Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narcyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narcyzm. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 grudnia 2023

O "Marszymku"

Chodzi oczywiście o marszałka sejmu Szymona Hołownię. Osobiście nie znam, nie sluchałam jego przemówień i nie czytałam książek. Jako ciekawostkę odnotuję, że kiedyś bardzo pozytywnie ocenił mój tekst opublikowany wDrodze. Jacek Piekara (i nie on jeden) nie żałuje nowemu marszalkowi sejmu gorzkich słów:




Podejrzewam, że ma rację, ale zważywszy, że tego cyrku nie oglądam i nie zamierzam oglądać, nie będę się wypowiadać. Natomiast od pewnego czasu nurtuje mnie uporczywa myśl, że ja już gdzieś widziałam kogoś podobnego, mówiącego z podobną manierą i podobnie celebrujacego swoje ego... i nagle: BANG! - Paweł Maliński, nasz nieoceniony dominikański mistyk seksualny!!! (Dziś już osoba świecka)

Jeden do jednego - to samo wrażenie "chłopięcości" u dorosłego mężczyzny po czterdziestce, ta sama fryzurka z grzywką, nawet pewna asymetryczność twarzy (ust) widoczna kiedy mówi. Identyczny sposob mówienia i czarowania widowni oraz - jak wszystko na to wskazuje - wpływ na bezkrytycznych, egzaltowanych słuchaczy. Podobnie rozdęte ego wypełniajace salę sejmową...

A potem przypomnialam sobie jeszcze jednego podobnego człowieka - o.Szustak OP internetowa primadonna duszpasterska, choć w tym przypadku nie ma fizycznego podobieństwa. Sposób mówienia czy raczej "bajerowania" odbiorcy bardzo zbliżony i rozmiary ego takoż.

Wszyscy trzej panowie formowali się w zakonie dominikańskim: nowicjacie, studentacie i dalej (nie wiem do jakiego etapu doszedł Hołownia) i najprawdopodobniej wszyscy trzej nabrali tej maniery przemawiania do ludzi i czarowania ich własnie tam...

Jak ona wygląda? "Sluchajcie, pomyślałem sobie dzisiaj......", "i wiecie, co sobie pomyślalem - ja też takiego Kościoła nienawidzę..." "kolejny list biskupów (przewracanie oczami), wiecie co mam na myśli..." Szczegóły dnia codziennego (niedoszłego) kaznodziei, co sobie pomyślał, kiedy coś sobie robił, ta urocza szczerość i spontaniczność, ten wyćwiczony brak zadęcia i częste-gęste wątki autobiograficzne... "I słuchajcie ja sam bym nie uwierzył, gdyby mi ktoś opowiedział, ale..." (tu następuje opowieść pełna niezwykłych zbiegów okoliczności, która jasno wskazuje, że mówca jest pod szczególną opieką Opatrzności) 

I oczywiście nowa jakość, dystansowanie się od duchowieństwa/Kościoła/klasy politycznej. Bo do czasów Pawła M. Marszymka i o.Szustaka nie było prawdziwych duszpasterzy/polityków, prawdziwy Kościół/działalnośc polityczna zaczyna się od nich jak nie przymierzając nasza era od narodzenia Chrystusa. Publiczność ma niewiarygodne szczęście, że sie załapała, że ten niezwykły, charyzmatyczny człowiek tak bezpośrednio się do nich zwraca "Puścicie mnie?" - pyta niedoszly misjonarz chiński wiernych zebranych w kościele  św. Wojciecha. "Nieeeeee!" - odpowiadają zachwyceni, upojeni wspóluczestnictwem, które im zaofiarował guru.

Charyzmatyczny guru łamany przez showmana  "przyciągajacy mlodzież do Kościoła". Hołownia dokładnie tak rozumie swoją misję. Chce dotrzeć do młodych i przyciągnąc ich do swej namiastki kościoła czyli sejmu RP. Tego nauczył się w zinfantylizowanym zakonie i do tego musiał mieć wrodzone predyspozycję i upodobanie.

