Przyszła wiosna i nie ma na to rady. Oto niezbite dowody:
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
sobota, 21 marca 2026
Pierwszy dzień wiosny
niedziela, 23 marca 2025
O kazaniach o. Tomasza OSPPE
Kazania ojca Tomasza nieodmiennie przywodzą mi na myśl pewną średnio lotną koleżankę z liceum. Miała zawsze zaskakujące skojarzenia, które nikomu innemu nie przyszłyby do głowy np:
- Clarus to taki rus, a pulcher to taki her - wyjaśniała jak zapamiętuje łacińskie słówka.
Każdemu innemu clarus(-a, -um) kojarzy się z żeńskim imieniem Klara, a pulcher, a tymbardziej żeńska forma tego przymiotnika - pulchra - z polskim pulchna. Skojarzenie jest natychmiastowe tym bardziej, że towarzyszy mu odkrycie oczywistego ongiś związku urody/atrakcyjności z należytym odkarmieniem. Wspomniana koleżanka z liceum takich skojarzeń jednak nie miała z powodu niedostatków wiedzy ogólnej lub małej bystrości umysłu i dlatego usiłowała zapamiętać przez kojarzenie końcówek rodzaju męskiego. Jest to wyjątkowo nieprzydatny sposób, gdyż rodzaj żeński i nijaki mają zupełnie inne końcówki. W clara czy clarum nie ma rus, a w pulchra czy pulchrum nie ma her. Natomiast wiele innych przymiotników w rodzaju męskim ma identyczne końcówki np rarus czy carus.
Z podobnie błyskotliwymi skojarzeniami zetknęlam się na jakimś idiotycznym szkoleniu w firmie, w ktorej chciałam sie zatrudnić. Kiedy wszyscy przedstawiliśmy się współuczestnikom z imienia, młody prowadzący podzielił się z nami swoimi skojarzeniami. Np imię Aldona, które każdemu w moim pokoleniu kojarzy się nieodmiennie z żoną Konrada Wallenroda z poematu Mickiewicza, ewentualnie z pierwszą litewską małżonką Kazimierza Wielkiego, młodemu szkoleniowcowi skojarzylo sie z jakąś dawna znajomą, co być może pomogło zapamiętać jemu samemu imię tej konkretnej osoby, ale dla wszystkich pozostałych było całkowicie bezużyteczne.
Ojciec Tomasz OSPPE, przeor wroclawskiego klasztoru paulinów ma podobny rodzaj skojarzeń na temat czytań mszalnych. Nie zapomnę jego komentarza do początku Ewangelii według św. Jana, tzn zdań "Na początku bylo Słowo..." "Ono było na początku u Boga i Bogiem było slowo..." "Przez nie wszystko sie stało stało, co się stalo..." itd (cytuję z pamięci). Wszystkie one nie mają wielkiego sensu, dopóki nie uświadomimy sobie, że pod polski przekład "słowo" należy podłożyć grecki "logos" z całym bogactwem znaczeń jak np ład, porządek, boski plan czy zamysł.
Rącza myśl o. Tomasza pobiegła jednak w zupełnie innym kierunku "słowo" skojarzylo mu się z "gadaniną" czy wręcz "paplaniną", nie jestem pewna czy nie towarzyszyl mu przymiotnik "czcza" albo "pusta" (czcza gadanina, pusta paplanina). O. przeor był zdaje się pod wrażeniem, że z tej czczej gadaniny czy też pustej paplaniny może powstać wrzechświat. A być może chodziło mu o to, że zbytnia gadatliwość może wpędzić nas w klopoty? Tu pełna zgoda, tylko gdzie związek z Ewangelią św Jana? Wysłuchawszy wielu innych kazań o. Tomasza podejrzewam, że raczej chodzilo mu o to, że z czegoś mało poważnego, lekceważonego może powstać coś wielkiego, co pozostaje z przesłaniem tego konkretnego fragmentu ewangelii w związku nader luźnym.
