Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 stycznia 2015

O miłości i instynkcie stadnym

Miłość w swoim zamyśle szczerze mnie zachwyca. Wśród populacji ludzkiej istnieją osoby płci przeciwnej kompatybilne ze sobą. Ich związek gwarantuje optymalne potomstwo. Natura wyposażyła je w system sygnałów wzrokowych, słuchowych, węchowych i każdych innych, aby mogli się rozpoznać. Można widzieć w tym coś w rodzaju powołania, jeśli do kogoś takie pojęcie przemawia, projekt Boga, aby ci właśnie się spotkali. "Stworzeni dla siebie" jest wprawdzie lekko irytującą i nadużywaną frazą, ale nieźle oddaje istotę rzeczy.



Zakochanie, a później dojrzała miłość ułatwia im podjęcie trudu wychowania potomstwa itp. Mistycy widzą w takiej miłości obraz Boga i zapewne mają rację.

Nie jest dla mnie jasne czy istnieje dla każdego człowieka taka kompatybilna osoba płci przeciwnej, To było trudne do wykonania w populacji, gdzie nie zabija się dziewczynek, ponieważ jest ich zwykle więcej niż chłopców. A może istnieje ileś możliwych względnie dobrych zestawień dla każdej osoby i nawet owdowiali małżonkowie za kolejnym razem mogą spotkać tzw. szczęście w miłości. Czy istnieje zestaw genów bardziej uniwersalny, który ma duże możliwości łączenia się wieloma innymi, (coś jak typowy numer buta, albo ubrania) i mniej typowy, kompatybilny z niewielką ilością specyficznych  zestawów?



A może cały ten biologiczny aspekt miłości jest nieistotny i miłość jest darem Boga danym niezależnie od naszej genetycznej kompatybilności lub jej braku? Może ważniejszy jest aspekt psychiczny - kompatybilne traumy i kompleksy?
Zarówno w ujęciu "biologicznym" jak i "psychologicznym" miłość powinna zawsze być wzajemna, a nie jest!

Nie wiem czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania, ja na pewno nie.



Wiem natomiast na pewno, że idea miłości, tęsknota za miłością jest niezwykle płodna w literaturze i sztuce i te literackie przykłady pozwalają nam często zrozumieć czego naprawdę szukamy pod postacią miłości.
Oczywistym jest, że tęsknota za miłością jest w istocie tęsknotą za Bogiem - tak bywała interpretowana poezja trubadurów. Myślę, ze rzecz jest dość oczywista i przynosi nam zaszczyt.
Mniej zaszczytna, choć zrozumiała, jest natomiast tęsknota za wysokim statusem społecznym w przebraniu miłości.
Kopciuszek chce pójść na bal i zobaczyć księcia, a nie  na zabawę ludową, żeby spotkać chłopca z sąsiedniej ulicy grzmoconego regularnie przez złego ojczyma. Waniusza Duraczok poślubia carównę czy wręcz córkę księżyca, która nawet nie jest w jego typie ( "w pasie cienka na trzy cale i rumieńców nie ma wcale") a nie jakąś pulchną i rumianą dziewoję z sąsiedniej wsi, najmłodszą z rodzeństwa jak on sam.
Oczywiste jest, że te bajkowe nierówne małżeństwa są po prostu wyrazem tęsknoty za lepszym życiem, zrozumiałej u osób traktowanych przez otoczenie jako gorsze, upokarzanych i wykorzystywanych.

Moi koledzy z podstawówki wszyscy kochali się w klasowej królewnie czy w statusie i zamożności jej rodziców, która zapewniała jej wysoką pozycje w klasie? Założę się o każde pieniądze, że ten drugi wariant.
Z punktu widzenia biologii nie jest możliwe, że wszyscy byli z nią kompatybilni genetycznie, albo że psychicznie do niej pasowali.
Był jednak jeden wyjątek, który przywrócił mi wiarę w człowieka. Oświadczył, że on kochał się w Kleosi - chyba najbardziej obśmianej osobie wszechczasów z powodu niebywałej pretensjonalności i nadopiekuńczej matki, non stop ciągającej się za nią po szkole. Mam jednak podejrzenie, że czynnikiem decydującym w tym przypadku było wspólne resortowe pochodzenie i wynikająca z tego pozycja i poziom życia.

Jak widać miłość wśród ludzi tknięta jest rozdwojeniem jaźni - biologia wskazuje na możliwość dobrania wielu udanych związków dla większości (jeśli nie całej) populacji, socjologia precyzuje jeden mroczny przedmiot pożądania dla  całego stada - samicę/ samca alfa.

Wyznam, że o ile nie mam żadnych problemów z zaakceptowaniem w pełni biologicznego wymiaru naszego człowieczeństwa, to uważam się, że aspekt stadny sytuuje nas po prostu wśród zwierząt i to niekoniecznie tych sympatycznych.