Zakon kaznodziejski nie jest oczywiście jedynym miejscem, gdzie ksztaltują się takie postawy. Niemal identycznie przemawiał do swoich słuchaczy niejaki lama Ole Nydahl propagujacy na świecie "Diamentową drogę", czyli buddyzm tybetański sekty Karma Kagju. Co się działo w założonych przez niego wspólnotach, to temat na osobne studium, niestety mało znany. Dość powiedzieć, że grupa modlitewna Pawła Malińskiego to przy nich cienkie Bolki...

Ktoś może mi zarzucic, że takie analogie niczego nie dowodzą i jestem gotowa się z nim zgodzić. Nie wiadomo kim okaże się Szymon Hołownia (choć można prognozować z pewnym prawdopodobieństwem), ale moja intuicja ostrzega mnie przed tym rodzajem showmanów, a jeszcze bardziej przed wpływem jaki mogą mieć na swych wielbicieli...

poniedziałek, 3 maja 2021

O tzw. "asertywności" w ujęciu pokoleniowym

Końcówka kwietnia i początek maja upływają mi pod znakiem opuchniętych i zdrętwiałych kończyn (skutek uboczny remontu) oraz konfrontowania się z ludźmi, z którymi wolałabym nie mieć nic do czynienia.

Chcąc nie chcąc musiałam uświadomić sobie, że mając lat 55 będę przez pozostałe dni mego życia w coraz większym stopniu narażona na kontakt z pokoleniami obecnych młodych dorosłych, nastolatków i dzieci. Ba, może się zdarzyć, że będę od nich zależna. Na samą myśl oblewa mnie zimny pot. Nie mając nadziei, że można ich zmienić postanowiłam zmienić swoje nastawienie poprzez modlitwę. W moim przypadku modlitwa na ogół prowadzi do konkretnych akcji, na które nie mam najmniejszej ochoty.

Tym razem była to konfrontacja (nie pierwsza zresztą) z sąsiadką z góry - jedną z młodych osób wynajmujących mieszkanie po zmarłym przed kilku laty alkoholiku. Jest to głośna, niezbyt lotna i bardzo okrągła osoba. Przy pierwszym spotkaniu zrobiła na mnie wrażenie dość poczciwej, choć zaskoczyła mnie próbą obrażenia mnie w pozornie pojednawczej rozmowie. Na moje stwierdzenie, że jestem w wieku zbliżonym do jej mamy oznajmiła ze śmiechem, że jej mama raczej by się obraziła na takie porównanie. Uznałam to za objaw nieokrzesania i braku subtelności.

Mieszkanie po alkoholiku było gruntownie remontowane po jego śmierci, m.in usunięto warstwę izolacji akustycznej pod klepkami podłogi i położono tzw. panele, które zamieniły ją w pudło rezonansowe. Właściciele nawet nie zakupili dywanów, chodników czy mat, aby ów efekt nieco wytracić. Najemcy nie uznali za stosowne wykosztować się nawet na filcowe podkładki pod meble. Całą dobę jestem więc zmuszona wsłuchiwać się w szuranie meblami i innymi ciężkim przedmiotami tupanie i głośne nawoływania się. Co gorsza okrągła panienka zainwestowała w tzw. stepper tzn. urządzenie do biegania w miejscu i łomocze mi nad głową godzinę dziennie między 21 a 22. Na moje stwierdzenie, że to dla mnie uciążliwe odpowiada, że nie ma jeszcze 22. Nie znaczy to, że po 22 powstrzymuje się od przesuwania sprzętów i grzmocenia ciężkimi przedmiotami. Ileś tak sms-ów wysłanych  w tej sprawie ma skutek dość ograniczony. 

Z najwyższą niechęcią więc staję do konkretnej konfrontacji. Dzwonię i odsuwam się 2 metry od drzwi. Otwiera mi okrągła niunia w modnym stroju do ćwiczeń mocno spocona, a w tle majaczy jej chuda współlokatorka, która raz po raz wcina się do rozmowy.

