następnie, jako komunista, mógł kontynuować studia we Lwowie. Po wojnie szybki awans w UB, a kiedy jego metody wyszły z mody, chwilowy azyl w ministerstwie rolnictwa i powrót tylnymi drzwiami do SB w charakterze doradcy.

Dlaczego wybralam zbrodniarza komunistycznego? Właśnie dlatego! Jeśli otwieranie się kolejnych drzwi jest oznaką blogosławieństwa lub właściwego rozeznania swojej życiowej drogi, to Humer był katem z powołania. Na tej samej zasadzie Kiniula Gajewska jest parlamentarzystką z powołania i z blogosławieństwem bożym, podobnie jak Belzebub Myrcha (wice)ministrem, a jego teściu mafiozem!

Co z tego wynika? Dokładnie nic, niestety! Albo, że pojęcia, ktorymi się poslugujemy są wzięte z dupy i powinny do niej wrocić, bo się do niczego innego nie nadają!

P.S.

Widziałam w Internecie sporą ilość filmików wrzucanych przez amerykańskich nauczycieli rezygnujących z pracy w szkolnictwie z powodu "evil" albo "mean students", rodziców, dyrektorów i chorego systemu zamienionego z edukacji na jeden wielki "babysitting service". 

Te nieszczęsne młode kobiety, które od dziecka marzyły o pracy nauczycielki, ze szlochem opowiadają z czym się zetknęły ze strony bachorów i ich rodziców. Jak boleśnie prawdziwe są te historie i emocje mogę zaswiadczyć mając bardzo podobne doświadczenia z rodzimą kanalią. Słuchanie tego jest dla mnie jak katharsis, mogę uwolnić emocje bez konieczności wspominania własnej traumy. Płakałabym z nimi, gdybym była do tego zdolna.

Więc co z nimi? Nie miały jednak powołania? Nikt nie ma takiego powołania? Powszechna edukacja jest contra naturam, więc z definicji nie może być tylu powołań nauczycielskich?

Magda Umer opowiada, że jako juz jako 12-letnia dziewczynka marzyła o pracy nauczycielki i dlatego po maturze poszla na polonistykę. "By przeczytać jak najwięcej mądrych książek o literaturze" i uczyć dzieci. Cytuję z pamięci, ale raczej sie nie mylę, gdyż te słowa mnie uderzyły. Magda Umer -licealistka- wyobraża sobie studia filologiczne jako czytanie książek O LITERATURZE, a nie samej literatury. To potwierdza moje podejrzenia, że w humanistycznej klasie liceum dla komunistycznych elit młodzież nigdy nie obcowała bezpośrednio z literaturą, tylko zawsze w formie zapośredniczonej - z opracowań pozbawionych ideologicznie wątpliwych wątków i odniesień. Stąd kiedy znalazla się na studiach, jakiekolwiek aluzje do Pisma Świętego w tekstach literackich były dla niej zupełnie nieczytelne, jak sama wyznała.

Jednak nauczycielką nie została, bo wkroczyła Opatrzność w postaci starszych kolegów z wiadomego liceum, którzy zaproponowali jej współpracę w tworzonym przez nich kabarecie, bo ładnie śpiewała i deklamowala wiersze. Dalej "naturalną koleją rzeczy" zabawa w kabaret zamieniła się w pracę i okazało się, że powołaniem Magdy jest scena!

W ogóle Opatrzność bardzo troskliwie opiekowala się rodziną Umerów/Humerów i innymi podobnymi, których potomkowie straszą z mediów, scen teatrów i ekranów kinowych. Niektórych powołaniem okazały się kariery bardziej dyskretne, ale zdecydowanie bardziej lukratywne...