Przez całe lata nie rozumiałam sytuacji, w których stawiało mnie życie np. dlaczego ludzie, którym nic złego nie zrobiłam atakują mnie z niewytłumaczalną agresją albo dlaczego zainteresowanie mężczyzn może wyrażać się w tak niezrozumiałych lub wręcz paskudnych zachowaniach, że nie wspomnę o młodzieży w szkole. Od momentu kiedy uświadomiłam sobie, że dla większości ludzi (i dla wszystkich grup) jedyną istotną informacją o nas jest nasza pozycja w stadzie i  jesteśmy traktowani odpowiednio do niej, wszystko stało się dla mnie jasne.

Najsmutniejsze jest, że ten ponury stadny wymiar ma wpływ na nasze życie prywatne. Znam przynajmniej kilka przykładów, kiedy młody człowiek wyraźnie zainteresowany konkretną dziewczyną zaniedbywał ją uganiając się za niuniami, które wydały mu się bliżej pozycji alfa. Był później nadzwyczajnie zdziwiony, że kiedy jej się z zaskoczenia oświadczył uznała to za wygłup i nie chciała z nim rozmawiać. Swój taniec godowy odtańczył przecież przed kimś innym.

niedziela, 16 listopada 2014

Jeszcze o kastach i Eddzie Poetyckiej

W Eddzie Poetyckiej jest pieśń o stworzeniu ludzi (Rigsthula), a właściwie o rozmnożeniu i zorganizowaniu w zhierarchizowane społeczeństwo.
Oto jeden z Asów, Rig, potężny i sędziwy wędrując po świecie odwiedza po kolei trzy pary małżeńskie, których potomkowie dają początek 3 warstwom społecznym: niewolnikom, wolnym kmieciom i jarlom.
Pierwsza para Al i Edda (dwoje starych, kobieta w staroświeckim czepku) ugościli go chlebem razowym pełnym plew i wrzątkiem. Po 9 miesiącach urodził im się czarny chłopiec Thrael, który miał na rączkach pomarszczoną skórę, kalekie kostki, grube palce, brzydką twarz, krzywe plecy, długie pięty. "Wiklinę splatał, snopy wiązał, chrust nosił - całymi dniami" Jego oblubienica Thir była krzywonoga, miała "łajno na podeszwach, ramiona słońcem spalone, wklęśnięty nos". Od nich pochodzi ród niewolników.

Następna para Afi i Amma zajęci byli pracą, gdy Rig ich odwiedził, mąż (zarost staranny, włos spadał na skronie, koszula ciasna) obciosywał drąg do krosen, żona (czepiec na głowie, stanik na piersi, chusteczka na szyi, szpilki na ramionach) kręciła kądziel i przygotowywała przędzę.
Amma postawiła na stół gotowaną cielęcinę - najlepszy przysmak. Po 9 miesiącach urodził im się chłopiec Karl rudy i rumiany, oczka żywe. "Obuczał woły, strugał radło, dom budował, stodołę jako cieśla robił, wóz robotą kołodzieja - i pługiem orał" Jego oblubienica Snor była "pękiem kluczy zdobna, spódnica z koźlej skórki". Od nich pochodzi ród chłopów.

Ostatnia para - Fadir i Modir patrzyli sobie w oczy, paluszkami się bawili. Pan domu kręcił cięciwę, łuk napinał, strzały osadzał, a pani domu przyglądała się swym ramionom, gładziła cenną materię, obciągała rękawy. Miała wysoki czepiec, klejnot na piersi, płaszcz był do ziemi, kaftan błękitny.
Modir zasłała stół wzorzystym obrusem z bielutkiego lnu i położyła nań cienkie skibki białego pszennego chleba, lśniąca wieprzowinę, pieczony drób i wino. Po 9 miesiącach urodziła chłopca Jarla, który miał włos płowy liczka białe, a spojrzenie ostre jak u młodego węża. Chłopiec "napinał łuki  i osadzał strzały, rzucał oszczepem, ćwiczył się Franków lancą, konno jeździł i psami szczuł, mieczem śmigał, w pływaniu się doskonalił". Na dodatek Rig nauczył go run.
Po oblubienicę wyprawiono się za morze. Erna miała na imię, była jasna i światła, o cienkich paluszkach.

Nieodmiennie fascynuje mnie ten tekst. Trzy warstwy stosunkowo mało zróżnicowanego społeczeństwa wczesnośredniowiecznej Skandynawii zdefiniowane są głównie w kategoriach estetycznych.
 Niewolnicy są przede wszystkim odrażająco brzydcy, różnią się ciemnym kolorytem od pozostałych (być może ich przodkowie zostali uprowadzeni w niewolę z południa Europy) Są brudni, spaleni słońcem i pełni genetycznych wad, ubierają się paskudnie, ich jedzenie jest oczywiście wstrętne itp.
Wolni kmiecie to już zupełnie inna rozmowa jaśniejszy koloryt, schludny, zdrowy wygląd, strój świadczący o pewnej zamożności, praca owszem ciężka, ale na swoim, nie uwłaczająca godności i wymagająca kwalifikacji, jedzenie proste, ale smaczne.
Jarl i jego żona to uosobienie piękna i luksusu blade lica, płowe włosy smukłe palce. Mąż trudni się wojowaniem, polowaniem i rządzeniem a żona jest luksusowym symbolem statusu, od którego wymaga się dobrego urodzenia, równie dobrego posagu i reprezentacyjnego wyglądu, poza tym nie ma (w tej pieśni) za wiele do roboty. Jedzenie jest najlepsze jakie można sobie wyobrazić, bardzo wykwintnie podane na srebrnych misach i w złotych pucharach, szaty jedwabne. Właściwie opisowi ich dobrobytu i pewnego wyrafinowania stylu życia autor poświecił więcej miejsca niż  cechom osobniczym swoich bohaterów.