W odpowiedzi na moje oświadczenie, że nie mogę znieść wieczornego, godzinnego tupania nad głową dowiaduję się że:

  • to nie ja  decyduję jakie ćwiczenia ona ma wykonywać
  • zainwestowała w stepper i musi go używać
  • na lepszą matę jej nie stać
  • biegać na bieżni pod blokiem nie będzie, bo się boi
  • to ja jestem problemem, bo wysyłam sms-y w reakcji na jej nocne łomoty
  • potrzeba biegania w miejscu jest równie ważna jak odpoczynku, a nawet ważniejsza
  • problemem jest moja (kolejna) interwencja, a nie jej tupanie
Dłuższy czas próbuję do niej dotrzeć tak czy siak ze skutkiem mizernym. Po osiągnięciu jakiegoś kulawego (i pozornego) kompromisu oddalam się zmęczona. Równie dobrze mogłabym mówić do ściany lub człowieka autystycznego bez kontaktu ze światem. Pokolenie świętych krów, które nie przyjmuje do wiadomości istnienia innych ludzi, o uszanowaniu ich praw i podstawowych potrzeb (jak np. sen) nie wspominając.

Wiele osób mojego pokolenia musiało się uczyć dopiero w dorosłym życiu tzw. "asertywności", czyli egzekwowania swoich praw i komunikowania potrzeb "stanowczo, spokojnie, bez lęku", ale też bez agresji. Obecni młodzi ludzie, których dziecięcego narcyzmu nic nigdy nie ograniczało, nie mają żadnych oporów żeby prawa innych ludzi deptać, a na zwrócenie im uwagi reagować agresją i próbą obrażenia każdego, kto dopuścił się tej "karygodnej zbrodni" Jest to bardzo smutne, ale niestety prawdziwe. Jedyna nadzieja w Bogu, że rozjedzie ich walcem swojej łaski i przywróci do rzeczywistości.

Jeśli tak się nie stanie, będziemy mieć zalegalizowane prawo dżungli, co po części już stało się faktem.






sobota, 13 marca 2021

O miłości (nie)rozlewającej się coraz szerzej

Znowu posłużę się cytatem ze znanego wrocławskiego kaznodziei  o. Pawła: "po co daleko szukać weźmy na przykład mnie". Otóż w dzieciństwie zainfekowana byłam przez mamę lękiem przed psami. Kiedy miałam okazję poznać bliżej te zwierzątka za sprawą przedstawicielki gatunku mieszkającej z nami przez 10 lat, nie tylko znikł lęk, ale i chęć posiadania. Lubię psy w ogóle (i inne zwierzęta też), ale nie mam potrzeby mieć żadnego na własność.

Ten wysoce nieodpowiedni przykład miał zilustrować rozlewanie się, czy też dojrzewanie do miłości - od zaborczego uczucia do konkretnej osoby: kobiety, mężczyzny, dziecka, która stopniowo wzrastając obejmuje bezinteresowną  życzliwością coraz szerszy krąg ludzi. Doświadczenie miłości do kobiety powinno teoretycznie pomóc docenić "najdzikszemu" nawet mężczyźnie kobiety w ogóle i nauczyć go porozumiewać się z nimi. Związek z mężczyzną powinien pomóc kobiecie przezwyciężyć lęk i pomóc zrozumieć jak funkcjonuje płeć przeciwna, a doświadczenie macierzyństwa/ojcostwa powinno przynajmniej część czułości żywionej do własnego potomstwa przenieść na inne dzieci, zwłaszcza te najbardziej potrzebujące. Czy tak rzeczywiście się dzieje?  Nie wiem. Niech każdy sobie odpowie w swoim serduszku.

Taka refleksja ogarnęła mnie podczas oglądania ekranizacji Wichrowych Wzgórz z 2009 r., a następnie porównywania jej ze starą tzn. z 1978, pokazywaną w telewizji za PRLu.  Dzieło Emily Bronte było jedną z ulubionych lektur mojej młodości. Zapewne zapoznanie się z biografią autorki, nieco zmieniło mój stosunek do opisywanych postaci i zdarzeń. Mimo większego dystansu jednak zawsze pozostawałam pod wrażeniem dziwnej miłości Heatcliffa do Cathy. Tym razem jednak oglądaniu całkiem niezłej adaptacji towarzyszyła irytacja i chęć nakopania wszystkim romantycznym kochankom w zad.

