Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 stycznia 2024

Nowe porządki u wrocławskich Paulinów

Się porobiło z paulinami! Źle znosiłam kazania o. Maksymiliana - poprzedniego przeora - w stylu "Co czuła Maryja? Co czuło serce matki?", ale to co dzieje pod rządami o. Tomasza jest o WIELE gorsze.

Dziś poszłam na 10.30, żeby uniknąć neonów i ich wstępów do wszystkich czytań. Okazało się, że tę mszę obstawia "domowy kościół". Ani mnie to ziębi, ani grzeje dopóki nie  mowią zbytecznych wstępów. Nie mówią. Robią procesję z darami, ale wstępów akurat nie wyglaszają. Nie będę rostrząsać homilii, specyficznego tonu jakim jest zazwyczaj wygłaszana i dziwacznych interpretacji tekstów biblijnych o.Tomasza. Jestem w stanie nie jedno znieść, ale - niestety - moja cierpliwość jest wystawiana na ciężką próbę.

Gdzieś przy ogłoszeniach parafialnych dowiedzieliśmy się, że podczas kiedy my "tylko przychodzimy i słuchamy", to domowy kościół "uczestniczy aktywnie w 100%" w eucharystii tzn dwie osoby obstawiają czytania, a dwie następne (a może trzy) procesję z darami. Szczęka mi opadła, choć nie jedno już w tym kościele słyszałam.

Potem usłyszeliśmy także, że małżeństwa mogą dołączyć i przeżywać swoją wiarę we wspólnocie z innymi małżeństwami i - jak rozumiem - uczestniczyć aktywnie, cokolwiek by to miało znaczyć. Reszta natomiast raczej będzie "tylko przychodzić i słuchać".

Proszę Ojca-Otwartego-Tomasza, a co jeśli jakiś małżonek umrze, da nogę, albo wymieni swą małżonkę na nowszy model? Czy ta owdowiala lub porzucona może nadal pozostawać w "kościele domowym", czy automatycznie staje się zagrożeniem dla innych małżeństw, zostaje wypisana z klubu i musi znowu dołączyć do tych co przychodzą i tylko słuchają ?

Więc uczestnictwo w niedzielnej eucharystii jest z jakichś tajemniczych powodów niewystarczajace, a wierni dzielą sie na lepszych i gorszych w zależności czy przynależą do jakichś wspólnot czy nie?

Skąd taki pomysl? Gdzie jest slynna "podstawa prawna" do takiego myślenia? Katolik nie ma obowiązku należeć do żadnej wspólnoty!!! Taka przynależność nie czyni z nikogo lepszego chrześcijanina, ani czlowieka. Jedni jej potrzebują, inni nie, a jeszcze innym szkodzi! 

Znajomy, który był na 12, opowiedział mi o homilii o. Marcina, który zrobił całe przedstawienie, żeby obśmiać kobietę, która chodziła po górach z małym pieskiem. Ojciec Marcin z towarzystwem schowali sie pod wiatą przed deszczem, a owa niewiasta zapytała czy znajdzie się miejsce dla niej i "jej dziecka" (miala na myśli pieska). Ubaw był po pachy. Owszem, nazywanie zwierzątka dzieckiem jest nieco dziwaczne, ale "znaj proporcją mocium panie!"

Kobieta z pieskiem albo nie miała się z kim wybrać w góry, albo nie chciała. Może w życiu jest samotna i jej to doskwiera, stąd zwierzątko dotrzymujące towarzystwa. Czy ktokolwiek wyśmiewa się z bezdomnego dzielącego z psem swój skromny posiłek? Mechanizm psychologiczny jest wtedy doskonale czytelny. Dlaczego w przypadku samotnej kobiety miałoby być inaczej. Że jest czysto ubrana? Że lepiej funkcjonuje w życiu? To jest jakiś zarzut?

Czy ojciec Marcin nie wie, że do urodzenia dzieci potrzebny jest odpowiedni mężczyzna? Może ta kobieta tęsknila za macierzyństwem, ale nikogo takiego nie spotkała w życiu? Może wiązało się to dla niej z wielkim cierpieniem? Przypomina mi się moja sunia Polijka, która miewała cieczkę 4 razy do roku, a potem nierzadko ciążę urojoną i wtedy budowała gniazdo, do którego znosiła pluszowe zabawki. Może dlatego niespełniony instynkt macierzyński nigdy nie wydawał mi się śmieszny...