Tekst myślę bardzo "nowoczesny" w swoim zasadniczym przesłaniu. Nie istnieje w nim żadne moralne ani nawet merytoryczne uzasadnienie podziału spolecznego. Decyduje wyłącznie aspekt estetyczny i "lifestylowy". To jakbym słyszała polską debatę publiczną w mainstreamowych mediach. Politycy opozycji i  ich elektorat to starzy, brzydcy, źle ubrani (w staroświeckie czepki)ludzie, o niskich dochodach i nudnym trybie życia. Tylko czekam kiedy jakiś rządowy spin doktor odkryje ich pomarszczoną skórę na rękach, grube palce, kalekie kostki, krzywe plecy i długie pięty. Brzmienie nazwisk (w Eddzie też są wymienione imiona charakterystyczne dla poszczególnych warstw) także może być kompromitujące. Ktoś kiedyś podsłuchał jak Urban i Michnik nabijali się z nazwisk "prawicowych oszołomów" jak Semka lub Warzecha. Ubaw mieli po pachy, że można się tak (plebejsko?) nazywać. Ktoś (zdaje się Ziemkiewicz) podsumował, że zdecydowanie lepiej niż Urbach i Szechter (dla mojego ucha także).

Dokładnie takich argumentów używają dzieci/młodzież ustalając porządek dziobania w swojej grupie. Niemodne ciuchy, tanie podróbki dobrych marek, brak jakichś idiotycznych gadżetów, ubóstwo rodziców, wygląd nie dość upodobniony do jakiegoś kretyńskiego ideału dyskwalifikuje skuteczniej w oczach grupy niż skrajna głupota czy podłość. Celem ostatecznego pognębienia dodaje się jeszcze, że delikwent(ka) śmierdzi i uzasadnienie odrzucenia gotowe.

Podobieństwo do hinduskich kast też da się zauważyć - pariasi są w odróżnieniu od wyższych kast bardzo ciemni, trudnią się nieeleganckimi zajęciami, mają charakterystyczne nazwiska, nic więc dziwnego, że nie mogą pić wody z tego samego źródła co reszta, bo zapewne śmierdzą. Podejrzewam, że żaden z obrońców systemu kastowego nie zauważyłby nawet ironii w tych słowach.

Najkoszmarniejsze jest to, że ludzie naprawdę tak myślą i naprawdę porządkują ludzi według tego typu klucza, a nie mam tu na myśli wyłącznie istot niedojrzałych. O tym, że istnieje właściwy i niewłaściwy wygląd (nie stylizacja tylko cechy genetyczne), podobnie jak właściwy i niewłaściwy akcent w angielskim, miałam okazję przekonać się nie raz na własnej skórze.
W Polsce, odwrotnie niż w Eddzie,  koloryt raczej ciemny niż jasny o chłodnym zabarwieniu jest normą, budowa raczej drobna, a wzrost średni. Ktoś większy i jaśniejszy, a nie daj Boże o ciepłym, złotawym odcieniu włosów jest postrzegany jako odstępstwo od normy w sensie negatywnym (być może obcy etnicznie?). Dla odmiany w Anglii np. właśnie taki wygląd usposabia życzliwie i zapewnia pewien kredyt zaufania i dobrej woli na dzień dobry, o czym się przekonałam ku swemu  przyjemnemu zaskoczeniu.

Moi rodzice uczyli mnie za młodu: "Bądź dobra dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie". Uśmiecham się na to wspomnienie i zastanawiam w jakim kresowym raju się wychowali. Bardziej prawdopodobne, że opowiadali mi o świecie, jakim chcieliby aby był, a nie tym który jest.
Święty Paweł też napisał, że nie ma już niewiasty ani mężczyzny, niewolnika ani wolnego, Żyda ani Greka w formie postulatu raczej niż opisu rzeczywistości.