Po raz pierwszy zobaczyłam wyraźnie, że jedyną dorosłą osobą,  jedynym człowiekiem w pełnym sensie tego słowa jest Nelly (Ellen Dean), służąca najpierw w domu Earnshawów, a potem Lintonów. Myślę, jest ona nie tylko narratorką, lecz także alter ego autorki. W  tej konkretnej adaptacji wybrano do roli aktorkę, która w moim odczuciu przewyższała naturalną urodą wszystkie romantyczne heroiny miotające się po ekranie (o godności, dojrzałości i szlachetności nie wspominając). 

Przedwcześnie dojrzała Emily Bronte najwyraźniej widziała  w miłości romantycznej rodzaj obsesji, a nawet opętania, które raczej potęguje niedojrzałość i egoizm, niż od niego uwalnia. Na podstawie własnych obserwacji muszę się z takim poglądem zgodzić...

To stwierdzenie prowadzi nas nieuchronnie do rozważań czy osoby samotne mają lepszą czy gorszą szansę na ludzką dojrzałość, lub jak to ujmuję język kościelny "wzrastanie w miłości", niż te żyjące w  rodzinach i związkach nieformalnych. Innymi słowy: czy celibat ma sens czy nie? Moim zdaniem ma. Powiem więcej: samotność nie wybrana, tylko zadana, może mieć jeszcze większy. 



niedziela, 23 czerwca 2019

O kobietach i mężczyznach, czyli konieczności akceptacji tego, czego nie wybieramy

Powiem coś skrajnie niepoprawnego politycznie: każdy z nas rodzi się albo mężczyzną albo kobietą (poza skrajnie rzadkimi przypadkami obojnactwa). Nie wybieramy sobie płci, podobnie jak nie wybieramy rodziny, w której przychodzimy na świat czy narodu, z którego pochodzimy. Nie wybieramy w niemowlęctwie języka, który będzie dla nas pierwszy i najważniejszy. Literatura w nim pisana i historia ludu, który się nim posługuje w dużej mierze nas ukształtuje czy tego chcemy, czy nie. Nie wybieramy sobie ludzi, z którymi chodzimy do szkoły, ani tych, z którymi pracujemy. Nie wybieramy sąsiadów, ani przechodniów na ulicy. Nie wybieramy koloru skóry, ani włosów, wzrostu, ani budowy ciała. Nie wybieramy czasów, w których żyjemy, ani statusu społeczno-ekonomicznego naszych rodziców. Nie wybieramy przykrych doświadczeń, które nas spotkają, ani ran które zadadzą nam inni ludzie. Jak się nad tym głębiej zastanowić tak niewiele wybieramy... Cała nasza inteligencja służy nam głównie do tego, jak obrócić sytuacje, których nie wybraliśmy, na swoją korzyść.

Jest sporo baśni ludowych pomagających nam to zrozumieć, z których najbardziej znane są Kot w butach i Konik Garbusek. Najmłodszy w rodzinie dostaje w spadku coś, co wydaje się całkowicie bezużyteczne i śmieszne zarazem. Cierpi porównując swoją sytuację do położenia starszych braci tak hojnie obdarowanych przez los. W którymś jednak momencie akceptuje swój pogardzany dar i wtedy właśnie odkrywa jego przydatność w konkretnych okolicznościach w których postawiło go życie. Dar przyjęty (nawet z trudem, po ciężkiej walce wewnętrznej) staje się źródłem błogosławieństwa, którego zazdroszczą starsi bracia tak bardzo - wydawałoby się - uprzywilejowani.

To jest prawda o naszym życiu, o potrzebie wdzięczności za wszystko, co dostaliśmy, a co nie było naszym wyborem. Na tym polega pokora - uznajemy, że ktoś, kto tym wszystkim zarządza, wie lepiej, co nam jest potrzebne i co jest dla nas dobre, niż my sami. Niełatwo jednak wzbudzić w sobie akceptację, nie mówiąc o wdzięczności, za coś, co jest obiektem drwin "starszych braci", pogardy świata i diabła, tak dobrze reprezentowanego w mediach i pop kulturze.