Co robi z tą wiedzą katolik w swoim udręczonym serduszku. Ano to samo co zawsze, czyli po raz kolejny utwierdza się w przekonaniu, że myśli Boga nie są naszymi myślami, a drogi jego naszymi drogami, a ludzie Kościoła nie powinni wymyślać pojęć, ktore nie maja związku z rzeczywistością i straszyć nimi wiernych, amen.




niedziela, 22 grudnia 2024

Kilka refleksji przed Świętami Bożego Narodzenia

Refleksja pierwsza:

Dlaczego w okresie przedświątecznym moce ciemności się tak uaktywniają? Dziś w nocy dostały regularnego pierdolca. Gdybym wiedziała, że to czas ich szczególnej aktywności nie oczekiwałabym spokojnego snu, tylko uznałabym to pandemonium za pokutę za moje liczne grzechy. Dlaczego nie słyszymy o tym z ambony? Przecież Kościół taką wiedzę posiada, więc dlaczego sie nią nie dzieli?!!!

Refleksja druga:

Poczułam potrzebę poważnej pokuty na dzień przed skończeniem adwentu i co teraz? Historia z niemiłym mailem od dawnej znajomej uzmysłowiła mi, że zupelnie nieświadomie mogłam zrazić do siebie/skrzywdzić wielu ludzi. Niewiele się nad tym do tej pory zastanawiałam bezpieczna w przekonania, że nigdy nie byłam dla nikogo  wystarczajaco ważna, by moje slowa, czyny czy zaniechania mogły kogokolwiek  zranić... A jednak - ważna czy nie - mogłam okazać sie niewdzięczna, bezmyślna albo po prostu nieokrzesana...

Refleksja trzecia:

Jeśli jakimś cudem doszłabym w życiu do wielkich pieniędzy, wykupiłabym wszystkie lokale w swoim bloku i sprowadziła karmelitanki bose, żeby tu zamieszkały. Albo ufundowłabym klasztor dla jakichś sióstr kontemplacyjnych, w którym byloby też mieszkanie dla mnie. Siostry miałyby obowiązek modlić sie za mnie także po śmierci...

Refleksja czwarta:

W ruskim filmie Wyspa (Ostrow), do jednego z mnichów mieszkajacych w klasztorze na tytułowej wyspie przybywa udręczona młoda kobieta prosząc o blogosławieństwo na... aborcję. Nieszczęsna płacze, bo rozumie czym w istocie jest ten "zabieg", ale myśli, że musi się mu poddać, bo inaczej nigdy nie wyjdzie za mąż. Mnich stwierdza bezceremonialnie, że za mąż i tak nie wyjdzie (wystarczy na nią popatrzeć), a dziecko - błękitnooki chłopiec - będzie radością jej życia...

Gdyby Pan Bóg za młodu pokazywalby nam co zostanie z naszych planow czy pragnień w wieku lat 59 i proponowalby swój plan, o ileż chętniej godzilibyśmy mu zaufać, wiedząc, że tak naprawdę nie mamy nic do stracenia oprócz złudzeń...

Inna sprawa ilu z nas byłoby w stanie w wieku lat 18-20 unieść taką wiedzę bez wyskoczenia przez okno. Ja raczej nie...

Refleksja piąta

"Nigdy nie wiadomo, które z naszych działań lub zaniechań, będzie miało nieskończone konsekwencje..." To, niestety, najprawdziwsza prawda

Teraz jestem gotowa płynnie wejść w okres Wielkiego Postu, ale wszystkim czytelnikom życzę Blogosławieństwa Bożego na Święta Bożego Narodzenia!!



czwartek, 16 grudnia 2021

O rozeznawaniu woli Bożej

W ramach rekolekcji ignacjańskich, w których biorę udział, wysłuchałam w zeszłym tygodniu konferencji o rozeznawaniu. Musiałam o tym czytać wielokrotnie w przeszłości, bo brzmiało bardzo znajomo. Jak więc rozeznać wolę Bożą w swoim życiu? Ano trzeba zacząć od przyjrzenia się swojemu sercu - jego pragnieniom i emocjom, które budzą. O ile dobrze zrozumiałam, zaczynamy właśnie od natury, od tego w co jesteśmy wyposażeni, w jakie talenty i aspiracje. Następnie pytamy Jezusa co on o tym sądzi. W kroku trzecim wypowiada się Kościół czy też świat.