Mówiąc zupełnie szczerze, nie widziałam nigdy grupy ludzi, gdzie nie byłoby owego  niepisanego i nie wypowiedzianego porządku dziobania, irracjonalnego i często stojącego w sprzeczności z oficjalną hierarchią, a przestrzeganego skrupulatniej niż wszelkie zawzięcie deklarowane zasady.
Praca cywilizacyjna Chrześcijaństwa sprawiła wprawdzie, że nie jesteśmy formalnie podzieleni na kasty jak Hindusi, ale  nieodmiennie klasyfikujemy bliźnich według kryteriów estetyczno - lifestylowych, a nie moralnych czy merytorycznych.







niedziela, 9 listopada 2014

O prawdzie, nonkonformizmie i pierwotnym sposobie myślenia


Wracając do sposobu myślenia, które ofiarę obarcza winą, za zło, którego doświadczyła, po namyśle dochodzę do wniosku, że być może jest to pierwotny sposób myślenia, którego przemiana wymaga głębokiej reedukacji. Mimo pracy cywilizacyjnej Chrześcijaństwa (20 wieków Europie, a w Polsce 10) są społeczności, które się skutecznie jej opierają. Co zaskakujące, są to społeczności wiejskie, często gorliwe w praktykowaniu wiary. Pogański pogląd, że choroba albo kalectwo w rodzinie to przede wszystkim wstyd, nie jest w nich bardzo odosobniony. (Nie twierdzę, że gdzie indziej jest, ale raczej nikt go expressis verbis nie artykułuje - zdecydowanie nieładnie by to brzmiało).
Słyszałam kiedyś w radio wypowiedź matki, zgwałconej i bestialsko zamordowanej dziewczyny. Sadząc po charakterystycznym sposobie mówienia była to tzw. "prosta wiejska kobieta". Nie było w jej słowach gniewu, ani domagania się sprawiedliwości, czego można by by w takich okolicznościach oczekiwać, tylko monotonne zawodzenie - ona przecież niewinna, niewinna...
Kogo chciała przekonać ta nieszczęsna kobieta? Siebie? Rodzinę? Sąsiadów? Opinie publiczną?
Wyglądało to trochę tak, jakby jej głównym problemem nie była strata dziecka tylko niezgodność dotychczasowych poglądów (jesteś sam winien zła, które cię dotyka) z rzeczywistością (zło dotyka także/przede wszystkim niewinnych).
Ten sposób rozumowania widzę także u swojej matki, której pierwszą reakcją na wszystkie moje nieszczęścia (także niezawinione) było rytualne opieprzanie mnie i obarczanie winą (co bywało zdecydowanie bardziej uciążliwe niż same nieszczęścia).
Często słychać głosy w tym tonie w mainstreamowych mediach - vide casus Amber Gold (sami sobie winni, że zostali oszukani). Bardzo rozpowszechniony w szkolnictwie - nauczyciel sam sobie winien, że został znieważony, pobity, opluty, widocznie nie umiał podejść do młodzieży (inni potrafią).
Jednak praca cywilizacyjna chrześcijaństwa sprawia, że coś nam w takich wypowiedziach nie gra, a nawet wydają się nam głęboką patologią. Coś nam pozwala oprzeć się pierwotnemu, stadnemu sposobowi myślenia, który przede wszystkim eliminuje słabszych, bezbronnych, a staje po stronie silniejszych. To coś to prawda, a ściślej mówiąc odwaga opowiedzenia się po stronie prawdy, która z istot stadnych czyni ludzi,.
Pewien znany i wybitny socjolog, którego nazwiska nie wymienię (powiem tylko, że zajmuje się pasożytniczymi grupami interesów i patologiami służb specjalnych) opowiadał kiedyś, że badania psychologiczne wykazały w jego przypadku socjalizację w dolnej granicy normy, co w praktyce oznacza niezdolność do odczytywania sygnałów niewerbalnych nadawanych przez grupę. To znacznie ułatwia mu bycie nonkonformistą.
Większość z nas wcześniej czy później odkrywa, że mamy w społeczeństwie do czynienia z dwoma przekazami oficjalnym - w naszym przypadku (ciągle jeszcze) chrześcijańskim, gdzie istnieje dobro, zło i wybór miedzy nimi, nakaz miłości bliźniego, prawda itp., a wszystko wyłożone słowami, które możemy przeczytać lub usłyszeć, i nieoficjalny gdzie decyduje instynkt stadny komunikowany przez owe sygnały niewerbalne. Jeśli ktoś je werbalizuje np. "mam rację, bo jestem tutaj ważniejsza", albo "nie masz prawa się wypowiadać bo jesteś nie nasz" brzmi to skrajnie idiotyczne, a jednak to ów niewerbalny , stadny przekaz ma przemożny wpływ na nasze życie czy nam się to podoba czy nie, nie dobro i zło, nie prawda i fałsz, tylko pozycja w grupie.
Nawet jeśli sami staramy się jemu nie ulegać to ulega mu zdecydowana większość ludzi, wśród których żyjemy.

czwartek, 6 listopada 2014

O instynkcie stadnym 1

Była w PRL- u taka seria kawałów o tym jak przychodzi ktoś do lekarza i mówi np "Wszyscy mnie pomijają", a lekarz na to "następny proszę". Nie specjalnie mnie te dowcipy bawiły, nie sądziłam jednak wtedy, że trafiają w samo sedno, dokładnie opisują jak zdecydowana większość ludzi odbiera świat - w sposób zapośredniczony, unikając jak ognia własnego osądu, z lęku że różniłby się od ogólnie przyjętego. Lekarz z dowcipu nie musi sie wysilać, bo pacjent sam dostarcza mu informacji jak powinien być traktowany.