Gdzieś słyszałam, że diabeł szczególnie nienawidzi kobiet. Łatwo w to uwierzyć patrząc na "ideał urody kobiecej" lansowany przez show business, widoczny na obrazku poniżej (po prawej) zestawiony z nastoletnim chłopcem (po lewej) - prawdziwym obiektem pożądania homoseksualnych projektantów. Każdy się zgodzi, że dorosła kobieta nie wygląda jak dorastający chłopiec, co więcej z racji swojej biologii zdecydowanie nie powinna. Jak to się więc stało, że tego rodzaju dziwaczny pomysł zyskał tak wielu zwolenników? Dlaczego pozwolono homoseksualistom dyktować kobietom jak powinny wyglądać? Odpowiedź jest prosta - pieniądze. Przerabianie dorosłych kobiet na nastoletnich chłopców to żyła złota. Nikogo nie wzrusza, że są ofiary śmiertelne - zagłodzone na śmierć modelki i anorektyczne nastolatki.
1. Nastoletni chłopiec - marzenie pederasty 2. Chłopiec zastępczy - zagłodzona modelka o nietypowej budowie

Efektem ubocznym lansowania takiej "wizji kobiecości" jest odrzucenie własnego ciała przez większość kobiet, gdyż nawet te z natury wysokie i smukłe do ideału chudości,  właściwej dorastającemu chłopcu, się nie zbliżają. 

1.Tak wygląda "ideał" 2.3.4.5.6. Tak wyglądają normalne kobiety o różnej budowie ciała w optymalnej formie fizycznej
Nie trzeba być geniuszem, żeby widzieć, że w ciuchach projektowanych na chłopca zastępczego kobiety będą wyglądać po prostu śmiesznie, o wygodzie i zdrowiu nie wspominając. Całkowite niedostosowanie mody do kobiecej anatomii jest nieustannym źródłem frustracji i wrogości wobec własnego ciała, czyli najbardziej podstawowego zasobu, za który winniśmy nieustanną wdzięczność Bogu. Każdy to rozumie, kiedy zdrowie zaczyna mu siadać. Może więc nie warto czekać aż to nastąpi i przyjąć do wiadomości, że zdrowe ciało jest darem bezcennym, a jego wygląd jest dla każdego najwłaściwszy.

Wszystkim paniom zmagającym się ze zrozumieniem tej prostej prawdy polecam "Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy" Sergiusza Piaseckiego, który raz po raz daje wyraz zachwytowi nad coraz to inną niewiastą. Niezależnie czy jest niska i pulchna, wysoka i smukła czy też duża i silna autor zawsze domniemuje, że musi być "wspaniale zbudowana", a za każdym razem, kiedy udaje mu się to ustalić stwierdza, że ma śliczne ciało. Zachwycają go zdrowe zęby i różowe dziąsła widoczne w uśmiechu, grube, ciemne warkocze i rude loki, rumieńce i porcelanowa bladość skóry - wszystko, czym Pan Bóg obdarzył kobiety na jego drodze. Piasecki nie był aniołkiem, mówiąc bardzo oględnie, ale jego szczery zachwyt nad urodą kochanek jest ujmujący.

Ten zachwyt kobiecością w dzisiejszych czasach przejawia się dość perwersyjnie:

1. Wannabe powabna blondynka  2. Prawdziwa powabna blondynka



Mężczyzna po lewej zamiast zainteresować się stojąca obok powabną blondynką sam postanowił nią zostać. Dlaczego? Co mu to robi? Dlaczego właściwie mężczyźni na paradach homoseksualistów przebierają się za kobiety (czy raczej kokoty)? Czy to znacząco nie zmniejsza ich szans w tym towarzystwie? Czy też jest tak jak rudymi włosami - prawdziwe są powodem do regularnych prześladowań w dzieciństwie i młodości, a farbowane mają dodawać urody byłym prześladowczyniom. Są godne szyderstwa i potępienia, a jednocześnie każda baba, która je zobaczy, na drugi dzień ma sztuczną wersję ich koloru, łącznie z charakterystycznymi jaśniejszymi pasmami wypłowiałymi od słońca na wierzchu.