Mogę sobie wyobrazić sytuację, kiedy jakiś młody człowiek czuje się powołany do kapłaństwa/ życia konsekrowanego, pan Jezus zdaje się go w tym utwierdzać, a na koniec chłopak zostaje przyjęty do seminarium czy zakonu - czyli wypowiada się Kościół, który dalej rozeznaje przyglądając się mu podczas 5, 6 lat formacji. Jeśli wszystkie trzy elementy (serce, Jezus i Kościół/świat) się zgadzają, a umysł wypełnia  pokój,  można mieć pewność, że wybór jest zgodny z wolą Bożą, ergo jest optymalny pod każdym względem.

W przykładzie ojca rekolekcjonisty młody człowiek jest przekonany, że to ta dziewczyna. Pyta Jezusa na modlitwie, a ten zdaje się to potwierdzać. Tak utwierdzony młodzieniec szoruje do swej wybranki, a ona wypowiada się odmownie. Co wtedy? Kto nie rozpoznał woli Bożej chłopak czy dziewczyna? Młody jezuita jednoznacznej odpowiedzi nie udzielił tylko rozłożył bezradnie ręce, w sensie, że bywa i tak.

Mój własny przykład, niestety, jest bardzo podobny. Zostałam wyposażona w pewien talent, który domaga się realizacji. Co więcej wielokrotnie na modlitwie czułam bardzo silny impuls, żeby wykonać konkretny krok w tym kierunku. Szłam za tym z przekonaniem, że to zgodne z wolą Bożą. Świat wypowiadał się czasem pozytywnie w jakichś drobnych przedsięwzięciach, ale żadna droga (ani nawet ścieżynka) się przede mną nie otworzyła. Mówiąc językiem kościelnym Pan Bóg nie pobłogosławił, czyli świat wypowiedział się odmownie. Nie jestem pewna czy to dokładnie to samo, ale efekt jest identyczny.

Więc zostałam z moim niezrealizowanym darem, kompletnie wyautowana z systemu, gdyż zamiast myśleć o urządzeniu się w życiu, usiłowałam podążać za swoim pragnieniem. Ktoś mógłby przytomnie zapytać "dlaczego więc tego nie robisz, przecież w takiej sytuacji nie brak ci czasu?" Takiemu komuś odpowiedziałabym, że brakuje mi minimalnego poczucia bezpieczeństwa - strach przed brakiem emerytury paraliżuje mnie i każe nerwowo szukać jakiegokolwiek pracy.

Tak więc mój wniosek jest raczej smutny - nieważne dokąd wyrywa się nasze serce, nieważne co mamy na wyposażeniu, ba - nie ważne nawet to, co wydaje nam się słyszeć na modlitwie. To świat ma ostatnie słowo. Muszę przyznać, że w takiej sytuacji proceder pytania własnego serca, czy też Pana Jezusa na modlitwie, wydaje mi się po prostu zbędny. 

Może trzeba wyjść od rzeczywistości i po prostu przyjąć, że każdy z nas jest dokładnie w takim miejscu, w jakim powinien być i ma taką pracę, jaką powinien mieć. Rezygnacja z czegoś, co jest, w imię czegoś, co istnieje jedynie w sferze pragnień, jest zawsze błędem i to takim, który może mieć nieskończone konsekwencje. Wbrew pozorom to nie jest wybór moralnie obojętny. Błąd to gorzej niż grzech, w każdym razie jeśli chodzi o konsekwencje. Św. Paweł pisze "gdzie wzmógł się grzech tam jeszcze obficiej rozlała się łaska". Niczego takiego nie przeczytamy o błędach. Owszem możemy się na nich uczyć, ale czasem taka wiedza jest już do niczego nieprzydatna, bo skutki są nieodwracalne.