wtorek, 18 czerwca 2013

Figlarność w narodzie

Zrobiło się gorąco i naród figlarny jakiś. Na wernisażu w niedziele podrywał mnie szemrany ortopeda-biznesmen (mam złamaną rekę w gipsie, co dostarcza dobrego pretekstu). Moja siostra bardzo sie oburzyła, że chciał z nami się zabrać po wyjściu. No cóż, ja w pytaniu czy idziemy w jakimś określonym kierunku nie widzę niczego szczególnie zdrożnego pod warunkiem, że zadaje je własciwy rodzaj mężczyzny np wysoki blondyn, ciepły i inteligentny z przyjemnym poczuciem humoru, ale bez objawów słowotoku...

Dziś z kolei, kiedy w dzikim upale studiowałam, a nawet dokumentowałam wnętrza urbanistyczne zawierające rzeźbę, nieśmiały młodzieniec lat dwudziestu paru poinformował mnie, że mam seksowne uda (nie mam pomysłu jak to wypatrzył przez sukienkę do kostek) i zapytał czy nie chciałabym się spotkać... Może bym i chciała, ale na pewno nie z nim.


Pewna znajoma poleciła mi odcinek jakiegos serialu BBC traktujacy o wzajemnej atrakcyjności. Jednym z ważnych czynników jest zapach, który jest pociągający, jeśli grupy krwi sa kompatybilne czy coś w tym stylu. Zresztą na zdrowy rozum - ciągnie nas do ludzi z takim wyposażeniem genetycznym, które zapewnia optymalne potomstwo. I tu jest pies pogrzebany - taki pociąg, biorąc rzecz na logikę, powinien być wzajemny!!!


Dlaczego więc nie jest?
Czy instynkt stadny całkiem zagłusza biologię?
Podobno miłość wynaleziona zostala w XII wieku przez trubadurów. Jej niedosięgłym obiektem była żona możnowładcy, na dworze którego trubadur się zaczepił - nieco starsza i ustawiona w życiu, przyozdobiona symbolami statusu wydającymi woń słodszą niż najbardziej kompatybilna grupa krwi...


W Sadze o Njalu Spalonym o najpiękniejszej heroinie wiadomo tylko, że była wysokiego wzrostu i dlatego zwano ja długonogą, a jej włosy też były długie i bujne. Natomiast bardzo szczegółowo opisany jest strój w który byla ubrana, kiedy bohater ją zobaczył i wszystkie kosztowne ozdoby swiadczące o zamożnosci i znaczeniu jej ojca. Wobec takich argumentów biologia jest bezradna...

Nasi otymalni partnerzy mając do wyboru miłość i awans społeczny zawsze wybierają tę drugą opcję, a za nami ciągna się ci, którzy wyobrażają coś z gruntu błędnego. Oczywistą i tragiczną konsekwencją jest kryzys demograficzny...

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Powrót do dżungli czyli survival w mieście

Dziś znowu, o mało co, nie zostałam stratowana przez rozpędzonych rowerzystów na wąskich chodnikach Śródmieścia, a następnie poczęstowana tzw wiąchą przez dwóch młodzieńców, którzy koniecznie musieli jechać obok siębie spijając sobie słodycz z dzióbków, a ja wrednie nie zeszłam z dróżki, żeby im to umożliwić.
Moda na rowery, która na zachodzie miała być ekologiczną alternatywą dla samochodów u nas stała się narzędziem terroryzowania słabszych czyli pieszych i ma zdaje się na celu wyeliminowanie tej grupy z krajobrazu miasta (i z życia przy okazji też). Strach sie bać!
Kiedyś napisałam na ten temat tekst, który - niestety - pozostał aktualny w całej rozciągłości.
SURVIVAL DLA  KAŻDEGO