Homoseksualiści nienawidzą kobiet, brzydzą się kobiecością, a jednocześnie wbijają w "seksowną" bieliznę i burdelowe kiecki, a owłosione odnóża w pończochy i buty na obcasach. Widok męskich twarzy z ciężkim makijażem i teatralnych peruk we wszystkich kolorach tęczy na ich głowach jest szczególnie ciężki do zniesienia.

A może to po prostu narcyzm, zwyrodniała męska próżność, którą tak łatwo zaobserwować w niektórych kulturach Afryki i Azji. Mężczyźni z plemienia Masajów czy Tybetańczycy to tamtejsza płeć piękna, wystrojona we wszystkie dostępne  wspaniałości, służąca głównie do funkcji reprezentacyjnych, podczas gdy niepozorne, skromne kobiety - oprócz rodzenia i wychowania potomstwa - odwalają całą robotę. Taki model wprowadzali Sowieci na kresach wschodnich II RP po wojnie - mężczyźni do wszystkich możliwych służb mundurowych, kobiety do ciężkiej fizycznej pracy. Ilość zbieżności między pogaństwem, a komunizmem jest uderzająca.

Jego najnowsza mutacja - genderyzm posuwa się jeszcze dalej - chce przerobić mężczyzn na karykatury kobiecości - wypindrzone kokoty, a kobiety na mrówki robotnice odarte ze swej urody, wychudzone do granic możliwości albo nabite i klocowate, wbite w ciasne gacie i bezkształtny podkoszulek ostrzyżone na jeża, wytatuowane, podziurawione i bezpłodne.

Doznałam szoku na widok nastoletniego młodzieńca przyglądającego mi się z zazdrością, dokładnie tym samym zawistnym spojrzeniem jakim zazwyczaj mierzą mnie kobiety obawiające się konkurencji. Rozsądne pytanie brzmi: w jakiej dziedzinie młody chłopak może konkurować z panią w średnim wieku? Otóż chodziło mu o mój kapelusz - starożytną, mocno wypłowiałą amazonkę, nasuniętą na czoło (celem ochrony zatoki czołowej). Młodzieniec szedł wprawdzie z dziewczyną, ale bardziej zainteresowany był własną "atrakcyjnością". Nie zwróciłam uwagi na jego strój, ale rzucał się w oczy kapelusz zsunięty na tył głowy, noszony nie jako nakrycie głowy, ale ekstrawagancka ozdoba aspirującego do oryginalności początkującego "dandysa".

To, że męska próżność n-krotnie przewyższa kobiecą, każdy wie. Kultura chrześcijańska wypracowała system zabezpieczeń przed jej wynaturzeniem. Mężczyzna ma pracować celem utrzymania swojej rodziny, a gdy trzeba walczyć w jej obronie. Ma być oparciem dla kobiety, a nie wyrośniętą księżniczką na ziarnku grochu. W ten sposób jego energia zostaje skanalizowana i obrócona na dobro wspólne i rozwój własny.

Bez tego rodzaju wychowania uzyskujemy plejadę najdziwniejszych indywiduów: Piotrusiów Panów na hulajnogach roztrącających starsze panie na chodniku lub pływających skuterami wodnym przy brzegu, w wodzie po kolana, wśród kąpiącej się dziatwy albo też męskie kokoty ze sztucznym biustem i piórkiem w zadzie pląsające na paradach homoseksualistów...