Z tych i innych niewesołych rozmyślań wyrywają mnie ptaczki (tak ma być: szpak - szpaczek, ptak - ptaczek) przylatujące na wysoki orzech pod moim oknem:


Sikorka bogatka

Sikorka modra - modraszka. 

Gil schowany za gałązką w pochmurny dzień


Gil w całej okazałości na tle błękitnego nieba

Wyznam, że obserwacja tych uroczych stworzeń przynosi mi więcej pożytku duchowego (nie mówiąc już o radości) niż próby rozeznawania woli Bożej czy szukanie swojego "powołania".



środa, 1 grudnia 2021

O modlitwie, przy okazji rekolekcji ignacjańskich

Biorę udział w rekolekcjach ignacjańskich u jezuitów na Stysia. Zaczęły się w zeszłą środę. Mam znowu ten sam problem, co z każdymi innymi rekolekcjami - budzą we mnie szczerą irytację i zaburzają pokój ducha. Dlaczego?

Z powodu słów, niestety. Nieważne czy są to słowa kaznodziei wygłaszane do wiernych, czy też pewne sformułowania w "punktach", które dostajemy do medytacji. Objawienie, co prawda, jest zawarte w słowach Pisma Świętego, których słuchamy ilekroć jesteśmy na mszy (a co gorliwsi nawet czytają je codziennie). Te mogą być inspirujące lub budzić w nas sprzeciw i zdziwienie, jak np. słowa Jezusa do Syrofenicjanki. Nie o to tu jednak chodzi.

Moje skromne doświadczenie modlitwy uświadamia mi, że Bóg komunikuje się z nami na poziomie o wiele głębszym niż słowa czy nawet obrazy. Na poziomie tak głębokim, że nasz świadomy umysł nie rejestruje żadnej aktywności, jak za słaby czy zbyt oddalony radar. Dlatego też ilekroć słyszę o relacji czy rozmowie z Bogiem/Jezusem nóź mi się w kieszeni otwiera, gdyż taki dobór słów sugeruje coś, co w praktyce nie zachodzi i nie może zajść. Nasz świadomy umysł zaprzątają problemy, które z perspektywy Boga nie istnieją albo nie są problemami. Można modlić się miesiącami, latami albo wręcz dekadami o zmianę jakiejś sytuacji, którą postrzegamy jako patologiczną (i którą z całej siły usiłujemy zmienić) i rozbijać się o monumentalne i absolutne milczenie Boga, jego całkowitą obojętność. Czasem owo milczenie jest złagodzone "polewką Habakuka" przyniesioną nam, jak onegdaj Danielowi do Jaskini Lwów. Owa polewka jest jedynie znakiem życzliwości, ale nie rozwiązaniem problemu...

Ilekroć więc słyszę coś w rodzaju "porozmawiaj z Jezusem o swoich problemach" szlag mnie trafia, bo wiem jak wygląda taka "rozmowa". Ze strony człowieka rozpaczliwe, rozdzierające wołanie, czasem wręcz łzy i szloch, ze strony Boga milczenie, betonowa ściana. Mam wręcz wrażenie, że im częściej ponawiamy tę rozpaczliwą modlitwę, tym owa ściana Boga staje wyższa, grubsza i bardziej jeszcze nieprzenikniona...

Dlaczego tak jest? Oczywiście nie wiem, ale podzielę się kilkoma odpowiedziami, które zazwyczaj przychodzą mi do głowy.