        Jeśli lubisz sporty ekstremalne, potrzebujesz doświadczać na co dzień niebezpieczeństwa i bliskości śmierci aby należycie cenić życie, zostań pieszym we Wrocławiu.
      Spróbuj przejść przez ulicę na pasach. Nie zniechęcaj się piętnastominutowym oczekiwaniem na lukę miedzy pojazdami. Ona się w końcu pojawi! Na środku jezdni delektuj się tym niepowtarzalnym uczuciem, kiedy nadjeżdżające z obu stron samochody przyśpieszają na twój widok, aby przejechać ci przed nosem względnie objechać cię od tyłu.
      Równie niezapomniane jest przechodzenie na światłach. Oczekiwanie na upragniony zielony błysk nie może cię uśpić musisz być czujny zwarty i gotowy, żeby go nie przegapić. To nic, że nawet biegiem dotrzesz najwyżej do połowy ulicy i nie jeden kierowca spróbuje cię w tym czasie przejechać. Zgrabnie uskakując, poczuj smak życia, To survival w czystej postaci dostępny dla każdego, z finansowego punktu widzenia nadzwyczaj atrakcyjna oferta!
      Chodnik dostarcza nowych wrażeń, z których najmocniejszym są rozpędzeni rowerzyści wyniośle cię ignorujący, Musisz uskoczyć to jasne. Tylko gdzie? Czy na zaparkowane na 90% szerokości chodnika samochody czy na fasady kamienic? To doskonałe ćwiczenie na przytomność umysłu i szybkość podejmowania decyzji. Jeśli bliskie ci jest ci praktykowanie uważności w duchu buddyjskim to w przerwach miedzy rowerami skup się na omijaniu psich kup – dobry trening przed sezonem narciarskim!. Na pewnych odcinkach będziesz jednak musiał skoncentrować cała swoją uwagę na próbach przeciśnięcia się miedzy maskami samochodów a ścianami budynków – bardzo terapeutyczne możesz przeżyć na nowo traumę narodzin. Jeśli jednak pchasz wózek z dziecięciem lub podpierasz się laską, względnie kulą to raczej zrezygnuj z tego ćwiczenia. Obejdź samochody od strony ulicy, a z całą pewnością nie zabraknie ci mocnych przeżyć.
    

sobota, 15 czerwca 2013

O edukacji i ludzkiej naturze słów kilka

W czasach kiedy pracowałam w liceum i przeżywałam wszystkie idiotyzmy, jakie zafundował nam MEN III RP (albo niedługo po tym) napisałam artykuł, który pozostał aktualny w swojej zasadniczej warstwie, choć nazwisko wspomnianego tam ministra edukcji dziś zdecydowanie inaczej się kojarzy...