Według o. Tomasza Anioł Boży mówi do Mojżesza z jednej strony, a ten jest zupelnie nie zainteresowany, gdyż zaobserwował ciekawe zjawisko zupelnie gdzie indziej - oto krzak płonie i się nie spala. Ignorując więc głos Boga szoruje zobaczyć jak to jest możliwe. Zdaniem kaznodziei wszyscy mężczyźni tak mają. Siedzą w pięknej sali koncertowej wśród przepychu barokowego wystroju, marmurów i złota, a całą ich uwagę zaprząta zagadnienie jakiej mocy żarówki wkręcone są w kryształowe kandelabry.
Kiedy więc niepoprawny Mojżesz staje w końcu przy krzaku, zignorowany Anioł Boży, który za nim gonił, wchodzi dopiero do krzewu i woła"Mojżeszu, Mojżeszu" mniej wiecej takim tonem: "Ej durak, ty durak!", jak mawiają nasi wschodni sąsiedzi.
No cóż z tekstu nic takiego nie wynika, bo od razu w pierwszym zdaniu anioł mówi z wnętrza płonącego krzewu. Anioł mówi, ale Mojżesz nie słyszy głosu, tylko widzi znak. Podchodzi bliżej i dopiero słyszy głos. Interpretacja o. Tomasza nie mówi nic o tekście, natomiast sporo o autorze komentarza.
Zastanawiam się jaka jest wartość tego rodzaju "przepowiadania". Mój stosunek do takiej swobody interpretacyjnej jest raczej ostrożny, choć czasem kanodzieja może "niechcący" trafić do jakiegoś słuchacza. Pewien znajomy dominikanin twierdził wręcz, że na w każdym kazaniu, nawet najgłupszym, jest chociaż jedno zdanie, przeznaczone dla każdego ze słuchających. Nie wiem czy w każdym, ale dziś nieoczekiwanie się znalazło coś dla mnie.
W komentarzu do ewangelii o. Tomasz zauważył, że figowiec został celowo zasadzony w winnicy, choć powodu nie znamy. Otoczony winoroślami czuje się sfrustrowany, że ma inne liście i owoce (problem w tym, że owoców akurat nie rodzi...). Pan Bóg ma jednak dla niego dużo cierpliwości - w końcu sam go takim stworzył i posadził w tym miejscu - i wierzy, że wyda owoce w swoim czasie, w domyśle zupelnie innym niż czas winorośli...
Na koniec o. przeor zasugerowal, że być może wielki post jest także po to, żebyśmy nawrócili się nie tylko do Boga, lecz także powrócili do naszego prawdziwego ja, a raczej stali tym kim powinniśmy być według Bożego zamysłu.
Sugestia bardzo rozsądna, choć nie jestem pewna czy da się ją wywieść z tej konkretnej ewangelii... Tak czy siak przemawia do mnie w mojej konkretnej sytuacji życiowej.
P.S.
Ktoś może zapytać, po co wlaściwie chodzę na msze celebrowane przez o. Tomasza, skoro tak krytycznie wypowiadam się o jego kazaniach. Sęk w tym, że decyzją tegoż o. przeora wroclawskich paulinów na mszy o godz. 12 nieszczęsne neony(neokatechumenat) są zmuszane do mówienia przed czytaniami wstępów, które mają się do liturgii jak pięść do nosa, a o. Marcin mówi zwykle 3 kazania - jedno lepsze od drugiego. Mszę o 10. 30 odprawia właśnie ojciec Tomasz, a na 7.30 czy 9 w niedziele nie chcę się spieszyć...
P.P.S.
Na mszy o 10.30 udziela się Kościól Domowy czy też Oaza Rodzin. Bardzo trudno znieść świeckich celebrujących swoją ważność przy podchodzeniu do pulpitu i teatralnym głosem odczytujących teksty czytań czy modlitwy wiernych. It would embarass a cat, jak sie wyraził bohater książki, której tytułu nie pamiętam...
niedziela, 22 grudnia 2024
Kilka refleksji przed Świętami Bożego Narodzenia
Refleksja pierwsza:
Dlaczego w okresie przedświątecznym moce ciemności się tak uaktywniają? Dziś w nocy dostały regularnego pierdolca. Gdybym wiedziała, że to czas ich szczególnej aktywności nie oczekiwałabym spokojnego snu, tylko uznałabym to pandemonium za pokutę za moje liczne grzechy. Dlaczego nie słyszymy o tym z ambony? Przecież Kościół taką wiedzę posiada, więc dlaczego sie nią nie dzieli?!!!