1. Problemu rzeczywiście nie ma (albo jest zupełnie gdzie indziej). Posłużę się przykładem dość typowym, choć może niepoważnym w tym kontekście. Wyobraźmy sobie dziewczynkę czy nastolatkę, która ciągle słyszy od innych, że nie powinna wyglądać tak jak wygląda tylko zupełnie inaczej, przy czym chodzi o cechy genetyczne, a nie np. sposób ubierania. Dziewczynka/nastolatka myśli, że tak rzeczywiście jest skoro wszyscy inni tak twierdzą. Tymczasem ze 100%-ową pewnością można stwierdzić, że jeśli wygląda tak jak wygląda tzn., to Bóg ją taką właśnie wymyślił, ergo problem po prostu nie istnieje. Istnieje inny problem - niepewność dziewczynki na skutek niedoinwestowania emocjonalnego ze strony rodziców/opiekunów oraz zbyt wiele czasu spędzanego we wrogim lub z innych powodów niewłaściwym otoczeniu. Teraz wyobraźmy sobie modlitwę takiej młodej osóbki, kiedy właśnie spotkała ją jakaś wyjątkowo paskudna sytuacja. Prawdopodobnie będzie płakać w zaciszu jakiegoś bezpiecznego kąta, być może powtarzając owo wieczne "dlaczego". Co usłyszy w odpowiedzi? Najprawdopodobniej nic. Być może zmęczona płaczem zaśnie i obudzi się nieco pokrzepiona, może jakieś wydarzenie odwróci jej uwagę. Wiele lat minie zanim zda sobie sprawę, jak kompletnie od czapy był sformułowany jej problem.

2. Problem jest wymyślony. Wyobraźmy sobie młodą osobę - znacznie łatwiej mi myśleć o kobiecie, ale równie dobrze może to być mężczyzna - która szuka swego powołania, bo usłyszała w Kościele, że człowiek z definicji powołany jest do małżeństwa, kapłaństwa lub życia konsekrowanego. Jeśli z jakichś powodów żadna z tych dróg się przed nią nie otworzy, będzie wołać w udręce do Boga: powiedz mi co mam zrobić, oświeć mnie albo po prostu pomóż mi znaleźć odpowiednią osobę na żonę/męża! Nawet jeśli osoba jest bardzo umiarkowanie wierząca i nie będzie brała pod uwagę ani zakonu, ani kapłaństwa, to jednak niemożność znalezienia odpowiedniego partnera będzie - przynajmniej przez jakiś czas - bardzo uciążliwa. Tymczasem osoba może obiektywnie nie nadawać się do takiego związku albo nawet w głębi serca go nie chcieć, np. z powodu negatywnych doświadczeń z przeszłości. Gdyby inni ludzie nie wypowiadali się na temat, jak powinno wyglądać jej życie, całej tej udręki po prostu by nie było, nie byłoby tych rozpaczliwych modlitw odbijających się od ściany.

3. Problem istnieje, ale rozwiązanie jest inne niż sobie wyobrażamy. Wyobraźmy sobie osobę bardzo pragnącą doświadczyć miłości, bliskość, przyjaźni czy też poczucia przynależności po prostu. Co taki ktoś sobie wyobraża? Najprawdopodobniej innego człowieka (innych ludzi). To bardzo interesujące, bo jeśli ktoś w ten sposób formułuje swoje pragnienie, to można z dużą dozą prawdopodobieństwa twierdzić, że jest poważnie niedoinwestowany emocjonalnie. Właśnie jakiś inny (znaczący)  człowiek (ludzie) go odrzucił, zaniedbał lub wykorzystał. Teoretycznie taki ktoś powinien na widok innego człowieka uciekać z wrzaskiem, a on nie, żywi irracjonalna nadzieję, że może być inaczej. Może i może, ale zazwyczaj nie jest. Modlitwa kogoś takiego pełna jest bólu i nadziei, na początku z przewagą tego drugiego, potem coraz bardziej pierwszego. Być może w odpowiedzi na nią pojawiać się będą jacyś ludzie w życiu tej osoby i będzie mogła zobaczyć, jak niedorzeczne były jej oczekiwania. To tak jakby ktoś, kto marzy o morzu, dostał buteleczkę słonej wody. Pusta studnia wyobraża sobie wielki deszcz z nieba, który ją napełni, tymczasem deszczu nie ma, albo jest kapuśniaczek. Nawet jeśli zdarzy się  od czasu do czasu jakaś ulewa, to po krótkim czasie woda znów wysycha. Jak taki problem może być rozwiązany? Ano przez niezauważalne, ale stałe podnoszenie się poziomu wód gruntowych, albo przez kopanie studni coraz głębiej. Najprawdopodobniej ten proces zachodzi także dzięki modlitwie, ale są to lata, jeśli nie dekady. W jakimś momencie widzimy niedorzeczność naszych pragnień i wyobrażeń, a nagląca potrzeba miłości czy przyjaźni po prostu zanika.