Pochwała zdrowego rozsądku

       Sądząc po wrzawie w mediach, jaka wybuchła po objęciu stanowiska ministra edukacji przez Romana Giertycha, można było dojść do przekonania, że głównym problemem szkoły polskiej jest zagrożenie „ideologizacją” oraz szerzeniem nietolerancji wobec „mniejszości seksualnych”. Trzeba było dopiero gdańskiej tragedii, żeby prawdziwe problemy, z jakimi boryka się nasze szkolnictwo wyszły na jaw i stały się przedmiotem bardziej rzeczowej debaty. Symptomatyczne, że Gazeta Wyborcza, która tak entuzjazmowała się „uczniowskimi” protestami przeciw Giertychowi teraz sama dostarcza argumentów na poparcie jego projektu.
      Bardzo podobał mi się reportaż Marcina Markowskiego i Tomasza Patora „Kosze na głowie nie przejdą” w DF z 13.11. br. Jest to rozmowa Z Ewą Ćwikłą dyrektorką gimnazjum z łódzkiego Bronxu na temat metod radzenia sobie z trudną, zaniedbaną wychowawczo młodzieżą, stosowanych w jej szkole. Testy na narkotyki i alkohol, ścisłe współdziałanie z policją w przypadkach agresji wobec nauczycieli są po prostu koniecznością. Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak nieco ryzykowne kary za palenie – wypicie dawki oleju z pierwszego tłoczenia zaakceptowanej przez lekarza pediatrę i za przeklinanie – przełknięcie łyżeczki soli z pieprzem. Wielka musi być siła osobowości pani dyrektor skoro delikwent godzi się na to bez szemrania, bo przecież, gdyby odmówił nie byłoby sposobu, żeby go zmusić. Podobnie z dyżurnym sweterkiem i spódniczką z lumpeksu, w które muszą przebrać się zbyt wyzywająco wystrojone dziewczyny.
     Przyciśnięta do muru pani Ewa Ćwikła wypowiedziała się pozytywnie o prawie wszystkich pomysłach ministra oświaty, co więcej większość z nich - jak np. zakaz używania komórek na lekcjach czy pokrywanie przez rodziców kosztów sprzętu szkolnego zniszczonego przez ich dzieci - już od dawna wprowadziła w życie. Miała jedynie zastrzeżenie do nazwy programu „Zero tolerancji” gdyż jak wyjaśniła cały system wychowawczy jej szkoły promuje tolerancję kibiców Widzewa wobec fanów ŁKS-u oraz zgodne współistnienie dzieci z Grabowej i Poznańskiej.
     Jeśli metody stosowane w łódzkim gimnazjum wydały się komuś zbyt restrykcyjne i niezgodne z wymaganiami „nowoczesnej pedagogiki” to już na następnej stronie tego samego DF może przeczytać, jakie są oczekiwania samych uczniów wobec szkoły. Artykuł Wojciecha Staszewskiego „Chcemy szkoły z kratą” jest podsumowaniem ankiety przeprowadzonej przez autora w dwóch gimnazjach na Mazowszu. Wynika z niej dość jasno, że młodzież nie czuje się bezpiecznie w szkole, w której władza nauczyciela została zastąpiona terrorem młodocianych psychopatów. Zdecydowana większość domagała się zaostrzenia dyscypliny i to w stopniu zaskakującym dla samych dorosłych. Wielokrotnie powtarzały się postulaty wprowadzenia monitoringu w całej szkole, także w toaletach, oraz podsłuchu w klasach, żeby dyrektor był zorientowany, co się dzieje na lekcjach. Konieczność skutecznego wyeliminowania palenia, picia i używania narkotyków powracała prawie w każdej wypowiedzi, tak samo jak problem przemocy. Oprócz tego zdaniem młodych respondentów w szkole należało by zabronić używania wulgarnych słów, telefonów komórkowych, zwłaszcza z kamerami, noszenia petard, zapałek, zapalniczek, scyzoryków, wyżywającego stroju, przytulania i całowania się na przerwach oraz… znieważania nauczycieli.  Bezradność tych ostatnich wydaje się młodzieży niepojęta. Można łatwo zrozumieć oburzenie uczniów, że nauczyciel ignoruje akty przemocy, których jest świadkiem, albo ogranicza się do powiedzenia „przestańcie”. Warto jednak zdać sobie sprawę, że nie ma on prawa interweniować czynnie tzn. np. rozdzielić walczących, co więcej, nie ma prawa się bronić, gdyby został zaatakowany. Pamiętając o tym nie dziwi postawa pedagogów, którzy nie chcą narażać się na śmieszność strasząc młodych chuliganów uwagą w dzienniku lub na agresję z ich strony. Bezkarność takich osobników również nie podoba się młodzieży. Proponowane kary to sprzątanie łazienki, czyszczenie klozetu (i to podczas przerwy, żeby musieli się wstydzić) oraz usunięcie ze szkoły. Równie ostrych kar jak np. wezwanie policji domagała się większość dziewcząt wobec chłopców zaczepiających je w wulgarny sposób. Co ciekawe spory procent młodzieży widział sens noszenia mundurków – zarówno jako sposobu niwelowania różnic w sytuacji finansowej jak i zapobiegania prowokowaniu strojem.
Szkoła idealna, zdaniem uczniów to taka, w której mogą czuć się bezpieczni, gdzie dzięki opiece dorosłych nie muszą stykać się przed czasem z najbardziej brutalnymi stronami życia. „Żadnego palenia, picia. Uczennice z warkoczykami, chłopcy nie naruszający ich prywatności” jak to wyraziła jedna z ankietowanych.
    Czytając to wszystko nie mogę oprzeć się zdziwieniu jak w stosunkowo krótkim czasie na oczach wszystkich – władz oświatowych, nauczycieli i rodziców – szkoła polska zmieniła się na obóz dla biezprizornych kontrolowany przez nieletnie monstra. Liceum, do którego chodziłam w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, z cała pewnością nie było miejscem idealnym, ale mimo wielu przemilczeń i przekłamań w programie nauczania, można było uzyskać solidne przygotowanie do studiów wyższych i nie zetknąć się z większością wspomnianych wyżej zjawisk, a w każdym razie nie w tym nasileniu.
     Pamiętam swój szok, kiedy podczas pobytu w Anglii na początku lat dziewięćdziesiątych oglądałam w telewizji państwowej program dla nauczycieli. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom patrząc na znerwicowanego trzydziestolatka w okularach bezradnie miotającego się po klasie, zaszczutego przez trójkę dziesięcioletnich łobuzów przewodzących grupie. Moi angielscy znajomi wyjaśnili lakonicznie, że tak właśnie wyglądają brytyjskie szkoły państwowe. Jak wyglądają postępowe, liberalne prywatne szkoły z internatem dowiedziałam się nieco później czytając wydaną w 1991 świetnie napisaną książkę Amandy Craig „A Private Place”.