Refleksja druga:
Poczułam potrzebę poważnej pokuty na dzień przed skończeniem adwentu i co teraz? Historia z niemiłym mailem od dawnej znajomej uzmysłowiła mi, że zupelnie nieświadomie mogłam zrazić do siebie/skrzywdzić wielu ludzi. Niewiele się nad tym do tej pory zastanawiałam bezpieczna w przekonania, że nigdy nie byłam dla nikogo wystarczajaco ważna, by moje slowa, czyny czy zaniechania mogły kogokolwiek zranić... A jednak - ważna czy nie - mogłam okazać sie niewdzięczna, bezmyślna albo po prostu nieokrzesana...
Refleksja trzecia:
Jeśli jakimś cudem doszłabym w życiu do wielkich pieniędzy, wykupiłabym wszystkie lokale w swoim bloku i sprowadziła karmelitanki bose, żeby tu zamieszkały. Albo ufundowłabym klasztor dla jakichś sióstr kontemplacyjnych, w którym byloby też mieszkanie dla mnie. Siostry miałyby obowiązek modlić sie za mnie także po śmierci...
Refleksja czwarta:
W ruskim filmie Wyspa (Ostrow), do jednego z mnichów mieszkajacych w klasztorze na tytułowej wyspie przybywa udręczona młoda kobieta prosząc o blogosławieństwo na... aborcję. Nieszczęsna płacze, bo rozumie czym w istocie jest ten "zabieg", ale myśli, że musi się mu poddać, bo inaczej nigdy nie wyjdzie za mąż. Mnich stwierdza bezceremonialnie, że za mąż i tak nie wyjdzie (wystarczy na nią popatrzeć), a dziecko - błękitnooki chłopiec - będzie radością jej życia...
Gdyby Pan Bóg za młodu pokazywalby nam co zostanie z naszych planow czy pragnień w wieku lat 59 i proponowalby swój plan, o ileż chętniej godzilibyśmy mu zaufać, wiedząc, że tak naprawdę nie mamy nic do stracenia oprócz złudzeń...
Inna sprawa ilu z nas byłoby w stanie w wieku lat 18-20 unieść taką wiedzę bez wyskoczenia przez okno. Ja raczej nie...
Refleksja piąta
"Nigdy nie wiadomo, które z naszych działań lub zaniechań, będzie miało nieskończone konsekwencje..." To, niestety, najprawdziwsza prawda
Teraz jestem gotowa płynnie wejść w okres Wielkiego Postu, ale wszystkim czytelnikom życzę Blogosławieństwa Bożego na Święta Bożego Narodzenia!!
sobota, 27 lutego 2021
O sztucznie wytworzonych i sztucznie podtrzymywanych potrzebach
Mój nieszczęsny laptop, a właściwie jego klapa i zawiasy uległy tak daleko idącej destrukcji, że musiałam odnieść do naprawy, bo istniało realne niebezpieczeństwo, że przy kolejnym otwarciu całkiem się posypie. Przy okazji zdałam sobie sprawę jak bardzo uzależniona jestem od komputera. Nagle odsuwany sztucznie lęk i nierozwiązywalne problemy otoczyły mnie zwartym kołem. Nie wiedziałam gdzie się podziać czy raczej od czego zacząć, źle spałam w nocy. Na drugi dzień było znacznie lepiej. Na trzeci poszłam wreszcie do spowiedzi, długo odsuwanej z powodu następujących po sobie infekcji połączonych z przeraźliwym kaszlem, który mógłby wystraszyć księdza.