Nie podważam znaczenia modlitwy w życiu człowieka, wręcz przeciwnie, ale nazywanie jej rozmową wydaje mi się skrajnie nieadekwatne. Daje z gruntu fałszywy obraz tej wymiany. Człowiek istnieje w czasie, Bóg w wieczności. Człowiek oczekuje odpowiedzi tu i teraz, Bóg rozkłada ją na całą długość naszego życia. 

sobota, 24 stycznia 2015

O tęsknotach, pragnieniach i powołaniach

Któryś z wielkich angielskich nawróconych ubiegłego wieku chyba G. K. Chesterton (albo C.S. Lewis) napisał o powołaniu (czy tez roli) kobiety, że w przeciwieństwie do mężczyzny musi umieć mnóstwo różnych rzeczy (ugotować obiad, urządzić estetycznie mieszkanie, coś uszyć, wyhaftować, zrobić na drutach, opowiedzieć dziecku bajkę czy pomóc w nauce), ale w żadnej z nich nie musi się specjalizować. Nie będę wypowiadać się za inne kobiety, ale jest to prawda o mnie - jestem właśnie takim kimś, ale jako osoba niezamężna, żeby zarobić na swoje utrzymanie muszę udawać specjalistę od czegoś z efektem jak w poprzednim wpisie. Z kolei istnieje ileś tam sfrustrowanych kobiet, które chciałyby poświęcić się pracy zawodowej, a przez jakiś czas, ze względu na małe dzieci, nie mogą.


Bardzo nie lubię słowa powołanie być może dlatego, że słyszę je używane w tak różnych znaczeniach, często nie dających się pogodzić, że straciło dla mnie sens. Trudno jednak takie pojęcie całkiem wyeliminować myśląc na przykład o życiu pustelniczym.


W pierwszy dzień Bożego Narodzenia weszłam wieczorem do kościoła Bożego Ciała przed wieczorną mszą. Był względnie pusty nie licząc rodzin i turystów wpadających raz po raz, żeby obejrzeć szopkę. Czułam wielki pokój i bezpieczeństwo podszyte ową subtelną radością, która jest nam dana z okazji wszelkich świąt, kiedy to mówiąc słowami Stinissena, możemy się cieszyć radością Boga (bez względu na okoliczności naszego życia). Uświadomiłam sobie po raz kolejny, że właśnie w takich chwilach w pustym kościele, na pustej plaży, czy pustym szlaku gdzieś wysoko w górach czy dowolnych okolicznościach przyrody, które pozwalają na pogrążenie się w kontemplacji czuje się prawdziwie i dogłębnie szczęśliwa. Czy to wskazuje na jakieś powołanie czy zupełnie nie. Czy to efekt introwersji, słabego przystosowania do życia w stadzie czy jeszcze czegoś innego?


To jest moje wielkie pytanie: czy fakt, ze mamy do czegoś talent, predylekcję czy pragnienie znaczy, że do tego właśnie zostaliśmy powołani? Czy też zostajemy powołani wbrew naszym zdolnościom, pragnieniom i naturalnym dyspozycjom? Czy fakt, że lądujemy w jakiejś sytuacji oznacza, że to właśnie jest nasze powołanie czy po prostu wynik różnych okoliczności, w tym naszych decyzji i zaniechań.