Zarówno bycie kobietą jak i mężczyzną ma swoje dobre i złe strony. Nie podejmuję się rozstrzygać co jest trudniejsze albo bardziej niebezpieczne. Nie wiem czy będąc matką bardziej martwiłabym się o syna czy córkę. Świat i diabeł czyha na oboje. Mój ojciec mawiał "ufność trzeba mieć", intuicja podpowiada mi, że wdzięczność jest równie ważna. Mamy to co mamy, a nie to, co chcielibyśmy mieć. To co istnieje jest lepsze niż to, czego nie ma (na tym stwierdzeniu opiera się dowód na istnienie Boga św. Anzelma).




piątek, 9 stycznia 2015

Kilka uwag o wzajemnej atrakcyjności

 
Kiedy zobaczyłam okładkę najnowszego W drodze, zanim cokolwiek przeczytałam, pomyślałam nieco zaskoczona, że numer będzie poświęcony homoseksualizmowi, ewentualnie narcyzmowi. Dopiero kiedy zorientowałam się co do zawartości, doszłam do wniosku, że w zamyśle autora ma to być para małżeńska.  Dlaczego identyczna postać reprezentuje mężczyznę i kobietę? Jedyna różnica to fason czapki i wzory na ubraniu mężczyzny. Po bardzo dokładnym przyjrzeniu się mężczyzna jest minimalnie szerszy na całej długości tułowia, a kobiecie wystaje kosmyk (krótkich) włosów spod nakrycia głowy. Jedyne rozsądne wyjaśnienie tego ekstrawaganckiego pomysłu, jakie mi się nasuwa, to że autor zainspirował się jakimś przewrotnym zdjęciem z okresu międzywojnia, lansującym styl chłopczycy.
 
W powieści Muriel Spark Girls of slender means, której akcja zaczyna się na początku II Wojny Światowej, jedna z bohaterek tak właśnie wygląda - jest całkiem płaska, nie ma bioder ani talii, i krótko ostrzyżone włosy. Nie narzeka jednak na brak powodzenia, bo jak twierdzi autorka, zawsze znajdą się mężczyźni, którzy tego właśnie szukają. Na potwierdzenie tych słów dziewczyna zachodzi niebawem w ciążę z jednym z takich mężczyzn i ma trudność z przeciśnięciem się przez niewielkie okno w dachu, aby uciec z płonącego (po nalocie) budynku.
 
Jednym z dowodów, że tacy mężczyźni rzeczywiście istnieją, a nawet współpracują z miesięcznikiem w drodze jest powyższa okładka.
 
Abstrahując od dziwnych kształtów istoty żeńskiej jeszcze bardziej niepokojąca jej identyczność z postacią męską - powstaje wrażenie, że mężczyzna całuje sam siebie. Ciekawe jest, że ma to być ilustracja do artykułów o seksie małżeńskim. Czy według autora atrakcyjność na tym polega, że możemy przeglądać się w sobie jak w lustrze i to swoje odbicie pieścić i całować?
 
Przyznam, że jest to dla mnie pomysł raczej zaskakujący, bo zawsze wydawało mi się, że to pewne istotne różnice, także anatomiczne, potęgują wzajemną atrakcyjność.
A może to ja jestem jakaś dziwna? Moje własne ilustracje  z pewnego figlarnego komiksu - osadzonego w jakiejś niejasnej przeszłości, gdzieś na północy -
wyglądają tak:
 
 
Mężczyzna na moich obrazkach nosi wprawdzie włosy do ramion, ale mam nadzieję, ze nikt go nie pomyliłby z kobietą
 
 
Zawsze wydawało mi się, że głównym tematem sztuki  erotycznej (w szerokim sensie tego słowa) jest kontrast między ciałem mężczyzny wyrażającym siłę, a ciałem kobiety pełnym miękkości i delikatności.
 
Męska siła i kobieca delikatność to oczywiście archetypy, a nie adekwatne opisy rzeczywistości, ale jakoś tak jest, że wyrugowanie ich z życia zabija pożądanie.
Opowiadał kiedyś jakiś seksuolog (czy nie Lew Starowicz?), że co prawda pary rozmaicie dzielą między siebie obowiązki, ale tak się zwykle dzieje, że kiedy kobieta pełni w rodzinie funkcje tradycyjnie męskie zaczynają się problemy w sypialni. Jeśli to prawda, raczej się nie dziwię.