Nie było to doświadczenie przyjemne. Spowiednik słuchając wybiórczo, wytworzył sobie w mózgu obraz osoby, nie mającej ze mną nic wspólnego i do tej osoby mówił, a właściwie ją dość brutalnie obsztorcował strasząc piekłem. Kiedyś po czymś takim miałabym z 10 lat przerwy w korzystaniu z sakramentu pojednania. Teraz raczej stosuję się do mądrej rady nie pamiętam kogo, żeby takie doświadczenia traktować jako pokutę. Co ciekawe ten sam zakonnik na kazaniu dość pobłażliwie odniósł się do grzechów duchowieństwa, które są zgorszeniem dla tak wielu wiernych...
Wśród wielu pożytecznych aktywności, na które wreszcie miałam czas, najbardziej ekscytującą był udany debiut w roli konserwatorki, a właściwie renowatorki malarstwa XX w. Moją jedyną kompetencją (poza studiami z dziedziny historii sztuki oczywiście) jest znajomość praktyczna techniki olejnej, w tym przygotowania gruntu itp. Zbyt suchy grunt (za mało pokostu lnianego) po prostu z czasem zaczyna odpadać. Czasem nie widać jak bardzo jest popękany, aż do momentu kiedy obraz np. spadnie i spore kawałki zostają na ziemi. Mam w domu taki obraz z lat 60-tych (a może 50-tych), naprawdę dobre malarstwo, nazwisko znane lokalnie na Górnym Śląsku, wartość także sentymentalna (prezent dla mamy od brata-artysty, oboje już nie żyją). Białe plamy po odpadniętym gruncie ziały na ciemnej powierzchni melancholijnej martwej natury z więdnącymi słonecznikami. Zebrałam się na odwagę, załatałam ubytki własnoręcznie przygotowanym gruntem, a po wyschnięciu zrekonstruowałam brakujące fragmenty. Poszło mi nadspodziewanie dobrze, efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania! Za coś starszego bym się raczej bała brać, ale 2 pol. XX wieku jest na tyle nieodległa pod każdym względem, że naprawdę czuję tą sprawę...
Tak, w 2 poł. XX wieku gdzieniegdzie ludzie uprawiali jeszcze dobre malarstwo i nawet gdzieniegdzie istniał na nie popyt !!! Nawet w PRL-u! Chyba jako symbol statusu, niektórzy snobowali się na koneserów. Ta refleksja nieubłaganie prowadzi mnie do poprzedniego wpisu, czyli tzw. sztuki współczesnej, która jest zjawiskiem jeśli nie sztucznie wywołanym, to na pewno sztucznie podtrzymywanym przy życiu.
Kto zawsze był pierwszym, największym i najbardziej oczywistym odbiorcą dzieł sztuki - świątynia i kościół, potem ośrodki władzy i ludzie zamożni, wpływowi lub aspirujący np. bogate mieszczaństwo. W skromnym zakresie także przeciętna rodzina fundująca swoim zmarłym nagrobek. Możni tego świata często sponsorowali zdolnych artystów, zapewniając im stały dochód, aby mogli skupić się tworzeniu dzieł sławiących imię swego mecenasa.
A jakie jest zastosowanie dzieł sztuki współczesnej np. takich ostatnio wspomniane "Strachy" czy "Pokój dziecięcy"? Sponsorują je wyłącznie instytucje państwowe, bo żaden prywatny mecenas nie wyłożył by na coś takiego ani złamanego grosza. Odbiorcami są pracownicy tych instytucji i nieliczni goście... Ich funkcja? Nawet nie symbol statusu. Może w służbie oficjalnej kryptoreligii tzn. kulcie ohydy i perwersji. Tylko, że jest on na tyle rozproszony, że wyznawcy nie potrzebują Muzeów Sztuki Współczesnej jako jego centrów, skoro każdy ma komputer w domu...
Posiadanie komputera i ciągłe z niego korzystanie jest również całkowicie sztucznie wytworzoną i sztucznie podtrzymywaną potrzebą. Ten tydzień wolności bardzo wyraźnie mi to uświadomił. Post jest dobrym czasem, żeby go odstawić, poza tym co ma związek z zarabianiem pieniędzy (lub szukaniem pracy).