Czy sfrustrowana żona i matka, która nie może poświęcić się karierze zawodowej i samotna kobieta marząca o własnej rodzinie to przykłady minięcia się z powołaniem czy wręcz przeciwnie typowe reakcje na swoje powołanie? ( A może owe sfrustrowane matki produkują samotne córki? Czy są wtedy narzędziem Boga czy wręcz przeciwnie?)

A co z introwertykiem marzącym o życiu pustelniczym,  nie mając nawet swojego pokoju? Czy to pragnienie jest od Boga czy jest to po prostu chęć ucieczki przed światem?

Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań, a te które słyszałam nie satysfakcjonują mnie.
Niezależnie od tego wyznam, że tęsknię za życiem pustelniczym takim, jak sobie je wyobrażam - za byciem w obecności Boga całą dobę, za prostotą i pokojem, za wyrzeczeniem się świata i jego obłędu.


Z drugiej strony pamiętam, że jako młoda osoba tęskniłam za miłością, które to pragnienie nie tylko się nie spełniło, ale spowodowało wiele szkód w moim życiu. Ewidentnie pragnień i tęsknot nie można uznać za najwłaściwszych przewodników, a więc co można?

Dlaczego w ogóle mamy jakieś pragnienia? Moje doświadczenie wskazuje, że jest ktoś, kto bardzo się nimi interesuje, a nie ma wcale na myśli naszego dobra.


Może po prostu należy przyjąć, że czegokolwiek wydaje nam się, że pragniemy, w istocie pragniemy Boga i nic poniżej tego. Może nie powinniśmy nigdy w koncentrować się na przedmiocie pragnienia tylko na samym fakcie. Może w zdaniu: pragnę miłości, samotności czy czegokolwiek innego tylko słowo pragnę jest istotne, a reszta to zmyła, zaproszenie dla wiadomo kogo, żeby wiedział czym nas zwodzić.




niedziela, 11 stycznia 2015

O miłości i instynkcie stadnym

Miłość w swoim zamyśle szczerze mnie zachwyca. Wśród populacji ludzkiej istnieją osoby płci przeciwnej kompatybilne ze sobą. Ich związek gwarantuje optymalne potomstwo. Natura wyposażyła je w system sygnałów wzrokowych, słuchowych, węchowych i każdych innych, aby mogli się rozpoznać. Można widzieć w tym coś w rodzaju powołania, jeśli do kogoś takie pojęcie przemawia, projekt Boga, aby ci właśnie się spotkali. "Stworzeni dla siebie" jest wprawdzie lekko irytującą i nadużywaną frazą, ale nieźle oddaje istotę rzeczy.



Zakochanie, a później dojrzała miłość ułatwia im podjęcie trudu wychowania potomstwa itp. Mistycy widzą w takiej miłości obraz Boga i zapewne mają rację.

Nie jest dla mnie jasne czy istnieje dla każdego człowieka taka kompatybilna osoba płci przeciwnej, To było trudne do wykonania w populacji, gdzie nie zabija się dziewczynek, ponieważ jest ich zwykle więcej niż chłopców. A może istnieje ileś możliwych względnie dobrych zestawień dla każdej osoby i nawet owdowiali małżonkowie za kolejnym razem mogą spotkać tzw. szczęście w miłości. Czy istnieje zestaw genów bardziej uniwersalny, który ma duże możliwości łączenia się wieloma innymi, (coś jak typowy numer buta, albo ubrania) i mniej typowy, kompatybilny z niewielką ilością specyficznych  zestawów?



A może cały ten biologiczny aspekt miłości jest nieistotny i miłość jest darem Boga danym niezależnie od naszej genetycznej kompatybilności lub jej braku? Może ważniejszy jest aspekt psychiczny - kompatybilne traumy i kompleksy?
Zarówno w ujęciu "biologicznym" jak i "psychologicznym" miłość powinna zawsze być wzajemna, a nie jest!

Nie wiem czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania, ja na pewno nie.



