Chodzi oczywiście o marszałka sejmu Szymona Hołownię. Osobiście nie znam, nie sluchałam jego przemówień i nie czytałam książek. Jako ciekawostkę odnotuję, że kiedyś bardzo pozytywnie ocenił mój tekst opublikowany wDrodze. Jacek Piekara (i nie on jeden) nie żałuje nowemu marszalkowi sejmu gorzkich słów:
Blog poświęcony życiu duchowemu niedźwiedzi polarnych i nie tylko. Autorka zamieszcza na nim swoje artykuły nigdzie wcześniej nie publikowane.
środa, 6 grudnia 2023
O "Marszymku"
poniedziałek, 3 maja 2021
O tzw. "asertywności" w ujęciu pokoleniowym
Końcówka kwietnia i początek maja upływają mi pod znakiem opuchniętych i zdrętwiałych kończyn (skutek uboczny remontu) oraz konfrontowania się z ludźmi, z którymi wolałabym nie mieć nic do czynienia.
Chcąc nie chcąc musiałam uświadomić sobie, że mając lat 55 będę przez pozostałe dni mego życia w coraz większym stopniu narażona na kontakt z pokoleniami obecnych młodych dorosłych, nastolatków i dzieci. Ba, może się zdarzyć, że będę od nich zależna. Na samą myśl oblewa mnie zimny pot. Nie mając nadziei, że można ich zmienić postanowiłam zmienić swoje nastawienie poprzez modlitwę. W moim przypadku modlitwa na ogół prowadzi do konkretnych akcji, na które nie mam najmniejszej ochoty.
Tym razem była to konfrontacja (nie pierwsza zresztą) z sąsiadką z góry - jedną z młodych osób wynajmujących mieszkanie po zmarłym przed kilku laty alkoholiku. Jest to głośna, niezbyt lotna i bardzo okrągła osoba. Przy pierwszym spotkaniu zrobiła na mnie wrażenie dość poczciwej, choć zaskoczyła mnie próbą obrażenia mnie w pozornie pojednawczej rozmowie. Na moje stwierdzenie, że jestem w wieku zbliżonym do jej mamy oznajmiła ze śmiechem, że jej mama raczej by się obraziła na takie porównanie. Uznałam to za objaw nieokrzesania i braku subtelności.
Mieszkanie po alkoholiku było gruntownie remontowane po jego śmierci, m.in usunięto warstwę izolacji akustycznej pod klepkami podłogi i położono tzw. panele, które zamieniły ją w pudło rezonansowe. Właściciele nawet nie zakupili dywanów, chodników czy mat, aby ów efekt nieco wytracić. Najemcy nie uznali za stosowne wykosztować się nawet na filcowe podkładki pod meble. Całą dobę jestem więc zmuszona wsłuchiwać się w szuranie meblami i innymi ciężkim przedmiotami tupanie i głośne nawoływania się. Co gorsza okrągła panienka zainwestowała w tzw. stepper tzn. urządzenie do biegania w miejscu i łomocze mi nad głową godzinę dziennie między 21 a 22. Na moje stwierdzenie, że to dla mnie uciążliwe odpowiada, że nie ma jeszcze 22. Nie znaczy to, że po 22 powstrzymuje się od przesuwania sprzętów i grzmocenia ciężkimi przedmiotami. Ileś tak sms-ów wysłanych w tej sprawie ma skutek dość ograniczony.
Z najwyższą niechęcią więc staję do konkretnej konfrontacji. Dzwonię i odsuwam się 2 metry od drzwi. Otwiera mi okrągła niunia w modnym stroju do ćwiczeń mocno spocona, a w tle majaczy jej chuda współlokatorka, która raz po raz wcina się do rozmowy.
W odpowiedzi na moje oświadczenie, że nie mogę znieść wieczornego, godzinnego tupania nad głową dowiaduję się że:
- to nie ja decyduję jakie ćwiczenia ona ma wykonywać
- zainwestowała w stepper i musi go używać
- na lepszą matę jej nie stać
- biegać na bieżni pod blokiem nie będzie, bo się boi
- to ja jestem problemem, bo wysyłam sms-y w reakcji na jej nocne łomoty
- potrzeba biegania w miejscu jest równie ważna jak odpoczynku, a nawet ważniejsza
- problemem jest moja (kolejna) interwencja, a nie jej tupanie
sobota, 13 marca 2021
O miłości (nie)rozlewającej się coraz szerzej
Znowu posłużę się cytatem ze znanego wrocławskiego kaznodziei o. Pawła: "po co daleko szukać weźmy na przykład mnie". Otóż w dzieciństwie zainfekowana byłam przez mamę lękiem przed psami. Kiedy miałam okazję poznać bliżej te zwierzątka za sprawą przedstawicielki gatunku mieszkającej z nami przez 10 lat, nie tylko znikł lęk, ale i chęć posiadania. Lubię psy w ogóle (i inne zwierzęta też), ale nie mam potrzeby mieć żadnego na własność.
Ten wysoce nieodpowiedni przykład miał zilustrować rozlewanie się, czy też dojrzewanie do miłości - od zaborczego uczucia do konkretnej osoby: kobiety, mężczyzny, dziecka, która stopniowo wzrastając obejmuje bezinteresowną życzliwością coraz szerszy krąg ludzi. Doświadczenie miłości do kobiety powinno teoretycznie pomóc docenić "najdzikszemu" nawet mężczyźnie kobiety w ogóle i nauczyć go porozumiewać się z nimi. Związek z mężczyzną powinien pomóc kobiecie przezwyciężyć lęk i pomóc zrozumieć jak funkcjonuje płeć przeciwna, a doświadczenie macierzyństwa/ojcostwa powinno przynajmniej część czułości żywionej do własnego potomstwa przenieść na inne dzieci, zwłaszcza te najbardziej potrzebujące. Czy tak rzeczywiście się dzieje? Nie wiem. Niech każdy sobie odpowie w swoim serduszku.