     Program wychowawczy opisanej przez autorkę placówki oparty był na nadzwyczaj wzniosłych zasadach jako to umożliwienie indywidualnego rozwoju każdej jednostce, popieranie samokształcenia, samodyscypliny i wewnętrznej motywacji. Szkoła stawiała sobie za zadanie zniesienie sztucznych barier miedzy nauczycielami i uczniami – wszyscy zwracali się do siebie po imieniu, między uczniami w różnym wieku – w internacie umieszczano w pokojach starszych z młodszymi oraz miedzy płciami – pełna koedukacja.  Wszelkie sporty oparte na zasadzie rywalizacji były zabronione, działania sprzyjające nawiązywaniu kontaktów towarzyskich jak na przykład dyskoteki gorąco popierane. Wobec tych pięknych i słusznych założeń napis nad bramą - „Et In Arkadia Ego” – wydawał się w pełni uzasadniony.
     Rzeczywistość jednak zdecydowanie odbiegała od programowej idylli. Uczniowie spontanicznie wytworzyli bardzo sztywną, praktycznie nie przekraczalną hierarchię. Zarówno chłopcy i dziewczyny dzielili się na pięć analogicznych warstw – elitę, wyższa i niższą klasę średnią, częściowo odrzuconych i odrzuconych. O przynależności decydowały często czynniki niedostrzegalne gołym okiem dla dorosłych jak na przykład brak odpowiedniego stylu, niewłaściwa etykietka na ubraniu, mała – zdaniem rówieśników - atrakcyjność fizyczna, nie rozwiedzeni rodzice, aspiracje intelektualne czy nie uleganie presji grupy w takich sprawach jak np. pokątny seks. Społeczność uczniowska miała swój własny kodeks moralny, który w pełni aprobował pastwienie się zarówno nad odrzuconymi jak nad nowymi uczniami. Starsi chłopcy spuszczali młodszych kolegów ze schodów w koszach na brudną bieliznę albo zawiązawszy im uprzednio oczy, okręcali dookoła, a następnie stawiali na parapecie otwartego okna na trzecim piętrze. Nie rzadkie było zmuszanie do praktyk homoseksualnych, często o charakterze sadystycznym. Kiedy zdarzały się ofiary śmiertelne zarówno nauczyciele jak i uczniowie zachowywali zgodne milczenie. Automatycznie orzekano samobójstwo, nie próbując nawet dociec prawdy. Unikanie skandalu za wszelką cenę było najwyższa normą.  Dziewczęta nie skarżyły się na zaczepki i propozycje natury seksualnej. Bycie sexy wspomagało awans towarzyski, a konsekwencją odmowy, uważanej za złamanie jednego z ważniejszych niepisanych praw, było wykluczenie ze społeczności. Nauczyciele zdawali się tego nie dostrzegać, co więcej, celem zniesienia jakże sztucznych barier dostosowali się do poziomu uczniów i ich świeżych zainteresowań. Łacinnik np. wierszy Catullusa używał jedynie jako punktu wyjścia do zwierzeń ile razy w ciągu nocy doprowadza swoją żonę do orgazmu. Inni, żeby być bardziej cool zwracali się do odrzuconych przez grupę uczniów używając przezwisk autorstwa ich dręczycieli. Nikt np. nie pamiętał imienia ani nazwiska dziewczynki z wyjątkowo silnym trądzikiem znanej wyłącznie jako „craterface”. Nic dziwnego, że przestała mówić, inna również z klasy odrzuconych pariasów mogła posługiwać się tylko szeptem.
      Wszyscy, nawet najbardziej uciemiężeni, zatajali prawdę przed rodzicami, którzy żyli w błogim poczuciu, że dzięki pieniądzom (czesne należało do najwyższych w kraju) ich dzieci przebywają w edukacyjnym raju. Zresztą skonfrontowani z rzeczywistością, nie byliby w stanie jej przyjąć, gdyż jak większość dorosłych, skutecznie wyparli swoje własne traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Wydaje mi się, że tylko taką zbiorową amnezją można wytłumaczyć niezwykłą popularność założenia, ze człowiek jest z natury dobry i nie potrzebuje żadnego wychowania tylko maksimum swobody, żeby się fantastycznie rozwinąć. Na szczęście autorka książki - Amanda Craig – jest wolna od tej przypadłości i dobrze zapamiętała swoje doświadczenia i obserwacje z lat siedemdziesiątych, kiedy to sama była uczennicą takiej właśnie liberalnej, postępowej szkoły.
     Natura ludzka nie zależy od szerokości geograficznej i wszędzie na świecie jej ciemne strony najwyraźniej manifestują się u jednostek niedojrzałych, a potęgują się w grupach, silnie zhierarchizowanych, potencjalnie autodestrukcyjnych, równających w dół do poziomu najprymitywniejszego osobnika.
Nietrudno przewidzieć jak muszą zakończyć się eksperymenty ignorujące tę prostą prawdę, znaną każdemu człowiekowi z doświadczenia. Tym bardziej dziwi fakt, że wbrew zdrowemu rozsądkowi w naszym szkolnictwie zaczęto wprowadzać rozwiązania, które w krajach Europy zachodniej już dawno okazały się katastrofalne. Polska szkoła zaczęła się powoli przekształcać w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to jedną obłąkaną ideologię zamieniliśmy na jej bardziej niebezpieczną mutację. Przełykamy ją bezboleśnie, gdyż nierzadko stroi się w pseudo chrześcijańskie szatki. Pięknie brzmi, kiedy kurator młodego recydywisty apeluje do uskarżającej się nauczycielki o więcej ciepła i miłości dla tego biednego dziecka. Znacznie gorzej, kiedy to biedne dziecko gwałci koleżankę i tnie ją żyletką. Nie należy mylić chrześcijaństwa z naiwnością i głupotą. Nie ma miłości bez prawdy, a prawda o naturze ludzkiej głoszona przez Kościół i zbieżna z doświadczeniem każdego człowieka, raczej uwalnia nas od złudzeń w tej materii. Źle wychodzimy na imporcie ideologii, niezależnie od kierunku, z którego płyną. Potrzeba nam kontaktu z rzeczywistością i zwykłego zdrowego rozsądku i to nie tylko w szkolnictwie.