Wiem natomiast na pewno, że idea miłości, tęsknota za miłością jest niezwykle płodna w literaturze i sztuce i te literackie przykłady pozwalają nam często zrozumieć czego naprawdę szukamy pod postacią miłości.
Oczywistym jest, że tęsknota za miłością jest w istocie tęsknotą za Bogiem - tak bywała interpretowana poezja trubadurów. Myślę, ze rzecz jest dość oczywista i przynosi nam zaszczyt.
Mniej zaszczytna, choć zrozumiała, jest natomiast tęsknota za wysokim statusem społecznym w przebraniu miłości.
Kopciuszek chce pójść na bal i zobaczyć księcia, a nie  na zabawę ludową, żeby spotkać chłopca z sąsiedniej ulicy grzmoconego regularnie przez złego ojczyma. Waniusza Duraczok poślubia carównę czy wręcz córkę księżyca, która nawet nie jest w jego typie ( "w pasie cienka na trzy cale i rumieńców nie ma wcale") a nie jakąś pulchną i rumianą dziewoję z sąsiedniej wsi, najmłodszą z rodzeństwa jak on sam.
Oczywiste jest, że te bajkowe nierówne małżeństwa są po prostu wyrazem tęsknoty za lepszym życiem, zrozumiałej u osób traktowanych przez otoczenie jako gorsze, upokarzanych i wykorzystywanych.

Moi koledzy z podstawówki wszyscy kochali się w klasowej królewnie czy w statusie i zamożności jej rodziców, która zapewniała jej wysoką pozycje w klasie? Założę się o każde pieniądze, że ten drugi wariant.
Z punktu widzenia biologii nie jest możliwe, że wszyscy byli z nią kompatybilni genetycznie, albo że psychicznie do niej pasowali.
Był jednak jeden wyjątek, który przywrócił mi wiarę w człowieka. Oświadczył, że on kochał się w Kleosi - chyba najbardziej obśmianej osobie wszechczasów z powodu niebywałej pretensjonalności i nadopiekuńczej matki, non stop ciągającej się za nią po szkole. Mam jednak podejrzenie, że czynnikiem decydującym w tym przypadku było wspólne resortowe pochodzenie i wynikająca z tego pozycja i poziom życia.

Jak widać miłość wśród ludzi tknięta jest rozdwojeniem jaźni - biologia wskazuje na możliwość dobrania wielu udanych związków dla większości (jeśli nie całej) populacji, socjologia precyzuje jeden mroczny przedmiot pożądania dla  całego stada - samicę/ samca alfa.

Wyznam, że o ile nie mam żadnych problemów z zaakceptowaniem w pełni biologicznego wymiaru naszego człowieczeństwa, to uważam się, że aspekt stadny sytuuje nas po prostu wśród zwierząt i to niekoniecznie tych sympatycznych.

Przez całe lata nie rozumiałam sytuacji, w których stawiało mnie życie np. dlaczego ludzie, którym nic złego nie zrobiłam atakują mnie z niewytłumaczalną agresją albo dlaczego zainteresowanie mężczyzn może wyrażać się w tak niezrozumiałych lub wręcz paskudnych zachowaniach, że nie wspomnę o młodzieży w szkole. Od momentu kiedy uświadomiłam sobie, że dla większości ludzi (i dla wszystkich grup) jedyną istotną informacją o nas jest nasza pozycja w stadzie i  jesteśmy traktowani odpowiednio do niej, wszystko stało się dla mnie jasne.

Najsmutniejsze jest, że ten ponury stadny wymiar ma wpływ na nasze życie prywatne. Znam przynajmniej kilka przykładów, kiedy młody człowiek wyraźnie zainteresowany konkretną dziewczyną zaniedbywał ją uganiając się za niuniami, które wydały mu się bliżej pozycji alfa. Był później nadzwyczajnie zdziwiony, że kiedy jej się z zaskoczenia oświadczył uznała to za wygłup i nie chciała z nim rozmawiać. Swój taniec godowy odtańczył przecież przed kimś innym.