Jeżeli o. Marcin tego nie widzi to spójrzmy na sprawę z innej strony. Kościół Katolicki błogosławi pary homoseksualne (od Fiducia Supplicant legalnie), znaczy akceptuje mężczyzn obcujący seksualnie ze sobą i mieszkajacych wspólnie. Czy takie zjawisko społeczne nie powoduje braku potencjalnych kandydatów na ojców i mężow? Jak w takiej sytuacji ktokolwiek może winić kobietę, że nie znalazła partnera? A może mimo to powinna zajść z kimkolwiek i wychowywać samotnie owoce takich przypadkowych stosunków? Czy to jest obecna nauka katolicka, bo nie nadążam za postępem postępu...

sobota, 24 stycznia 2015

O tęsknotach, pragnieniach i powołaniach

Któryś z wielkich angielskich nawróconych ubiegłego wieku chyba G. K. Chesterton (albo C.S. Lewis) napisał o powołaniu (czy tez roli) kobiety, że w przeciwieństwie do mężczyzny musi umieć mnóstwo różnych rzeczy (ugotować obiad, urządzić estetycznie mieszkanie, coś uszyć, wyhaftować, zrobić na drutach, opowiedzieć dziecku bajkę czy pomóc w nauce), ale w żadnej z nich nie musi się specjalizować. Nie będę wypowiadać się za inne kobiety, ale jest to prawda o mnie - jestem właśnie takim kimś, ale jako osoba niezamężna, żeby zarobić na swoje utrzymanie muszę udawać specjalistę od czegoś z efektem jak w poprzednim wpisie. Z kolei istnieje ileś tam sfrustrowanych kobiet, które chciałyby poświęcić się pracy zawodowej, a przez jakiś czas, ze względu na małe dzieci, nie mogą.


Bardzo nie lubię słowa powołanie być może dlatego, że słyszę je używane w tak różnych znaczeniach, często nie dających się pogodzić, że straciło dla mnie sens. Trudno jednak takie pojęcie całkiem wyeliminować myśląc na przykład o życiu pustelniczym.


W pierwszy dzień Bożego Narodzenia weszłam wieczorem do kościoła Bożego Ciała przed wieczorną mszą. Był względnie pusty nie licząc rodzin i turystów wpadających raz po raz, żeby obejrzeć szopkę. Czułam wielki pokój i bezpieczeństwo podszyte ową subtelną radością, która jest nam dana z okazji wszelkich świąt, kiedy to mówiąc słowami Stinissena, możemy się cieszyć radością Boga (bez względu na okoliczności naszego życia). Uświadomiłam sobie po raz kolejny, że właśnie w takich chwilach w pustym kościele, na pustej plaży, czy pustym szlaku gdzieś wysoko w górach czy dowolnych okolicznościach przyrody, które pozwalają na pogrążenie się w kontemplacji czuje się prawdziwie i dogłębnie szczęśliwa. Czy to wskazuje na jakieś powołanie czy zupełnie nie. Czy to efekt introwersji, słabego przystosowania do życia w stadzie czy jeszcze czegoś innego?


To jest moje wielkie pytanie: czy fakt, ze mamy do czegoś talent, predylekcję czy pragnienie znaczy, że do tego właśnie zostaliśmy powołani? Czy też zostajemy powołani wbrew naszym zdolnościom, pragnieniom i naturalnym dyspozycjom? Czy fakt, że lądujemy w jakiejś sytuacji oznacza, że to właśnie jest nasze powołanie czy po prostu wynik różnych okoliczności, w tym naszych decyzji i zaniechań.


Czy sfrustrowana żona i matka, która nie może poświęcić się karierze zawodowej i samotna kobieta marząca o własnej rodzinie to przykłady minięcia się z powołaniem czy wręcz przeciwnie typowe reakcje na swoje powołanie? ( A może owe sfrustrowane matki produkują samotne córki? Czy są wtedy narzędziem Boga czy wręcz przeciwnie?)

A co z introwertykiem marzącym o życiu pustelniczym,  nie mając nawet swojego pokoju? Czy to pragnienie jest od Boga czy jest to po prostu chęć ucieczki przed światem?

Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań, a te które słyszałam nie satysfakcjonują mnie.
Niezależnie od tego wyznam, że tęsknię za życiem pustelniczym takim, jak sobie je wyobrażam - za byciem w obecności Boga całą dobę, za prostotą i pokojem, za wyrzeczeniem się świata i jego obłędu.


Z drugiej strony pamiętam, że jako młoda osoba tęskniłam za miłością, które to pragnienie nie tylko się nie spełniło, ale spowodowało wiele szkód w moim życiu. Ewidentnie pragnień i tęsknot nie można uznać za najwłaściwszych przewodników, a więc co można?

Dlaczego w ogóle mamy jakieś pragnienia? Moje doświadczenie wskazuje, że jest ktoś, kto bardzo się nimi interesuje, a nie ma wcale na myśli naszego dobra.


Może po prostu należy przyjąć, że czegokolwiek wydaje nam się, że pragniemy, w istocie pragniemy Boga i nic poniżej tego. Może nie powinniśmy nigdy w koncentrować się na przedmiocie pragnienia tylko na samym fakcie. Może w zdaniu: pragnę miłości, samotności czy czegokolwiek innego tylko słowo pragnę jest istotne, a reszta to zmyła, zaproszenie dla wiadomo kogo, żeby wiedział czym nas zwodzić.