Taka refleksja ogarnęła mnie podczas oglądania ekranizacji Wichrowych Wzgórz z 2009 r., a następnie porównywania jej ze starą tzn. z 1978, pokazywaną w telewizji za PRLu. Dzieło Emily Bronte było jedną z ulubionych lektur mojej młodości. Zapewne zapoznanie się z biografią autorki, nieco zmieniło mój stosunek do opisywanych postaci i zdarzeń. Mimo większego dystansu jednak zawsze pozostawałam pod wrażeniem dziwnej miłości Heatcliffa do Cathy. Tym razem jednak oglądaniu całkiem niezłej adaptacji towarzyszyła irytacja i chęć nakopania wszystkim romantycznym kochankom w zad.
Po raz pierwszy zobaczyłam wyraźnie, że jedyną dorosłą osobą, jedynym człowiekiem w pełnym sensie tego słowa jest Nelly (Ellen Dean), służąca najpierw w domu Earnshawów, a potem Lintonów. Myślę, jest ona nie tylko narratorką, lecz także alter ego autorki. W tej konkretnej adaptacji wybrano do roli aktorkę, która w moim odczuciu przewyższała naturalną urodą wszystkie romantyczne heroiny miotające się po ekranie (o godności, dojrzałości i szlachetności nie wspominając).
Przedwcześnie dojrzała Emily Bronte najwyraźniej widziała w miłości romantycznej rodzaj obsesji, a nawet opętania, które raczej potęguje niedojrzałość i egoizm, niż od niego uwalnia. Na podstawie własnych obserwacji muszę się z takim poglądem zgodzić...
To stwierdzenie prowadzi nas nieuchronnie do rozważań czy osoby samotne mają lepszą czy gorszą szansę na ludzką dojrzałość, lub jak to ujmuję język kościelny "wzrastanie w miłości", niż te żyjące w rodzinach i związkach nieformalnych. Innymi słowy: czy celibat ma sens czy nie? Moim zdaniem ma. Powiem więcej: samotność nie wybrana, tylko zadana, może mieć jeszcze większy.
niedziela, 23 czerwca 2019
O kobietach i mężczyznach, czyli konieczności akceptacji tego, czego nie wybieramy
![]() |
1. Nastoletni chłopiec - marzenie pederasty 2. Chłopiec zastępczy - zagłodzona modelka o nietypowej budowie |
![]() |
1.Tak wygląda "ideał" 2.3.4.5.6. Tak wyglądają normalne kobiety o różnej budowie ciała w optymalnej formie fizycznej |
![]() |
1. Wannabe powabna blondynka 2. Prawdziwa powabna blondynka |
Jego najnowsza mutacja - genderyzm posuwa się jeszcze dalej - chce przerobić mężczyzn na karykatury kobiecości - wypindrzone kokoty, a kobiety na mrówki robotnice odarte ze swej urody, wychudzone do granic możliwości albo nabite i klocowate, wbite w ciasne gacie i bezkształtny podkoszulek ostrzyżone na jeża, wytatuowane, podziurawione i bezpłodne.
Doznałam szoku na widok nastoletniego młodzieńca przyglądającego mi się z zazdrością, dokładnie tym samym zawistnym spojrzeniem jakim zazwyczaj mierzą mnie kobiety obawiające się konkurencji. Rozsądne pytanie brzmi: w jakiej dziedzinie młody chłopak może konkurować z panią w średnim wieku? Otóż chodziło mu o mój kapelusz - starożytną, mocno wypłowiałą amazonkę, nasuniętą na czoło (celem ochrony zatoki czołowej). Młodzieniec szedł wprawdzie z dziewczyną, ale bardziej zainteresowany był własną "atrakcyjnością". Nie zwróciłam uwagi na jego strój, ale rzucał się w oczy kapelusz zsunięty na tył głowy, noszony nie jako nakrycie głowy, ale ekstrawagancka ozdoba aspirującego do oryginalności początkującego "dandysa".
To, że męska próżność n-krotnie przewyższa kobiecą, każdy wie. Kultura chrześcijańska wypracowała system zabezpieczeń przed jej wynaturzeniem. Mężczyzna ma pracować celem utrzymania swojej rodziny, a gdy trzeba walczyć w jej obronie. Ma być oparciem dla kobiety, a nie wyrośniętą księżniczką na ziarnku grochu. W ten sposób jego energia zostaje skanalizowana i obrócona na dobro wspólne i rozwój własny.
Bez tego rodzaju wychowania uzyskujemy plejadę najdziwniejszych indywiduów: Piotrusiów Panów na hulajnogach roztrącających starsze panie na chodniku lub pływających skuterami wodnym przy brzegu, w wodzie po kolana, wśród kąpiącej się dziatwy albo też męskie kokoty ze sztucznym biustem i piórkiem w zadzie pląsające na paradach homoseksualistów...
Zarówno bycie kobietą jak i mężczyzną ma swoje dobre i złe strony. Nie podejmuję się rozstrzygać co jest trudniejsze albo bardziej niebezpieczne. Nie wiem czy będąc matką bardziej martwiłabym się o syna czy córkę. Świat i diabeł czyha na oboje. Mój ojciec mawiał "ufność trzeba mieć", intuicja podpowiada mi, że wdzięczność jest równie ważna. Mamy to co mamy, a nie to, co chcielibyśmy mieć. To co istnieje jest lepsze niż to, czego nie ma (na tym stwierdzeniu opiera się dowód na istnienie Boga św. Anzelma).